18 grudnia, 2007

Mój Polak

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:00
          Śledziłem dzisiaj dyskusję jaka toczyła się w sejmie, w sprawie powołania komisji, która ma zbadać czy mali ludzie z PiSu robili wielkie świństwa, czy odwrotnie - wielkie świństwa robiły małych ludzi. Mój prywatny osąd wydałem po swym prywatnym śledztwie już dawno, na podstawie swoich, prywatnych obserwacji zachowań i słów wyżej wymienionych ludzi. Wyrok mój brzmi - W imię chorych wizji, w imię chorych ambicji i w imię swoich kompleksów ?mali ludzie? gotowi byli do wielkich podłości, byle tylko zaspokoić żądzę władzy i postawienia na swoim, by było tak, jak oni chcą, i jedno i drugie. Małość i świństwo w jednej zagrodzie. Z perspektywy swoich niskich pobudek obudowanych wysokimi, niby patriotycznymi celami, ogłosili się najmądrzejszymi, najlepszymi, najbardziej patriotycznymi Polakami. My, czyli cała reszta, przy nich byliśmy w najlepszym razie głupim motłochem, który nie wie, że "stoi tam gdzie kiedyś stało ZOMO".
          No cóż każdemu wolno zwariować. Szkoda tylko, że niektórym odbija na nasz koszt i za nasze pieniądze. Tak, czy inaczej zastanawiałem się dzisiaj nad tym, że też w naszej historii wariatów znajdzie się co niemiara, a ludzi mądrych jakoś tak, jakby na lekarstwo. A cóż to dla Polaka pogonić Krzyżaka i się zasapać, bo zysku z wygranej doliczyć się już raczej nie dało?  A cóż to dla Polaka, bardziej dbać o interesy Rzymu i innych niż własne i lecieć pod Wiedeń ,a potem lekką ręką tracić okazję do podporządkowania sobie Gdańska za obietnicę wybudowania katolickiej kaplicy królewskiej? A cóż to dla Polaka wierzyć w cud i w pięć tysięcy rzucić się na dwie, a właściwie trzy armie jednocześnie i oczywiście pięknie pod Maciejowicami przerżnąć w imię nierealnej niepodległości? A cóż to dla Polaka dać się wyrżnąć w dwieście tysiecy luda, tylko po to, by pokazać światu - patrzcie, zdradziliście nas, sprzedaliście, a my tak pięknie potrafimy za Warszawę umierać?  A cóż to dla Polaka najpierw robić, a potem kalkulować? Nic to dla Polaka. 
A gdy już Polak zacznie myśleć i zrobi coś z głową tak, jak np. okrągły stół, który pokazał jak można mądrze każdą siłę i każdą głupotę obalić, to inny, bardziej polakowaty Polak wyzwie go od zdrajców, zaprzedańców, głupków, agentów i wszelkiego barachła. Och, wystarczy poczytać historię i dzisiejsze gazety. A przecież mamy i mieliśmy mądrych Polaków. Mój Polak, to Dezydery Chłapowski.

dezydery-chlapowski2

Urodzony pod zaborem pruskim kształci się na wojaka już od czternastego roku życia. Przystaje do Napoleona i bierze udział w jego kampaniach awansując do stopnia pułkownika. Zostaje adiutantem Napoleona i odchodzi od niego, gdy dowiaduje się, że ten Polską będzie kupczyć z carem Rosji. Wraca do Wielkopolski, do rodzinnego majątku w Turwi...

turew1

...i w wieku 27 lat zaczyna pracować nad tym, co później wszyscy nazywać będą - gospodarną Wielkopolską, nie szczędząc przy tym Ojczyźnie dalszych wysiłków z szablą w dłoni. Jemu się udało, bo najpierw myślał i kalkulował, a potem brał się do roboty i pracował. Bił się, ale zabić nie dał. Nie rzucał się na Prusaków wszczynając kolejne, beznadziejne powstanie, ale pobił ich, ich własną bronią - dobrą i nowoczesną gospodarką. To przy Chłapowskim polskie kasy spółdzielcze, banki i myśl polską, w legalnie zakładanych polskich bibliotekach, rozwijał w Śremie i innych miastach Księstwa Poznańskiego ksiądz Wawrzyniak. To przy Chłapowskim Cegielski ruszył z produkcją jakiej pozazdrościli mu Niemcy. Czy jest takie miasto, w którym nie ma ulicy Kościuszki? A czy kto wie, prócz Wielkopolan, gdzie są ulice Chłapowskiego?
14 grudnia, 2007

Strach przed wodą... święconą

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:44
          Jak widać diabeł się wody wystraszył i wszystko ( prawie) wróciło do normy. Ja wiem, że obecny kształt mojej strony nie jest najlepszy, ja wiem, że wielu wie lepiej jak mogła by ona, strona, wyglądać ładniej, korzystniej i przyjemniej, ale jest jak jest. Jest lepiej tak, niż tak jak było przez wczorajszy dzień. Te czernie..., ta klepsydrowatość... i ta jaskrawość białych liter... brrr. Poprawimy moją stronę w styczniu. Mam to obiecane.
          Że o wodzie teraz, no to... Rzuciło mnie dzisiaj do Dębek. Niezwykły był widok miejscowości letniskowej jesienną zimą. Domy jakby drzemały, kioski jakby chrapały, a drogi jakby kulały. Gdzieś pies zaszczekał, gdzieś, ktoś przez okno spojrzał i schował  głowę, bo padało, a w jedynej, czynnej restauracji tutejszy Wacek przytulił butelkę™ piwa i zasnął.

debki-050.jpg

Za to, tuż za lasem...

debki-046.jpg

...żywioł wody dobierał się do śpiącej plaży nachalnie i pieniście...

debki-039.jpg

Byłem sam na sam z plażą, morzem...

debki-033.jpg

...wiatrem i deszczem. Byłem sam na końcu Polski i było pięknie...

debki-045.jpg

...a strach przed wodą nie taki straszny. Gdy wracałem pamęć zadzwoniła w głowie przypominając o dzisiejszych urodzinach Janusza Kasprowicza. Janusz. Życzę Ci wszystkiego co przyjemne, co dobre i co Tobie łaskawe. Nie zmieniaj się, ale z PiSem się nie koleguj. Jutro będzie przepięknie. Morze tak gadało.
09 grudnia, 2007

Dupek nie Mikołaj

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:23
        Nasi przyjaciele są dziadkami małego Kacperka, który chodzi do zerówki. Oczywiście rozpuszczają wnuka jak mogą, tym bardziej, że Kacper, to "skóra zdjęta" z dziadka Andrzeja. Lody, ciastka, zabawki, wycieczki i przeróżne inne atrakcje są na porządku dziennym, gdy tylko Kacper ma czas. Oto Kacperek:

kacperek.jpg

         W związku ze zbliżającymi się Mikołajkami, Kacper wymarzył sobie zdalnie sterowany samochód. Oczywiście, dziadek Andrzej, udał się do miejsca gdzie taki samochód można nabyć i 6 grudnia Mikołaj przyniósł dziecku prezent.  Kacperek raźno zabrał się do rozpakowywania paczki, a gdy nie znalazł anteny do sterownika, to się wkurzył i rzekł - Dupek nie Mikołaj.
          Z tej historii morałów wysnuć można od metra:
1. Dziadkowie dlatego bardziej, niż własne dzieci, kochają wnuki, bo mają czas, bo mają wyrzuty sumienia, bo wnuki unaoczniają im ciągłość rodu, a przez to ich własna nieśmiertelność staje się faktem, bardziej niż dotąd dostrzegalnym, bo... itd.
2.Świat idzie w złą stronę, bo dzieci (jak zawsze!) są źle wychowane, bo kto to słyszał żeby w tym wieku dziecko mówiło brzydkie wyrazy, bo w kapitalizmie robią buble, to cholera wie po co było zmieniać ustrój, bo... itd.
3. Czas skończyć ze świątecznymi prezentami, bo to uczy dzieci pazerności, egocentryzmu i egoizmu i... brzydkich wyrazów, bo to zbędny wydatek, najczęściej na zakup bubla, a tego dzieci nie powinny się uczyć, bo...itd. itd.
          Można też spojrzeć na sprawę inaczej. Oto jest naród, który koniecznie chce, by żyli święci Mikołaje. Najczęściej do tego miana kandydują politycy, którzy narodowi obiecują co Bóg da, a że z Bogiem się rzadko widują, to i niewiele mają do dania. Najczęściej w prezencie narodowi przynoszą słowa - słowa nadziei, słowa otuchy i słowa buble. Wczoraj jeden z polityków PiS wychodząc z kongresu swojej partii powiedział do kamer  - Nasza przegrana w wyborach jest naszym zwycięstwem. I bądź tu człowieku mądry. Przegrał, ale wygrał. Na filozofa mi facet nie wyglądał, na Mikołaja..., no może tak, ale to - Dupek nie Mikołaj.
06 grudnia, 2007

Smołdziński las

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:55
          "Schować", "uciec", "zgubić", "odnaleźć", "wygrzebać", "zapomnieć", "odkryć" - to czasowniki stawiane tuż obok zaimków "siebie" i "mnie", które często słyszałem od znajomych podejmujących ryzyko opuszczenia dotychczasowego dorobku i udania się gdzieś, bliżej nie wiadomo gdzie, w celu rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Wszystkiego od nowa, ale z pomysłem i z doświadczonym marzeniem. Czasami tym doświadczeniem było zwykłe przemęczenie i chęć ucieczki od kłopotów, które "tu i teraz", a czasami świadomość braku dalszych możliwości.
          Pamiętam świetnego poetę Jurka Kamrowskiego, który osiadł na wsi za Gdańskiem i o ile wiem źle się stało, że tak się stało.  Pamiętam jak wiele lat temu zazdrościliśmy Włodkowi Cegłowskiemu, który osiedlił się na jednej z wysp pięknego jeziora kaszubskiego i przykro nam było, gdy dotarła do nas wiadomość, że trudy takiego mieszkania są zbyt duże, jak na moce młodego pisarza. Niektórym  takie ucieczki się udawały, jak choćby niezapomnianemu Nienackiemu, piszącemu nad Jeziorakiem. Sam wielokrotnie nad ten Jeziorak bym uciekł, gdyby nie to, że lata lecą i...strach przed zaczynaniem wszystkiego od nowa wstrzymuje działanie.
          Z wielką ciekawością przyjąłem więc zaproszenie od Krysi Reichel, by w ostatni weekend odwiedzić jej Galerię Sen. Krysia jest malarką i konserwatorem zabytków, osobą zrównoważoną w szaleństwie i szaloną w swoim zrównoważeniu, tak jak artyście i konserwatorowi, a przy okazji też projektantowi domów, wypada. Galeria Krysi, to również mini pensjonacik, położony na skraju Slowińskiego Parku Narodowego, między jeziorem Gardno, i Łebsko. Rzut beretem od Bałtyku, tuż za wsią Smołdziński Las. Dzieki temu, że Galeria Sen to mały pensjonat, zaproszenie Asi, mnie i stada przyjaciół, mogło opiewać na dwa dni, a jak kto chciał, to i dłużej. Galeria powstawała wiele lat i właściwie niedawno sen się spełnił. Spóźniliśmy się. Nim zajechaliśmy była noc i na dodatek cała wiara, "na chwilę" przeniosła się do sąsiadki, też Krysi, ale Batruch, która prowadzi pensjonat Kalamus, gdzie czarowały kompozycje stołowe...

smoldzinski-las-016.jpg

smoldzinski-las-009.jpg

i gdzie recital piosenki poetyckiej dała Dusia Staroniewicz, siostra Wojtka, znanego (także z mojej płyty "Słowa") saksofonisty jazzowego. Później wylądowaliśmy w Galerii Sen, gdzie u sufitu już wisiała jemioła, by nam przynieść szczęście i pomyślność do końca roku i dalej, po wsze czasy

smoldzinski-las-050.jpg

Ja oczywiście szczęścia doznałem niemal natychmiast.

smoldzinski-las-124.jpg

Poetka Bożena Ptak, która po kilkudziesięciu latach życia z Jurkiem Falskim wreszcie się w nim urzędowo zakochała i wyszła za niego za mąż, również wyglądała na zadowoloną

smoldzinski-las-102.jpg

Powodzenie miał także Maciej Witkiewicz - bas, wykładowca w  Akademii Muzycznej w Warszawie i w Bydgoszczy, a na dodatek stryjeczny wnuk Witkacego...

smoldzinski-las-131.jpg

A i Zbyszek Gach, który zaraz po przebudzeniu, w niedziele rano, reklamował swoją nową książkę "X wieków piwa w Gdańsku", miał się dobrze. Na zdjęciu poniżej obaj artyści wraz z Asią - moją żoną.

smoldzinski-las-155.jpg od lewej Zbyszek Gach, Asia Chylińska, Maciej Witkiewicz

Wieczór był śpiewny i tańcująco-zwiewny. Ranek także był rozkoszny, więc kiedy Krysia, nasza gospodyni, wraz z Dusią Staroniewicz, zachęcała do dalszej zabawy...

smoldzinski-las-170.jpg od lewej Dusia Staroniewicz i Krysia Reichel

...wydało się skąd w Smołdzińskim Lesie wzięła się Galeria Sen. Widać to ma poniższym obrazku.

smoldzinski-las-175.jpg Karol i Basia Maciejewscy

Nam, tak jak Karolowi i Basi Maciejewskim, jak Januszowi Kasprowiczowi z Asią i jak wszystkim gościom uroczego "Święta światła", bo tak tę noc nazwaliśmy, też przyszło się pożegnać. Poniedziałek, dom, praca i te rzeczy... Gdybyście kiedyś byli w pobliżu Smołdzińskiego Lasu, to koniecznie wpadnijcie do Krysi. Możecie liczyć na wiele serdeczności, dobre obrazy i niezwykłe przyjęcie, a przy okazji zobaczycie artystkę, której się udało.
30 listopada, 2007

Oklaski dla złota

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:08
          Głęboko wierzę, że każdy człowiek jest kwarcową skałą, w której kryją się żyły złota. Szczęściarzom od urodzenia te żyły wychodzą na wierzch, inni muszą się tylko trochę napocić, by je znaleźć, a jeszcze inni muszą ich szukać latami, często okupując sukces tytaniczną pracą. Pewny jestem, że każdy ma w sobie pokłady złota, potocznie zwane talentem i każdego stać na sukces. Banał? Nie! Każdy człowiek podejmujący wysiłek czyni to w określonym celu. Celem tym najczęściej jest dobre przeżycie "dzisiaj" i lepsze "jutro".  W zależności od talentu każdemu ten wysiłek przynosi inne sukcesy, ale każdy wysilający się, bez względu na ciężar i miarę posiadanego talentu, oczekuje uwagi, aprobaty, poparcia, przychylności, przyjacielskich gestów uznania, oklasków, a czasem nawet aplauzu. I każdemu się to, za wysiłek, należy.
          Jak bardzo uznanie potrzebne jest w życiu widzę codziennie, gdy chwalę Mamę za smaczny obiad, gdy mówię Asi, że świetnie wygląda albo, że bukiet kwiatów, który właśnie ułożyła jest doskonały. Jak bardzo uznanie motywuje widzę po reakcji Radka, gdy daje mu do zrozumienia, że jego synowska pomoc na naszej, nieustającej budowie jest niezastąpiona. Wspieram go, gdy biorąc na siebie odpowiedzialność, podejmuje życiowe wyzwania i klepię po plecach z uznaniem, gdy tym wyzwaniom sprosta. Jak bardzo aprobata mobilizuje nie raz widziałem u Lucyny Legut, mojej przyjaciółki, która po każdym odniesionym sukcesie, a ma ich już na koncie nieprawdopodobną ilość, natychmiast rwie się do następnej roboty. Jej wiek, osiemdziesiąt jeden lat,  w niczym nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, potwierdza moją wiarę, że na sukces jest zawsze czas.
          Pogodną jesień, jak już wcześniej pisałem, razem z Asią spędzaliśmy w górach. Zatrzymaliśmy się w Zakopanem, w Domu Pracy Twórczej "Halama", który należy do Stowarzyszenia ZAiKS.

halama-zakopane.jpg

         Będąc w Halamie mieliśmy wyjatkowe szczęście ponieważ, wśród około dwudziestu paru znakomitych gości, naszą sąsiadką na piętrze i w jadalni, była Wislawa Szymborska. Noblistka, znana ze swej skromności i unikania rozgłosu, także w Zakopanem starała się być tak, jakoby jej wcale nie było. Gdy Asia, w podziękowaniu za wiersze podarowała Pani Wisławie mały bukiecik kwiatów z wplecionym weń pozłacanym słonikiem, także w jej oczach, oczach wielkiej poetki dostrzegłem mały błysk satysfakcji, który przebiega przez oczy wszystkich, którzy czynią wysiłek i chcą być zań nagrodzeni. Podarowany "słonik na szczęście" i nam przyniósł nagrodę, od tamtej pory, aż do naszego wyjazdu, Pani Wisława dzieliła się z nami nie tylko uśmiechem, ale też deserem. Niby drobnostka, a jaka satysfakcja.
          O tym, że oklaski czynią szczęśliwym przekonywałem się w życiu wiele razy. Brak aprobaty unieszczęśliwia i nie pozwala się wznosić ponad słabostki i wady. I choć na przychylność trzeba zasłużyć, na pochwałę zarobić, na oklaski zapracować, a na aplauz natyrać, to nie żałujmy nikomu naszej uwagi i uznania. Kto wie czy nasze, dzisiejsze małe brawka i ciepłe słówka nie pomogą komuś jutro zdobyć nagrody Nobla? Kto wie? Bądźmy hojni.
26 listopada, 2007

Obchodowo - Okolicznościowy Zespół Jubileuszowy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:44
          Myślę, że każdego, w pewnym wieku - rzecz oczywista, nachodzi taka oto refleksja, że przyjemniej jest ,choćby co dwa lata, obchodzić imieniny, niż  co roku urodziny. Bywa jednak tak, że urodziny obchodzi instytucja, a ta, w przeciwieństwie do człowieka,  im jest starsza, tym bywa bardziej zdrowa. Tradycja zobowiązuje. Wczorajsza niedziela, to był kolejny jubileuszowy dzień. Parlament Studentów Politechniki Gdańskiej obchodził wczoraj swoje pięćdziesięciolecie. Z tej okazji mogłem znowu spotkać się ze starymi przyjaciółmi na kolejnym, wspólnym koncercie. Przyszło mi nawet do głowy, że  jeszcze jedno pięćdziesięciolecie, a założę wraz z Adamem Drągiem, Grzesiem Marchowskim, Grzesiem Bukałą, Stasiem Wawrykiewiczem i Leszkiem Makowieckim Obchodowo-Okolicznościowy Zespół Jubileuszowy.

zespol-obchodowo-okolicznosciowy.jpg

Koncert odbył się w niezwykłym miejscu -  na zadaszonym  dziedzińcu  w gmachu głównym Politechniki Gdańskiej.

dziedziniec-politechniki-3.jpg

Prócz nas, delikatnie mówiąc "klasowych" bardów pojawiło się na koncercie sporo młodzieży, a wśród nich obiecująca Asia Pilarska z zespołem:

joasia-pilarska.jpg

Adaś Drąg już w trakcie prób wieszczył, że będzie dobrze:

adam-drag-25xi2007r.jpg

I było. śpiewało  mi się świetnie, tym bardziej, że...

koncert-na-pg

... o takiej publiczności jaka przyszła na ten koncert latami można marzyć. Mnie się to marzenie właśnie wczoraj spełniło.
16 listopada, 2007

Konik jest mój

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:13
"... przyjaciel wiosny/uśmiech radosny/każdy powinien go mieć..."

konik-2.jpg

          W życiu nikt nie zgadnie co ma wspólnego konik na biegunach, który stoi na parapecie mojego okna z dzisiaj zaprzysiężonym nowym rządem. A ma, bo dostaliśmy go od...  E, tam..., nie powiem.
Nadziwić się nie mogę, że z tak nieokreślonej partii jaką była Platforma (coś było w tym giertychowym- ciamciaramcia) nagle zrobiła się formacja i do szabli i do rzeczy. Napatrzeć się nie mogę na Tuska,  z którego w ciągu paru dni opadła mgła niewyraźności i mamy gościa jak ta lala.  Aż się wierzyć nie chce.
          Nie głosowałem na Platformę, jedynie platformerskiego kandydata do Senatu poparliśmy niemal całą rodziną, a mimo to zwycięstwo Platformy odebraliśmy także, jako nasz sukces.  Oczywiście z PiSem nie było nam już zupełnie po drodze. Nasze drogi są proste i szerokie. Nie glosowałem na PO, a jednak dzisiaj z dużą przyjemnością przyglądałem się zaprzysiężeniu nowego rządu, któremu szczerze, dobrze życzę.  Będziemy tu mocno za tuskowych trzymać kciuki. Z zażenowaniem jednocześnie przyjmowałem wieści o braku kultury oddających władzę. PiS to formacja, która przez pomyłkę dostała zabawki od pijanego Mikołaja. Gdy Mikołaj już się pozbierał było za późno - wojna na podwórku już się zaczęła, a rozbrykane bractwo okładało łopatkami kogo się dało. Na szczęście nad Mikołajem jest ktoś jeszcze, kto postanowił przywołać tę czeredę do porządku. Teraz obrażeni stoją w kącie i na złość babci zamierzają jeszcze tej zimy odmrozić sobie uszy. Pewnie z tego kąta będą łypać w stronę mojego konika, ale nic z tego. O nie!!! Konik jest mój! Nie dam konika, niech beczą.
13 listopada, 2007

Zaczarować z byka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:05
          Zdarzyło mi się w lipcu mijającego roku wystąpić w towarzystwie kilku znakomitych wykonawców balladowych w koncercie "Dobry Wieczór Bardów", ktory odbył się na Zamku w Olsztynie. Wystąpili:

plakat.jpg

          Pogoda, jak zamówiona, sprzyjała próbom, któreśmy przed koncertem na Zamku czynili. Szło nam jak z płatka, co zapowiadało dobry koncert. Ma zamkowym dziedzińcu, po którym Kopernik...,  odbijało się echem kilkaset lat historii i trochę dźwieków z naszych gitar. Za murami Łyna opływała gwarną, olsztyńską Starówkę, na której tłumy turystów raczyły się atrakcjami sezonu. Naszą próbę kończył Andrzej Garczarek. Andrzej, to gość, o którym można powiedzieć, że z krwi i kości artystą jest niezwykłym. Nie chcę naduzywać pojęcia "legendarny", ale w tym przypadku byłoby to na miejscu. Poznałem go w jakimś klubie studenckim. Gdzie i kiedy, nie pamiętam. Pamiętam tylko, że wtedy ogromne wrażenie zrobiła na mnie ballada, którą śpiewał. Ballada z takim oto refrenem "Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał/ Wrogów poszukam sobie sam/ Dlaczego kurwa mać bez przerwy/ Poucza ktoś w co wierzyć mam".
          W tamtych czasach śpiewanie o "...tankach nad Wełtawą..." i o pomocy jaką oferowali nam bracia z NRD, o całym tam socjalistycznym zakłamaniu i smutnej paranoii, nie było rzeczą banalną i prostą. A jeszcze tak śpiewać jak Andrzej, nie było rzeczą łatwą. Potem spotykaliśmy się rzadko, gdzieś w trasie, albo tak jak w 1981 r. na "Przeglądzie Piosenki Zakazanej" w Gdańsku. Później słuchałem Andrzeja w "Trójce" gdzie przez wiele lat prowadził program "Literacko-muzyczny kantor wymiany myśli i wrażeń". W 2000 roku spotkaliśmy się na "Przeglądzie Piosenki Autorskiej" i teraz w Olsztynie. Tym razem Andrzej nie tylko piosenkami zwrócił moją uwagę. Gdy skończyła się próba i wszyscy zajęli się swoimi prywatnymi sprawami, a pusta scena wyglądała jak porzucone pudło na wielki tort, Andrzej wdrapał się na to pudło raz jeszcze, usiadł na krześle i zastygł w bezruchu. Obserwowałem go dłuzszą chwilę, gdy z zamkniętymi oczami oswajał zamkową ciszę i zastanawiałem się nad tym, cóż ten poeta pod powiekami chowa. On trwał kilka minut w bezruchu. Nagle podniósł głowę i jakby z byka spojrzał na puste rzedy krzeseł przygotowane dla publiczności...

andrzej-garczarek-fot. W. Chyliński.jpg

Chwilę potem wstał i pewnym krokiem  zszedł ze sceny. Andrzej Garczarek tamtego wieczoru śpiewał pierwszy, otwierając koncert. Występowałem po nim. Gdy tylko znalazłem się na scenie zrozumiałem co on na tej scenie robił po próbie. On ja czarował i zaczarował,  za co jestem mu wdzięczny do dzisiaj. To był naprawdę dobry wieczór bardów.
11 listopada, 2007

11 listopada - Urodziny Rodziny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:51
          Moja ulica nie jest wielka. Trzydzieści domków, nie więcej. Sasiedzi, prócz jednego, są mili i uczynni. Znamy się, choć natrętnie nie wchodzimy sobie w drogę. Można rzec, że dzięki ulicy jesteśmy Rodziną. Moje trzy miasta są duże i bardzo odmienne, choć historia je połączyła w jeden wielki, miejski organizm. Można chyba rzec, że dzięki połączeniu jesteśmy trójmiejską Rodziną. Moje wielkie miasto poskładane jest z setek tysięcy ludzkich losów, a mój kraj z kilkudziesięciu milionów. Można rzec, że dzięki tej składance jesteśmy Rodziną. Moja Rodzina ma dzisiaj urodziny.
          Moja ulica nie jest wielka. Dzisiaj tylko jeden sąsiad, ten niesympatyczny, wywiesił przed domem narodową flagę. Reszta... albo nie ma flag, albo kocha swoją Rodzinę zwyczajnie, bez fanfar.  Może to i banał, ale lepiej wyjdziemy na tym, jak będziemy dbać o Rodzinę codziennie, a nie tylko przy święcie. W moim ogrodzie na urodziny Rodziny, zamiast flagi, powtórnie zakwitła róża. Sama z siebie, w patriotycznym zrywie. Oto ona:

roza-11xi2007r.jpg

          Moja ulica nie jest wielka.  Ot, jedna z miliona małych ulic w kraju. Mój kraj, to średniak wśród państw Europy. Można rzec, że słowo "wśród" sprawia, że jesteśmy Rodziną. Europa jest jednym z kontynentów, na którym żyją ludzie. Można rzec, że... PS. Ciekawe gdzie w Trójmieście można kupić polską flagę? Może róża nie zechce w przyszłym roku zakwitnąć dwa razy -  zwyczajnie i narodowo.
09 listopada, 2007

Czas na nas - 50 lat Żaka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:31
         Nie pamiętam, który to był rok, ale pamiętam, że czułem się zaszczycony przekroczywszy pierwszy raz  próg legendarnego, studenckiego klubu "Żak". A potem... Potem zaczęła się juz moja "ostra jazda bez trzymanki". "Spotkania Jesienne", koncerty Eli Wojnowskiej, Eli Adamiak, grupy "SBB",  Helmuta Nadolskiego, "Wałów Jagiellońskich",  schody na piętro, Salon Duśki i Wojtka, pani Ewa, która na kredyt w kawiarni dawała mi wino, "Dziennik Akademicki", sala z okrągłym stołem, Tadziu Wójtowicz, prezesi Andrzej Gruszczyk, Jerzy Misiorny i Zbyszek Jasiewicz, Wojtek Kaczorowski, Leszek Makowiecki i zespół "Babsztyl", Dorota Sobieniecka, Zbyszek Gach, Janusz Hajdun, Kasia Korczak, Jurek Kozłowski, Jurek Piskorzyński, Geniu Kuper,  Ania Czekanowicz, Adzik Zawistowski, Janusz Kasprowicz, Marek Prusakowski z kabaretem "Jelita", sławny DKF z Bokińcem Lucjanem na czele, w którym oglądałem, to co było dobre i czesto zakazane, i sławny Błażej i nie mniej sławny Zeus. Wreszcie  Andrzej Kosicki, Grzegorz Boros i Ludwik Klinkosz, to tylko niektórzy ludzie, zdarzenia i rzeczy z tamtych lat, które z Żakiem i jego siedzibą przy Wałach Jagiellońskich, a potem przy ul Długiej, mi się kojarzą.
          Rzeczy, które wciąż pamiętam i ludzie, którzy tę pamięć czynią żywą. Żak dał mi bardzo wiele cennych znajomości, ale najpiękniejszą i najbardziej przeze mnie cenioną była i jest znajomość z moją żoną Asią, która w Żaku prowadziła kiedyś dyskoteki, będąc nie tylko studentka filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego i działaczem Komisji Kultury, ale również zwyciężczynią Ogólnopolskiego Konkursu Prezenterów Dyskotekowych. Już tylko ta znajomość czyni w moim życiu klub Żak niezwykle zasłużonym, że nie wspomnę o naszym "drugim" (dla przyjaciół i znajomych) weselu, które odbyło się także w Żaku. Nie dziwota więc, że wczoraj, z okazji 50- tych urodzin Żaka, pobiegliśmy z Asią na obchody. Oto moja relacja: Zaczęło się oficjalnie. Obecna Pani Prezes Magdalena Renk-Grabowska, która po Lucjanie Bokińcu przejęła DKF, a potem cały klub, przywitała przypominając, a...

50-lecie-zaka-obecna-prezes-klubu-magdalena-renk-grabowska

następnie przemówił reżyser Wowo Bielicki wzruszając wszystkich do łez apelem, który skierował do dzisiejszych Żakowców - Czyńcie tak, aby wasze ślady byly nie do zatarcia.

50-lecie-zaka-wowo-bielicki1

Po sławnym reżyserze wystąpił jeszcze sławniejszy Jacek Federowicz, który w licznym towarzystwie odbierał zaszczyty i nagrody z rąk Prezydenta Gdańska - Pawła Adamowicza.

jacek-federowicz-odbiera-nagrode-z-rak-prezydenta-gdanska-pawla-adamowicz-50-lecie-zaka

Tak samo jak Lucjan Bokiniec

50-lecie-zaka-lucjan-bokiniec

A później wszystkich, w tym także ostatniego prezesa "starego" Żaka -Jurka Misiornego...

50-lecie-zaka-jerzyl-misiorny-najweselszy-prezes

...zaproszono do kawiarni i sal wystawienniczych.

50-lecie-zaka-sala-kawiarni1

Z przyjemnością skonstatowałem, że moja Asia w nowym Żaku wygląda równie ładnie jak w starym.

50-lecie-zaka-asia-z-andrzejem-pawlukiewiczem

Andrzej "Mały" Pawlukiewicz - niegdyś Wał Jagielloński, a obecnie muzyk i kompozytor Eli Adamiak, Andrzeja Poniedzielskiego i Marcina Dańca - też nie wyglądał na swoje lata.  U góry Andrzej z Asią, a poniżej Andrzej z uroczą Ewą… Rachoń, w której kiedyś podkochiwał sie Jacek Zwoźniak.

50-lecie-zaka-ewa-rachon-i-andrzej-pawlukiewicz

Retrospektywną wystawę oglądałem w towarzystwie legendarnego basisty Helmuta Nadolskiego i równie uroczego Marka Prusakowskiego

50-lecie-zaka-helmut-nadolski-i-marek-prusakowski

I podtrzymywałem przyjaźń z cudowną poetką, kiedyś moją koleżanką w poetyckiej grupie "Wspólność", a dzisiaj ważną Panią od Pana Prezydenta Miasta Gdańska - Anią Czekanowicz

50-lecie-zaka-ania-czekanowicz-i-waldek-chylinski

Działo się pięknie i jak kiedyś - zabawowo. Byłbym pewnie chętnie, jak kiedyś, zabawił do rana, gdyby mi Asia, w jakiś czas po północy nie powiedziała, że czas na nas.  Faktycznie,  jeszcze ciągle jest na nas czas.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY