08 lutego, 2008

Bracia Marchowscy i zapach pomarańczy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:14
          Gdy poznałem Bartka miałem piętnaście lat i właśnie przeprowadziłem się z Wrzeszcza na Przymorze. Bartek mieszkał  tam już jakiś czas.  Zaprzyjaźniliśmy się ponieważ obaj zafascynowani byliśmy balladami Tadeusza Woźniaka. Bartek prócz płyt barda posiadał też małą, czarną gitarę, która miała tylko trzy górne progi. Miał też starszego brata Grzesia, studenta,  właściciela pełnowartościowej "enerdowskiej" gitary, grającego na niej znakomicie.  System był taki: Grzesiek pokazywał Bartkowi jakiś chwyt, Bartek ćwiczył zapamiętale, a gdy już miał wyćwiczone, przychodził do mnie i z miną wirtuoza pokazywał, gdzie i jakie palce położyć na strunach, by w C-dur dobrze brzmiało. Niestety, byliśmy ograniczeni do tych trzech progów, więc wiele nauczyć się nie mogliśmy. Do dzisiaj staram się grać tak, by dolnymi partiami gryfa nie kłopotać się za bardzo.
          W czerwcu 1973r., w jeden z ciepłych, letnich weekendów, mieliśmy z Bartkiem pojechać nad jeziora kaszubskie. Miało być wino, miały być kobiety i miał być śpiew. Miało być wesoło. Wypadło jednak tak, że w tamten piątek miałem ogłoszenie wyników matur i nie pojechałem. Radość ze zdanej matury prysła w poniedziałek, gdy przyszła wiadomość, że Bartek nie żyje. Trudno to było pojąć. Bartek miał dobre życie, dziewiętnaście lat, świetną rodzinę i powodzenie u dziewczyn. Grał już na gitarze i na dodatek  dobrze śpiewał, miał fantastyczny głos. Cóż można by chcieć jeszcze? W tamtych czasach taki utalentowany młodziak mógł liczyć na wiele. Niestety, odszedł i do dzisiaj nikt z bliskich Bartkowi nie rozumie dlaczego. Mnie po Bartku, prócz wspomnień, została znajomość z jego bratem, z którym także się w tzw. międzyczasie zaprzyjaźniłem.

nowe-zdjecia-056.jpg

          Grzegorz Marchowski jest śpiewającym inżynierem, z którym napisałem wiele piosenek. On z tymi piosenkami jeździł po studenckich festiwalach turystycznych i zdarzało się nie raz, że przywoził mi nagrody. Raz to był kocherek, raz śpiwór, a raz jakiś śpiewnik. Wracając zawsze powtarzał mi to samo - było świetnie. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak to smakuje, to koniecznie na przełomie lipca i sierpnia musicie wybrać się do "Bazy pod Ponurą Małpą" w Szklarskiej Porębie. Tylko tam zachował się jeszcze imprezowy klimat z wczesnych lat siedemdziesiątych.
          Potem z Grzesiem spotykaliśmy się rzadziej. Grzegorz, obarczony liczną rodziną, przez długie lata nie miał głowy do piosenek, aż tu nagle, kilka lat temu Grześ poszedł w... pieśń. Rozśpiewał się i przekomponował na nowo. Nie przeszkadzają mu lata, ani siwiejące włosy. Jak kiedyś zawsze ma przy sobie gitarę i jak kiedyś nie trzeba go długo prosić o piosenkę.

nowe-zdjecia-036.jpg

          Dlaczego o nim dzisiaj piszę? Ano dlatego, że Grzesiowi  syn Dominik zrobił piękną stronę w internecie i warto bym zachęcił Was do kliknięcia na: www.bop.eps.gda.pl/grzegorz_marchowski/  lub  www.marchowski.art.pl . Pod tym drugim adresem Grzegorz prowadzi blog muzyczny. Zamiast się uzewnętrzniać tekstem, swą rzeczywistość i nastrój wyraża piosenką. Zobaczcie, to bardzo fajne.
          Kiedy byłem całkiem mały, to zapach pomarańczy kojarzył mi się ze świętami Bożego Narodzenia, a gdy trochę podrosłem skojarzenie objęło balladę Tadeusza Woźniaka i braci Marchowskich. Teraz, kiedy cytrusy w wielkim wyborze są do kupienia przez cały rok, zapach pomarańczy kojarzy się już tylko ze spożywczym sklepikiem na rogu. Szkoda.
Szkoda? Eee... Moja wyobraźnia ma węch i dzięki temu wspomnienia wciąż pachną mi pomarańczami.
05 lutego, 2008

Autoportret w kolorze refleksji

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:34
Niby tyle się dzieje, a gdy przez chwilę zawiesić myśl, wstrzymać ruch, lub tylko pozwolić błysnąć refleksji, to może się okazać, że tak naprawdę nie dzieje się nic. To ja sam, w swojej głowie, wzniecam z byle czego kurz dziejowych wydarzeń, gdy tymczasem moją drogę cichutko porasta mech. Dobrze, że tę pospolitą codzienność można chociaż pomalować, nim do życiorysu dołożą nowy akapit i wymienią zdjęcie.  autoportret w lustrze u Maciejewskich Jak dobrze, że sa kolory.
27 stycznia, 2008

Wichura, że aż...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:04
          Oj, wieje nad morzem, wieje. W takie dni jak wczoraj, czy dzisiaj, gdy śnieg z deszczem zacina o szyby, najlepiej zaszyć się w ciepłym kącie i przeczekać. A jak już ciepły kąt, to i cicha muzyka, a do tego zestawu dobra książka i już możemy czuć się niebanalnie uszczęśliwieni. Wszystko jest niby jasne, proste i oczywiste, ale zostaje pytanie, które brzmi - jaka książka w takiej sytuacji jest dobrą książką? Kilka dni temu Teresa, żeglarka, poznana przeze mnie w młodości na jachcie "Smuga",
smuga-yksp.jpg

która mieszka w Australii, i która odnalazła mnie dzięki istnieniu internetu i tych moich "Codzienności" - więc ta Tereska zapytała mnie, mniej więcej o to, czy w Polsce istnieje jeszcze antysemityzm?
          No i masz... Oczywiście wiedziałem, że pytanie sprowokowane jest dyskusją, jaka rozpętała się w Polsce po publikacji książki Jana T. Grossa pt. "Strach". Tereska, mimo istnienia globalnej i szybkiej informacji, poczuła się na antypodach, pewnie trochę w tym wszystkim zagubiona i stąd pytanie. Ale jak jej odpowiedzieć?  Odpowiedziałem dość zdawkowo i zacząłem się zastanawiać - jest w Polsce antysemityzm, czy go nie ma?
         Niby nie chodzi się już w procesjach z kukłą Żyda do spalenia, powieszenia czy utopienia, niby kleksa w zeszycie nie nazywa się już żydem, niby nie wierzy nikt  już w macę robioną z krwi chrześcijańskiej, ale czy aby na pewno nie dopatrujemy się rysów semickich w twarzy każdego Polaka, któremu coś się udało? Nie węszymy w każdym sukcesie i każdej klęsce  żydowskiego spisku?
         Goszczę czasami przemiłego Polaka, mieszkającego  za granicą,  który od lat przekonuje mnie, że światem rządzi żydowska finansjera. Skąd w Polsce Bubel z tymi swoimi obrzydliwymi wydawnictwami? A skąd radio-maryjna piana nienawiści na wodzie, jaką mąci Jerzy Robert Nowak, ponoć profesor? Skąd listy w internecie, które co drugiego znanego Polaka obwołują Żydem, w pejoratywnym, ma się rozumieć, tego słowa znaczeniu? A skąd te nasze ciocie, które na rodzinnych spotkaniach, ściszonym głosem, jakby nie wiedziały, że się nie godzi, plotą coś o rodowodach współrodaków? Skąd?
         To jak napisać Teresie, że antysemityzmu w Polsce nie ma? A z drugiej strony w Polsce Żydów żyje ledwie garstka, a ten nasz antysemityzm w tej sytuacji jest trochę niedorzeczny. Śmieszne by było, gdyby na przykład w Indiach, gdzie być może na stałe żyje kilkudziesięciu Polaków, zapanował w całym społeczeństwie antypolonizm. Nie mamy Semitów, ale mamy antysemityzm. Dlaczego? Na pytanie to odpowiedzieć może tylko historia. 
         By móc z Teresą kiedyś bardziej poważnie na te tematy pogadać, zaszyłem się w ciepłym kącie, włączyłem cichą muzykę i wziąłem się do czytania książki "Strach". Już po kilku stronach mój ciepły kąt okazał się lodówką, a muzyka jazgotem dźwięków nie do wytrzymania. Już pierwszy rozdział stał się lekturą przerażającą  Wynika z niego, że Polacy w okresie okupacji niemieckiej byli pilnymi pomagierami Niemców w morderczej robocie pozbywania się Żydów. Nie wynika z tego rozdziału, że tylko jakaś ogłupiała część Polaków tak się zachowywała. Wynika, że niemal wszyscy. Gdy słucham teraz dyskusji na temat tej książki, nikt nie zaprzecza faktom, lecz mówi się o niedobrej metodzie pracy Grossa, jako historyka. Pewnie w tym stwierdzeniu jest dużo racji, bo choć urodziłem się po wojnie i tamte czasy znam tylko z opowiadań i lektur, to wiem, że nie można napisać dobrej biografii Hitlera, jeżeli się dobrze nie pozna i nie opisze czasu, w którym Hitler żył. Nic nie będzie oczywiste jeśli się nie opisze procesów, jakie  wówczas zachodziły na świecie. Procesów, dzięki którym ktoś taki, jak Hitler, mógł znaczyć tyle ile znaczył i zrobić tyle ile zrobił. To zadanie dla wnikliwych badaczy historii.
          W książce Grossa nie ma, niestety,  dobrego opisu czasów i okoliczności. Dziwi mnie, że Niemiec w tej opowieści jest postacią trzecioplanową. Niemiec pojawia się jak wysłannik jakiegoś systemu, jakiejś siły wyższej, czy konieczności. Najczęściej nie ma nazwiska i choć ma mundur niemiecki i przynależność do formacji, nie ma twarzy. Polacy u Grossa mają twarz, mają nazwisko i są mordercami.
          Powie ktoś, że to książka o polskim, a nie niemieckim antysemityzmie. A kto z antysemityzmu zrobił ideologię? Polacy? Czy takie opisanie historii jest uczciwe? Z pewnością wiele w nas łajdactwa, ale czy aż tak wiele? Chyba nie. Myślę, że nie mniej i nie więcej niż w innych narodach. Faktem jest, że z problemem naszego stosunku do Żydów tak naprawdę jeszcze się nie zmierzyliśmy. Prawdy przemilczeć się nie da, bo nie da się cofnąć czasu i zmienić faktów. Ważne jest, by ta prawda była prawdą, a nie jakąś kolejną manipulacją. Tak, czy inaczej każda myśl, która przyjdzie nam do głowy przy lekturze "Strachu", może nam tylko pomóc w tym narodowym rachunku sumienia.
          Niezależnie, czy Gross swe zadanie wykonał rzetelnie, czy po partacku, trzeba przeczytać tę książkę. Dzisiaj zaczynam czytać rozdział drugi.  Wichura za oknem jakby trochę przycichła.
21 stycznia, 2008

Poczta czeka na zmartwychwstanie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:37
          Oto dialog na poczcie. Jako petent wystąpiła Asia, a jako panienka z okienka "Panienka z Okienka". Akcja rozegrała się w Urzędzie Pocztowym w Gdyni Orłowie przy Al. Zwycięstwa:

Asia:
- Proszę pani, zmarła moja mama, do której listy nosił listonosz z tej poczty. Ponieważ sprawa spadkowa potrwa jakiś czas, a tylko ja mogę regulować mamy rachunki, to w związku z tym, mam gorącą prośbę, by listy przekierować na mój adres. Dzielnica ta sama, poczta ta sama, tylko inny listonosz moje listy nosi. To nie będzie chyba trudne? Oto akt zgonu mamy i mój dowód osobisty.
Panienka:
- Proszę pani. Przekierować pocztę może tylko adresat
Asia:
- Rozumiem, ale adresat nie żyje. Oto akt zgonu, a to mój dowód.
Panienka:
- Proszę pani. Jeszcze raz pani mówię. Przekierować pocztę może tylko adresat. Czy pani mnie nie rozumie?
Asia:
Adresat nie żyje, to jak ma przekierować? 
Panienka:
- Pani mnie nie rozumie. Taką dyspozycję może wydać tylko adresat.
Asia:
- Czy pani się dobrze czuje? Jak ma wydać dyspozycję skoro nie żyje?
Panienka: 
- To ja idę po Naczelniczkę

          Po przyjściu Naczelniczki akt pierwszy zagrano raz jeszcze, przy czym Panienkę z okienka zagrała Naczelniczka. Morał z tego jest taki, że każdy powinien grać swoją rolę, a wszystko będzie proste. Poczta to poczta. Asia, to Asia, Panienka z okienka, to Panienka z okienka, Naczelniczka, to naczelniczka, a życie to życie. Los może życie przekierować, poczty nie przekieruje nikt, bo nieboszczyk, to nieboszczyk i póki nie zmartwychwstanie...
15 stycznia, 2008

Nie zgadzać się na szarość

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:53
          Dzień zaczął się jak jeden z tych zwykłych, pospolitych i nudnych dni, jakich życie dostarcza w nadmiarze. Rano kawa, jakieś niespieszne myśli wstecz, nietrwożne w przód i próby sklejenia jednych z drugimi, by wyszła z tego jakaś życiowa ciągłość. Gdy ta ciągłość wyszła, też musiałem wyjść... do pracy.
          Powtarzalność codziennych czynności sprawiła, że zacząłem myśleć o złamaniu rytuału chodzenia w kółko. Zarzuciłem więc obowiązek, by powrócić do lektury książki  pt."Koncert dla nosorożca", która to książka jest dziennikiem krakowskiego poety Józefa Barana. Już na początku czytania uderzyła mnie ilość podobieństw i styczności, które łączą moje życie z życiem poety z Krakowa.
Nie znam twórczości ucznia Harasymowicza. Te kilka wierszy, które przeczytałem, to zbyt mało bym mógł coś sensownego o dziele poety powiedzieć i nie o tym chcę tutaj się zająknąć, To ta styczność i podobieństwo...
         Zacznijmy od tego, co jest oczywiste. Józef Baran pisze wiersze. Ja też. On pisze dużo, ja mało, ale zawsze to wiersze, no i... piszemy. On pisze bardzo dobrze, a ja..., ale zawsze to jednak proces twórczy. On ceni sobie swoją żonę i ja czynię to samo ceniąc swoją. On lubi czasem wychylić, ja nie inaczej. To podobieństwa, a teraz styczności...
         Pierwszy raz z twórczością Józefa Barana zetknąłem się słuchając Eli Adamiak.  Ela śpiewała piosenki do moich wierszy i do wierszy Pana Józefa.  Piękne teksty śpiewała, że wymienię - "Najlepsze lata - Atlantyda", "Szara piosenka" czy "Prośba o nadzieję". Moje teksty, które Ela zaszczyciła, nosiły tytuły: "Milcząca nadzieja", "Szary blues", czy "Czas twojego życia". Czyż nie podobne te tytuły?
A teraz czytam, że Józef Baran ukończył technikum i po nim wybrał się na polonistykę. Ja też. Czytam, że należał do Koła Młodych przy ZLP i współtworzył grupę poetycką "Tu i Teraz". Ja też należałem do Koła Młodych, tyle że moja grupa nosiła nazwę "Wspólność". Poeta Baran jeździł na koncerty z zespołem "Stare Dobre Małżeństwo" i recytował wiersze. Ja także recytowałem namiętnie, tylko że prócz tego ( tu różnica) byłem również "podmiotem wykonawczym" wykonującym piosenki.
Józef Baran lubił spędzać urlop w zakopiańskim Zaiksie, czyli w Halamie. Ja też.  Spotkał tam Wisławę Szymborską. Ja też.  Poczynił, jak wynika z dziennika, niemal identyczne do moich, spostrzeżenia dotyczące Noblistki i odnosi się do niej, z równą mojej, wielką atencją.  A dzisiaj się doczytałem, że gdy był studentem, to po jakiejś libacji wylądował w Izbie Wytrzeźwień. Wstyd się przyznać, ale ja też miałem taką przygodę, gdy byłem studentem. Po tej przygodzie esbecja szantażem i na chama chciała zrobić z niego kapusia. Jakbym swój życiorys czytał. 
          Jest w dzienniku poety Józefa Barana jeszcze wiele zdarzeń, myśli i odczuć, które jakby z mojego kawałka krojone były i sam się zastanawiam - skąd to? Nie wiem, co wyczytam jutro, ale wiem, że to przyjemne czuć się życiowo podobnym do sławnego poety. I przeczytałem jeszcze, że "Nie zgadzać się na własną szarość - to podświadome pragnienie artysty". No, jak tu się nie zgodzić z poetą mając tyle z nim wspólnego.
Ponieważ jestem zwolennikiem teorii, że każdy ma talent, to jasne jest, że każdy może być artystą. Głoszę więc za Józefem Baranem - Nie zgadzajcie się na własną szarość.
11 stycznia, 2008

Od początku do końca i nie raczyć

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:05
          Kilka dni temu dowiedziałem się, że pierwszorzędny "Przegląd Polityczny", pod redakcją Wojciecha Dudy, wydrukował znakomity reportaż dziennikarza i pisarza z Olsztyna - Tadeusza Prusińskiego. Reportaż nosi tytuł "Kaszubi Gintra z Rajchu" i traktuje o kaszubskich krewnych Gintera Grassa, mieszkających do dziś pod Gdańskiem, tuż obok lotniska Rębiechowo, wśród pól, na których zaczyna się akcja powieści "Blaszany bębenek". Ale do rzeczy:
          Jakiś czas temu, przyjaciel mój, Tadeusz Prusiński przysłał mi kilka swoich reportaży, bym sobie, jak napisał, w chwilach nudy poczytał. Rzuciłem okiem i... wciągnęło mnie na dobre. Jeden z tych reportaży, o Kaszubach, z racji moich zainteresowań szczególnie przypadł mi do serca i do gustu. Ponieważ jestem fanem gdańskiego dwumiesięcznika "30 dni" redagowanego przez red.Grzegorza Fortunę, który w sposób przepiękny pisze o Gdańsku i terenach przyległych, przeto nic chyba dziwnego w tym, że na fali uniesienia, jaką miewają odkrywcy, wysłałem wspomniany tekst, na adres mailowy do redakcji wspomnianego pisma.
Niestety, redaktor Fortuna nie raczył odpowiedzieć mi, co zrobi z tym tekstem. Nie raczył nawet podziękować za przesyłkę, co ma w zwyczaju, jak mnie zapewniał Zbyszek Gach, który z redaktorem Fortuną współpracuje, ani nawet nie raczył wskazać mi miejsca gdzie mógłbym go ewentualnie pocałować. No cóż... pismo piękne, a redaktor nie... raczy  - pomyślałem i zapomniałem, aż do chwili, gdy dowiedziałem się o druku w "Przeglądzie Politycznym".

przeglad-polityczny-0071

          Co ma piernik do wiatraka? Ano to, że redakcja "30 dni" i "Przeglądu Politycznego" mają ten sam adres - Gdańsk ulica Szeroka 121/122, który jest także adresem Fundacji "Dar Gdańska" i spółki "Millenium Media", która wydaje fantastyczne albumy w serii "Był sobie Gdańsk". Gdy dodamy do tego fakt, że pod tym samym adresem mieści się biuro poselskie Pana Premiera, to dowiemy się, że jest to sławny adres sławnych gdańskich liberałów.
A co ja mam do tego? Los niestety nie raczył mi odpowiedzieć. By nabyć pismo z reportażem udałem się do Empiku w Sopocie. Mam po drodze. Jakoś nigdy wcześniej "Przegląd Polityczny" nie wpadł mi w ręce, toteż wielkie było moje zdziwienie, gdym go do ręki wziął i przeczytał spis treści. Nie dość, że wszystko z pewnością przeczytam od deski do deski, od początku do końca, to prócz treści sycić się będę też formą, bo pismo jest zredagowane i wydane znakomicie. Już wiem, że na tym nie skończę i przeczytam także następne numery.
          Tu moje sprawozdanie z ostatnich dni mogłoby się skończyć, gdybym wychodząc z Empiku nie rzucił okiem na półkę z płytami. Będzie z dziesięć lat, jak zacząłem się przyjaźnić i współpracować z Andrzejem Donarskim, leaderem zespołu Mr. Zoob. Piosenki na płytę zespołu powstały dawno. Tak dawno, że ja przygotowując swoją płytę "Słowa..." podebrałem ich kilka dla siebie i z przyjemnością nagrałem. Płyta Andrzeja i zespołu z tak wielkim pietyzmem była komponowana, że straciłem już nadzieję, że kiedykolwiek się ukaże. I oto w Sopocie, w Empiku patrzę na półkę w dziale muzycznym i oczom nie wierzę? Na półce stoi płyta:

mr-zoob-od-poczatku1

A na tej płycie jest kilka moich tekstów i jeden... o mnie. No świetnie - myślę sobie - ale czemu ja, u diabła, nic o tym, że płyta wyszła przed Świętami, nie wiem. Miałbym z głowy prezenty. Niestety, Andrzej nie raczył mnie powiadomić. Szkoda, bo płyta znakomita i puszcza się świetnie, od początku do końca. Raczę powiedzieć - dobra muzyka. A może lepiej nie raczyć? Czy raczenie zapesza? Może zapytać Pana Premiera?
PS. Wiem. Jeżeli "nieraczenie" (to już rzeczownik) daje bardziej pozytywny skutek niż "raczenie", to nie raczyć. Robić wszystko od początku do końca i nie raczyć.
18 grudnia, 2007

Mój Polak

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:00
          Śledziłem dzisiaj dyskusję jaka toczyła się w sejmie, w sprawie powołania komisji, która ma zbadać czy mali ludzie z PiSu robili wielkie świństwa, czy odwrotnie - wielkie świństwa robiły małych ludzi. Mój prywatny osąd wydałem po swym prywatnym śledztwie już dawno, na podstawie swoich, prywatnych obserwacji zachowań i słów wyżej wymienionych ludzi. Wyrok mój brzmi - W imię chorych wizji, w imię chorych ambicji i w imię swoich kompleksów ?mali ludzie? gotowi byli do wielkich podłości, byle tylko zaspokoić żądzę władzy i postawienia na swoim, by było tak, jak oni chcą, i jedno i drugie. Małość i świństwo w jednej zagrodzie. Z perspektywy swoich niskich pobudek obudowanych wysokimi, niby patriotycznymi celami, ogłosili się najmądrzejszymi, najlepszymi, najbardziej patriotycznymi Polakami. My, czyli cała reszta, przy nich byliśmy w najlepszym razie głupim motłochem, który nie wie, że "stoi tam gdzie kiedyś stało ZOMO".
          No cóż każdemu wolno zwariować. Szkoda tylko, że niektórym odbija na nasz koszt i za nasze pieniądze. Tak, czy inaczej zastanawiałem się dzisiaj nad tym, że też w naszej historii wariatów znajdzie się co niemiara, a ludzi mądrych jakoś tak, jakby na lekarstwo. A cóż to dla Polaka pogonić Krzyżaka i się zasapać, bo zysku z wygranej doliczyć się już raczej nie dało?  A cóż to dla Polaka, bardziej dbać o interesy Rzymu i innych niż własne i lecieć pod Wiedeń ,a potem lekką ręką tracić okazję do podporządkowania sobie Gdańska za obietnicę wybudowania katolickiej kaplicy królewskiej? A cóż to dla Polaka wierzyć w cud i w pięć tysięcy rzucić się na dwie, a właściwie trzy armie jednocześnie i oczywiście pięknie pod Maciejowicami przerżnąć w imię nierealnej niepodległości? A cóż to dla Polaka dać się wyrżnąć w dwieście tysiecy luda, tylko po to, by pokazać światu - patrzcie, zdradziliście nas, sprzedaliście, a my tak pięknie potrafimy za Warszawę umierać?  A cóż to dla Polaka najpierw robić, a potem kalkulować? Nic to dla Polaka. 
A gdy już Polak zacznie myśleć i zrobi coś z głową tak, jak np. okrągły stół, który pokazał jak można mądrze każdą siłę i każdą głupotę obalić, to inny, bardziej polakowaty Polak wyzwie go od zdrajców, zaprzedańców, głupków, agentów i wszelkiego barachła. Och, wystarczy poczytać historię i dzisiejsze gazety. A przecież mamy i mieliśmy mądrych Polaków. Mój Polak, to Dezydery Chłapowski.

dezydery-chlapowski2

Urodzony pod zaborem pruskim kształci się na wojaka już od czternastego roku życia. Przystaje do Napoleona i bierze udział w jego kampaniach awansując do stopnia pułkownika. Zostaje adiutantem Napoleona i odchodzi od niego, gdy dowiaduje się, że ten Polską będzie kupczyć z carem Rosji. Wraca do Wielkopolski, do rodzinnego majątku w Turwi...

turew1

...i w wieku 27 lat zaczyna pracować nad tym, co później wszyscy nazywać będą - gospodarną Wielkopolską, nie szczędząc przy tym Ojczyźnie dalszych wysiłków z szablą w dłoni. Jemu się udało, bo najpierw myślał i kalkulował, a potem brał się do roboty i pracował. Bił się, ale zabić nie dał. Nie rzucał się na Prusaków wszczynając kolejne, beznadziejne powstanie, ale pobił ich, ich własną bronią - dobrą i nowoczesną gospodarką. To przy Chłapowskim polskie kasy spółdzielcze, banki i myśl polską, w legalnie zakładanych polskich bibliotekach, rozwijał w Śremie i innych miastach Księstwa Poznańskiego ksiądz Wawrzyniak. To przy Chłapowskim Cegielski ruszył z produkcją jakiej pozazdrościli mu Niemcy. Czy jest takie miasto, w którym nie ma ulicy Kościuszki? A czy kto wie, prócz Wielkopolan, gdzie są ulice Chłapowskiego?
14 grudnia, 2007

Strach przed wodą... święconą

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:44
          Jak widać diabeł się wody wystraszył i wszystko ( prawie) wróciło do normy. Ja wiem, że obecny kształt mojej strony nie jest najlepszy, ja wiem, że wielu wie lepiej jak mogła by ona, strona, wyglądać ładniej, korzystniej i przyjemniej, ale jest jak jest. Jest lepiej tak, niż tak jak było przez wczorajszy dzień. Te czernie..., ta klepsydrowatość... i ta jaskrawość białych liter... brrr. Poprawimy moją stronę w styczniu. Mam to obiecane.
          Że o wodzie teraz, no to... Rzuciło mnie dzisiaj do Dębek. Niezwykły był widok miejscowości letniskowej jesienną zimą. Domy jakby drzemały, kioski jakby chrapały, a drogi jakby kulały. Gdzieś pies zaszczekał, gdzieś, ktoś przez okno spojrzał i schował  głowę, bo padało, a w jedynej, czynnej restauracji tutejszy Wacek przytulił butelkę™ piwa i zasnął.

debki-050.jpg

Za to, tuż za lasem...

debki-046.jpg

...żywioł wody dobierał się do śpiącej plaży nachalnie i pieniście...

debki-039.jpg

Byłem sam na sam z plażą, morzem...

debki-033.jpg

...wiatrem i deszczem. Byłem sam na końcu Polski i było pięknie...

debki-045.jpg

...a strach przed wodą nie taki straszny. Gdy wracałem pamęć zadzwoniła w głowie przypominając o dzisiejszych urodzinach Janusza Kasprowicza. Janusz. Życzę Ci wszystkiego co przyjemne, co dobre i co Tobie łaskawe. Nie zmieniaj się, ale z PiSem się nie koleguj. Jutro będzie przepięknie. Morze tak gadało.
09 grudnia, 2007

Dupek nie Mikołaj

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:23
        Nasi przyjaciele są dziadkami małego Kacperka, który chodzi do zerówki. Oczywiście rozpuszczają wnuka jak mogą, tym bardziej, że Kacper, to "skóra zdjęta" z dziadka Andrzeja. Lody, ciastka, zabawki, wycieczki i przeróżne inne atrakcje są na porządku dziennym, gdy tylko Kacper ma czas. Oto Kacperek:

kacperek.jpg

         W związku ze zbliżającymi się Mikołajkami, Kacper wymarzył sobie zdalnie sterowany samochód. Oczywiście, dziadek Andrzej, udał się do miejsca gdzie taki samochód można nabyć i 6 grudnia Mikołaj przyniósł dziecku prezent.  Kacperek raźno zabrał się do rozpakowywania paczki, a gdy nie znalazł anteny do sterownika, to się wkurzył i rzekł - Dupek nie Mikołaj.
          Z tej historii morałów wysnuć można od metra:
1. Dziadkowie dlatego bardziej, niż własne dzieci, kochają wnuki, bo mają czas, bo mają wyrzuty sumienia, bo wnuki unaoczniają im ciągłość rodu, a przez to ich własna nieśmiertelność staje się faktem, bardziej niż dotąd dostrzegalnym, bo... itd.
2.Świat idzie w złą stronę, bo dzieci (jak zawsze!) są źle wychowane, bo kto to słyszał żeby w tym wieku dziecko mówiło brzydkie wyrazy, bo w kapitalizmie robią buble, to cholera wie po co było zmieniać ustrój, bo... itd.
3. Czas skończyć ze świątecznymi prezentami, bo to uczy dzieci pazerności, egocentryzmu i egoizmu i... brzydkich wyrazów, bo to zbędny wydatek, najczęściej na zakup bubla, a tego dzieci nie powinny się uczyć, bo...itd. itd.
          Można też spojrzeć na sprawę inaczej. Oto jest naród, który koniecznie chce, by żyli święci Mikołaje. Najczęściej do tego miana kandydują politycy, którzy narodowi obiecują co Bóg da, a że z Bogiem się rzadko widują, to i niewiele mają do dania. Najczęściej w prezencie narodowi przynoszą słowa - słowa nadziei, słowa otuchy i słowa buble. Wczoraj jeden z polityków PiS wychodząc z kongresu swojej partii powiedział do kamer  - Nasza przegrana w wyborach jest naszym zwycięstwem. I bądź tu człowieku mądry. Przegrał, ale wygrał. Na filozofa mi facet nie wyglądał, na Mikołaja..., no może tak, ale to - Dupek nie Mikołaj.
06 grudnia, 2007

Smołdziński las

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:55
          "Schować", "uciec", "zgubić", "odnaleźć", "wygrzebać", "zapomnieć", "odkryć" - to czasowniki stawiane tuż obok zaimków "siebie" i "mnie", które często słyszałem od znajomych podejmujących ryzyko opuszczenia dotychczasowego dorobku i udania się gdzieś, bliżej nie wiadomo gdzie, w celu rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Wszystkiego od nowa, ale z pomysłem i z doświadczonym marzeniem. Czasami tym doświadczeniem było zwykłe przemęczenie i chęć ucieczki od kłopotów, które "tu i teraz", a czasami świadomość braku dalszych możliwości.
          Pamiętam świetnego poetę Jurka Kamrowskiego, który osiadł na wsi za Gdańskiem i o ile wiem źle się stało, że tak się stało.  Pamiętam jak wiele lat temu zazdrościliśmy Włodkowi Cegłowskiemu, który osiedlił się na jednej z wysp pięknego jeziora kaszubskiego i przykro nam było, gdy dotarła do nas wiadomość, że trudy takiego mieszkania są zbyt duże, jak na moce młodego pisarza. Niektórym  takie ucieczki się udawały, jak choćby niezapomnianemu Nienackiemu, piszącemu nad Jeziorakiem. Sam wielokrotnie nad ten Jeziorak bym uciekł, gdyby nie to, że lata lecą i...strach przed zaczynaniem wszystkiego od nowa wstrzymuje działanie.
          Z wielką ciekawością przyjąłem więc zaproszenie od Krysi Reichel, by w ostatni weekend odwiedzić jej Galerię Sen. Krysia jest malarką i konserwatorem zabytków, osobą zrównoważoną w szaleństwie i szaloną w swoim zrównoważeniu, tak jak artyście i konserwatorowi, a przy okazji też projektantowi domów, wypada. Galeria Krysi, to również mini pensjonacik, położony na skraju Slowińskiego Parku Narodowego, między jeziorem Gardno, i Łebsko. Rzut beretem od Bałtyku, tuż za wsią Smołdziński Las. Dzieki temu, że Galeria Sen to mały pensjonat, zaproszenie Asi, mnie i stada przyjaciół, mogło opiewać na dwa dni, a jak kto chciał, to i dłużej. Galeria powstawała wiele lat i właściwie niedawno sen się spełnił. Spóźniliśmy się. Nim zajechaliśmy była noc i na dodatek cała wiara, "na chwilę" przeniosła się do sąsiadki, też Krysi, ale Batruch, która prowadzi pensjonat Kalamus, gdzie czarowały kompozycje stołowe...

smoldzinski-las-016.jpg

smoldzinski-las-009.jpg

i gdzie recital piosenki poetyckiej dała Dusia Staroniewicz, siostra Wojtka, znanego (także z mojej płyty "Słowa") saksofonisty jazzowego. Później wylądowaliśmy w Galerii Sen, gdzie u sufitu już wisiała jemioła, by nam przynieść szczęście i pomyślność do końca roku i dalej, po wsze czasy

smoldzinski-las-050.jpg

Ja oczywiście szczęścia doznałem niemal natychmiast.

smoldzinski-las-124.jpg

Poetka Bożena Ptak, która po kilkudziesięciu latach życia z Jurkiem Falskim wreszcie się w nim urzędowo zakochała i wyszła za niego za mąż, również wyglądała na zadowoloną

smoldzinski-las-102.jpg

Powodzenie miał także Maciej Witkiewicz - bas, wykładowca w  Akademii Muzycznej w Warszawie i w Bydgoszczy, a na dodatek stryjeczny wnuk Witkacego...

smoldzinski-las-131.jpg

A i Zbyszek Gach, który zaraz po przebudzeniu, w niedziele rano, reklamował swoją nową książkę "X wieków piwa w Gdańsku", miał się dobrze. Na zdjęciu poniżej obaj artyści wraz z Asią - moją żoną.

smoldzinski-las-155.jpg od lewej Zbyszek Gach, Asia Chylińska, Maciej Witkiewicz

Wieczór był śpiewny i tańcująco-zwiewny. Ranek także był rozkoszny, więc kiedy Krysia, nasza gospodyni, wraz z Dusią Staroniewicz, zachęcała do dalszej zabawy...

smoldzinski-las-170.jpg od lewej Dusia Staroniewicz i Krysia Reichel

...wydało się skąd w Smołdzińskim Lesie wzięła się Galeria Sen. Widać to ma poniższym obrazku.

smoldzinski-las-175.jpg Karol i Basia Maciejewscy

Nam, tak jak Karolowi i Basi Maciejewskim, jak Januszowi Kasprowiczowi z Asią i jak wszystkim gościom uroczego "Święta światła", bo tak tę noc nazwaliśmy, też przyszło się pożegnać. Poniedziałek, dom, praca i te rzeczy... Gdybyście kiedyś byli w pobliżu Smołdzińskiego Lasu, to koniecznie wpadnijcie do Krysi. Możecie liczyć na wiele serdeczności, dobre obrazy i niezwykłe przyjęcie, a przy okazji zobaczycie artystkę, której się udało.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY