28 lutego, 2008

Parcie na szkło

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:10
          Czasem z podziwem, czasem z obawą, a czasem z zażenowaniem oglądam programy, w których młodzi ludzie chcą za wszelką cenę zaistnieć w telewizji. Dla zdobycia sławy gotowi są zrobić niemal wszystko narażając swoją psychikę na koszmar niepotrzebnej porażki. W naszej zbiorowej jaźni liczy się dzisiaj tylko sukces, choćby za cenę śmieszności, zdrowia czy zdrowego rozsądku. Zdobyty szybko i błyskotliwie tym bardziej jest pożądany. Nie jest sukcesem zwyczajne i porządne życie. Sukcesem jest życie z niedźwiedziem pod szafą, w łóżku lub w wannie. Te wszystkie "Szanse na sukces", "Idole" i "Big Brothery" mamią, łudzą i oszukują podszeptując gawiedzi, że sława jest tuż za drzwiami, że wystarczy nacisnąć klamkę i już... A jak nie zaśpiewasz, nie zatańczysz, nie zagrasz Otella, Julii, czy nogi od stołu, to może udać ci się chociaż puścić bąka w mikrofon. Ważne byś zaistniał. 
         Zaistnieć przy takiej ilości stacji, wielości programów i pomysłów na coraz to nowe kreacje, jest prawie niemożliwe. Te wyjątki, które czasem błysną potwierdzają regułę. Obserwuję karierę Tomka Makowieckiego, który jest synem Leszka, mojego starego znajomego, lidera znanej kiedyś grupy "Babsztyl". Tomek wygrał "Szanse na sukces" i daleko zaszedł w "Idolu", ale w tych osiągnięciach niewiele, znając dom Makowieckich, było przypadku. To ciężka praca i dziedziczony talent sprawiły, że ostatnia płyta Tomka jest tak znakomita.
          W 1976 roku pierwszy raz w życiu uczestniczyłem w tzw. produkcji telewizyjnej. Młody redaktor Jacek Popiołek zaprosił mnie do budynku przy Woronicza w Warszawie bym swoim głosem i osobą zasilił program traktujący o piosence studenckiej. Prócz mnie pokazał się w tym szoł - jakby to dziś nazwano - Andrzej Sikorowski z grupą "Pod Budą", Marysia Wiernikowska (tak, tak..., ta od dzisiejszej "Telewizji Objazdowej"), "Wolna Grupa Bukowina" i jeszcze ktoś, ale już nie pamiętam kto. W tamtym czasie w Polsce były tylko dwa programy i pokazanie się w jednym z nich natychmiast było zauważane w tzw. szerokim środowisku. Tak  i  ja, po wyemitowaniu owego programu, popularność odczułem niemal od razu. Sok z tego owocu był wyjątkowo słodki i wyrażał się nie tylko poklepywaniem przez znajomych po plecach i bardziej niż dotąd iskrzącymi spojrzeniami koleżanek, ale też zadziwiająco łatwym  zaliczaniem wielu przedmiotów w trakcie kolejnej sesji. Namacalnie i osobiście poczułem moc jaką daje, choćby chwilowe, zaistnienie poza zwyczajnym obiegiem. Odniosłem sukces? Krótkotrwały, ryzykowny i złudny.
          Gdy w ubiegłym roku byliśmy w Zakopanem, zdarzyła się nam taka oto przygoda:

 zakopane-2007-204.bmp

Któregoś ciepłego i słonecznego dnia schodząc w grupie kilku osób w różnym wieku z Jaskini Mroźnej do Doliny Kościeliskiej usłyszeliśmy tuż za sobą groźne pomruki, które ja do tej pory słyszałem tylko w Zoo, przy wybiegach dla niedźwiedzi. Jak jeden mąż ruszyliśmy szybszym krokiem w dół i kiedy już prawie biegliśmy, któryś z młodszych na tej ścieżce krzyknął
- Stańcie, to może będziemy dzisiaj w TVN - 24.
To się nazywa mieć prawdziwe parcie na szkło.
24 lutego, 2008

Ktoś Ważny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:46
          Bywa, że przyłapuję się na posiadaniu mętliku w głowie. Co? Gdzie? Kiedy? Jak? O której? Dlaczego? Po co? Nie wiem, nie wiem, nie wiem! Zamieszanie w jakie wpędza mnie jakieś niespodziewane wydarzenie, nowy pomysł, czy myśl nagła o czymś istotnym, a zapomnianym, sprawia, że gubię się w przejrzystości poglądów, biegu spraw i kolei rzeczy.  Całkiem źle by ze mną było i pewnie zginąłbym w tym, życiowym labiryncie, gdyby nie Ktoś Ważny. Ktoś Ważny jest jak dobre, niedzielne, ciche i spokojne popołudnie. Ktoś Ważny jest jak chwila zastanowienia, w której można pozbierać i ułożyć w jakimś nowym porządku, wszystkie porozrzucane sprawy. Ten Ktoś jest tak Ważny, że od Niego zaczyna się cała moja hierarchia ważności.

asienka.bmp

Dzisiaj jest niedzielne popołudnie i... wszystko wiem. Najważniejsze to mieć Kogoś Ważnego, a reszta jest mniej ważna.
15 lutego, 2008

Jajko sadzone na drzewie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:16
          Mam, jak każdy w moim wieku, swoje przyzwyczajenia, czyli tzw. ulubione zajęcia, które wykonuję określonego dnia, o określonej porze i w określonym nastroju. Jednym z takich zajęć, które powtarzam w każdą sobotę, jest poranne smażenie jajecznicy. Mój sposób na jajecznicę jest prosty: masło wrzucam na rozgrzaną patelnię, potem cebulę pokrojoną w plastry złocę na roztopionym już maśle i wbijam dwa jajka.  Jajka lekko ścinam, a potem, mieszając z namaszczeniem i z wyczuciem, odrobinę solę i pieprzę. Jest taki moment, gdy wszystko jest akurat i nie czekając dłużej należy jajecznicę, jak ukochaną, czule i delikatnie, z patelenki przełożyć na talerz. Później odrobinka keczupu na złoto-żółty jajecznicy powab i... smacznego! Gdy trzeba jajka "posadzić", to przy patelni lepsza jest Asia. Moje "sadzone" najlepiej wychodzą na drzewach.

jajko-sadzone-na-drzewie.bmp

Jutro sobota, a więc...jajecznica. Huurrraaaaaaaaa!
12 lutego, 2008

Urodzinowe zrzędzenie na cześć Gdyni

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:56
          Przyjaciel powiedział mi wczoraj, że czuje się gdynianinem, choć nigdy w Gdyni nie mieszkał. Temu gdańszczaninowi podoba się Gdynia, a przede wszystkim porządek jaki w Gdyni panuje. Powiedział też, że szczerze mi, staremu gdańszczaninowi, Gdyni zazdrości, bo Gdańsk...
          Gdynia, do której od lat bardzo chcę się przyzwyczaić, obchodziła właśnie osiemdziesiąte drugie urodziny. Z tej okazji gdyńscy notable zapewne urządzili sobie fetę i złożyli stosowne życzenia mieszkańcom. Wśród pięknych słów, na tle, ponoć bogatej i sprawnie zarządzanej, gdyńskiej miejskości obsypali się odznaczeniami i komplementami, pod ogólnym hasłem - Jesteśmy Najlepsi. 
Gdybym był nadal gdańszczaninem, być może bym uwierzył, ale moja Gdynia, ta na skraju Parku Krajobrazowego wygląda o niebo gorzej niż ulica Świętojańska, Starowiejska czy Skwer Kościuszki. Teren, o którym piszę, leży tuż za domami ulicy Grodnieńskiej, na tyłach apartamentowca przy ul. Kowieńskiej, i przy terenie dzikich działek, które powstały obok legalnych ogródków działkowych. Na tych dzikich działkach królują gdyńscy bezdomni z dzikimi psami, które przypominają owczarki kaukaskie.  Psy są groźne i niebezpieczne, o czym sam się przekonałem. Troska Urzędu Miasta Gdyni sprowadza się do ustawiania tablic i straszenia karami . O nawierzchniach ulic Lidzkiej, Grodnieńskiej czy Orańskiej, które łączą się z ulicą Wielkopolską - aortą tej części gdyńskich ulic, o czystości i bezpieczeństwie nikt nie pamięta. 
          Ludzi można pouczać i można ich straszyć. Ludziom można kazać i można od nich wymagać, ale trzeba też pamiętać o ludziach, między kolejnymi akcjami na pokaz. Chociaż pewnie nikt z urzędników Pana Prezydenta nie zerknie w moją stronę, to i tak powiem - Panie Prezydencie Szczurek, niech Pan spojrzy, to też jest Gdynia:

zakaz.bmp widok-na-ul-oranska.bmp jezdnie-miedzy-orlowem-a-bernardowqem.bmp przy-grodnienskiej.bmp orlowski-pies.bmp

Wszystkiego Najlepszego - życzy stary zrzęda.
10 lutego, 2008

Wtopieni w tło

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:38
          Wiosenna pogoda pewnie wielu ludzi skłoniła do spacerów. Nasze psy też wyciągnęły nas dzisiaj do lasu. To chyba globalne ocieplenie sprawiło, że początek lutego zamienił się w początek wiosny. Nie dziwota więc, że spacer dzisiaj mógł być przyjemnością. I był.
"Cóż jest piękniejsze niż droga w lesie/Gdy słońce świeci i wóz się toczy/Co nam następny zakręt przyniesie/ Czym się nacieszą zdziwione oczy/ 
Właśnie tekst tej piosenki Mirka Hrynkiewicza przyszedł mi do głowy, gdy taki oto obrazek sobie ustrzeliłem:

droga-w-lesie-2008-gdynia

A gdy się Dora wtopiła w tło:

dora-na-spacerze.bmp

I gdy po Dorze w tło zaczął wtapiać się  Hipek, a może było na odwrót, i to nie Hipek ale tło zaczęło wtapiać się w Hipka...

hipek.bmp

...zacząłem się zastanawiać nad tym, jak to jest z tym wtapianiem się.
          Sądzi się dość powszechnie, że proces "wtapiania" się w tło jest odruchem ludzi nieśmiałych, którzy nie chcą się wyróżniać. Poniekąd słusznie myśli się, że to cecha ludzi, którzy za życiową mądrość przyjęli wiarę, iż przetrwanie, bez względu na osobiste wartości, które oni chętnie podporządkują wartościom "tła",  jest ważniejsze, niż rozwijanie pawiego ogona w każdej życiowej sytuacji.  Tło jest także najlepszą kryjówką dla złoczyńców, którzy mogą się w nim dość skutecznie rozmyć, ukryć i odpocząć przed następną złą czynnością. Dla żołnierzy tło jest koniecznością. Świetnie wszyscy pamiętamy te mundurowe jaskrawości, te "...amaranty zapięte pod szyją, ach Boże mój, jak ci nasi ułani..." i co z tego wyszło.
Dla artystów tło jest zagrożeniem ponieważ perspektywa wtopienia się w nie powoduje, że przyszłość jawi się jak koszmar zżerający ego i początek końca kariery. Upadek, klęska, klapa, brrr...
          Tło jednak najważniejsze jest dla polityków. Nikt, tak jak oni, nie potrafi w tło wtopić się i z tego tła wychynąć, gdy moment sprzyja. Nikt, tak jak oni, nie potrafi  zmienić tła, gdy moment nie sprzyja i nikt, tak jak oni, nie umie tła rozpalić, spalić i stlić do cna, gdy zdaje się być już niepotrzebne. Mistrzem w tym politycznym partactwie (partacze, to dawniej rzemieślnicy) jest Jacek Kurski, którego karierę obserwuję od dawna. Pierwszy raz spotkałem go w 1990 roku, gdy przyszedł na spotkanie z Jackiem Kaczmarskim, który był moim gościem w Nadmorskim Centrum Kultury. Przyszedł z bratem Jarosławem, którego sobie niezwykle cenię. Przyszedł... i pamiętam go z tego, że choć młodszy, to tak się krzykliwie ( była tego wieczoru w Ratuszu Staromiejskim elita władz Solidarności i śmietanka gdańskiego środowiska artystycznego) spoufalał, że trudno go było nie zapamiętać. 
Kurski potrafi wychynąć z każdego tła, choćby to była ściana jarzeniówek i wtopić się w każde tło, choćby było lita skałą. Od biedy można by to uznać za zaletę, gdyby nie fakt, że nie przestrzega reguł i zasad, kpi z przyzwoitości. Tupeciarz, któremu tak naprawdę chodzi tylko o to, by się liczyć na salonach.  Pokojowa rzeczywistość nie leży w kręgu jego zainteresowań. 
Dopóki będziemy wybierać takich polityków, to tylko przyroda w sposób naturalny z tła wyłaniać będzie prawdziwe skarby. Jak te, które dzisiaj wyrosły w moim ogrodzie:

przebisniegi.bmp
08 lutego, 2008

Bracia Marchowscy i zapach pomarańczy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:14
          Gdy poznałem Bartka miałem piętnaście lat i właśnie przeprowadziłem się z Wrzeszcza na Przymorze. Bartek mieszkał  tam już jakiś czas.  Zaprzyjaźniliśmy się ponieważ obaj zafascynowani byliśmy balladami Tadeusza Woźniaka. Bartek prócz płyt barda posiadał też małą, czarną gitarę, która miała tylko trzy górne progi. Miał też starszego brata Grzesia, studenta,  właściciela pełnowartościowej "enerdowskiej" gitary, grającego na niej znakomicie.  System był taki: Grzesiek pokazywał Bartkowi jakiś chwyt, Bartek ćwiczył zapamiętale, a gdy już miał wyćwiczone, przychodził do mnie i z miną wirtuoza pokazywał, gdzie i jakie palce położyć na strunach, by w C-dur dobrze brzmiało. Niestety, byliśmy ograniczeni do tych trzech progów, więc wiele nauczyć się nie mogliśmy. Do dzisiaj staram się grać tak, by dolnymi partiami gryfa nie kłopotać się za bardzo.
          W czerwcu 1973r., w jeden z ciepłych, letnich weekendów, mieliśmy z Bartkiem pojechać nad jeziora kaszubskie. Miało być wino, miały być kobiety i miał być śpiew. Miało być wesoło. Wypadło jednak tak, że w tamten piątek miałem ogłoszenie wyników matur i nie pojechałem. Radość ze zdanej matury prysła w poniedziałek, gdy przyszła wiadomość, że Bartek nie żyje. Trudno to było pojąć. Bartek miał dobre życie, dziewiętnaście lat, świetną rodzinę i powodzenie u dziewczyn. Grał już na gitarze i na dodatek  dobrze śpiewał, miał fantastyczny głos. Cóż można by chcieć jeszcze? W tamtych czasach taki utalentowany młodziak mógł liczyć na wiele. Niestety, odszedł i do dzisiaj nikt z bliskich Bartkowi nie rozumie dlaczego. Mnie po Bartku, prócz wspomnień, została znajomość z jego bratem, z którym także się w tzw. międzyczasie zaprzyjaźniłem.

nowe-zdjecia-056.jpg

          Grzegorz Marchowski jest śpiewającym inżynierem, z którym napisałem wiele piosenek. On z tymi piosenkami jeździł po studenckich festiwalach turystycznych i zdarzało się nie raz, że przywoził mi nagrody. Raz to był kocherek, raz śpiwór, a raz jakiś śpiewnik. Wracając zawsze powtarzał mi to samo - było świetnie. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak to smakuje, to koniecznie na przełomie lipca i sierpnia musicie wybrać się do "Bazy pod Ponurą Małpą" w Szklarskiej Porębie. Tylko tam zachował się jeszcze imprezowy klimat z wczesnych lat siedemdziesiątych.
          Potem z Grzesiem spotykaliśmy się rzadziej. Grzegorz, obarczony liczną rodziną, przez długie lata nie miał głowy do piosenek, aż tu nagle, kilka lat temu Grześ poszedł w... pieśń. Rozśpiewał się i przekomponował na nowo. Nie przeszkadzają mu lata, ani siwiejące włosy. Jak kiedyś zawsze ma przy sobie gitarę i jak kiedyś nie trzeba go długo prosić o piosenkę.

nowe-zdjecia-036.jpg

          Dlaczego o nim dzisiaj piszę? Ano dlatego, że Grzesiowi  syn Dominik zrobił piękną stronę w internecie i warto bym zachęcił Was do kliknięcia na: www.bop.eps.gda.pl/grzegorz_marchowski/  lub  www.marchowski.art.pl . Pod tym drugim adresem Grzegorz prowadzi blog muzyczny. Zamiast się uzewnętrzniać tekstem, swą rzeczywistość i nastrój wyraża piosenką. Zobaczcie, to bardzo fajne.
          Kiedy byłem całkiem mały, to zapach pomarańczy kojarzył mi się ze świętami Bożego Narodzenia, a gdy trochę podrosłem skojarzenie objęło balladę Tadeusza Woźniaka i braci Marchowskich. Teraz, kiedy cytrusy w wielkim wyborze są do kupienia przez cały rok, zapach pomarańczy kojarzy się już tylko ze spożywczym sklepikiem na rogu. Szkoda.
Szkoda? Eee... Moja wyobraźnia ma węch i dzięki temu wspomnienia wciąż pachną mi pomarańczami.
05 lutego, 2008

Autoportret w kolorze refleksji

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:34
Niby tyle się dzieje, a gdy przez chwilę zawiesić myśl, wstrzymać ruch, lub tylko pozwolić błysnąć refleksji, to może się okazać, że tak naprawdę nie dzieje się nic. To ja sam, w swojej głowie, wzniecam z byle czego kurz dziejowych wydarzeń, gdy tymczasem moją drogę cichutko porasta mech. Dobrze, że tę pospolitą codzienność można chociaż pomalować, nim do życiorysu dołożą nowy akapit i wymienią zdjęcie.  autoportret w lustrze u Maciejewskich Jak dobrze, że sa kolory.
27 stycznia, 2008

Wichura, że aż...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:04
          Oj, wieje nad morzem, wieje. W takie dni jak wczoraj, czy dzisiaj, gdy śnieg z deszczem zacina o szyby, najlepiej zaszyć się w ciepłym kącie i przeczekać. A jak już ciepły kąt, to i cicha muzyka, a do tego zestawu dobra książka i już możemy czuć się niebanalnie uszczęśliwieni. Wszystko jest niby jasne, proste i oczywiste, ale zostaje pytanie, które brzmi - jaka książka w takiej sytuacji jest dobrą książką? Kilka dni temu Teresa, żeglarka, poznana przeze mnie w młodości na jachcie "Smuga",
smuga-yksp.jpg

która mieszka w Australii, i która odnalazła mnie dzięki istnieniu internetu i tych moich "Codzienności" - więc ta Tereska zapytała mnie, mniej więcej o to, czy w Polsce istnieje jeszcze antysemityzm?
          No i masz... Oczywiście wiedziałem, że pytanie sprowokowane jest dyskusją, jaka rozpętała się w Polsce po publikacji książki Jana T. Grossa pt. "Strach". Tereska, mimo istnienia globalnej i szybkiej informacji, poczuła się na antypodach, pewnie trochę w tym wszystkim zagubiona i stąd pytanie. Ale jak jej odpowiedzieć?  Odpowiedziałem dość zdawkowo i zacząłem się zastanawiać - jest w Polsce antysemityzm, czy go nie ma?
         Niby nie chodzi się już w procesjach z kukłą Żyda do spalenia, powieszenia czy utopienia, niby kleksa w zeszycie nie nazywa się już żydem, niby nie wierzy nikt  już w macę robioną z krwi chrześcijańskiej, ale czy aby na pewno nie dopatrujemy się rysów semickich w twarzy każdego Polaka, któremu coś się udało? Nie węszymy w każdym sukcesie i każdej klęsce  żydowskiego spisku?
         Goszczę czasami przemiłego Polaka, mieszkającego  za granicą,  który od lat przekonuje mnie, że światem rządzi żydowska finansjera. Skąd w Polsce Bubel z tymi swoimi obrzydliwymi wydawnictwami? A skąd radio-maryjna piana nienawiści na wodzie, jaką mąci Jerzy Robert Nowak, ponoć profesor? Skąd listy w internecie, które co drugiego znanego Polaka obwołują Żydem, w pejoratywnym, ma się rozumieć, tego słowa znaczeniu? A skąd te nasze ciocie, które na rodzinnych spotkaniach, ściszonym głosem, jakby nie wiedziały, że się nie godzi, plotą coś o rodowodach współrodaków? Skąd?
         To jak napisać Teresie, że antysemityzmu w Polsce nie ma? A z drugiej strony w Polsce Żydów żyje ledwie garstka, a ten nasz antysemityzm w tej sytuacji jest trochę niedorzeczny. Śmieszne by było, gdyby na przykład w Indiach, gdzie być może na stałe żyje kilkudziesięciu Polaków, zapanował w całym społeczeństwie antypolonizm. Nie mamy Semitów, ale mamy antysemityzm. Dlaczego? Na pytanie to odpowiedzieć może tylko historia. 
         By móc z Teresą kiedyś bardziej poważnie na te tematy pogadać, zaszyłem się w ciepłym kącie, włączyłem cichą muzykę i wziąłem się do czytania książki "Strach". Już po kilku stronach mój ciepły kąt okazał się lodówką, a muzyka jazgotem dźwięków nie do wytrzymania. Już pierwszy rozdział stał się lekturą przerażającą  Wynika z niego, że Polacy w okresie okupacji niemieckiej byli pilnymi pomagierami Niemców w morderczej robocie pozbywania się Żydów. Nie wynika z tego rozdziału, że tylko jakaś ogłupiała część Polaków tak się zachowywała. Wynika, że niemal wszyscy. Gdy słucham teraz dyskusji na temat tej książki, nikt nie zaprzecza faktom, lecz mówi się o niedobrej metodzie pracy Grossa, jako historyka. Pewnie w tym stwierdzeniu jest dużo racji, bo choć urodziłem się po wojnie i tamte czasy znam tylko z opowiadań i lektur, to wiem, że nie można napisać dobrej biografii Hitlera, jeżeli się dobrze nie pozna i nie opisze czasu, w którym Hitler żył. Nic nie będzie oczywiste jeśli się nie opisze procesów, jakie  wówczas zachodziły na świecie. Procesów, dzięki którym ktoś taki, jak Hitler, mógł znaczyć tyle ile znaczył i zrobić tyle ile zrobił. To zadanie dla wnikliwych badaczy historii.
          W książce Grossa nie ma, niestety,  dobrego opisu czasów i okoliczności. Dziwi mnie, że Niemiec w tej opowieści jest postacią trzecioplanową. Niemiec pojawia się jak wysłannik jakiegoś systemu, jakiejś siły wyższej, czy konieczności. Najczęściej nie ma nazwiska i choć ma mundur niemiecki i przynależność do formacji, nie ma twarzy. Polacy u Grossa mają twarz, mają nazwisko i są mordercami.
          Powie ktoś, że to książka o polskim, a nie niemieckim antysemityzmie. A kto z antysemityzmu zrobił ideologię? Polacy? Czy takie opisanie historii jest uczciwe? Z pewnością wiele w nas łajdactwa, ale czy aż tak wiele? Chyba nie. Myślę, że nie mniej i nie więcej niż w innych narodach. Faktem jest, że z problemem naszego stosunku do Żydów tak naprawdę jeszcze się nie zmierzyliśmy. Prawdy przemilczeć się nie da, bo nie da się cofnąć czasu i zmienić faktów. Ważne jest, by ta prawda była prawdą, a nie jakąś kolejną manipulacją. Tak, czy inaczej każda myśl, która przyjdzie nam do głowy przy lekturze "Strachu", może nam tylko pomóc w tym narodowym rachunku sumienia.
          Niezależnie, czy Gross swe zadanie wykonał rzetelnie, czy po partacku, trzeba przeczytać tę książkę. Dzisiaj zaczynam czytać rozdział drugi.  Wichura za oknem jakby trochę przycichła.
21 stycznia, 2008

Poczta czeka na zmartwychwstanie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:37
          Oto dialog na poczcie. Jako petent wystąpiła Asia, a jako panienka z okienka "Panienka z Okienka". Akcja rozegrała się w Urzędzie Pocztowym w Gdyni Orłowie przy Al. Zwycięstwa:

Asia:
- Proszę pani, zmarła moja mama, do której listy nosił listonosz z tej poczty. Ponieważ sprawa spadkowa potrwa jakiś czas, a tylko ja mogę regulować mamy rachunki, to w związku z tym, mam gorącą prośbę, by listy przekierować na mój adres. Dzielnica ta sama, poczta ta sama, tylko inny listonosz moje listy nosi. To nie będzie chyba trudne? Oto akt zgonu mamy i mój dowód osobisty.
Panienka:
- Proszę pani. Przekierować pocztę może tylko adresat
Asia:
- Rozumiem, ale adresat nie żyje. Oto akt zgonu, a to mój dowód.
Panienka:
- Proszę pani. Jeszcze raz pani mówię. Przekierować pocztę może tylko adresat. Czy pani mnie nie rozumie?
Asia:
Adresat nie żyje, to jak ma przekierować? 
Panienka:
- Pani mnie nie rozumie. Taką dyspozycję może wydać tylko adresat.
Asia:
- Czy pani się dobrze czuje? Jak ma wydać dyspozycję skoro nie żyje?
Panienka: 
- To ja idę po Naczelniczkę

          Po przyjściu Naczelniczki akt pierwszy zagrano raz jeszcze, przy czym Panienkę z okienka zagrała Naczelniczka. Morał z tego jest taki, że każdy powinien grać swoją rolę, a wszystko będzie proste. Poczta to poczta. Asia, to Asia, Panienka z okienka, to Panienka z okienka, Naczelniczka, to naczelniczka, a życie to życie. Los może życie przekierować, poczty nie przekieruje nikt, bo nieboszczyk, to nieboszczyk i póki nie zmartwychwstanie...
15 stycznia, 2008

Nie zgadzać się na szarość

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:53
          Dzień zaczął się jak jeden z tych zwykłych, pospolitych i nudnych dni, jakich życie dostarcza w nadmiarze. Rano kawa, jakieś niespieszne myśli wstecz, nietrwożne w przód i próby sklejenia jednych z drugimi, by wyszła z tego jakaś życiowa ciągłość. Gdy ta ciągłość wyszła, też musiałem wyjść... do pracy.
          Powtarzalność codziennych czynności sprawiła, że zacząłem myśleć o złamaniu rytuału chodzenia w kółko. Zarzuciłem więc obowiązek, by powrócić do lektury książki  pt."Koncert dla nosorożca", która to książka jest dziennikiem krakowskiego poety Józefa Barana. Już na początku czytania uderzyła mnie ilość podobieństw i styczności, które łączą moje życie z życiem poety z Krakowa.
Nie znam twórczości ucznia Harasymowicza. Te kilka wierszy, które przeczytałem, to zbyt mało bym mógł coś sensownego o dziele poety powiedzieć i nie o tym chcę tutaj się zająknąć, To ta styczność i podobieństwo...
         Zacznijmy od tego, co jest oczywiste. Józef Baran pisze wiersze. Ja też. On pisze dużo, ja mało, ale zawsze to wiersze, no i... piszemy. On pisze bardzo dobrze, a ja..., ale zawsze to jednak proces twórczy. On ceni sobie swoją żonę i ja czynię to samo ceniąc swoją. On lubi czasem wychylić, ja nie inaczej. To podobieństwa, a teraz styczności...
         Pierwszy raz z twórczością Józefa Barana zetknąłem się słuchając Eli Adamiak.  Ela śpiewała piosenki do moich wierszy i do wierszy Pana Józefa.  Piękne teksty śpiewała, że wymienię - "Najlepsze lata - Atlantyda", "Szara piosenka" czy "Prośba o nadzieję". Moje teksty, które Ela zaszczyciła, nosiły tytuły: "Milcząca nadzieja", "Szary blues", czy "Czas twojego życia". Czyż nie podobne te tytuły?
A teraz czytam, że Józef Baran ukończył technikum i po nim wybrał się na polonistykę. Ja też. Czytam, że należał do Koła Młodych przy ZLP i współtworzył grupę poetycką "Tu i Teraz". Ja też należałem do Koła Młodych, tyle że moja grupa nosiła nazwę "Wspólność". Poeta Baran jeździł na koncerty z zespołem "Stare Dobre Małżeństwo" i recytował wiersze. Ja także recytowałem namiętnie, tylko że prócz tego ( tu różnica) byłem również "podmiotem wykonawczym" wykonującym piosenki.
Józef Baran lubił spędzać urlop w zakopiańskim Zaiksie, czyli w Halamie. Ja też.  Spotkał tam Wisławę Szymborską. Ja też.  Poczynił, jak wynika z dziennika, niemal identyczne do moich, spostrzeżenia dotyczące Noblistki i odnosi się do niej, z równą mojej, wielką atencją.  A dzisiaj się doczytałem, że gdy był studentem, to po jakiejś libacji wylądował w Izbie Wytrzeźwień. Wstyd się przyznać, ale ja też miałem taką przygodę, gdy byłem studentem. Po tej przygodzie esbecja szantażem i na chama chciała zrobić z niego kapusia. Jakbym swój życiorys czytał. 
          Jest w dzienniku poety Józefa Barana jeszcze wiele zdarzeń, myśli i odczuć, które jakby z mojego kawałka krojone były i sam się zastanawiam - skąd to? Nie wiem, co wyczytam jutro, ale wiem, że to przyjemne czuć się życiowo podobnym do sławnego poety. I przeczytałem jeszcze, że "Nie zgadzać się na własną szarość - to podświadome pragnienie artysty". No, jak tu się nie zgodzić z poetą mając tyle z nim wspólnego.
Ponieważ jestem zwolennikiem teorii, że każdy ma talent, to jasne jest, że każdy może być artystą. Głoszę więc za Józefem Baranem - Nie zgadzajcie się na własną szarość.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY