16 kwietnia, 2008

Jak rzucić palenie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:30
          Pewna znajoma Ewa, gdy dowiedziała się, że skutecznie poradziłem sobie z nałogiem palenia, zadała mi sakramentalne pytanie  - Jak to się robi?
Oto, co jej odpisałem: Rzucenie palenia okazało się bardzo prostą i łatwą sprawą. Po trzydziestu latach zaciągania się dymem, przez dwa lata postanawialiśmy z Asią, że razem  rzucimy palenie. Aśka odstawiła papierosy pierwsza. Wróciła jednak do palenia po trzech miesiącach z teorią, że nie da się rzucić palenia, gdy obok wciąż ktoś pali.  Obwiniłem siebie o całe nikotynowe zło świata i począłem mordować się z myślą, jak skutecznie złu temu zaradzić. Myślałem o tym dobre pół roku, coraz bardziej przyzwyczajając się do myśli, że jednak muszę to zrobić, muszę w cholerę rzucić to palenie. Nawet schowałem sobie "na zaś" dodatek do Gazety Wyborczej pt. "Jak rzucić palenie" i... paliłem dalej w najlepsze.

chylinski

          Któregoś dnia pikałem sobie po kanałach TV. Gdy na jednym z nich ktoś mówił o szkodliwości palenia, szybko zmieniłem program, Zaraz jednak zrobiło mi się wstyd, że uciekam od tematu i problemu. Kilka kanałów dalej trafiłem na reportaż z Londynu, który pokazywał nałogowego palacza, sympatycznego Anglika wiezionego na salę operacyjną. Narrator tłumaczył, że gość ma coś z płucami i zaraz go obejrzy sławny profesor. Jadący na operację, żartujący z pielęgniarkami, czterdziestolatek wydawał się być pełen ufności i spokoju.  Gdy usnął pod narkozą, rozkroili mu plecy i wtedy wszedł na salę sławny profesor. Bezceremonialnie wyjął krwawo-czarny ochłap, płuco, pokazał je do kamery i beznamiętnie poinformował widzów, że w tym przypadku rak wygrał, a pacjent nie pożyje dłużej niż dwa miesiące.
          Zgasiłem papierosa, który przestał mi smakować i powiedziałem sobie - to był ostatni.  Następnego dnia rano o wszystkim zapomniałem i jak zawsze przy kawie zapaliłem. Przy trzecim zaciągnięciu się dymem zobaczyłem uśmiechniętą twarz tamtego londyńczyka, transportowanego na operację i zgasiłem peta. I to był mój ostatni papieros.
          W trzy dni później, gdy poczułem, że zaraz zacznę chodzić po ścianach, przypomniałem sobie o broszurce z Gazety. Radzili by wybrać jeden z przedstawionych sposobów rzucania palenia i zalecali wytrwałość. Wybrałem ten z kalendarzem. Tak jak radzili powiesiłem kalendarz na ścianie i od razu skreśliłem trzy dni, choć ten trzeci wcale jeszcze nie upłynął. Przez chwilę było lepiej, lecz zaraz potem znowu poczułem ścianę na plecach. Dojrzałem wtedy w broszurze reklamę gumy (to, co piszę nie jest reklamą) "Nicorette". Rzuciłem się pędem do Apteki, nabyłem paczkę nadziei i... udało się. Ból jestestwa potęgowany brakiem nikotyny słabł. Wystarczyło, że żułem pięć, sześć gum dziennie i zapominałem o paleniu. Wspomnienie dymka wracało, ale już nie było tak dotkliwe i bezwarunkowe.
         Po dziesięciu miesiącach spokojnego żucia gumy zorientowałem się, że mam nowy nałóg - żucie. Prosta kalkulacja przekonała mnie szybko, że ten nałóg jest lepszy - zdrowszy i tańszy.
Później, w drodze na koncert do Berlina, zorientowałem się, że nie mam przy sobie "Nicorette". By opanować popłoch i uspokoić ewentualne nerwy, w przydrożnym kiosku kupiłem zwykłą gumę do żucia. Moja radość nie miała końca, bo okazało się, że żucie zwykłej gumy daje mi ten sam efekt, co żucie "Nicorette". Zrobiło się jeszcze taniej i jeszcze zdrowiej. Od tamtej pory żułem już tylko zwykłą gumę, aż któregoś dnia rozbolał mnie ząb i... nałóg żucia rozwiał się jak dym.
          Ponoć suma nałogów musi być stała ( "...pero, pero, bilans musi wyjść na zero..."), to od jakiegoś czasu szukam w sobie innych nałogów i nic poza lenistwem znaleźć nie mogę, bo przecież ta wesoła wódeczka, pita raz na jakiś czas, to co to za nałóg?
          I to tyle. Zachęcam do porzucenia nałogu. To łatwe i proste, choć długie. Najważniejsze jednak, Droga Ewo, to mieć w sobie Moc.
Waldek.
PS. Aśka pali do dziś. Jak ją proszę by palenie rzuciła, to pali głupa, choć przyznać musi, że teoria o tym, że jak ktoś obok pali to się rzucić nie da, wzięła w łeb.


07 kwietnia, 2008

Pamiętając o Andrzeju

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:03
          Osiem lat temu, 5 kwietnia , nadeszła fatalna wiadomość - Andrzej nie żyje. Poznałem Andrzeja w Olsztynie, gdy przyjechał na studia. Razem waletowaliśmy w akademiku przy ul. Żołnierskiej, w pokoju 806 gnieżdżąc się wraz z Jackiem Karaszewskim - młodym poetę, Romkiem Trębskim - aktorem studenckiego teatru i Jackiem Zwoźniakiem - satyrykiem, autorem sławnej "Ragazzy". Andrzej grał na gitarze i prawie każdego wieczoru od jego grania na całym piętrze robiło się pięknie. Wkrótce towarzyszył mi ze swoją gitarą wszędzie.

od-lewej-zbyszek-rojek-waldek-chylinski-i-andrzej-swacyna-otwarta-proba-w-olsztynie-1978r

          W tym blogu wspominałem Andrzeja już niejednokrotnie (na fot. pierwszy z prawej) i pewnie nie raz jeszcze wspominał, bo prawdziwych przyjaciół się nie zapomina. W piątek pomyślałem, że powinienem Andrzeja odwiedzić. W sobotę rano wsiadłem w samochód i pojechałem do Kętrzyna, a właściwie do Karolewa koło Kętrzyna, gdzie Andrzej mieszkał i gdzie został pochowany. Jadąc na Mazury wstąpiłem do Olsztyna,  czekał tam na mnie Romek Trębski i Tadzio Prusiński - dziennikarz, autor kilku książek i człowiek, który do naszej paczki także należał. Po południu byliśmy już na cmentarzu w Karolewie. Było nas tam, przyjaciół Andrzeja, więcej. Zapaliliśmy świeczkę, zadumaliśmy się nad przemijaniem i nad tym wszystkim skąd my, dokąd i po co.

grob-andrzeja-swacyny-w-karolewie.bmp

          A potem przysiadłem na chwilę i zagrałem Andrzejowi te piosenki, którymi przez lata spinaliśmy naszą przyjaźń. "... Chciał jeszcze coś powiedzieć, chciał jeszcze wytłumaczyć, w życiu o prawdę mu szło..."

piosenki-dla-andrzeja.bmp

          Wieczorem, w domu Andrzeja i Ewy Swacynów, do późnych godzin wspominaliśmy tamten czas, dobry czas, który Andrzej zapisał sobą w naszej pamięci...

ewa-swacyna-i-waldek-chylinski-ketrzyn.bmp

          Z pięciu, z 806, zostało nas tylko dwóch, Roman i ja. Świetnie tamten czas opisał kiedyś w "Gazecie Olsztyńskiej" Tadeusz Prusiński, który był z nami wtedy i jak widać na poniższym zdjęciu (pierwszy z prawej), był z nami i teraz.

od-lewej-wchylinski-ewa-swaqcyna-rtrebski-i-tadeusz-prusinski

          I chyba wszyscy byliśmy pewni, że przez cały czas był z nami Andrzej. Gdy w niedzielę wracałem do domu, zatrzymałem się na chwilę w Małdytach, w miejscu, w którym Kanał Elbląski łączy się z jeziorem Duckim, zwanym też Rudą Wodą. Przystanąłem na mostku, spojrzałem w dal i zdało mi się, że widzę żaglówkę mojego ojca i...

kanal-elblaski-a-dali-ruda-woda

... ale to już inna historia.
04 kwietnia, 2008

Andro-Pauza w Naszej Klasie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:32
           Andropauza (gr. andros = mężczyzna, człowiek; gr. pausis, łac. pausa = przerwa) - w ujęciu biopsychospołecznym definiowana jako okres w życiu mężczyzny (najczęściej po 50 r.ż.), zapowiadający zbliżające się wejście w okres starości - cytuję za Wikipedią. Prócz dolegliwości bólowych, okres ten charakteryzuje się również zwiększoną drażliwością, oraz obniżeniem nastroju i zadowolenia z życia. No, bo jak tu być zadowolonym, gdy odnajdujesz swoje gładkie, choć trochę pogięte zdjęcie sprzed dwudziestu czterech lat, a później, przy goleniu w lustrze widzisz jakiegoś, mocno wygniecionego gościa.

moja-studniowka-w-conradinum-1973r

          Po odkryciu w "Naszej Klasie" naszej Klasy, utknąłem w poszukiwaniach kolegów, w wymianie listów, maili, uprzejmości i pozdrowień. Z rosnącym zaskoczeniem i zadowoleniem patrzyłem jak przybywa mi znajomych, nawet takich, którzy są Festiwalem Filmów Dokumentalnych. Odwiedziłem też forum naszej szkoły, gdzie koledzy z różnych roczników wspominali stare lata  i nauczycieli, czasem skrzykiwali się na akcję pomagania szkole, a czasem dawali upust swoim frustracjom, obwiniając szkołę za swoje nieudane życie.
          Nieopatrznie przystąpiłem do dyskusji o Ginterze Grassie, który naszą szkołę wielokrotnie opisywał. Dyskusja szybko przerodziła się w pyskówkę o tym, czy Grass to geniusz, czy zbrodniarz wojenny!? Tak, tak niektórzy z dyskutantów nazywali noblistę, który uczył się w tych samych murach co my, dorzucając jeszcze pod jego adresem złowieszcze wyzwisko - faszysta. Autor o nieprzeciętnym dorobku i życiorysie, człowiek, który pisząc i dyskutując więcej zrobił dla dzisiejszej, spokojnej i zjednoczonej Europy, niż stu polityków, doczekał się, że właśnie takim mianem określają go ludzie, którzy uczyli się w tym samym co on, sławnym "Conradinum", do którego sławy, jak mało kto, Grass się przyczynił.

conradinum-pocztowka.bmp

          Przedwczoraj Grass ostatecznie wygrał proces ze swoim biografem Michaelem Jurgsem, który oskarżył pisarza o dobrowolne zapisanie się do SS. Argument, że jako kompletnie zindoktrynowany przez nazistów czternastolatek, dziecko przecież jeszcze, które, jak całe pokolenie mu podobnych młodzików, nie kierowało się rozumem i doświadczeniem, i nie miało żadnego wpływu na to, do jakich wojsk przydzielą, moim kolegom-oskarżycielom nie przemawiał do głowy. Grass przez lata ukrywał fakt krótkotrwałej służby w formacjach SS, bo i z czego tu być dumnym, ale za to z wielkim hukiem w końcu rozliczył się z tego, przecież niezawinionego, grzechu. Grzechu? 
          Koledzy z forum, jako najlepsi w Europie chrześcijanie, rozgrzeszenia nie dali. Jeszcze inni, przyznając Grassowi wielkość pisarską, odmawiają mu bycia autorytetem moralnym. To, że moralność ma różne imiona, to już mniejsza o to. Chodzi im bowiem o fakt, że pouczał innych, a sam był, wiedział i nie powiedział. Namawiał nazistów w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych do rozliczenia się  z przeszłością, a sam się nie rozliczył. Pytanie tylko, kogo namawiał? Czy on namawiał  smarkaczy z Hitlerjugend, czy ważne fisze, które po wojnie w Niemczech robiły kariery, a w czasie wojny wspierały nazistów, bądź nazistami były. "Jak mocny trzeba mieć moralny kręgosłup, jak twardo trzeba stąpać po ziemi, jak bezwarunkowo dążyć do prawdy, żeby publicznie, dla naszego pożytku, rozważyć ten rozdział swojej biografii? To oznacza, że to nie tylko wielki pisarz, ale też wielki człowiek. Właśnie w ten sposób buduje się autorytet moralny" - napisał na forum Maciej Sobieszczański.
          Przekonywali i inni, lecz do tych kilku zapiekłych "anty" nic nie trafiało. Faszysta i już! Ktoś nawet porównał Grassa do Leni Riefenstahl, nie widząc absurdu tego porównania. Czym innym jest bowiem świadome oddanie swojego talentu na usługi Hitlerowi  i apoteozowanie reżimu, a czym innym w tym reżimie, nie do końca świadomie, jako nieopierzony młodzian uczestniczyć i przetrwać, by potem pisać (i to z jakim skutkiem) przeciw temu, co było.

ginter-grass.bmp

          Ech, biedny Grass... Czy "przy obieraniu cebuli" pomyślał choć przez moment, że jego osobą będą leczyć swoją andropauzę różni sfrustrowani, młodsi koledzy z jego szkoły? Ostatnia książka Grassa dla samego Grassa z pewnością była lekiem, ale czy Grass będzie lekiem dla zapiekłych? Jutro rano wsiadam w samochód i jadę na Mazury. Może choć trochę się wygładzę.
Ech, życie, ty moja poezjo śpiewana.
01 kwietnia, 2008

Oklaski, ach oklaski...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:15
          Tak, jak obiecałem, sprawozdaję z drugiej części wieczoru jaki wraz z Asią przeżyliśmy w starym Gdańsku 28 marca tego roku. Po wyjściu z restauracji "Turbot", w której odbywała się promocja najnowszej książki Krzysztofa Kowalkowskiego, udaliśmy sie do pobliskiego "Teatru Wybrzeże", gdzie Prezydent Paweł Adamowicz -

pawel-adamowicz.bmp

honorował laureatów nagrody Splendor Gedanensis.  Za rok 2007  Splendor trafił do prof. Marka Podhajskiego, teoretyka muzyki, który opracował dzieło opisujące prawie wszystkich polskich kompozytorów. Prawie, bo jak powiedział dziękując za wyróżnienie, zebranie ponad tysiąca nazwisk, to jeszcze nie koniec. W historii Polski kompozytorów jest znacznie więcej, niż czterech, znanych światu. Tu profesor powołując się na badania wymienił Chopina, Pendereckiego, Szymanowskiego i... Paderewskiego. Powiedział, że to my sami jesteśmy winni temu, że poza tymi czterema nazwiskami tak mało słyszy się w świecie o Kilarze, czy Góreckim. Muszę przyznać, że pięknie wywiedziona mowa Profesora trafiła mi do serca i do przekonania, ale nie boję się, bo wiem, że mając takich, jak Profesor, badaczy, stan wiedzy świata o naszej muzyce poważnej już wkrótce się zmieni.
         Nagrodzony Splendorem, za powieść "Ostatnia Wieczerza" został także Paweł Huelle, którego mam za kolegę i wstyd się przyznać, że tej książki dotąd nie czytałem. Wierzę jednak, że taki fachman jak Paweł poniżej pewnego,  poziomu nie schodzi i ta nagroda tylko to potwierdza.

maria-janion.bmp

          Trzecią i najważniejszą laureatką w czasie gdańskiej gali rozdania Splendorów została prof. Maria Janion, historyk literatury i idei za cykl esejów pt. "Niesamowita Słowiańszczyzna".  Profesor profesorów, Maria Janion jest osobą nie do przecenienia w środowisku naukowym Uniwersytetu Gdańskiego. Przy tym nazwisku ręce zawsze same składają się do oklasków. Tak było i tym razem, klaskaliśmy głośno, choć Pani Profesor nie było, bo przybyć nie mogła. Podziękowania złożyła na telebimie. Nagrodę w Jej imieniu odebrała inna sława gdańskiej nauki - prof. Józef Bachórz.
Kultura, szczególnie ta wysoka, bez wsparcia i poparcia z pewnością mocno by okulała, wiec dbanie o sponsorów, głaskanie ich , chuchanie, dmuchanie i nagradzanie jest absolutnie na miejscu. Nic też dziwnego, że miasto tytuł Mecenasa Kultury Gdańska przyznało i w tym roku. Mecenasem okazał się biznesmen Andrzej Stelmasiewicz. A potem tych co klaskali, czyli nas, poinformowano, że zamiast tradycyjnego bankietu, w tym roku posłuchamy sobie muzyki. I nastąpiła dobrze znana od niepamiętnych czasów, a kultywowana szczególnie za PRLu tzw. "Część Artystyczna". W "Części" jako pierwsze wystąpiły Trebunie Tutki i zagrali fantastycznie.

trebunie-tutki.bmp

          Nie było już tak fajnie jak do Trebuniów dołączył Voo voo  i zaczęli grać razem program, czy jak to się dzisiaj mówi - projekt pt. Tischner.

voo-voo-i-trebunie-tutki.bmp

Szczerze mówiąc nudziłem się. Tekst, który na widownię nie docierał, muzyka, w której nabałaganiono ile wlezie, marne solówki i jakaś taka atmosfera, w której podtatusiali muzycy robią za dziecięcą "Arkę Noego", to mnie zupełnie do tego projektu nie przekonało. Dopiero trzeba było bisu, by zespół Voo voo pokazał swoje prawdziwe zęby i klasę.
          Gdy po koncercie zastanawiałem się, o co właściwie chodzi w tym projekcie "Tischner", Asieńka szybko skróciła mój tok myślowy - Jak to o co? O pieniądze. Zmarł Tischner, no to wykombinowali: ksiądz, Tatry, chrześcijaństwo, misja, nauka kościoła. Parę cytatów, trochę muzyki, sprawdzeni górale i bilet do Chicago. Ot projekt. Nawet niegłupi, choć nie nowy. Przypomnij sobie niedawny rok Mickiewicza...
          Po wyjściu z Teatru wpadliśmy wprost na piękny, nocny Gdańsk i Antka Pawlaka, poetę zacnego, a publicystę znakomitego, który teraz wspomaga gdański Urząd Miejski, będąc jego rzecznikiem. Garść wspomnień i kilka zdań o czasach właśnie przeżywanych, miło nastroiło nas, już i tak dobrze nastawionych, na powrót zatłoczonym traktem do domu. Och, dobrze jest klaskać... 
W nocy obudziłem się klaszcząc, ale co mi się śniło? Nie powiem.
29 marca, 2008

Hopl

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:09
          O Krzysiu Kowalkowskim pisałem w swoich "Codziennościach" 27 listopada 2006r., wkrótce po tym jak powstały. Wczorajszy dzień sprawił, że z przyjemnością powracam do tej przepięknej postaci.

krzysztof-kowalkowski-280308.bmp

          Krzysztof, mój były sąsiad i od zawsze przyjaciel, ma bardzo pożytecznego hopla. Jego hopl (może hopel?) objawia się niezwykłą wręcz pasją do grzebania w historii, starych papierach, rodowodach i tym wszystkim z czego można dowiedzieć się jak było kiedyś. Terenem  historycznych łowów Krzysztofa jest Kociewie, czyli ten kawałek Polski, który leży na lewym brzegu Wisły, koło Tczewa i rozciąga się od Kaszub przez Starogard Gdański po Chojnice, Tucholę i Świecie. Skarbem Kociewia są oczywiście Bory Tucholskie. Dzieje tych terenów są pasją Krzyśka Kowalkowskiego. Napisał już sześć książek historiograficznych, a wczoraj zaprosił nas na promocję  siódmej pt. "Nowa Wieś Rzeczna".

promocja-ksiazki-k-kowalkowski.bmp

          Promocja odbywała się na spotkaniu Kociewiaków osiadłych w Gdańsku. Prócz Krzysia i paru innych ciekawych osób, był chleb ze smalcem i szneka z glancem. Tak mi się podobało, że z Krzysia jest Kociewiak jak się...czyta, że sam zapragnąłem wstąpić. Niestety, mimo szczerych chęci przyciągnięcia Grodziczna, czy Nakła, skąd ród mój się wywodzi, do granic Kociewia, nawet skrajnym Kociewiakiem nie zostałem. Na dodatek zazdrość mnie zżerała, gdy przyszło mi patrzeć jak autor przez cały wieczór rozdawał autografy.

autografy-k-kowalkowski.bmp

          Zżarła by mnie pewnikiem zazdrość do cna, gdybyśmy z Asią nie byli zaproszeni na jeszcze jedną imprezę. Prezydent Gdańska zaprosił nas na rozdanie nagród Miasta Gdańska pod nazwą "Splendor Gedanensis", ale o tym w następnych "Codziennościach"
26 marca, 2008

Kosa

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 01:03
Smutna wiadomość przyszła dzisiaj. Zmarł Janusz Kosiński.

janusz-kosinski.jpg

"Kosa", bo tak go wszyscy nazywali, miał sześćdziesiąt cztery lata i był legendarnym redaktorem muzycznym w legendarnej "Trójce". Poznałem go w latach osiemdziesiątych  i nie pamiętam już, czy to było na Myśliwieckiej w Warszawie,  czy na festiwalu w Sopocie, czy może w sopockim, studenckim klubie "Łajba", który wtedy z "Trójką" współpracował. Nie pamiętam gdzie, ale pamiętam, że polubiłem go od razu. Ilekroć się później spotykaliśmy, tylekroć wiedziałem, że jest to facet, od którego spokojnie mógłbym kupić samochód. Auta od niego nie kupiłem, nie było okazji, ale radio samochodowe tak. To radio nie zepsuło się nigdy i może szkoda, że je wraz z samochodem, wiele lat później, sprzedałem. Dzisiaj zostały mi po Januszu już tylko wspomnienia. Dobre wspomnienia. Żegnaj Janusz. Nie da się Ciebie zapomnieć.
23 marca, 2008

Świąteczna wiosna w sałatkach i soplach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:24
          Święta Wielkanocne nieodmiennie w mojej głowie  i w moim życiu czyniły wiosnę. W tym roku na słoneczne poranki i cieplejsze dni czekam jakoś... bardziej. W tym roku za wiosną mi bardziej tęskno, a tu...

sople-1.bmp

          W świąteczny, niedzielny poranek, taki jak dzisiaj, w moim domu stawiamy na stole półmisek z wielkanocną sałatką. Przepis na tę potrawę, która u nas jest wielkanocnym daniem "firmowym", dostaliśmy dawno, dawno temu od męża siostry mojej mamy, wujka Sławka, który przywiózł ten kucharski ukaz do Polski po wojnie, ze swoich rodzinnych, ukraińskich stron. Ja w tej sałatce jestem zakochany od pierwszego posmakowania i nie wyobrażam sobie bez niej Wielkanocy.

          By smakowało, należy wędliny i mięsa, takie jak schab pieczony, baleron, krakowska wieprzowa lub kiełbasa myśliwska, szynka gotowana, polędwica wędzona surowa, czy tzw.sopocka i inne, jakie się ma w domu, pokroić w średniej wielkości plasterki, pamiętając koniecznie o białej kiełbasie, która jest bardzo istotnym składnikiem całej sałatki. Również w plastry, należy pokroić jajka, oczywiście wcześniej ugotowane na twardo, inaczej wszak się nie da. Do tego dodajemy chrzan, skrobiąc korzeń nożem, tak by z chrzanu odpadały wiórki i łupki. Jeszcze tylko stawiamy obok butelkę octu, sól i pieprz, i możemy rozpoczynać. 
          Do półmiska kładziemy warstwę pokrojonych wędlin i mięs. Mozaikę tych mięs posypujemy cieniutkimi łupkami chrzanu i skrapiamy  octem. Na warstwę wędlin kładziemy następnie warstwę jajek, którą tak samo ozdabiamy łupkami chrzanu i skrapiamy lekko octem, pamiętając, by jajka trochę posolić i popieprzyć. Na jajka ponownie kładziemy wędliny, na wędliny chrzan, potem znowu jajka... Wędliny na jajka, jajka na wędliny... pamiętając, by na mięsie był chrzan i ocet, a na jajkach dodatkowo sól i pieprz. 


Dobrze jest zrobić sałatkę dzień wcześniej, wtedy się pięknie "przegryzie" i będzie jeszcze smaczniejsza. Ot, i wszystko. Proste jak chrzan i pyszne, jak nie wiem co! A wyglądać sałatka powinna tak:

: salatka-wielkanocna

          Nim się najemy do syta, powinniśmy odebrać internetową pocztę od przyjaciół, bo przyjaciele - jak rodzina - są niezbędnym składnikiem naszej, dobrej, życiowej sałatki. Wśród poczty powinny znaleźć się przestrogi takie, jak ta, którą ja dzisiaj otrzymałem od mojego niezastąpionego przyjaciela - dr. Marka Prusakowskiego:





Wielkanoc są to święta radości 
Mnogości napitku i obfitości 
A że to także jest czas prezentów 
Więc i ode mnie jest jeden. 
Ten tu:
 
Dziś się podzielę wiedzą lekarską: lepsze opilstwo, niźli obżarstwo! 
Bo pamietajcie Panowie, Panie, że kac trwa krócej niż odchudzanie. 




Przeczytawszy przestrogi lekarza ze zrozumieniem możemy zacząć świętować.
No to.... Na zdrowie!!!


21 marca, 2008

Dobrych Świąt

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:34
Wszystkim wszystkiego dobrego z okazji Świąt Wielkanocnych.
Niech Wam będzie jak najlepiej.
Codziennie.

Niech się Wam układa po myśli.
Od soboty do soboty

A zdrowia  Wam wszystkim życzę zawsze.
Spokojnych Świąt
19 marca, 2008

Niespodzianka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:35
          Gdym rano wstał mój świat zakrzyknął - Niespodzianka! Wyglądał tak:

poranek-190308.bmp

          Zaskoczony, ale z uśmiechem zabrałem się za odśniezanie. Lubię niespodzianki. Wczorajszego wieczoru odnalazłem w "Naszej Klasie" kolejną swoją klasę. Tym razem zapisałem się do swojej klasy z podstawówki.
          - Niespodzianka !- zakrzyknął portal. W tej klasie odnalazłem nie tylko kilka osób, z którymi wiązały się dziecięce wspomnienia, ale też zdjecie, na którym jestem. Ciekawe czy ktoś mnie na nim rozpozna?

moja-klasa-w-szkole-podstawowej-nr-46.bmp

          A potem rajd po zasypanym śniegiem mieście do zajęć codziennych i jak zwykle do zwykłych spraw w tej codziennej codzienności. Turlając się w czasie, w międzyczasie sprawdziłem Totolotka. Bez niespodzianek. Klapa. Zerknąłem na notowania giełdowe. Bez niespodzianek. Klęska. Rzuciłem okiem na gazety. Kaczy... Bez niespodzianek. Obciach.
          Wieczorem kilka głębszych... oddechów, kilka błahych myśli, kilka spacerowych refleksji i...

wieczor-190308.bmp

...i mozna czekać na wiosnę. No to czekam.
17 marca, 2008

Kiedy się dziwić przestanę?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:39
          Zdziwienie chyba zawsze jest formę pytania. Pytanie natomiast tylko bywa formą zdziwienia. Mnie ostatnio dopadają co rusz pytania rodzące się ze zdziwienia. Dziwi mnie nieodmiennie coś, co w normalnych warunkach, w normalnym kraju i w normalnych czasach, pewnie by się nie wydarzyło. Gdyby się jednak wydarzyło, byłoby po prostu nienormalne.
          Od kilku dni tzw. media opisuja jakiegoś księdza Andrzeja ze Szczecina, który podobno niecnie poczynał sobie z zagubionymi życiowo chłopcami. Jego seksualna skłonność była ponoć znana od 1995r. Dzisiaj księdza Andrzeja, którego nazwisko ledwie przemknęło przez prasę, w obrone biorą hierarchowie koscioła mówiąc tłuszczy (czyt. wiernym i obywatelom) między wierszami - Wara wam od naszych zboczeń.
          Nie minęło dwa dni jak sąd nakazał aresztować prezydenta Olsztyna Małkowskiego za to, że ponoć niecnie poczynał sobie od lat z dorosłymi kobietami w Urzedzie Miejskim. Dziś Małkowski, którego nazwisko przez tygodnie wisiało na każdym płocie oglada świat spoza krat, a ksiądz Andrzej zapewne w spokoju ducha modli się w jakimś przykościelnym ogródku.
Między Małkowskim, a księdzem Andrzejem jest jeszcze i ta subtelna różnica, że Małkowski interesował się dorosłymi kobietami, a ksiądz... I Małkowski i ten ksiądz imieniem Andrzej są obywatelami kraju, w którym ponoć wszyscy są równi wobec prawa. Ponoć???!!! Kiedy ja się dziwić przestanę?
          Skandal - to jedyne słowo jakie przychodzi mi do głowy po wysłuchaniu przed dwoma godzinami orędzia Prezydenta Kaczyńskiego do Polaków. Jako Polak chciałbym być dumny ze słów i poczynań głowy mojego państwa. Tymczasem rzecznik swojego brata i jego partyjki - Lech Kaczyński - przez dziesięć minut oznajmiał światu, że traktat, który sam wynegocjował zagraża Polsce tym, że Niemcy zabiorą nam Gdańsk, Szczecin i Wrocław, a homoseksualiści zaobrączkują się na amen.
          Jak to jest, że zamiast być dumnym, muszę się wstydzić za takiego przedstawiciela narodu. Kiedy ja się dziwić przestanę?
I jeszcze coś, co zdziwiło mnie o wiele mniej. Wczoraj moja uwagę znowu zaprzatnął portal "Nasza klasa". Odnalazłem swoją klasę ze szkoły średniej i kilka starych, klasowych  zdjęć.

moja-klasa-1.bmp

         Łezka mi się w oku zakreciła, zaszumiały wspomnienia i już byłbym szczęśliwy, gdyby nie to, że na żadnym z nich nie odnalazłem siebie. No, cóż... Nie ma, to nie ma. -Te ze mną pewno się zgubiły i już - pomyślałem, lecz dostrzegłem tablo naszej klasy zrobione przez jednego z kolegów. Na tablo także mnie nie było.
Ki diabeł? Może mnie nie ma? Tym razem nawet nie zacząłem się dziwić. Walcząc ze sklerozą zacząłem szukać odpowiedzi na pytanie dlaczego ja się tak ciagle dziwię?
I kiedy sie dziwić przestanę?
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY