30 lipca, 2008

Wojnowska

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:50
ela-wojnowska

          Pierwszy raz zobaczyłem Elę w 1974r. na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Śpiewała pieśń "Zaproście mnie do stołu". Jej wejście na scenę wzbudziło duże zaciekawienie, schodziła już jako gwiazda. Na festiwale studenckie jeździłem w tamtym czasie jako dziennikarz Dziennika Akademickiego, dodatku do Dziennika Bałtyckiego, i choć swoje pierwsze bardowskie boje na scenie miałem już za sobą, to gwiazdy piosenki podziwiać mogłem tylko z pewnego dystansu. Tak też patrzyłem na przepiękną i przebojową Wojnowską.
W rok później, wraz z Elą Adamiak, chyba jeszcze jako jej tekściarz, zostałem zaproszony na Famę do Świnoujścia. Do dzisiaj pamiętam prawie każdy dzień z tamtej eskapady. Salon Niezależnych z Jackiem Kleyffem, Michałem Tarkowskim i Januszem Weissem, początkujący "Maanam" jako trio z Johnem Porterem, Heniu Sawka i Andrzej Mleczko, kabaret Tey, Przemek Gintrowski, którego piosenka do wiersza Krzysia Sieniawskiego podbiła moje serce tak, że za każdym razem, gdy zagapię się nocą na bezchmurne niebo słyszę jej fragment, a tekst sam mi się składa w słowa "...Czego się gapisz panie księżyc...", i Elżbieta Wojnowska. Wszyscy oni byli wtedy na Famie, wśród nieprzebranej ilości młodych plastyków, muzyków, aktorów i wszelkiej maści innych kandydatów do kariery.
          Właśnie na tamtej Famie zrodziła się między mną, a Wojnowską przyjaźń, która trwa do dzisiaj. Mijały lata. Ela urodziła swemu mężowi, sławnemu krytykowi Andrzejowi Ibisowi Wróblewskiemu dwóch synów; Andrzeja i Mieszka, borykając się wciąż z przeciwnościami losu. Nagrała kilka płyt, zagrała setki recitali i koncertów. Niepokorna i perfekcyjna, kolejnych swoich muzyków doprowadzała do szału, zawieszając podczas prób poprzeczkę najwyżej jak mogła, ale gdy już wystąpiła na scenie, to proszę siadać. Wciąż szukała swojego repertuaru i wciąż była twórczo niezaspokojona. śpiewała Brechta, Moczulskiego ( tego z Krakowa), Osiecką, Broniewskiego, a ostatnio Szekspira. Zawsze znakomicie, zawsze do końca i zawsze na najwyższym poziomie. Nie pamiętam by kiedykolwiek odpuściła jakiś koncert. Nigdy nie zapomnę jej wizyty, gdy wpadła do nas kilka lat temu, wieczorem, na dzień przed ważnym koncertem w Sopocie. Przegadaliśmy całą noc i do dzisiaj nie wiem skąd miała tyle energii, by swój recital, po tej nieprzespanej nocy, zaśpiewać koncertowo i mieć jeszcze siły na trzy, czy cztery bisy.
          Ela zajeżdża do nas czasami. Uwielbia spacery brzegiem morza. Od nas ma najbliżej. Bywa, że tęskni i wtedy pisze. Dzisiaj napisała : "...Chciałoby się w takie dni posiedzieć chwilę nad morzem. Tego Wam zazdroszczę, mimo że Wy sami nie macie zbyt wiele okazji, żeby to wykorzystać. ŚCISKAM wszystkich domowników. Elżbieta? Musi znowu tęskni. Elu, jeżeli to czytasz, nie czekaj. Porzuć na chwilę Warszawę, choćby zaraz, i wpadaj do nas. Pójdziemy o zmierzchu na długi spacer krańcem Bałtyku i przegadamy kolejną noc. "...Czemu się dziwisz panie księżyc..." .
25 lipca, 2008

Poniosło i... przyniosło

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:53
          Ech..., poklepałem się po brzuchu i pomyślałem, że może mnie trochę przy ostatnim wpisie - "Rogacizna w Sejmie" - poniosło. Nie znoszę ideologii PiS i jej piewców, bo uważam, że ten sposób pojmowania świata nie tylko obraża moje uczucia do kraju urodzenia, ale - co ważniejsze - ewidentnie mu szkodzi. Nie znoszę ludzi, którzy z gorączką w oczach widzą we współbraciach tylko agentów i złodziei. Nie cierpię tych, którzy pod szyldem walki (czy my ciągle musimy walczyć?) z korupcją, agenturą obcych wywiadów i wszelkim innym bezeceństwem, gotowi są na każde świństwo. Nie znoszę..., a jednak nie powinienem o posłance Kempie pisać, że jest pulchna i się poci, a poseł Gosiewski sepleni. Nie powinienem, choćby przez wzgląd na mego znajomego Tadzia Buraczewskiego, który nie wiem dlaczego, bo to fajny gość, całym sercem i piórem za PiSem stoi. Nie powinienem i już.
          Może i dobrze by było na "rogaciźnie" skończyć i nie dopowiadać nic więcej, ale mnie poniosło. Pisałem, gdy spektakl jeszcze trwał i stąd ostrość wyrazu. Jeżeli więc ktoś się poczuł urażony, niech wybaczy nerwowe uniesienie, choć nie mogę obiecać, że mnie już nigdy szlag nie trafi.
          Pewnie bym na tym dzisiaj skończył, gdyby nie przysłany komentarz do poprzedniego wpisu. Tych, którzy nie zajrzeli informuję, że nieznany mi Pan Zbigniew Szymański, wplatający między swoje imię i nazwisko pseudonim "200 gram", przysłał komentarz i wiersz swojej produkcji. "Dzieło", niestety, nie jest wysokiej próby, ale je zacytuję, bo traktuje o mnie. Oto komentarz i wiersz (pisownię zachowałem oryginalną) Pana Zbigniewa: "Każdy ma niestety prawo interpretować słowa barda po swojemu. Pan widzi przysłowiową carycę gdzie indziej niż ja. Niestety, Jacek Kaczmarski już nie może rozsądzić czy pańska interpretacja rzeczywistości w oparciu i Jego słowa jest słuszna. Wydarzenia w Sejmie zapewne staną się osnową do napisania przez Pana kolejnej demaskatorskiej pieśni. "Pieśń skomponuje o tym dla nas bard Chyliński. On chciałby nam zastąpić Jacka Kaczmarskiego. Targowicą dla Niego nie Traktat Lizboński, lecz protesty patriotów, rozpacz Gosiewskiego"
          To, że wiersz zaczyna się ni z gruszki ni z pietruszki, nie wadzi. To, że nie wiadomo o czym ja mam tę pieśń komponować, nie szkodzi, a to że Gosiewski rozpacza na czele patriotów nawet śmieszy, ale że ja chciałbym zastąpić Kaczmarskiego, to już przegięcie. Trochę mi niezręcznie przekonywać autora powyższego "dzieła", że w żaden sposób nie pragną zastępować nikomu Jacka, którego dobrze znałem od początku jego kariery i nie jedną noc z nim przy 500 gramach przegadałem. Niezręcznie tłumaczyć co chciałem powiedzieć przez to, co powiedziałem, ani dowodzić ponownie swoich racji, ani dworować, a jednak...
          Byłem kiedyś na prowincjonalnym weselu, na którym nie para młoda była w centrum uwagi, ale facet, którego nazywali poetą. Gość niewielki, ale starał się jak mógł pozować na herosa poezji i satyry. Po wytryskach jego talentu część gości truchlała, część skonsternowana spuszczała oczy, udając, że nie słyszała, a część, ku zaskoczeniu pozostałych, ryczała ze śmiechu. Potrafił ten gość na każdy temat zrymować wszystko ze wszystkim. Jak pan młody zapraszał do tańca swoją teściową ten już "sypał" coś w ten sposób: " Niech se młody kupi lupę/ bo nie widzi że obtańcowuje starą dupę" Nie przeszkadzał mu rytm koślawy, ani rym chamski, ani to, że ten jego wiersz jest obraźliwy, nie tylko dla teściowej. Facet "sypał" swoje, a część gości im bardziej pijana, tym bardziej mu przyklaskiwała. Czytając Pana Zbigniewa mam wrażenie, że znowu jestem gdzieś w pobliżu tamtego wesela. Wrażenie to tym bardziej się potęguje, gdy czyta się inne utwory poetycko-satyryczne tegoż autora. Oto sposób patrzenia na ludzi i pojmowania świata przez Pana Szymańskiego. Oto sąd o ludzkiej wrażliwości, przyjaźni i tragedii napisany i opublikowany w gdyńskiej gazecie internetowej -"Gazeta Świętojańska", przez Pana "200 gram": Hiena cmentarna Pogrzeb Geremka. Postać W historii naszej wielka. Próbuje ją wykorzystać Hiena polskiego piekiełka. Red. Michnik nad grobem jątrzy /Wszak on nie umie inaczej/. Hieno cmentarna, w "Gazecie"- Życzę - "Reqiesce in pacem!". I wszystko jasne. Przeczytawszy uśmiałem się do łez. Do bólu. Aż mi ręce opadły.
23 lipca, 2008

Rogacizna w Sejmie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:49
          Miałem dzisiaj bardzo wątpliwą przyjemność oglądać transmisję z obrad Komisji Regulaminowej Sejmu RP. Jestem w stanie zrozumieć słowne utarczki posłów, polityczne podchody i zagrywki taktyczne w parlamencie, ale zupełnie nie rozumiem zachowania się posłów PiS w dzisiejszej próbie obradowania Komisji, którzy właściwie zrobili z niej cyrk. Gdy obrady plenarne blokował Lepper, wiedziałem z kim mam do czynienia. Nie raz widziałem dyskusję na wiejskiej drodze, to i nie dziwne mi było, że na Wiejskiej w Warszawie, cwaniakowaty prostak (nie uwłaczając prostym ludziom) zachowuje się, jak potrafi.
Wydawało mi się, że posłowie PiS to jednak nie posłowie Samoobrony. Dzisiaj okazało się, że PiS przerósł w chamstwie Samoobronę przynajmniej o głowę. W czymś kogoś w końcu przerośli. Obrzydliwy był widok pulchnej i spoconej posłanki Kempy, która rżała jak koń, widząc nieporadność przewodniczącego Budnika. Czułem okropny dyskomfort patrząc na posła Gosiewskiego, który w "wymyślny" sposób chciał grać parlamentarnego salonowca. Żal było patrzeć na tę sepleniącą kompromitację. Poseł Suski..., nie, szkoda słów.
          Niezapomniany Jacek Kaczmarski napisał kiedyś pieśń, która zrobiła na mnie potężne wrażenie. "Rejtan..." potwierdził klasę Jacka i ci wszyscy, którzy wcześniej widzieli w nim plagiatora Lluisa Llacha i naśladowcę Wysockiego, odbierając mu prawo do talentu, musieli po wysłuchaniu tej pieśni zamilknąć. Mówi ona o zdradzie narodowych interesów na rzecz carycy Katarzyny. Mówi o nieudolnej próbie zaszczepienia w Polsce, pierwszej w Europie, demokracji. Mówi wreszcie o tym, co doprowadziło do pierwszego rozbioru Polski. Gdyby ktoś chciał dzisiaj porównać Gosiewskiego czy Putrę do Rejtana, to może by mu się udało. Ta troska o kraj i demokrację... Te krzyki..., ta rozpacz..., te gesty..., te pozy..., te miny...
Rejtan, czyli raport ambasadora (wg obrazu J. Matejki) Jacek Kaczmarski
Wasze wieliczestwo", na wstępie śpieszę donieść: Akt podpisany i po naszej myśli brzmi. Zgodnie z układem wyłom w Litwie i Koronie Stał się dziś faktem, czemu nie zaprzeczy nikt. Muszę tu wspomnieć jednak o gorszącej scenie, Której wspomnienie budzi we mnie żal i wstręt, Zwłaszcza że miała ona miejsce w polskim sejmie, Gdy podpisanie paktów miało skończyć się. Niejaki Rejtan, zresztą poseł z Nowogrodu, Co w jakiś sposób jego krok tłumaczy mi, Z szaleństwem w oczach wszerz wyciągnął się na progu I nie chciał puścić posłów w uchylone drzwi. Koszulę z piersi zdarł, zupełnie jak w teatrze, Polacy - czuły naród - dali nabrać się: Niektórzy w krzyk, że już nie mogą na to patrzeć, Inni zdobyli się na litościwą łzę. Tyle hałasu trudno sobie wyobrazić! Wzniesione ręce, z głów powyrywany kłak, Ksiądz Prymas siedział bokiem, nie widziałem twarzy, Evidemment, nie było mu to wszystko w smak. Ponińskij wezwał straż - to łajdak jakich mało, Do dalszych spraw polecam z czystym sercem go, Branickij twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą, Szczęsnyj-Potockij był zupełnie comme il faut. I tylko jeden szlachcic stary wyszedł z sali, Przewrócił krzesło i rozsypał monet stos, A co dziwniejsze, jak mi potem powiadali, To też Potockij! (Ale całkiem autre chose). Tak a propos, jedna z dwóch dam mi przydzielonych Z niesmakiem odwróciła się wołając - Fu! Niech ekscelencja spojrzy jaki owłosiony! (Co było zresztą szczerą prawdą, entre nous). Wszyscy krzyczeli, nie pojąłem ani słowa. Autorytetu władza nie ma tu za grosz, I bez gwarancji nadal dwór ten finansować To może znaczyć dla nas zbyt wysoki koszt. Tuż obok loży, gdzie wśród dam zająłem miejsce, Szaleniec jakiś (niezamożny, sądząc z szat) Trójbarwną wstążkę w czapce wzniósł i szablę w pięści - Zachodnich myśli wpływu niewątpliwy ślad! Tak, przy okazji - portret Waszej Wysokości Tam wisi, gdzie powiesić poleciłem go, Lecz z zachowania tam obecnych można wnosić Że się nie cieszy wcale należytą czcią. Król, przykro mówić, też nie umiał się zachować, Choć nadal jest lojalny, mogę stwierdzić to: Wszystko, co mógł - to ręce do kieszeni schować, Kiedy ten mnisi lis Kołłątaj judził go. W tym zamieszaniu spadły pisma i układy. "Zdrajcy!" krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec. Polityk przecież w ogóle nie zna słowa "zdrada", A politycznych obyczajów trzeba strzec. Skłócony naród, król niepewny, szlachta dzika Sympatie zmienia wraz z nastrojem raz po raz. Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse. Dlatego radzę: nim ochłoną ze zdumienia Tą drogą dalej iść, nie grozi niczym to; Wygrać, co da się wygrać! Rzecz nie bez znaczenia, Zanim nastąpi europejskie qui pro quo!
          Tylko że dzisiaj sytuacja była odwrotnością treści obrazu Matejki o kupczeniu Polską i służeniu Katarzynie. Dzisiaj Katarzynę zastąpiła w Sejmie głupota. Zwyczajna, swojska, polska głupota. I to tej carycy PiS zajadle służy od dawna. Służył i dzisiaj, chlew czyniąc z Izby. Rogacizna, by nie rzec - bydło.
14 lipca, 2008

Słodkie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:58
         Dziadostwo to stan, który niekoniecznie musi nas wyprowadzać z równowagi, pogrążać w beznadziei, drażnić nadchodzącą klęską czy doprowadzać do myśli o końcu świata. Jest takie dziadostwo, które może sprawić, że zaczynasz wierzyć w sens wszystkiego, co do tej pory robiłeś, choć jeszcze niedawno wydawało ci się, że twoje życie to labirynt bez wyjścia. Kiedyś Jacek Kleyff napisał świetną piosenkę o muzyku Kaczorowskim, który śnił w czasie koncertu, że został dziadem:
"...W szary ranek rusza w miasto, drzwi śmietnika już zamyka, wczoraj z walizeczką gwiazdor, dzisiaj z worem jak słoikarz... ...Chce zanucić coś do marszu, lecz zapomniał jak piosneczka szła i chyba nigdy nie wie, czy to marsz, czy "Szła dzieweczka" Społeczeństwo obok biegnie, a dziad siedzi, czyta neon Każdy chętnie się pociesza, że ten dziad to jeszcze nie on..."
Na końcu piosenki dyrygent budzi Kaczorowskiego i przywołuje do orkiestrowej rzeczywistości. Pomijając wiele aluzji, jakie w tamtych czasach niosła ze sobą ta piosenka, jedna jest ponad wszystkie - dziadostwo to nic dobrego. Czyżby zawsze...?
          W sobotę, całą rodzinką zaproszeni zostaliśmy na popołudnie do domu Mirka Szumiłowskiego, mego przyjaciela ze szkoły średniej, którego niedawno w "Codziennościach" wspominałem. Dom swój Mirek posadowił wygodnie na rozległych łąkach, niedaleko Gdańska. Skoro pogoda dopisała, starym, dobrym zwyczajem, Asia - żona Mirka - nakryła na tarasie przed domem, prawie w ogrodzie. Zrobiło się odświętnie i rodzinnie, wszak była z nami moja Mama, która i Mirkowi była kiedyś prawie mamą.

popoludnie-u-mirka.jpg

          Gdy po obiedzie zabraliśmy się do win i ciast przyszedł czas na to, o czym wspomniałem w tytule - na słodkie "dziadostwo". Bez fanfar i specjalnych zapowiedzi pojawiła się między nami kobieta ze wszech miar urodziwa o imieniu Nadia, która uczyniła czas Mirka słodkim.

slodkie-dziadstwo.jpg
 
          Dziadek Mirek wniebowzięty, słodycz swego "dziadostwa" prezentował z należnymi "księżnej Nadii" honorami, ku uciesze całej gawiedzi. I nawet suczka Yoko...

slodkie-dziadostwo-2.jpg

...zdawała się rozumieć, że jej Pan jest najszczęśliwszym dziadkiem na świecie, a jego życie to teraz najsłodsze "dziadostwo" pod słońcem.
Ciekawe kiedy, dzięki synowi, i mnie dopadnie ten słodki stan? Przecież nie mogę przyjacielowi zazdrościć "dziadostwa".
02 maja, 2008

Hedwig uwierzyła w Hitlera

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:43
Dzisiaj przez cały dzień porządkowałem "Widłąg" - opowieść. Porządkując postanowiłem historię popchnąć nieco dalej. Gdy rozpocząłem pisanie, to okazało się, że Hedwig uwierzyła w Hitlera. Nie wierzycie? Sprawdźcie.  Szósta część czeka. Zapraszam.
24 kwietnia, 2008

Kapitalny Socjalizm albo Socjal Kapitalistyczny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:18
          Sprawa irytuje mnie już od jakiegoś czasu i pewnie zapomniałbym o niej, bo mnie bezpośrednio nie dotyczy, gdyby nie "Gazeta Wyborcza", która znowu podjęła ten temat. "Nowelizacja ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, która weszła w życie 31 lipca 2007 r., miała oznaczać rewolucję dla ok. 800 tys. rodzin mieszkających w spółdzielniach. Nowe przepisy dały im możliwość przekształcenia mieszkania w pełną własność za symboliczną kwotę. Spółdzielca, który zajmuje mieszkanie lokatorskie i spłacił koszty jego budowy, może się stać właścicielem po dopłaceniu nominalnej kwoty umorzonego przez państwo kredytu (w praktyce to często kilkaset złotych)."

blok-fot-w-chylinski.bmp

          Wyobraźmy sobie teraz dwie rodziny, mieszkające w identycznych mieszkaniach, w bloku, który widać powyżej. Jedna rodzina to Państwo A., a druga Państwo B. Pan A. i Pan B. są w jednakowym wieku, mają po dwoje dzieci, sympatyczne żony i obaj pracują od ćwierćwiecza w Stoczni Gdańskiej jako mechanicy urządzeń okrętowych. Można rzec, iż są socjologicznie bliźniaczo podobni.  Różni ich tylko jedno - podejście do życia.
          Rodzina A., odkąd doczekała się mieszkania, na które ciułali jeszcze rodzice Pana A., skrupulatnie odkładała każdy grosik i oszczędzała na czym się dało. Pan A. brał nadgodziny, w urlopy szukał dodatkowego zajęcia i cieszył się, gdy żona wraz z rosnącymi dziećmi pomagała mu przy każdym remoncie ich rodzinnego gniazdka. Po wielu latach Pan A. nie tylko odchował i wykształcił dzieci, ale wspierając się kredytem, wykupił na własność swoje mieszkanie, by tym dzieciakom po sobie prócz nazwiska coś jeszcze zostawić. Chciał im dać dobry przykład, że gdy się pracuje i oszczędza, to się ma, nie tylko dla siebie. 
          Pan B. natomiast robił tyle, co kazali, zarabiał tyle, co dali, a jak mu coś z pensji zostało, wydawał na przyjemności. Żona Pana B., kobieta zacna i ładna, swoją pensję w jakiejś mierze również dokładała do gospodarstwa domowego, lecz większość pieniędzy wydawała na stroje i kosmetyki. O wykupie mieszkania nie myśleli. Po co? Przecież mają mieszkanie.
          A potem? Potem, to nogi śmierdzą - zwykł mawiać o przyszłości Pan B. Może i w skrytości zazdrościł Panu A. pracowitości i zaradności. Może i z podziwem patrzył na lepszy Pana A samochód, ale co tam... Mieszkania mieli identyczne - przynajmniej metrażowo - choć możliwości trochę inne. Tak było.
          Teraz, dzięki ustawie, o której dzisiaj wspomniała "Gazeta", Pan B., za psi grosz, jest takim samym właścicielem mieszkania jak Pan A. Dzięki takim ludziom, jak Jarosław Kaczyński i ta cała PiS-zgraja, Pan A. został frajerem z długami w banku i idiotą w oczach swoich dzieci, a Pan B. mówi coś o sprawiedliwości dziejowej. Pan B. ma pełen album zdjęć z cudownych urlopów, a Pan A. pełną recept książeczkę zdrowia. Zdrowia, które, tak jak i apetyt na życie, w takiej sprawiedliwości, stracił.
          A to, że wreszcie mamy kapitalny socjalizm, który każdy kapitał położy na plecach, to już inna sprawa i niech się o to martwią tacy frajerzy jak Pan A.
19 kwietnia, 2008

Wiatr od staroci i pytania bez odpowiedzi

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:15
          Od dawna obiecywałem sobie zrobienie porządku w kartonach, w których jak na śmietniku, leżą, bez ładu i składu, rodzinne fotografie. Obiecywałem i... zawsze coś innego było ważniejsze, albo górę nad rodzinną historią brało rodzinne lenistwo. Tak było aż do wczoraj. Wczoraj, między czasem przeznaczonym na pisanie nowych tekstów dla  zespołu "Mr. Zoob", a tłumaczeniem się gdyńskiej Straży Miejskiej, którą dość regularnie przysyła mi "mentalnie sprawny inaczej" sąsiad, bym wyjaśniał skąd się biorą jego obsesje, postanowiłem zabrać się także za wspomniane kartony ze zdjęciami.
Pisząc te słowa ledwie poradziłem sobie z jedną paczką zdjęć, a już pytań zrodziło się więcej, niż pewnie znajdę na nie odpowiedzi. Niestety, czas na niektóre pytania minął. Jakże nie mogę odżałować chwil,  gdy mój ojciec chciał pogadać o zamierzchłych dziejach rodziny, ja prawie nigdy nie miałem czasu. Zostały mi jakieś strzępy historyjek, jakieś anegdoty, jakieś mgliste zdania o tej, czy tamtej ciotce, jakaś niejasna fabuła o babci Weronice i to wszystko. Jak szkoda. Wśród zdjęć znalazłem kilka związanych z Gdańskiem okresu wojny.
Wiem, że mój dziadek Leon, po napaści hitlerowskiej, ostrzeżony przez niemieckiego sąsiada, uciekł przed aresztowaniem, a może i śmiercią z Nakła nad Notecią do Gdańska. Tu pracował w Zakładach Naprawy Taboru Kolejowego na Przeróbce, która po niemiecku nazywała się Troyl, a gdańszczanie na nią mówili Trojan. Na zdjęciu mój dziadek, już wtedy łysy, w białej koszuli zajada zupę. Czy mieszkał w barkach, które widać z tyłu, czy tylko je budował? Czy był to obóz? Jaki? Mój dziadek był ślusarzem. Skąd więc ta biała koszula? Czy to niedzielny posiłek?

dziadek-w-gdansku-w-czasie-wojny. archiwum Waldemara Chylińskiegobmp

          Na Trojanie mojego dziadka odwiedzał, jako młode chłopie, mój ojciec. Ze zdjęć, które zamieszczam niżej wynika, że mieliśmy w Gdańsku rodzinę, a dziadek wielu kolegów. Skąd ta rodzina? Skąd ci koledzy?

kuzyni-i-koledzy-dziadka-gdansk-1942r. archiwum Waldemara Chylińskiego

          Wiadomość o rodzinie odczytałem na dedykacji, która jest zapisana na odwrocie zdjęcia. Wynika z niej, że kuzyn, który kiepsko radził sobie z pisaniem po polsku, podarował fotografię w dniu, w którym poznał obdarowanego. Czy zatem fotografia była własnością dziadka, czy może mojego ojca, który 12 września 1942 roku odwiedził swojego starego?

dedykacja-kuzyna

          Co ciekawe, z pieczątki wynika, że zdjęcie zrobiono, a może tylko wywołano, w Bromberg, a więc w Bydgoszczy. Czy kuzyn był gdańszczaninem, czy tak jak dziadek, przyjezdnym? A ciekawe kim był dla naszej rodziny konduktor na promie pływającym przez Motławę. Czy może to ten sam Anton Niegorski, Niezgorski, Niegórski, Niezgórski, czy jak mu tam? A może to inny kuzyn, który dziadkowi pomógł znaleźć pracę?

prom-przez-motlawe-rok-1942 A kim jest facet z akordeonem na burcie jakiegoś statku, który stoi w gdańskiej Stoczni, na murach której widać faszystowską swastykę. gdanski-przyjaciel-rodziny-1942

          Z dedykacji wynika, że to Polak, przyjaciel. Tyle, że nie wiem kogo? Dziadka, co pewniejsze, czy może mojego ojca, który od dzieciaka marzył o morzu?

dedykacja-gdanskiego-przyjaciela-naszej-rodziny

          Jeżeli ta dedykacja jest dla dziadka, po którym nic się nie zachowało, to skąd zdjęcie w albumie ojca? Zbieżność dat obu dedykacji, czy to przypadek? Itd...itp...itd...
          Jeszcze niedawno przesłałbym te zdjęcia do mojego ulubionego czasopisma "30 Dni", które gdańskimi sprawami zajmuje się z dużym znawstwem, ale po pierwszych nieudanych próbach nawiązania z tym periodykiem kontaktu (Ci co czytali moje "Codzienności" dawniej, wiedzą o czym piszę), zrezygnowałem. Może ktoś z moich czytelników i przyjaciół ma możliwości i wiedzę, by choć na kilka z tych pytań odpowiedzieć. Dodam, że mój ojciec, dziadek i pradziadek dobrze znali się z gdańskim kolejarzem i działaczem polonijnym Panem Kledzikiem. Ja, będąc chłopcem, też go poznałem. Wziął mnie na ręce, podniósł do góry, wycałował i powiedział - Jakże się cieszę, że czwarte pokolenie Chylińskich poznałem. Był ten Pan Kledzik ponoć uczniem kolejarskim mojego pradziadka. Może tu jest trop do odpowiedzi na zagadki? Zapyta ktoś - A co, samemu nie łaska popytać, pogrzebać, pochodzić? Odpowiadam - łaska, tylko gdzie schować odziedziczone lenistwo ?
16 kwietnia, 2008

Jak rzucić palenie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:30
          Pewna znajoma Ewa, gdy dowiedziała się, że skutecznie poradziłem sobie z nałogiem palenia, zadała mi sakramentalne pytanie  - Jak to się robi?
Oto, co jej odpisałem: Rzucenie palenia okazało się bardzo prostą i łatwą sprawą. Po trzydziestu latach zaciągania się dymem, przez dwa lata postanawialiśmy z Asią, że razem  rzucimy palenie. Aśka odstawiła papierosy pierwsza. Wróciła jednak do palenia po trzech miesiącach z teorią, że nie da się rzucić palenia, gdy obok wciąż ktoś pali.  Obwiniłem siebie o całe nikotynowe zło świata i począłem mordować się z myślą, jak skutecznie złu temu zaradzić. Myślałem o tym dobre pół roku, coraz bardziej przyzwyczajając się do myśli, że jednak muszę to zrobić, muszę w cholerę rzucić to palenie. Nawet schowałem sobie "na zaś" dodatek do Gazety Wyborczej pt. "Jak rzucić palenie" i... paliłem dalej w najlepsze.

chylinski

          Któregoś dnia pikałem sobie po kanałach TV. Gdy na jednym z nich ktoś mówił o szkodliwości palenia, szybko zmieniłem program, Zaraz jednak zrobiło mi się wstyd, że uciekam od tematu i problemu. Kilka kanałów dalej trafiłem na reportaż z Londynu, który pokazywał nałogowego palacza, sympatycznego Anglika wiezionego na salę operacyjną. Narrator tłumaczył, że gość ma coś z płucami i zaraz go obejrzy sławny profesor. Jadący na operację, żartujący z pielęgniarkami, czterdziestolatek wydawał się być pełen ufności i spokoju.  Gdy usnął pod narkozą, rozkroili mu plecy i wtedy wszedł na salę sławny profesor. Bezceremonialnie wyjął krwawo-czarny ochłap, płuco, pokazał je do kamery i beznamiętnie poinformował widzów, że w tym przypadku rak wygrał, a pacjent nie pożyje dłużej niż dwa miesiące.
          Zgasiłem papierosa, który przestał mi smakować i powiedziałem sobie - to był ostatni.  Następnego dnia rano o wszystkim zapomniałem i jak zawsze przy kawie zapaliłem. Przy trzecim zaciągnięciu się dymem zobaczyłem uśmiechniętą twarz tamtego londyńczyka, transportowanego na operację i zgasiłem peta. I to był mój ostatni papieros.
          W trzy dni później, gdy poczułem, że zaraz zacznę chodzić po ścianach, przypomniałem sobie o broszurce z Gazety. Radzili by wybrać jeden z przedstawionych sposobów rzucania palenia i zalecali wytrwałość. Wybrałem ten z kalendarzem. Tak jak radzili powiesiłem kalendarz na ścianie i od razu skreśliłem trzy dni, choć ten trzeci wcale jeszcze nie upłynął. Przez chwilę było lepiej, lecz zaraz potem znowu poczułem ścianę na plecach. Dojrzałem wtedy w broszurze reklamę gumy (to, co piszę nie jest reklamą) "Nicorette". Rzuciłem się pędem do Apteki, nabyłem paczkę nadziei i... udało się. Ból jestestwa potęgowany brakiem nikotyny słabł. Wystarczyło, że żułem pięć, sześć gum dziennie i zapominałem o paleniu. Wspomnienie dymka wracało, ale już nie było tak dotkliwe i bezwarunkowe.
         Po dziesięciu miesiącach spokojnego żucia gumy zorientowałem się, że mam nowy nałóg - żucie. Prosta kalkulacja przekonała mnie szybko, że ten nałóg jest lepszy - zdrowszy i tańszy.
Później, w drodze na koncert do Berlina, zorientowałem się, że nie mam przy sobie "Nicorette". By opanować popłoch i uspokoić ewentualne nerwy, w przydrożnym kiosku kupiłem zwykłą gumę do żucia. Moja radość nie miała końca, bo okazało się, że żucie zwykłej gumy daje mi ten sam efekt, co żucie "Nicorette". Zrobiło się jeszcze taniej i jeszcze zdrowiej. Od tamtej pory żułem już tylko zwykłą gumę, aż któregoś dnia rozbolał mnie ząb i... nałóg żucia rozwiał się jak dym.
          Ponoć suma nałogów musi być stała ( "...pero, pero, bilans musi wyjść na zero..."), to od jakiegoś czasu szukam w sobie innych nałogów i nic poza lenistwem znaleźć nie mogę, bo przecież ta wesoła wódeczka, pita raz na jakiś czas, to co to za nałóg?
          I to tyle. Zachęcam do porzucenia nałogu. To łatwe i proste, choć długie. Najważniejsze jednak, Droga Ewo, to mieć w sobie Moc.
Waldek.
PS. Aśka pali do dziś. Jak ją proszę by palenie rzuciła, to pali głupa, choć przyznać musi, że teoria o tym, że jak ktoś obok pali to się rzucić nie da, wzięła w łeb.


07 kwietnia, 2008

Pamiętając o Andrzeju

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:03
          Osiem lat temu, 5 kwietnia , nadeszła fatalna wiadomość - Andrzej nie żyje. Poznałem Andrzeja w Olsztynie, gdy przyjechał na studia. Razem waletowaliśmy w akademiku przy ul. Żołnierskiej, w pokoju 806 gnieżdżąc się wraz z Jackiem Karaszewskim - młodym poetę, Romkiem Trębskim - aktorem studenckiego teatru i Jackiem Zwoźniakiem - satyrykiem, autorem sławnej "Ragazzy". Andrzej grał na gitarze i prawie każdego wieczoru od jego grania na całym piętrze robiło się pięknie. Wkrótce towarzyszył mi ze swoją gitarą wszędzie.

od-lewej-zbyszek-rojek-waldek-chylinski-i-andrzej-swacyna-otwarta-proba-w-olsztynie-1978r

          W tym blogu wspominałem Andrzeja już niejednokrotnie (na fot. pierwszy z prawej) i pewnie nie raz jeszcze wspominał, bo prawdziwych przyjaciół się nie zapomina. W piątek pomyślałem, że powinienem Andrzeja odwiedzić. W sobotę rano wsiadłem w samochód i pojechałem do Kętrzyna, a właściwie do Karolewa koło Kętrzyna, gdzie Andrzej mieszkał i gdzie został pochowany. Jadąc na Mazury wstąpiłem do Olsztyna,  czekał tam na mnie Romek Trębski i Tadzio Prusiński - dziennikarz, autor kilku książek i człowiek, który do naszej paczki także należał. Po południu byliśmy już na cmentarzu w Karolewie. Było nas tam, przyjaciół Andrzeja, więcej. Zapaliliśmy świeczkę, zadumaliśmy się nad przemijaniem i nad tym wszystkim skąd my, dokąd i po co.

grob-andrzeja-swacyny-w-karolewie.bmp

          A potem przysiadłem na chwilę i zagrałem Andrzejowi te piosenki, którymi przez lata spinaliśmy naszą przyjaźń. "... Chciał jeszcze coś powiedzieć, chciał jeszcze wytłumaczyć, w życiu o prawdę mu szło..."

piosenki-dla-andrzeja.bmp

          Wieczorem, w domu Andrzeja i Ewy Swacynów, do późnych godzin wspominaliśmy tamten czas, dobry czas, który Andrzej zapisał sobą w naszej pamięci...

ewa-swacyna-i-waldek-chylinski-ketrzyn.bmp

          Z pięciu, z 806, zostało nas tylko dwóch, Roman i ja. Świetnie tamten czas opisał kiedyś w "Gazecie Olsztyńskiej" Tadeusz Prusiński, który był z nami wtedy i jak widać na poniższym zdjęciu (pierwszy z prawej), był z nami i teraz.

od-lewej-wchylinski-ewa-swaqcyna-rtrebski-i-tadeusz-prusinski

          I chyba wszyscy byliśmy pewni, że przez cały czas był z nami Andrzej. Gdy w niedzielę wracałem do domu, zatrzymałem się na chwilę w Małdytach, w miejscu, w którym Kanał Elbląski łączy się z jeziorem Duckim, zwanym też Rudą Wodą. Przystanąłem na mostku, spojrzałem w dal i zdało mi się, że widzę żaglówkę mojego ojca i...

kanal-elblaski-a-dali-ruda-woda

... ale to już inna historia.
04 kwietnia, 2008

Andro-Pauza w Naszej Klasie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:32
           Andropauza (gr. andros = mężczyzna, człowiek; gr. pausis, łac. pausa = przerwa) - w ujęciu biopsychospołecznym definiowana jako okres w życiu mężczyzny (najczęściej po 50 r.ż.), zapowiadający zbliżające się wejście w okres starości - cytuję za Wikipedią. Prócz dolegliwości bólowych, okres ten charakteryzuje się również zwiększoną drażliwością, oraz obniżeniem nastroju i zadowolenia z życia. No, bo jak tu być zadowolonym, gdy odnajdujesz swoje gładkie, choć trochę pogięte zdjęcie sprzed dwudziestu czterech lat, a później, przy goleniu w lustrze widzisz jakiegoś, mocno wygniecionego gościa.

moja-studniowka-w-conradinum-1973r

          Po odkryciu w "Naszej Klasie" naszej Klasy, utknąłem w poszukiwaniach kolegów, w wymianie listów, maili, uprzejmości i pozdrowień. Z rosnącym zaskoczeniem i zadowoleniem patrzyłem jak przybywa mi znajomych, nawet takich, którzy są Festiwalem Filmów Dokumentalnych. Odwiedziłem też forum naszej szkoły, gdzie koledzy z różnych roczników wspominali stare lata  i nauczycieli, czasem skrzykiwali się na akcję pomagania szkole, a czasem dawali upust swoim frustracjom, obwiniając szkołę za swoje nieudane życie.
          Nieopatrznie przystąpiłem do dyskusji o Ginterze Grassie, który naszą szkołę wielokrotnie opisywał. Dyskusja szybko przerodziła się w pyskówkę o tym, czy Grass to geniusz, czy zbrodniarz wojenny!? Tak, tak niektórzy z dyskutantów nazywali noblistę, który uczył się w tych samych murach co my, dorzucając jeszcze pod jego adresem złowieszcze wyzwisko - faszysta. Autor o nieprzeciętnym dorobku i życiorysie, człowiek, który pisząc i dyskutując więcej zrobił dla dzisiejszej, spokojnej i zjednoczonej Europy, niż stu polityków, doczekał się, że właśnie takim mianem określają go ludzie, którzy uczyli się w tym samym co on, sławnym "Conradinum", do którego sławy, jak mało kto, Grass się przyczynił.

conradinum-pocztowka.bmp

          Przedwczoraj Grass ostatecznie wygrał proces ze swoim biografem Michaelem Jurgsem, który oskarżył pisarza o dobrowolne zapisanie się do SS. Argument, że jako kompletnie zindoktrynowany przez nazistów czternastolatek, dziecko przecież jeszcze, które, jak całe pokolenie mu podobnych młodzików, nie kierowało się rozumem i doświadczeniem, i nie miało żadnego wpływu na to, do jakich wojsk przydzielą, moim kolegom-oskarżycielom nie przemawiał do głowy. Grass przez lata ukrywał fakt krótkotrwałej służby w formacjach SS, bo i z czego tu być dumnym, ale za to z wielkim hukiem w końcu rozliczył się z tego, przecież niezawinionego, grzechu. Grzechu? 
          Koledzy z forum, jako najlepsi w Europie chrześcijanie, rozgrzeszenia nie dali. Jeszcze inni, przyznając Grassowi wielkość pisarską, odmawiają mu bycia autorytetem moralnym. To, że moralność ma różne imiona, to już mniejsza o to. Chodzi im bowiem o fakt, że pouczał innych, a sam był, wiedział i nie powiedział. Namawiał nazistów w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych do rozliczenia się  z przeszłością, a sam się nie rozliczył. Pytanie tylko, kogo namawiał? Czy on namawiał  smarkaczy z Hitlerjugend, czy ważne fisze, które po wojnie w Niemczech robiły kariery, a w czasie wojny wspierały nazistów, bądź nazistami były. "Jak mocny trzeba mieć moralny kręgosłup, jak twardo trzeba stąpać po ziemi, jak bezwarunkowo dążyć do prawdy, żeby publicznie, dla naszego pożytku, rozważyć ten rozdział swojej biografii? To oznacza, że to nie tylko wielki pisarz, ale też wielki człowiek. Właśnie w ten sposób buduje się autorytet moralny" - napisał na forum Maciej Sobieszczański.
          Przekonywali i inni, lecz do tych kilku zapiekłych "anty" nic nie trafiało. Faszysta i już! Ktoś nawet porównał Grassa do Leni Riefenstahl, nie widząc absurdu tego porównania. Czym innym jest bowiem świadome oddanie swojego talentu na usługi Hitlerowi  i apoteozowanie reżimu, a czym innym w tym reżimie, nie do końca świadomie, jako nieopierzony młodzian uczestniczyć i przetrwać, by potem pisać (i to z jakim skutkiem) przeciw temu, co było.

ginter-grass.bmp

          Ech, biedny Grass... Czy "przy obieraniu cebuli" pomyślał choć przez moment, że jego osobą będą leczyć swoją andropauzę różni sfrustrowani, młodsi koledzy z jego szkoły? Ostatnia książka Grassa dla samego Grassa z pewnością była lekiem, ale czy Grass będzie lekiem dla zapiekłych? Jutro rano wsiadam w samochód i jadę na Mazury. Może choć trochę się wygładzę.
Ech, życie, ty moja poezjo śpiewana.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY