26 sierpnia, 2008

Dobre życie to sztuka, a dobra sztuka to...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:02
          Wśród wielu definicji życia, które chodzą mi po głowie, definicja, że dobre życie to sztuka, a dobra sztuka to życie podoba mi się zdecydowanie najbardziej. Dobre życie to sztuka realizowania marzeń, a dobra sztuka to sposób realizowania życia. Proste. Choć nie wszystkie moje marzenia się spełniają, a plany realizują, to od czasu do czasu, udaje mi się wyjść z zamierzeń i dojść do celu. Dzięki temu moje samopoczucie jakoś się wciąż trzyma.
          Tym razem do celu dopłynąłem, a właściwie dopłynęliśmy... 10 czerwca w moich "Codziennościach", we wpisie "Była sobie zgrana paczka" napisałem: "Biesiadowaliśmy, wspominając naszą młodość, do białego rana i postanowiliśmy się już nie zaniedbywać, tak jak do tej pory. Poczyniliśmy plany i tylko patrzeć, jak nas szkwały po Jezioraku przegonią z Iławy do Siemian. I tylko patrzeć, jak los, który znowu nas połączył, zawiedzie naszą łódkę do cichej i szczęśliwej zatoki Widłąg". Napisałem i... prawie zapomniałem Tymczasem dziesięć dni temu coś mnie tknęło i po telefonach do Zbyszka Banaszkiewicza i Mirka Szumiłowskiego, zapadła decyzja, by nasz czerwcowy plan zrealizować. Wyczarterowaliśmy pod Iławą, na trzy dni, zgrabny jachcik i...

jeziorak-sierpien-2008-r-nasz-yacht.jpg

... w ubiegły piątek, w południe ruszyliśmy do Iławy. Po południu byliśmy już na wodzie.

jeziorak-sierpien-2008-r-025.jpg

          Mając po ...naście lat nie jeden raz, we trzech, z Mirkiem i Zbyszkiem, żeglowaliśmy po Jezioraku, dopływając do niego rzekami i kanałami z Gdańska. Cóż to były za czasy... Cóż to były za rejsy... Cóż to były za przeżycia...

mirek-na-dziobie-pajaka-1972r

          Prócz urody jeziora pociągała nas także uroda dwóch łodzianek, Basi i Niny Hauke, które tam, naprzeciwko wejścia do zatoki Widłąg, spędzały co roku wakacje. Gdy teraz dobijaliśmy do ich polany wzruszeniu nie było końca. Na tej polanie niejedna miłość i niejedna przyjaźń miały swój początek, więc miejsce jest dla nas czymś nadzwyczaj ważnym. Nic dziwnego, że każdy z nas "przewijał" w głowie film z przeszłości. Każdy ma takie miejsca na świecie, które na mapie życia są rozpoznawalnymi i wymiernymi punktami jego wrażliwości. Jeziorak, Widłąg, polana Basi i Niny... to nasze miejsca.

cypel-basi-i-niny

          Pod wieczór na wodzie zapanowała piękna flauta, więc zrzuciliśmy żagle i na silniku skierowaliśmy się do celu naszej podróży - magicznej zatoki Widłąg.

wejscie-do-zatoki-widlag

          Zatrzymaliśmy się w miejscu, które prawie czterdzieści lat temu nazywaliśmy Polaną Słoneczną. Niestety, polany już nie ma. Z trudem odnaleźliśmy, wśród trzcin, podejście do brzegu, ale dzięki wyobraźni znowu był rok 1972. Wtedy byliśmy tu razem ostatni raz. Gdy nadeszła noc przyszła pora na nocne Polaków rozmowy...

nocne-rozmowy

          Nad ranem noc uraczyła nas burzą, ulewą i piorunami. Gdy się zbudziłem od razu przypomniał mi się bohater mojej powieści, który nad brzegiem Widłągu, dokładnie tam, gdzie ja teraz spałem, czcił boga Perkuna, tego od burz, gromów i błyskawic. Teraz ja po cichu zacząłem się modlić przez sen, by Perkun w swej dobroci zesłał nam rano dobrą pogodę. Wysłuchał, bo tak się stało. Obiad ze smakiem jedliśmy już w Siemianach, przemiłej wiosce, położonej naprzeciw wysp, które od średniowiecza do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku należały do rodziny Preussów, o ile dobrze zapamiętałem to nazwisko. Jako trzynastolatek spędziłem na wyspie cały miesiąc, na obozie żeglarskim i pamiętam, że rodzina ta jeszcze wtedy tam mieszkała. Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie rodzinny, maleńki cmentarz, który znajdował się na tej wyspie. Na zdjęciu poniżej, zrobionym w zeszłą sobotę w Siemianach, widać z lewej strony jedną z trzech wysp Preussów.

widok-z-siemian-na-wyspy.jpg

Popołudnie spędziliśmy ganiając się ze szkwałami...

ganiajac-sie-ze-szkwalami.jpg

...by pod wieczór, naprzeciw odnogi Jezioraka - Jeziora Płaskiego, znaleźć w szuwarach spokojny "port" na drugi nocleg i dalsze rozmowy o życiu. Naszym życiu...

jeziorak-sierpien-2008-r-spokojny-port.jpg

          Zbyszek po ukończeniu Conradinum studiował elektronikę na Politechnice Gdańskiej. Dzisiaj ma własną firmę, która zajmuje się automatyką. Zbyszek, to jeden z najsympatyczniejszych ludzi, jakich znam. Ze swoim znakomitym poczuciem humoru i kapitalną autoironią jest osobą w towarzystwie niezastąpioną. Mirek też skończył Politechnikę, ale po linii i na bazie kontynuował to, co rozpoczął w Conradinum. Został inżynierem od maszyn okrętowych. Potem ukończył jeszcze studia podyplomowe, by znać się też na kadłubach statków, a że chłop jest zdolny, pracowity i uparty, to postudiował sobie jeszcze w USA i dzisiaj jest ważnym Panem w ważnej firmie. W 1972 roku Zbyszek Mirkowi zrobił na łódce o nazwie "Pająk", na Jezioraku takie oto zdjęcie...

mirek-na-rufie-1972r.jpg

          Już wtedy było wiadomo, że chłop ma nieliche zacięcie. W tle widać cypel i pola wsi Szałkowo. Dzisiaj to miejsce ledwo można rozpoznać. Po tych starych fotografiach widać, jaką zdjęcia mają niezwykłą moc przywracania przeszłości i przenoszenia nas w czasie . Dlatego dla mnie ważne było, by, prócz wrażeń, wspomnień i satysfakcji mieć z tego rejsu też dużo zdjęć. I mam. Wszak za rok, za dwa...

zywiec-na-jezioraku

          Gdy płynęliśmy do Szałkowa, skąd wypożyczyliśmy naszą "Kogę", Zbyszek oglądał świat przez lunetę i chyba nie wszystko mu się podobało. Nic dziwnego, rejs się kończył...

zbyszek-patrzy-przez-lunete.jpg

          Szkoda było się żegnać z Jeziorakiem, ale na każdego z nas czekała w domu niezła Sztuka, więc co było robić. Jeszcze jeden rzut oka na Jeziorak

jeziorak.jpg

...i w drogę. Bo dobra sztuka to życie.
16 sierpnia, 2008

Papryka z Polakami

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:07
          Kiedyś, w połowie lat siedemdziesiątych, bardzo zakręciła mi w głowie. Przyjechała z Torunia, by na Politechnice Gdańskiej studiować elektronikę. Sprawiła wtedy, iż kilka piosenek wyszło mi spod pióra tak, że "wypisz wymaluj" - Ona.
...A kiedy znowu zjawisz się tutaj/ W czarnej wełnianej sukni z kwiatami/ Taka wesoła że całkiem smutna/ A taka smutna że nie do wiary...
          Odnalazła się w moim życiu ponownie, kilka lat temu, przypadkowo, dzięki internetowi. Moje zakręcenie wróciło z falą wspomnień i przerodziło się w ciepłą, sentymentalną i bardzo serdeczną przyjaźń. Wanda wyszła za Polaka Pawła i urodziła córkę. Oleńka ma dzisiaj dwadzieścia cztery lata i bardzo przypomina tamtą Toruniankę sprzed lat. Cała trójka wpadła do nas w czwartek, na kilka dni z wizytą przyjaźni.

.przekąska-z-Polakami.jpg

          Asieńka na tę okazję przygotowała kilka dań. Dań, które, prócz tego, że na ogół bywają smaczne, są dla nas, także z innych powodów, ważne. Jednym z takich dań jest: "Papryka nadziewana mięsem". Niby nic, a za każdym razem, gdy pojawia się na stole, budzi wspomnienia. Radek miał zaledwie kilka miesięcy. Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu na Zaspie, a w sklepach nie było prawie nic. Idąc po zakupy, prócz portmonetki, Asia nosiła też duszę na ramieniu, ze strachu o to, czy uda się coś kupić do jedzenia. Któregoś dnia, gdy pieniędzy mieliśmy mniej więcej tyle, ile było towaru w pobliskim sklepie, udało się Asieńce zdobyć (wtedy się zdobywało, nie kupowało) "kostkę" mielonego i paprykę. Nie bardzo wierzyłem, że z tego zestawu coś dobrego może wyjść, a jednak... Do dzisiaj pamiętam cudowny smak tamtego obiadu. Pamiętam też, że patrząc na Asię z podziwem, zrozumiałem powiedzenie o drodze do serca i uczuciach zaklętych w potrawach. I oto teraz, gdy na stole pojawiła się papryka...

papryka-nadziewana.jpg

...moje wspomnienia ożyły. Naprzeciw mnie siedziała piękna Torunianka z rodziną Polaków, obok moja kochana Asia, a przede mną stało danie, które sprawiło, że uwierzyłem w to, iż w Polsce, nawet w złych czasach, może być dobrze i bardzo smacznie. Wszystko zależy od nas.
...Są chwile nie do zapomnienia/ Nie będą nigdy powtarzane/ Skończone jak ostatni seans/ Choćby nad ranem...
Skończone...? A skądże. Przecież zawsze można sobie sprawić paprykę i powiedzieć wspomnieniom - Smacznego.
12 sierpnia, 2008

Sukces po polsku

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:36
          Od jakiegoś czasu krążyły plotki o rozwiązaniu największej, wojennej, morskiej i na dodatek polskiej tajemnicy. Co rusz gdzieś w prasie, lub na jakimś forum w internecie, ktoś ogłaszał, że wie, że jest pewien, że tylko moment i już... ujawni gdzie leży wrak podwodnego, bohaterskiego okrętu "Orzeł".

orp-orzel-submarine-1939r.jpg

          Dzisiaj powrócił z rejsu statek, którego załoga, ledwie kilka dni temu, zapowiadała odnalezienie wraku na dnie Morza Północnego. Powrócili z niczym. Szkoda, ale to się zdarza i nie ma się co martwić. Może kiedyś... Wszystko byłoby w porządku, gdybym, czytając i słuchając o nieudanej wyprawie, nie natrafił na takie jej tłumaczenie: - Właściwie to odnieśliśmy sukces, bo już wiemy, że tam, gdzie szukaliśmy, to go, tj. "Orła", nie ma.
          Dzisiaj Szanowny Pan Prezydent z buńczuczną miną poleciał wspierać Gruzję w walce z Rosją. Przed odlotem nie zapomniał powiedzieć, że Rosja właśnie pokazała swoją, prawdziwą twarz. Jeszcze na dobre Pan Prezydent nie odleciał z Okęcia, jak agencje doniosły, że Rosja przerywa działania wojenne. No i proszę, Rosja boi się naszego Pana Prezydenta. Wystarczy, że Pan Prezydent nakrzyczał i powiedział co widzi, a już wojny, którą Pan Prezydent w Gruzji się spodziewał znaleźć, nie ma i... my mamy sukces Sukces po polsku. Strach pomyśleć co Pan Prezydent powie, gdy wyląduje w Warszawie, już po całej eskapadzie, bo diabli wiedzą co mu Rosjanie mogą pokazać, gdy będzie wracał do Polski. Nie daj Boże d... Wtedy mielibyśmy porażkę. Oczywiście nie polską porażkę, tylko porażkę całej Europy. Ech..., ten nasz Pan Prezydent, to prawdziwy sukces, super sukces po polsku, bo Pan Prezydent jest tam, gdzie nigdy nie powinien być, i niestety, aż do wyborów tam będzie. Prawdziwy orzeł! No i nie trzeba go szukać.
06 sierpnia, 2008

Ryba - Sen...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:37
          Na kasecie były trzy "ryby". Tak się wtedy nazywało nagrany zapis linii melodycznej, jaki kompozytor dawał tekściarzowi, gdy obaj postanowili napisać piosenkę. Był rok 1985, mieszkałem w maleńkim mieszkaniu na gdańskim Przymorzu. Było lato, a ja nie miałem słuchawek, by w ciszy i spokoju posłuchać tego, co mi przyniósł Kazimierz Lewandowski. Ponieważ za Kaziem snuło się już wcześniej kilka znakomitych opowieści, nie bacząc na hałas, dochodzący z pętli tramwajowej, zabrałem się bez zwłoki za odsłuchiwanie taśmy na jakimś terkoczącym magnetofonie. Jak dziś pamiętam, że po usłyszeniu drugiej "ryby" powiedziałem do Asi - O cholera, to jest to! Pamiętam też, że pisząc tekst miałem z tyłu głowy tylko jedną myśl: "Nie spieprz tego". Starałem się tak pisać, by nie przykryć tekstem świetnej muzyki. Tekst miał ją wspierać i w żaden sposób nie przeszkadzać. Tak powstała piosenka "Sen na pogodne dni".

beata21.jpg

          Piosenka została napisana specjalnie dla Beaty Bartelik, z którą wiązaliśmy duże nadzieje. Niektórzy wiedzą, że piosenka w swoim czasie zrobiła trochę zamieszania na rynku i na tyle się utrwaliła w pamięci, że do dziś można ją usłyszeć w radio. Radek, mój syn, powiedział mi, że często grają "Sen..." także w dyskotekach. Ponoć jest znaną "przytulanką". Nagrywaliśmy ją w studio "Trójki", przy Myśliwieckiej. Zagrali z nami najlepsi muzycy, jacy byli wtedy w Warszawie, ale prawdziwy szlif tej piosence nadał dopiero Tomek Szukalski, gdy jako ostatni, jakby od niechcenia, nagrał swój saksofon. To dźwięk Tomkowej blachy stał się najbardziej rozpoznawalnym elementem tej piosenki. Co mistrz, to mistrz.
          Po latach od powstania, do "Snu..." dobrał się Tomek Kopeć, założyciel "Pomaton-EMI", i po pewnym czasie przedstawił mi nagranie tej piosenki w wykonaniu jakiejś wschodzącej gwiazdki. Cover, choć dla mnie był całkiem dobry, chyba nikomu w wytwórni nie przypadł jednak do gustu, bo gwiazdka została gwiazdką bez 'Snu..." Już dzisiaj nie pamiętam, ani kto był tą gwiazdką (taka to była gwiazda), ani tamtego nagrania. Potem zgłosiła się do mnie skośnooka manager, nie znanej mi kanadyjskiej piosenkarki i namówiła na zgodę, by to właśnie jej podopieczna nagrała "Sen..." nowocześnie i po swojemu, czyli po angielsku. Gdy skośnooka negocjowała warunki, nie omieszkała dodać, że po nagraniu i wydaniu płyty, będę bogatym człowiekiem. Zapomniała dodać, że bogatym, ale tylko duchowo. Piosenka została przez Sandrę Volodoff nagrana i nawet mogła się podobać, choć przestrzeń muzyczną, jaką miał pierwowzór, gdzieś zagubiono. Zagubiono też moje pieniądze, o które ZAiKS procesuje się chyba do dzisiaj.          
           Dwa lata temu powiedział mi ktoś, że "Sen na pogodne dni" jest utworem dość powszechnie granym, jako "pierwsza piosenka", na weselach. Zrozumiałem, że coś takiego jak "pierwsza piosenka", to utwór, który ma otwierać Parze Młodej nową drogę życia i razem z nią przez życie dalej iść, jako jedno z najpiękniejszych wspomnień, tego jedynego dnia, dnia ślubu. To świetna idea - pomyślałem i sprawdziłem w internecie. Faktycznie; Na stronach firm organizujących wesela, "Sen..." znajdował się zawsze w pierwszej dziesiątce propozycji na tzw."pierwszą piosenkę". Gdy na wielu forach dyskusyjnych znalazłem ( często błagalne) zapytania o to, gdzie można tę piosenkę znaleźć, nie myśląc o mojej niańce-ZAiKS, postanowiłem "Sen..." umieścić w "Codziennościach". A co mi tam... I zaczęło się. "Sen...", masowo kopiowany, ma swoje, amatorsko robione teledyski na "Wrzucie", "YouTube" i gdzie tam jeszcze. O "Śnie..." się pamięta, bo ponoć znowu jest na jakichś listach przebojów. "Sen.." polecany jest nawet jako lek. Oto jeden z przykładów, jaki znalazłem wczoraj w internecie: Forum - Forumowisko.pl > Styl życia > Miłość, przyjaźń i znajomości Pan M Witam wszystkich Forumowiczów. Mam 29 lat. Przeżywam z żoną pierwszy poważny kryzys małżeński. Po poważnej rozmowie z zoną dowiedziałem się od niej, że nie wie, co do mnie czuje. Nie powiedziała mi, że jestem jej obojętny ale mówiła, że coś w niej pekło, wypaliło się. Wiem dlaczego tak się stało, przede wszystkim po ślubie przestałem się starać, prawić komplementy, byłem mniej czuły itd. ...... Teraz chciałbym to wszystko zmienić, odbudować to wszystko, tylko pytanie czy nie jest za późno ? Czy może jeszcze wrócić uczucie mojej żony do mnie ? Żona twierdzi, że jeżeli nie wróci "to co było kiedyś" to raczej powinniśmy się rozejść. Jedno jest pewne ja kocham Ją bardzo, zrozumiałem to trochę za późno, teraz chcę wszystko naprawić, tylko pytanie jakie mam szanse ??? ......... proszę o opinię na ten temat głównie Pań ...... i odpowiedź: Monika W ...dzisiaj mi facet puścił piosenkę Beata Bartelik- 'Sen na pogodne dni' kurde ryczeć mi się chciało, jestem taka szczęśliwa i wiem, że mnie kocha... a słowa nie powiedział. Może jej to włącz? pocałuj i popatrz w oczy? Kochasz ją nie będziesz musiał udawać, sama zobaczy...
          I tak piosenka "Sen...", jak ryba płynie przez życie, migotając co rusz łuską w słońcu, wśród fal losu, tuż pod samą powierzchnią tegoż życia. Och, jak mi się napisało... "Sen na pogodne dni" w 1987r., jako pierwszy, wydał "Tonpres". Po prawie dwudziestoletniej przerwie, w 2005 r., na składance 'Piękni 30 letni" i to w dodatku na pierwszym miejscu, "Sen..." wydał też Universal Music Polska i Radio PIN. Teraz dowiedziałem się, że dwóch innych wydawców także umieściło naszą rybkę na swoich hitowych, składankach płytowych: pierwsza, to: "Klub 80.pl"

klub-80-plimages-2.jpg

a druga nosi tytuł: "Po polsku miłość

 po-polsku-o-milosci.jpg

          Wszystkich nowości o piosence ''Sen na pogodne dni" dowiedziałem się od Beaty Bartelik, jej odtwórczyni, z którą, przy szklaneczce whisky, spędziliśmy uroczy piątkowy wieczór. Wieści o nowych wydaniach 'Snu.." bardzo mnie ucieszyły, ale ponieważ nikt mnie o nic nie pytał i o nic nie prosił, to nie będę reklamował wydawców i nic więcej o tych płytach nie napiszę. Mam tylko cichą nadzieję, że moja niańka-ZAiKS jakoś nad tym panuje i moja rybka okaże się znowu rybką złotą.
04 sierpnia, 2008

Narodowe cnoty

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:22
          Przeczytałem dzisiaj, że podczas obchodów 64 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, niektórzy "obchodowicze", wyznawcy jedynej prawdy objawionej przez PiS, buczeli i pluli na prof. Bartoszewskiego i prof. Niesiołowskiego, bohaterów walki o niepodległość Polski. Oklaskiwali zaś tych, którzy mącąc narodową wodę, łowią ludzki plankton, by żywić nim swoje idee i przekonania. Strażnicy narodowych cnót są przekonani o tym, że wszyscy bogacący się to złodzieje, a ludzie samodzielnie myślący i aktywni, to agenci i szkodnicy, którzy przeszkadzają w ich słusznej walce o sprawiedliwość społeczną. Skąd my to znamy?
          Nie ma chyba, poza Rosjanami, drugiego takiego narodu jak Polacy, którzy z zawiści i zazdrości czynią cnotę, a niektórzy nawet sens istnienia. Na szczęście nie wszyscy. Rosjanie zachwycili się Putinem, gdy ten, dla przykładu, wsadził do "tiurmy" najbogatszego z nich, który mu podskakiwał. Inni, którzy też "skorzystali" na budowie kapitalizmu, mają się dobrze. Ale tylko wtedy, gdy nie podskakują.
          Ostatnio widziałem wywiad z tzw. przeciętnym Rosjaninem, który skarżył się na "nowych Ruskich" popijając piwko - Jak to może być, że on ma, a ja nie mam? A u nas?
          W Polsce każdy myśli, że tylko jego poglądy są słuszne, a bogactwo usprawiedliwione i wytłumaczalne. Cudze...w żadnym wypadku. W Polsce tylko własna bieda jest niedopuszczalna i niesprawiedliwa. Cudza..., oczywiście jak najbardziej. Na pytanie dlaczego on ma, a ja nie, jedynych słusznych odpowiedzi udzielają u nas Ziobro z Macierewiczem. Lech Kaczyński - Prezydent, wczorajszym przemówieniem podczas obchodów w Warszawie, jasno dał do zrozumienia, która część społeczeństwa jest dla niego zdrową tkanką narodu. Wolno mu było nad grobami oceniać aktualną sytuację i dzielić naród na dobry i zły, choć powinien być prezydentem wszystkich.
          Gdy Michnik, który reprezentuje tylko siebie i swoje myśli, kilka dni temu, nad grobem Geremka parę słów prawdy powiedział o tym, jak się u nas traktuje autorytety, od razu odsądzono go od czci i wiary. Znaleźli się i tacy "prawdziwi" Polacy, którzy krzyczeli, że jątrzy (nie ominął ten wrzask nawet moich "Codzienności"), nazywając redaktora Gazety cmentarną hieną. Jak więc ci obrońcy jedynie słusznych wartości w Polsce, po wczorajszym przemówieniu, nazwaliby Prezydenta, gdyby nie nazywał się Kaczyński? Strach pomyśleć. Czytając dzisiaj o pluciu na cmentarzu i wskazywaniu winnych, pomyślałem, że dla naszego Prezydenta najlepszym krajem do rządzenia byłaby Rosja. Na czele "starych" Ruskich, z możliwościami i przywilejami godnymi cara, czułby się nasz Kaczyński jak prawdziwy stwórca sprawiedliwego świata. Szkoda, że nie byłby tam pierwszy. Tego pierwszego wciąż jeszcze nie pochowali.
30 lipca, 2008

Wojnowska

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:50
ela-wojnowska

          Pierwszy raz zobaczyłem Elę w 1974r. na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Śpiewała pieśń "Zaproście mnie do stołu". Jej wejście na scenę wzbudziło duże zaciekawienie, schodziła już jako gwiazda. Na festiwale studenckie jeździłem w tamtym czasie jako dziennikarz Dziennika Akademickiego, dodatku do Dziennika Bałtyckiego, i choć swoje pierwsze bardowskie boje na scenie miałem już za sobą, to gwiazdy piosenki podziwiać mogłem tylko z pewnego dystansu. Tak też patrzyłem na przepiękną i przebojową Wojnowską.
W rok później, wraz z Elą Adamiak, chyba jeszcze jako jej tekściarz, zostałem zaproszony na Famę do Świnoujścia. Do dzisiaj pamiętam prawie każdy dzień z tamtej eskapady. Salon Niezależnych z Jackiem Kleyffem, Michałem Tarkowskim i Januszem Weissem, początkujący "Maanam" jako trio z Johnem Porterem, Heniu Sawka i Andrzej Mleczko, kabaret Tey, Przemek Gintrowski, którego piosenka do wiersza Krzysia Sieniawskiego podbiła moje serce tak, że za każdym razem, gdy zagapię się nocą na bezchmurne niebo słyszę jej fragment, a tekst sam mi się składa w słowa "...Czego się gapisz panie księżyc...", i Elżbieta Wojnowska. Wszyscy oni byli wtedy na Famie, wśród nieprzebranej ilości młodych plastyków, muzyków, aktorów i wszelkiej maści innych kandydatów do kariery.
          Właśnie na tamtej Famie zrodziła się między mną, a Wojnowską przyjaźń, która trwa do dzisiaj. Mijały lata. Ela urodziła swemu mężowi, sławnemu krytykowi Andrzejowi Ibisowi Wróblewskiemu dwóch synów; Andrzeja i Mieszka, borykając się wciąż z przeciwnościami losu. Nagrała kilka płyt, zagrała setki recitali i koncertów. Niepokorna i perfekcyjna, kolejnych swoich muzyków doprowadzała do szału, zawieszając podczas prób poprzeczkę najwyżej jak mogła, ale gdy już wystąpiła na scenie, to proszę siadać. Wciąż szukała swojego repertuaru i wciąż była twórczo niezaspokojona. śpiewała Brechta, Moczulskiego ( tego z Krakowa), Osiecką, Broniewskiego, a ostatnio Szekspira. Zawsze znakomicie, zawsze do końca i zawsze na najwyższym poziomie. Nie pamiętam by kiedykolwiek odpuściła jakiś koncert. Nigdy nie zapomnę jej wizyty, gdy wpadła do nas kilka lat temu, wieczorem, na dzień przed ważnym koncertem w Sopocie. Przegadaliśmy całą noc i do dzisiaj nie wiem skąd miała tyle energii, by swój recital, po tej nieprzespanej nocy, zaśpiewać koncertowo i mieć jeszcze siły na trzy, czy cztery bisy.
          Ela zajeżdża do nas czasami. Uwielbia spacery brzegiem morza. Od nas ma najbliżej. Bywa, że tęskni i wtedy pisze. Dzisiaj napisała : "...Chciałoby się w takie dni posiedzieć chwilę nad morzem. Tego Wam zazdroszczę, mimo że Wy sami nie macie zbyt wiele okazji, żeby to wykorzystać. ŚCISKAM wszystkich domowników. Elżbieta? Musi znowu tęskni. Elu, jeżeli to czytasz, nie czekaj. Porzuć na chwilę Warszawę, choćby zaraz, i wpadaj do nas. Pójdziemy o zmierzchu na długi spacer krańcem Bałtyku i przegadamy kolejną noc. "...Czemu się dziwisz panie księżyc..." .
25 lipca, 2008

Poniosło i... przyniosło

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:53
          Ech..., poklepałem się po brzuchu i pomyślałem, że może mnie trochę przy ostatnim wpisie - "Rogacizna w Sejmie" - poniosło. Nie znoszę ideologii PiS i jej piewców, bo uważam, że ten sposób pojmowania świata nie tylko obraża moje uczucia do kraju urodzenia, ale - co ważniejsze - ewidentnie mu szkodzi. Nie znoszę ludzi, którzy z gorączką w oczach widzą we współbraciach tylko agentów i złodziei. Nie cierpię tych, którzy pod szyldem walki (czy my ciągle musimy walczyć?) z korupcją, agenturą obcych wywiadów i wszelkim innym bezeceństwem, gotowi są na każde świństwo. Nie znoszę..., a jednak nie powinienem o posłance Kempie pisać, że jest pulchna i się poci, a poseł Gosiewski sepleni. Nie powinienem, choćby przez wzgląd na mego znajomego Tadzia Buraczewskiego, który nie wiem dlaczego, bo to fajny gość, całym sercem i piórem za PiSem stoi. Nie powinienem i już.
          Może i dobrze by było na "rogaciźnie" skończyć i nie dopowiadać nic więcej, ale mnie poniosło. Pisałem, gdy spektakl jeszcze trwał i stąd ostrość wyrazu. Jeżeli więc ktoś się poczuł urażony, niech wybaczy nerwowe uniesienie, choć nie mogę obiecać, że mnie już nigdy szlag nie trafi.
          Pewnie bym na tym dzisiaj skończył, gdyby nie przysłany komentarz do poprzedniego wpisu. Tych, którzy nie zajrzeli informuję, że nieznany mi Pan Zbigniew Szymański, wplatający między swoje imię i nazwisko pseudonim "200 gram", przysłał komentarz i wiersz swojej produkcji. "Dzieło", niestety, nie jest wysokiej próby, ale je zacytuję, bo traktuje o mnie. Oto komentarz i wiersz (pisownię zachowałem oryginalną) Pana Zbigniewa: "Każdy ma niestety prawo interpretować słowa barda po swojemu. Pan widzi przysłowiową carycę gdzie indziej niż ja. Niestety, Jacek Kaczmarski już nie może rozsądzić czy pańska interpretacja rzeczywistości w oparciu i Jego słowa jest słuszna. Wydarzenia w Sejmie zapewne staną się osnową do napisania przez Pana kolejnej demaskatorskiej pieśni. "Pieśń skomponuje o tym dla nas bard Chyliński. On chciałby nam zastąpić Jacka Kaczmarskiego. Targowicą dla Niego nie Traktat Lizboński, lecz protesty patriotów, rozpacz Gosiewskiego"
          To, że wiersz zaczyna się ni z gruszki ni z pietruszki, nie wadzi. To, że nie wiadomo o czym ja mam tę pieśń komponować, nie szkodzi, a to że Gosiewski rozpacza na czele patriotów nawet śmieszy, ale że ja chciałbym zastąpić Kaczmarskiego, to już przegięcie. Trochę mi niezręcznie przekonywać autora powyższego "dzieła", że w żaden sposób nie pragną zastępować nikomu Jacka, którego dobrze znałem od początku jego kariery i nie jedną noc z nim przy 500 gramach przegadałem. Niezręcznie tłumaczyć co chciałem powiedzieć przez to, co powiedziałem, ani dowodzić ponownie swoich racji, ani dworować, a jednak...
          Byłem kiedyś na prowincjonalnym weselu, na którym nie para młoda była w centrum uwagi, ale facet, którego nazywali poetą. Gość niewielki, ale starał się jak mógł pozować na herosa poezji i satyry. Po wytryskach jego talentu część gości truchlała, część skonsternowana spuszczała oczy, udając, że nie słyszała, a część, ku zaskoczeniu pozostałych, ryczała ze śmiechu. Potrafił ten gość na każdy temat zrymować wszystko ze wszystkim. Jak pan młody zapraszał do tańca swoją teściową ten już "sypał" coś w ten sposób: " Niech se młody kupi lupę/ bo nie widzi że obtańcowuje starą dupę" Nie przeszkadzał mu rytm koślawy, ani rym chamski, ani to, że ten jego wiersz jest obraźliwy, nie tylko dla teściowej. Facet "sypał" swoje, a część gości im bardziej pijana, tym bardziej mu przyklaskiwała. Czytając Pana Zbigniewa mam wrażenie, że znowu jestem gdzieś w pobliżu tamtego wesela. Wrażenie to tym bardziej się potęguje, gdy czyta się inne utwory poetycko-satyryczne tegoż autora. Oto sposób patrzenia na ludzi i pojmowania świata przez Pana Szymańskiego. Oto sąd o ludzkiej wrażliwości, przyjaźni i tragedii napisany i opublikowany w gdyńskiej gazecie internetowej -"Gazeta Świętojańska", przez Pana "200 gram": Hiena cmentarna Pogrzeb Geremka. Postać W historii naszej wielka. Próbuje ją wykorzystać Hiena polskiego piekiełka. Red. Michnik nad grobem jątrzy /Wszak on nie umie inaczej/. Hieno cmentarna, w "Gazecie"- Życzę - "Reqiesce in pacem!". I wszystko jasne. Przeczytawszy uśmiałem się do łez. Do bólu. Aż mi ręce opadły.
23 lipca, 2008

Rogacizna w Sejmie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:49
          Miałem dzisiaj bardzo wątpliwą przyjemność oglądać transmisję z obrad Komisji Regulaminowej Sejmu RP. Jestem w stanie zrozumieć słowne utarczki posłów, polityczne podchody i zagrywki taktyczne w parlamencie, ale zupełnie nie rozumiem zachowania się posłów PiS w dzisiejszej próbie obradowania Komisji, którzy właściwie zrobili z niej cyrk. Gdy obrady plenarne blokował Lepper, wiedziałem z kim mam do czynienia. Nie raz widziałem dyskusję na wiejskiej drodze, to i nie dziwne mi było, że na Wiejskiej w Warszawie, cwaniakowaty prostak (nie uwłaczając prostym ludziom) zachowuje się, jak potrafi.
Wydawało mi się, że posłowie PiS to jednak nie posłowie Samoobrony. Dzisiaj okazało się, że PiS przerósł w chamstwie Samoobronę przynajmniej o głowę. W czymś kogoś w końcu przerośli. Obrzydliwy był widok pulchnej i spoconej posłanki Kempy, która rżała jak koń, widząc nieporadność przewodniczącego Budnika. Czułem okropny dyskomfort patrząc na posła Gosiewskiego, który w "wymyślny" sposób chciał grać parlamentarnego salonowca. Żal było patrzeć na tę sepleniącą kompromitację. Poseł Suski..., nie, szkoda słów.
          Niezapomniany Jacek Kaczmarski napisał kiedyś pieśń, która zrobiła na mnie potężne wrażenie. "Rejtan..." potwierdził klasę Jacka i ci wszyscy, którzy wcześniej widzieli w nim plagiatora Lluisa Llacha i naśladowcę Wysockiego, odbierając mu prawo do talentu, musieli po wysłuchaniu tej pieśni zamilknąć. Mówi ona o zdradzie narodowych interesów na rzecz carycy Katarzyny. Mówi o nieudolnej próbie zaszczepienia w Polsce, pierwszej w Europie, demokracji. Mówi wreszcie o tym, co doprowadziło do pierwszego rozbioru Polski. Gdyby ktoś chciał dzisiaj porównać Gosiewskiego czy Putrę do Rejtana, to może by mu się udało. Ta troska o kraj i demokrację... Te krzyki..., ta rozpacz..., te gesty..., te pozy..., te miny...
Rejtan, czyli raport ambasadora (wg obrazu J. Matejki) Jacek Kaczmarski
Wasze wieliczestwo", na wstępie śpieszę donieść: Akt podpisany i po naszej myśli brzmi. Zgodnie z układem wyłom w Litwie i Koronie Stał się dziś faktem, czemu nie zaprzeczy nikt. Muszę tu wspomnieć jednak o gorszącej scenie, Której wspomnienie budzi we mnie żal i wstręt, Zwłaszcza że miała ona miejsce w polskim sejmie, Gdy podpisanie paktów miało skończyć się. Niejaki Rejtan, zresztą poseł z Nowogrodu, Co w jakiś sposób jego krok tłumaczy mi, Z szaleństwem w oczach wszerz wyciągnął się na progu I nie chciał puścić posłów w uchylone drzwi. Koszulę z piersi zdarł, zupełnie jak w teatrze, Polacy - czuły naród - dali nabrać się: Niektórzy w krzyk, że już nie mogą na to patrzeć, Inni zdobyli się na litościwą łzę. Tyle hałasu trudno sobie wyobrazić! Wzniesione ręce, z głów powyrywany kłak, Ksiądz Prymas siedział bokiem, nie widziałem twarzy, Evidemment, nie było mu to wszystko w smak. Ponińskij wezwał straż - to łajdak jakich mało, Do dalszych spraw polecam z czystym sercem go, Branickij twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą, Szczęsnyj-Potockij był zupełnie comme il faut. I tylko jeden szlachcic stary wyszedł z sali, Przewrócił krzesło i rozsypał monet stos, A co dziwniejsze, jak mi potem powiadali, To też Potockij! (Ale całkiem autre chose). Tak a propos, jedna z dwóch dam mi przydzielonych Z niesmakiem odwróciła się wołając - Fu! Niech ekscelencja spojrzy jaki owłosiony! (Co było zresztą szczerą prawdą, entre nous). Wszyscy krzyczeli, nie pojąłem ani słowa. Autorytetu władza nie ma tu za grosz, I bez gwarancji nadal dwór ten finansować To może znaczyć dla nas zbyt wysoki koszt. Tuż obok loży, gdzie wśród dam zająłem miejsce, Szaleniec jakiś (niezamożny, sądząc z szat) Trójbarwną wstążkę w czapce wzniósł i szablę w pięści - Zachodnich myśli wpływu niewątpliwy ślad! Tak, przy okazji - portret Waszej Wysokości Tam wisi, gdzie powiesić poleciłem go, Lecz z zachowania tam obecnych można wnosić Że się nie cieszy wcale należytą czcią. Król, przykro mówić, też nie umiał się zachować, Choć nadal jest lojalny, mogę stwierdzić to: Wszystko, co mógł - to ręce do kieszeni schować, Kiedy ten mnisi lis Kołłątaj judził go. W tym zamieszaniu spadły pisma i układy. "Zdrajcy!" krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec. Polityk przecież w ogóle nie zna słowa "zdrada", A politycznych obyczajów trzeba strzec. Skłócony naród, król niepewny, szlachta dzika Sympatie zmienia wraz z nastrojem raz po raz. Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse. Dlatego radzę: nim ochłoną ze zdumienia Tą drogą dalej iść, nie grozi niczym to; Wygrać, co da się wygrać! Rzecz nie bez znaczenia, Zanim nastąpi europejskie qui pro quo!
          Tylko że dzisiaj sytuacja była odwrotnością treści obrazu Matejki o kupczeniu Polską i służeniu Katarzynie. Dzisiaj Katarzynę zastąpiła w Sejmie głupota. Zwyczajna, swojska, polska głupota. I to tej carycy PiS zajadle służy od dawna. Służył i dzisiaj, chlew czyniąc z Izby. Rogacizna, by nie rzec - bydło.
14 lipca, 2008

Słodkie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:58
         Dziadostwo to stan, który niekoniecznie musi nas wyprowadzać z równowagi, pogrążać w beznadziei, drażnić nadchodzącą klęską czy doprowadzać do myśli o końcu świata. Jest takie dziadostwo, które może sprawić, że zaczynasz wierzyć w sens wszystkiego, co do tej pory robiłeś, choć jeszcze niedawno wydawało ci się, że twoje życie to labirynt bez wyjścia. Kiedyś Jacek Kleyff napisał świetną piosenkę o muzyku Kaczorowskim, który śnił w czasie koncertu, że został dziadem:
"...W szary ranek rusza w miasto, drzwi śmietnika już zamyka, wczoraj z walizeczką gwiazdor, dzisiaj z worem jak słoikarz... ...Chce zanucić coś do marszu, lecz zapomniał jak piosneczka szła i chyba nigdy nie wie, czy to marsz, czy "Szła dzieweczka" Społeczeństwo obok biegnie, a dziad siedzi, czyta neon Każdy chętnie się pociesza, że ten dziad to jeszcze nie on..."
Na końcu piosenki dyrygent budzi Kaczorowskiego i przywołuje do orkiestrowej rzeczywistości. Pomijając wiele aluzji, jakie w tamtych czasach niosła ze sobą ta piosenka, jedna jest ponad wszystkie - dziadostwo to nic dobrego. Czyżby zawsze...?
          W sobotę, całą rodzinką zaproszeni zostaliśmy na popołudnie do domu Mirka Szumiłowskiego, mego przyjaciela ze szkoły średniej, którego niedawno w "Codziennościach" wspominałem. Dom swój Mirek posadowił wygodnie na rozległych łąkach, niedaleko Gdańska. Skoro pogoda dopisała, starym, dobrym zwyczajem, Asia - żona Mirka - nakryła na tarasie przed domem, prawie w ogrodzie. Zrobiło się odświętnie i rodzinnie, wszak była z nami moja Mama, która i Mirkowi była kiedyś prawie mamą.

popoludnie-u-mirka.jpg

          Gdy po obiedzie zabraliśmy się do win i ciast przyszedł czas na to, o czym wspomniałem w tytule - na słodkie "dziadostwo". Bez fanfar i specjalnych zapowiedzi pojawiła się między nami kobieta ze wszech miar urodziwa o imieniu Nadia, która uczyniła czas Mirka słodkim.

slodkie-dziadstwo.jpg
 
          Dziadek Mirek wniebowzięty, słodycz swego "dziadostwa" prezentował z należnymi "księżnej Nadii" honorami, ku uciesze całej gawiedzi. I nawet suczka Yoko...

slodkie-dziadostwo-2.jpg

...zdawała się rozumieć, że jej Pan jest najszczęśliwszym dziadkiem na świecie, a jego życie to teraz najsłodsze "dziadostwo" pod słońcem.
Ciekawe kiedy, dzięki synowi, i mnie dopadnie ten słodki stan? Przecież nie mogę przyjacielowi zazdrościć "dziadostwa".
02 maja, 2008

Hedwig uwierzyła w Hitlera

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:43
Dzisiaj przez cały dzień porządkowałem "Widłąg" - opowieść. Porządkując postanowiłem historię popchnąć nieco dalej. Gdy rozpocząłem pisanie, to okazało się, że Hedwig uwierzyła w Hitlera. Nie wierzycie? Sprawdźcie.  Szósta część czeka. Zapraszam.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY