30 września, 2008

Zapłakane Zakopane

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:08
          To jakiś zły czas, teraz. Jesień mokra i zimna. Mój samochód po serwisie zdaje się był w gorszej kondycji niż przed. Notowania na giełdzie lecą na łeb na szyję. PiS wciąż chce z Polską iść do łóżka, ale nie chce płacić uczciwych, chrześcijańskich alimentów  Telewizja, przepraszam za wyrażenie - publiczna, ignoruje jubileusz nadania Wałęsie nagrody Nobla. Rosjanie bezczelnie i bezkarnie olewają resztę świata, a na dodatek autostrada z Krakowa do Katowic jest w permanentnym remoncie. Za stanie na niej w godzinnych korkach należy zapłacić złotych 13 - i co z tego, że grzejąc bez sensu silnik mogę sobie właściciela gównianej drogi nazwać złodziejem, oszustem lub bandytą. Autostrada A1 jest lepsza, tańsza, ale za to krótsza.
          Z urlopu wróciłem szybciej niż planowałem, bo lało przez dwa tygodnie i choćbym nie wiem jak świat zaklinał, znikąd dobrych wiadomości. Ale od początku. Rok temu, o tej samej porze, wybraliśmy się z Asią do Zakopanego. Ja za górami nie przepadałem, lecz czego to człowiek nie zrobi dla zdrowia i ukochanej. Ubiegłoroczna pogoda rozpieszczała takich jak my, więc po kilku wypadach w góry zacząłem swoje poglądy o urodzie terenu garbatego zmieniać. Nic dziwnego, że tamta piękna jesień w naturalny sposób kazała mi w tym roku urlop zaplanować tak samo.
          "Nic dwa razy się nie zdarza..." napisała kiedyś noblistka Wisława i widziała co pisze. Już droga w góry była niepowtarzalna. Zamiast przez Śrem, jak w tamtym roku, skąd ród mej żony się wywodzi, pojechaliśmy przez Warszawę, gdzie postanowiłem zrobić przegląd samochodu. W autoryzowanym Service przez dwanaście godzin stukali, pukali, a gdy oddali samochód, to okazało się, że to, co było do naprawy pozostało nienaprawione, za to naprawiono mi to, co do naprawy nie było. Efekt był taki, że tuż za Jankami z tylnego koła zaczęło się dymić i musieliśmy zjechać z "gierkówki", by naprawić to, co było naprawione. Dzisiaj myślę, że to był znak, ale ja chyba nijak takich znaków czytać nie umiem.
          W ciepły wrześniowy dzień uparcie przemierzałem Polskę wzdłuż  by móc oczy swe nasycić potęgą tatrzańskich skał. Pogoda skończyła się wraz z minięciem znaku z napisem Zakopane. Modne jest porównywanie Zakopanego do Sopotu. Oba miasta oficjalnie się przyjaźnią. Raz w roku organizowana jest nawet specjalna wyprawa pociągiem górali do Sopotu. Po co? Nie wiem, bo Sopotu do Zakopanego w żaden sposób porównać nie można. Sopot, w przeciwieństwie do Zakopanego, jest porządnym, czystym i zadbanym miasteczkiem, które nie wiedzieć czemu chce mieć coś wspólnego z jednym wielkim i zapuszczonym targowiskiem wszelkiej tandety, jakim jest Zakopane. I pomyśleć, że kłopoty prezydenta Karnowskiego zaczęły się przez to, że nie zezwalał na zasłanianie reklamami sopockiej architektury. W Zakopanem też się chyba na to nie zgodzili, a powinni, i dzięki temu możemy podziwiać taką góralską dziedzinę:

zakopane-2008-reklama-na-scianach.jpg

          Ponieważ gór widać nie było, to gapiłem się na "perłę" Tatr. Zakopane wraz z okolicą zamieszkuje 65 tysięcy ludzi. Mieszkańcy ci utrzymują się głównie z turystów, którzy rok w rok zostawiają tu około trzech miliardów złotych. 25 mieszkańców Zakopanego zadeklarowało w ubiegłym roku dochody powyżej miliona złotych. Ledwie zajechałem, a już przyszło mi wysupłać dutki na spory podatek kuracyjny, więc zupełnie nie mogłem uwierzyć, że po prawie dwudziestu latach panowania w Polsce prywatnej przedsiębiorczości, samorządności, kapitalizmu, wolności i wolnego rynku droga pod Gubałówką wygląda tak...

zakopane-2008-droga-pod-gubalowke.jpg

...a to, co mogłoby być jakimś chodnikiem, leży obok, tyle że trochę niżej...

zakopane-2008-chodnik-pod-gubalowka.jpg

W tej sytuacji wiadomość, że likwidują zimę wcale mnie nie zaskoczyła...

zakopane-2008-likwidacja.jpg

... i nawet byłem skłonny podziwiać przyłączenie się burmistrza i samorządu do rządowej akcji budowania tysiąca boisk dla dzieci. Przygotowując się do "Euro 2012" pracowici górale w Zakopanem już od dawna mają swoje boisko "Orlika" :

zakopane-2008-euro-2012-orlik-boisko.jpg

Choć porządek w całym mieście jest mniej więcej taki...

zakopane-2008-zadbane-i-czyste.jpg

... i taki...

zakopane-2008-fajrant.jpg

... to gdy przyjdzie się pokazać w telewizji miasto przybiera pozę światowca.

zakopane-2008-tour-de-pologne-1.jpg

Tak było przy okazji wyścigu "Tour de Pologne".

zakopane-2008-tour-de-pologne-2.jpg

Przez prawie dwa tygodnie tylko raz udało mi się zobaczyć góry. Akurat niebo zarządziło chwilową przerwę w laniu wody i sypaniu śniegu. Przez chwilę zrobiło się miło...

zakopane-2008-gory.jpg

... po czym humor nam znowu siadł, bo zaczęło lać. I nawet przyjazd i towarzystwo uroczej Pani Szymborskiej, która, jak rok wcześniej (choć nic dwa razy się nie zdarza) znowu w Halamie z nami sąsiadowała, nie był w stanie zatrzymać nas przed powrotem. Z przyjemnością wróciliśmy do domu, mijając po drodze zadbany, ładny i porządny Sopot.
10 września, 2008

Miejsce

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:30
          Zazwyczaj bardzo osobiście odbieram i rejestruję miejsca, w których bywam, a gdy je przyswoję - a raczej oswoję - stają się cząstką mojego życia i mojej historii, którą traktuję szalenie zaborczo. Jest jednak takie jedno miejsce, które darzę ogromnym sentymentem, z którym jestem związany od trzydziestu lat, a nie jest to mój, lecz mojej żony najważniejszy punkt na mapie świata. W tym miejscu spędziła swoje dzieciństwo, tu się wychowała, tu pierwszy raz poparzyła sobie palce gorącym żelazkiem i tu świat przekonywał ją, że nie jest taki zły. Jest to jej miejsce, a ja w nim jestem tylko przypadkiem. Tak miejsce to wyglądało przed stu laty.

plazowa-w-gdyni-poczatek-xxw.jpg

          Pewnie każdemu ta pocztówka podpowie, że jest to najbardziej uroczy zakątek Orłowa - Promenada Królowej Marysieńki, a za nią molo i sławny orłowski klif. To tu czekałem na Asię, gdy umawialiśmy się na randki i to tu ją odprowadzałem, by żegnając umówić się znowu. To tu zajechałem pewnego wrześniowego dnia w czarnym garniturze, by zabrać Asię do kościoła i złożyć jej przysięgę małżeńską. Tak wyglądało to miejsce dzisiaj rano...

promenada-krolowej-marysienki.jpg

          Nic też dziwnego, że byłem mocno poruszony, gdy przeczytałem w gazecie artykuł o odbudowie "Białego Dworu" - domu, a właściwie pensjonatu, który powstał przed wojną, naprzeciw Promenady Królowej Marysieńki, i który za Polski Ludowej popadł w kompletną ruinę. "Biały Dwór" stał niemal po sąsiedzku domu Asi i dla nas jest o tyle ważny, że mieszkał w nim, aż do swojej śmierci w 1985r., sławny malarz-marynista Antoni Suchanek. Otóż marynista ten przyjaźnił się z rodziną mojej żony i bywał częstym gościem. Pamiątką po znajomości z mistrzem jest portret Asi, pędzla pana Antoniego.

portret-asi-pedzla-antoniego-suchanka.jpg

Portret ten wisi teraz w naszym domu i przypomina o malarzu, który kochał morze. Gdy więc czytając o odbudowie pensjonatu...

bialy-dwor-w-budowie.jpg

...nie natknąłem się na wspomnienie o najważniejszym jego mieszkańcu, przyszła mi chęć zwrócenia autorowi uwagi na ten feler. Chęć była tym większa, że autorem był nasz dawny, dobry znajomy, a obecnie sławny i ceniony gdynianin - Sławek Kitowski, który zażarcie walcząc o pamięć Gdyni jest też wiceprzewodniczącym Towarzystwa Przyjaciół Orłowa. O Sławku żródła mówią tak: "Urodzony w 1953 roku w Gdyni, grafik, plakacista, fotograf, wydawca siedmiu albumów o historii Gdyni - portowego miasta zbudowanego w latach 20. XX wieku. Twórca oprawy graficznej międzynarodowego turnieju tenisowego Idea Prokom Open w Sopocie. Jako plakacista wystawiał w Polsce, Czechosłowacji, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Portugalii, Rosji i Wielkiej Brytanii. Autor portretu "Człowiek Roku 1989 - Lech Wałęsa" dla "El Periodico" w Barcelonie w 1989, nagrodzony ex equo I nagrodą. Projekt opublikowano jako plakat wystawy międzynarodowej w 10. rocznicę "Solidarności" w Gdańsku w 1990 i okładkę kalendarza 1991 - w pierwszym roku prezydentury Lecha Wałęsy. Mieszka i tworzy we własnym wydawnictwie Alter Ego w Gdyni." A ja go poznałem tak: Był rok 1986. W Teatrze Muzycznym w Gdyni odbyła się premiera musicalu "My Fair Lady", na którą zaprosiła nas, tj. Asię i mnie, Nina Terentiew. W rewanżu, następnego dnia, zaprosiliśmy Ninę i Tomka Raczka, którego poznaliśmy jakiś czas wcześniej, do Orłowa na śniadanie. Była słoneczna, ciepła, październikowa pogoda, więc sporo czasu spędziliśmy tego dnia na tarasie.

od-lewej-wchylinski-n-terentiew-i-t-raczek

          W pewnej chwili do furtki zadzwonił miły człowiek, który przedstawił się jako współpracownik Jerzego Gruzy i zapytał czy może zrobić kilka zdjęć. Pytającym był właśnie Sławek Kitowski. Później spotykaliśmy się ze Sławkiem w Bałtyckiej Agencji Artystycznej "BART", przy okazji pracy nad różnymi imprezami. Gdy teraz napisałem o zapomnianym Suchanku, to okazało się, że Sławek, tak jak i my, zachował w pamięci naszą znajomość. Po kilku mailach doszliśmy do wniosku, że mistrza najlepiej byłoby uhonorować poprzez nadanie imienia miejscu, które najczęściej odwiedzał. Tym miejscem jest rondo, które wieńczy ulicę Przebendowskich.
          Pragnąc omówić sprawę i odnowić znajomość, postanowiliśmy się spotkać. Ostatnia sobota była dla nas najlepszym czasem.

wieczor-ze-iza-i-slawkiem-kitowskimi.jpg

Przy kieliszeczku "czegoś dobrego" wspominaliśmy dobre, młode lata, choć patrząc na Sławka i Izę, zdało mi się, że ich lata wciąż są dobre i młode. My na ten wieczór przygotowaliśmy niespodziankę. Niedawno Asia odnalazła kieliszek. Kieliszek, który jakimś cudem zachował się od czasu premiery "My Fair Lady".

pamiatkowy-kieliszek.jpg

Okazało się, że pomysł, by sukces musicalu uczcić toastem ze specjalnie na tę okazję nadrukowanych kieliszków, jak i cały projekt gadżetowo-plastyczny tamtej imprezy, był autorstwa Sławka. Bardzo się Sławek kieliszkiem wzruszył. Rzecz znalazła swoje miejsce i swego autora.
          Wszyscy jesteśmy gdzieś umiejscowieni i bez swoich, rozpoznawalnych miejsc tracimy orientację. I mistrz i "szara mysz" musi mieć swój plac do życia i swoją przestrzeń. Rzecz w tym, że dopiero zagospodarowanie tego miejsca i tej przestrzeni mówi, czyś mistrzem jest, czy myszą.

PS. Trochę mnie tutaj nie będzie. Do zobaczenia.
07 września, 2008

Och Lucha...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 08:56
         O Lucynie Legut w moich "Codziennościach" pisałem już nie raz i pewnie nie raz jeszcze o tej niezwykłej postaci przyjdzie mi pisać. Wtajemniczonym przypomnę, a reszcie odkryję, że Lucyna Legut (dla przyjaciół - Lucha), to sławna na Wybrzeżu aktorka, pisarka i malarka. A że ma 82 lata, to przy jej temperamencie, poczuciu humoru, talencie i siłach twórczych, jest wiadomością mało istotną. Przyjaźnimy się z Luchą od lat i oboje z Asią poczytujemy to sobie za zaszczyt. Lucha nadzwyczaj lubi Asię i dzięki temu ja też bywam dostrzegany. Dzięki tej przyjaźni mamy w domu nasz portret ślubny pędzla Legut i kilka innych obrazów, a także sporą kolekcję powieści z dedykacjami od autorki. Mamy też coś, czego nie da się ani opisać, ani opowiedzieć. Dzięki znajomości z Lucyną Legut mamy czasem wrażenie, że żyjemy w zaczarowanym świecie. Patrzymy, wraz z Asią, na siebie z obrazu, czytamy o sobie w powieści, a na dodatek, za każdym razem, gdy Lucha wpadnie do nas, to nasza rzeczywistość rozmywa się, a w jej miejsce wstępuje nierealnie piękny świat Luchy.

ksiazki-lucyny-legut.jpg

          Otrzymaliśmy od Lucyny Legut kolejny prezent. Jak zwykle jest to coś niezwykłego. Dostaliśmy maszynopis, najnowszej książki z serii "Piotrków", która to seria zaczęła się znaną powieścią "Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości" . Najnowsza książka nosi tytuł "Wariacje Paluch-Rogalskiej" i traktuje między innymi o nas. To, że Paluch-Rogalska jest Lucyną Legut, to oczywiste, ale to, że my już po raz wtóry, jak w serialu, towarzyszymy przygodom głównego bohatera, to to jest sprawka nie z tego świata:
"Gdy ja wpatrywałem się w panią Joasię, pan Waldek zaczął się strasznie cieszyć, że widzi Paluch-Rogalską i od razu chwycił za aparat fotograficzny i bez przerwy pstrykał zdjęcia. Nic nie mówiłem, ale zdziwiłem się, bo przecież gdyby Paluch-Rogalska była młodą, piękną dziewczyną to co innego? Ale po co było tracić klisze fotograficzne na Paluch-Rogalską? Za chwilę okazało się po co: otóż pan Waldek kupił sobie taki aparat, którym można robić i tysiące zdjęć, i potem podłączyć ten aparat do telewizora, czy komputera i na komputerze wydrukować te zdjęcia. Tak podobno robią dziennikarze, którzy jeżdżą po świecie i potem szybko wysyłają komputerem do swojej gazety i zaraz można to przedrukować. Pan Waldek nawet nam pokazał zdjęcia Paluch-Rogalskiej, które miał już w aparacie, i Paluch-Rogalska mało nie zwariowała z zachwytu..."
          No, to mam za swoje, choć to nie koniec, ale reszta jest strzeżona prawem autorskim, więc mnie, staremu członkowi ZAiKS, tym bardziej tego prawa łamać nie wolno. Jedyne co jeszcze mogę pokazać, to ilustrację do tego rozdziału, własnoręcznie wykonaną przez dobrodziejkę Luchę, na której wszystkich nas widać...

ilustracja-autorstwa-lucyny-legut.jpg

... i oczywiście ostatnie zdjęcie, jakie zrobiłem kochanej Lucynie Legut trzy dni temu.

lucyna-legut.jpg

I powiedzcie sami: - Jak nie kochać takiej dziewczyny - Legut Lucyny? Oooch, Lucha...!
04 września, 2008

Dziewczyna jak... femina

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:52
Namówił mnie przyjaciel, który lideruje zespołowi rockowemu o ubeckiej nazwie Mr.Zoob - Andrzej Donarski, do zbierania sił przed nowym wyzwaniem artystycznym. Podesłał mi kilka kompozycji, a ja zacząłem się biedzić nad sensem słów, równo układanych w wersy, tak by pasowały do Andrzejkowych zawijasów melodycznych. Kiedy już udało mi się dopasować do muzyki pierwszy zestaw zdań, Andrzej osobiście pojawił się w moim domu i rozpoczął dyskusję nad ideą tego, co napisałem. a-donarski-mr-zoob.jpg A napisałem tekst straszny i bulwersujący. Napisałem tekst o feministkach, a właściwie o facetach postawionych wobec tego problemu. Wyraziłem pogląd samczy, że nas, chłopów, nie interesują zawiłości równouprawnienia, a tylko to, co widzimy pierwej patrząc na kobietę. Nas najbardziej pochłania uroda kobiecego ciała. Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli przytoczę jedną ze zwrotek określającą męskie oczekiwania: Wprost do nieba proszę zabierz mnie Lukier cukier chcę poczuć twych ust Na pościeli z dreszczy ułóż wdzięk Tak bym poczuł twój talent i biust. Słów refrenu nie podam, bo jednak jakąś tajemnicę zachować muszę, ale wspomnę, że odnosi się on do aktorskiej części natury kobiecej. Nasze spotkanie odbyło się w drugiej połowie sierpnia, a ja do teraz nie wiem, czy fakt, że na ten wieczór Andrzej zaprosił piękną Agnieszkę Babicz, aktorkę Teatru Muzycznego w Gdyni i członkinię kabaretu "Koń Polski" z Koszalina, a na dodatek świeżą laureatkę pierwszego miejsca w plebiscycie trójmiejskich gazet na najpopularniejszą aktorkę sezonu w "Teatrze Na Plaży" w Orłowie, to wyraz poparcia dla mojego tekstu, czy może próba dania mi do zrozumienia, że się mylę. babicz-agnieszka.jpg Patrzę sobie czasem na zdjęcie Agnieszki z tamtego wieczoru, które amatorsko, sponatnicznie i osobiście wykonałem nim Bachus zauroczył mnie bez reszty i nie wiem - jestem za, czy przeciw feminizmowi. A może tak, jak Wałęsa - jestem za, a nawet przeciw. Najgorsze jednak jest to, że nie pamiętam za czym był w końcu Andrzej.
30 sierpnia, 2008

Staruszek wciąż się dobrze trzyma

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:50
          Nie, nie, nie będzie to opowieść o dziadku, którego złośliwy tramwajarz przyciął w drzwiach, ani rzecz o nestorze, który zapisał spadek rodzinie. Dzisiejsze moje kilka zdań dotyczyć będzie instytucji, która nie raz ratowała mi życie. Będzie o Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS. W tym roku mija okrągła, dziewięćdziesiąta rocznica powstania tej, ze wszech miar szacownej, instytucji. Stowarzyszenie Autorów ZAiKS pierwotnie było Związkiem Autorów i Kompozytorów Scenicznych, powstałym w marcu 1918 roku. Był to jeden z pierwszych, nie tylko w Polsce, związków założonych przez artystów. Gdy powstawał o swoim związku nie marzyli jeszcze ani literaci, ani dziennikarze, ani plastycy, ani aktorzy. ZAiKS zawiązał się w celu ochrony praw autorskich. Od początku miał - i ma nadal - pilnować pieniędzy twórców, które się im należą za pracę, jaką jest stworzenie i eksploatowanie dzieła. A wynagrodzenie to należy się tak, jak każdemu innemu, kto coś wytwarza, ku korzyści innych. Myślę, że nie ma i nie było w Polsce wielkiego nazwiska w dziedzinie kultury, którego właściciel nie byłby członkiem Zaiksu, od czasu gdy tenże ZAiKS powstał . Tuwim, Słonimski, Lechoń, Brzechwa, Jurandot, Szczypiorski, Szymborska...
          Należałem i należę do wielu związków artystycznych, lecz tak naprawdę, odkąd w Polsce nastał kapitalizm, liczy się (dosłownie i w przenośni) tylko ZAiKS. Na zapisanie się do Stowarzyszenia Autorów w 1979r namówił mnie (a jakże by inaczej) Jacek Zwoźniak. By dostać się do szacownego grona członków, prócz jako takiego dorobku, należało mieć także dwóch członków Zaiksu - wprowadzających. Za mnie ręczyli Wojciech Młynarski i Maciej Zembaty. Z przyjęciem, dzięki Bogu i Poręczycielom, nie miałem najmniejszych kłopotów. Pod koniec lipca bieżącego roku, otrzymałem zaproszenie na otwarcie wystawy pt. "ZAiKS i jego twórcy". Wernisaż odbył się 7 sierpnia w... Krzywym Domku w Sopocie. Dlaczego w Sopocie, a nie w Warszawie, w pięknym "Domu pod Królami" na Hipotecznej.

 zaiks.jpg

          To proste. ZAiKS dla swoich członków prowadzi Domy Pracy Twórczej. Ma też taki w Sopocie, naprzeciw Grand Hotelu. Można więc było się spodziewać, że na otwarcie wystawy przyjdzie spora grupa kolegów po fachu. Jeżeli wziąć pod uwagę jeszcze do tego szczyt sezonu, to powodzenie wystawy u kuracjuszy murowane. Nie od rzeczy będzie też wspomnieć o wyjątkowo przychylnej aurze, którą artystom oferuje Sopot. Wraz z Asią na Zaiksowski wernisaż pojechaliśmy ochoczo, spodziewając się spotkać tam, nie tylko z historią, ale też ze znajomymi. Nadzieja nas nie zawiodła. Prócz tego, że uśmialiśmy się z pokazanych na wystawie próśb ( "Przygotować na poniedziałek wypłatę. Stop. Dziesięć tysięcy. Stop. Agnieszka Osiecka") i podań o pożyczkę lub zapomogę, to jeszcze spotkaliśmy pierwszorzędnego wykonawcę tekstów Andrzeja Waligórskiego, starego znajomego, z którym niejeden wspólny koncert zagrałem - Olka Grotowskiego.

zaiks-olek-grotowski-i-waldemar-chylinski-25082008

          Spotkaliśmy też zaprzyjaźnionego z nami od lat poetę, pisarza, scenarzystę i dziennikarza, dzisiaj wiceprezydenta Sopotu, a kiedyś mojego kolegę z pracy - Wojtka Fułka. Ucieszyliśmy się ze spotkania Pawła Kasperczyka, dzięki któremu mam dzisiejsze zdjęcia. Paweł pisał kiedyś dla zespołu "Babsztyl", a teraz jest właścicielem i dyrektorem "Radia EL" w Elblągu. Nie widziałem go "wieki" więc radość ze spotkania była podwójna. Widzieliśmy się z żoną, niestety chorego, Janusza Hajduna, któremu również tą drogą życzymy zdrówka, jak również z kompozytorem i akompaniatorem Eli Adamiak i Andrzeja Poniedzielskiego, a niegdyś muzykiem "Wałów Jagielońskich" - Andrzejem Pawlukiewiczem, zwanym "Małym". Jak zawsze miło było uścisnąć się z Marianem Zacharewiczem, kiedyś mężem i kompozytorem piosenek Ireny Jarockiej, a teraz prezesem radia "Eska Nord", który ten wernisaż doprowadził do skutku Odświeżyliśmy także znajomość z Jerzym Skoczylasem z kabaretu Elita, z którym poznaliśmy się w 1981 roku, podczas wspólnych występów z kabaretem Jacka Zwoźniaka, we Wrocławiu.

zaiks-obchody-90-lecia-w-sopocie-sierpien-2008r

          Jak do tego dodam, że bufet był obfity wyjdzie mi, że wieczór był udany. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nad nami podczas tego spotkania nie wisiał spór, jaki ZAiKS wiedzie z Ministerstwem Finansów o podatek VAT. Nie jestem fachowcem od finansów i zabieranie głosu w tej materii jest dla mnie dość kłopotliwe. Państwo żyje z podatków i konieczność ich płacenia jest dla mnie oczywista. Nie rozumiem jednak dlaczego państwo domaga się podatków od instytucji, która nie działa po to, by osiągnąć zysk. Co roku dostaję rozliczenie z Zaiksu i tam, za każdym razem, jest wymieniona kwota, jaką Związek w formie podatku od mego dochodu przelewa do państwowej kasy. Sam Związek z pieniędzy, które otrzymuje z naszych składek i procentów, robi taki użytek, że funduje nagrody i stypendia, oraz utrzymuje wspomniane już dzisiaj Domy Pracy Twórczej. Korzystam z nich i wiem, że istnieją nie po to, by nabijać komuś kabzę. Nie ma w Zaiksie miejsca na inny dochód niż ten, który pozwala mu pokryć koszty istnienia Związku. Jako członek Zaiksu, czyli w pewnym sensie współwłaściciel tego Stowarzyszenia, nie posiadam dzięki niemu żadnych akcji i żadnych innych aktywów, które czyniłyby mnie kapitalistą. Od moich dochodów, które przechodzą przez ZAiKS, płacę podatki, a więc próba opodatkowania Stowarzyszenia, które wspiera kulturę i jej ludzi, wygląda na podwójne (mnie i innych twórców) opodatkowanie, czyli - na zwyczajne naciągactwo i szukanie pieniędzy tam, gdzie ich nie ma. A może szanowny fiskus pochyliłby się nad wielkimi, państwowymi zakładami, do których dopłaca, także z tych podatków, które mu ZAiKS w moim imieniu i z mojego konta przekazuje. Między innymi - z tych podatków, które płacę ze swoich skromnych dochodów, jakie otrzymuję od dziewięćdziesięcioletniego staruszka. Niech staruszek ZAiKS żyje 200 lat! Na przekór złemu fiskusowi.
26 sierpnia, 2008

Dobre życie to sztuka, a dobra sztuka to...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:02
          Wśród wielu definicji życia, które chodzą mi po głowie, definicja, że dobre życie to sztuka, a dobra sztuka to życie podoba mi się zdecydowanie najbardziej. Dobre życie to sztuka realizowania marzeń, a dobra sztuka to sposób realizowania życia. Proste. Choć nie wszystkie moje marzenia się spełniają, a plany realizują, to od czasu do czasu, udaje mi się wyjść z zamierzeń i dojść do celu. Dzięki temu moje samopoczucie jakoś się wciąż trzyma.
          Tym razem do celu dopłynąłem, a właściwie dopłynęliśmy... 10 czerwca w moich "Codziennościach", we wpisie "Była sobie zgrana paczka" napisałem: "Biesiadowaliśmy, wspominając naszą młodość, do białego rana i postanowiliśmy się już nie zaniedbywać, tak jak do tej pory. Poczyniliśmy plany i tylko patrzeć, jak nas szkwały po Jezioraku przegonią z Iławy do Siemian. I tylko patrzeć, jak los, który znowu nas połączył, zawiedzie naszą łódkę do cichej i szczęśliwej zatoki Widłąg". Napisałem i... prawie zapomniałem Tymczasem dziesięć dni temu coś mnie tknęło i po telefonach do Zbyszka Banaszkiewicza i Mirka Szumiłowskiego, zapadła decyzja, by nasz czerwcowy plan zrealizować. Wyczarterowaliśmy pod Iławą, na trzy dni, zgrabny jachcik i...

jeziorak-sierpien-2008-r-nasz-yacht.jpg

... w ubiegły piątek, w południe ruszyliśmy do Iławy. Po południu byliśmy już na wodzie.

jeziorak-sierpien-2008-r-025.jpg

          Mając po ...naście lat nie jeden raz, we trzech, z Mirkiem i Zbyszkiem, żeglowaliśmy po Jezioraku, dopływając do niego rzekami i kanałami z Gdańska. Cóż to były za czasy... Cóż to były za rejsy... Cóż to były za przeżycia...

mirek-na-dziobie-pajaka-1972r

          Prócz urody jeziora pociągała nas także uroda dwóch łodzianek, Basi i Niny Hauke, które tam, naprzeciwko wejścia do zatoki Widłąg, spędzały co roku wakacje. Gdy teraz dobijaliśmy do ich polany wzruszeniu nie było końca. Na tej polanie niejedna miłość i niejedna przyjaźń miały swój początek, więc miejsce jest dla nas czymś nadzwyczaj ważnym. Nic dziwnego, że każdy z nas "przewijał" w głowie film z przeszłości. Każdy ma takie miejsca na świecie, które na mapie życia są rozpoznawalnymi i wymiernymi punktami jego wrażliwości. Jeziorak, Widłąg, polana Basi i Niny... to nasze miejsca.

cypel-basi-i-niny

          Pod wieczór na wodzie zapanowała piękna flauta, więc zrzuciliśmy żagle i na silniku skierowaliśmy się do celu naszej podróży - magicznej zatoki Widłąg.

wejscie-do-zatoki-widlag

          Zatrzymaliśmy się w miejscu, które prawie czterdzieści lat temu nazywaliśmy Polaną Słoneczną. Niestety, polany już nie ma. Z trudem odnaleźliśmy, wśród trzcin, podejście do brzegu, ale dzięki wyobraźni znowu był rok 1972. Wtedy byliśmy tu razem ostatni raz. Gdy nadeszła noc przyszła pora na nocne Polaków rozmowy...

nocne-rozmowy

          Nad ranem noc uraczyła nas burzą, ulewą i piorunami. Gdy się zbudziłem od razu przypomniał mi się bohater mojej powieści, który nad brzegiem Widłągu, dokładnie tam, gdzie ja teraz spałem, czcił boga Perkuna, tego od burz, gromów i błyskawic. Teraz ja po cichu zacząłem się modlić przez sen, by Perkun w swej dobroci zesłał nam rano dobrą pogodę. Wysłuchał, bo tak się stało. Obiad ze smakiem jedliśmy już w Siemianach, przemiłej wiosce, położonej naprzeciw wysp, które od średniowiecza do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku należały do rodziny Preussów, o ile dobrze zapamiętałem to nazwisko. Jako trzynastolatek spędziłem na wyspie cały miesiąc, na obozie żeglarskim i pamiętam, że rodzina ta jeszcze wtedy tam mieszkała. Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie rodzinny, maleńki cmentarz, który znajdował się na tej wyspie. Na zdjęciu poniżej, zrobionym w zeszłą sobotę w Siemianach, widać z lewej strony jedną z trzech wysp Preussów.

widok-z-siemian-na-wyspy.jpg

Popołudnie spędziliśmy ganiając się ze szkwałami...

ganiajac-sie-ze-szkwalami.jpg

...by pod wieczór, naprzeciw odnogi Jezioraka - Jeziora Płaskiego, znaleźć w szuwarach spokojny "port" na drugi nocleg i dalsze rozmowy o życiu. Naszym życiu...

jeziorak-sierpien-2008-r-spokojny-port.jpg

          Zbyszek po ukończeniu Conradinum studiował elektronikę na Politechnice Gdańskiej. Dzisiaj ma własną firmę, która zajmuje się automatyką. Zbyszek, to jeden z najsympatyczniejszych ludzi, jakich znam. Ze swoim znakomitym poczuciem humoru i kapitalną autoironią jest osobą w towarzystwie niezastąpioną. Mirek też skończył Politechnikę, ale po linii i na bazie kontynuował to, co rozpoczął w Conradinum. Został inżynierem od maszyn okrętowych. Potem ukończył jeszcze studia podyplomowe, by znać się też na kadłubach statków, a że chłop jest zdolny, pracowity i uparty, to postudiował sobie jeszcze w USA i dzisiaj jest ważnym Panem w ważnej firmie. W 1972 roku Zbyszek Mirkowi zrobił na łódce o nazwie "Pająk", na Jezioraku takie oto zdjęcie...

mirek-na-rufie-1972r.jpg

          Już wtedy było wiadomo, że chłop ma nieliche zacięcie. W tle widać cypel i pola wsi Szałkowo. Dzisiaj to miejsce ledwo można rozpoznać. Po tych starych fotografiach widać, jaką zdjęcia mają niezwykłą moc przywracania przeszłości i przenoszenia nas w czasie . Dlatego dla mnie ważne było, by, prócz wrażeń, wspomnień i satysfakcji mieć z tego rejsu też dużo zdjęć. I mam. Wszak za rok, za dwa...

zywiec-na-jezioraku

          Gdy płynęliśmy do Szałkowa, skąd wypożyczyliśmy naszą "Kogę", Zbyszek oglądał świat przez lunetę i chyba nie wszystko mu się podobało. Nic dziwnego, rejs się kończył...

zbyszek-patrzy-przez-lunete.jpg

          Szkoda było się żegnać z Jeziorakiem, ale na każdego z nas czekała w domu niezła Sztuka, więc co było robić. Jeszcze jeden rzut oka na Jeziorak

jeziorak.jpg

...i w drogę. Bo dobra sztuka to życie.
16 sierpnia, 2008

Papryka z Polakami

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:07
          Kiedyś, w połowie lat siedemdziesiątych, bardzo zakręciła mi w głowie. Przyjechała z Torunia, by na Politechnice Gdańskiej studiować elektronikę. Sprawiła wtedy, iż kilka piosenek wyszło mi spod pióra tak, że "wypisz wymaluj" - Ona.
...A kiedy znowu zjawisz się tutaj/ W czarnej wełnianej sukni z kwiatami/ Taka wesoła że całkiem smutna/ A taka smutna że nie do wiary...
          Odnalazła się w moim życiu ponownie, kilka lat temu, przypadkowo, dzięki internetowi. Moje zakręcenie wróciło z falą wspomnień i przerodziło się w ciepłą, sentymentalną i bardzo serdeczną przyjaźń. Wanda wyszła za Polaka Pawła i urodziła córkę. Oleńka ma dzisiaj dwadzieścia cztery lata i bardzo przypomina tamtą Toruniankę sprzed lat. Cała trójka wpadła do nas w czwartek, na kilka dni z wizytą przyjaźni.

.przekąska-z-Polakami.jpg

          Asieńka na tę okazję przygotowała kilka dań. Dań, które, prócz tego, że na ogół bywają smaczne, są dla nas, także z innych powodów, ważne. Jednym z takich dań jest: "Papryka nadziewana mięsem". Niby nic, a za każdym razem, gdy pojawia się na stole, budzi wspomnienia. Radek miał zaledwie kilka miesięcy. Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu na Zaspie, a w sklepach nie było prawie nic. Idąc po zakupy, prócz portmonetki, Asia nosiła też duszę na ramieniu, ze strachu o to, czy uda się coś kupić do jedzenia. Któregoś dnia, gdy pieniędzy mieliśmy mniej więcej tyle, ile było towaru w pobliskim sklepie, udało się Asieńce zdobyć (wtedy się zdobywało, nie kupowało) "kostkę" mielonego i paprykę. Nie bardzo wierzyłem, że z tego zestawu coś dobrego może wyjść, a jednak... Do dzisiaj pamiętam cudowny smak tamtego obiadu. Pamiętam też, że patrząc na Asię z podziwem, zrozumiałem powiedzenie o drodze do serca i uczuciach zaklętych w potrawach. I oto teraz, gdy na stole pojawiła się papryka...

papryka-nadziewana.jpg

...moje wspomnienia ożyły. Naprzeciw mnie siedziała piękna Torunianka z rodziną Polaków, obok moja kochana Asia, a przede mną stało danie, które sprawiło, że uwierzyłem w to, iż w Polsce, nawet w złych czasach, może być dobrze i bardzo smacznie. Wszystko zależy od nas.
...Są chwile nie do zapomnienia/ Nie będą nigdy powtarzane/ Skończone jak ostatni seans/ Choćby nad ranem...
Skończone...? A skądże. Przecież zawsze można sobie sprawić paprykę i powiedzieć wspomnieniom - Smacznego.
12 sierpnia, 2008

Sukces po polsku

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:36
          Od jakiegoś czasu krążyły plotki o rozwiązaniu największej, wojennej, morskiej i na dodatek polskiej tajemnicy. Co rusz gdzieś w prasie, lub na jakimś forum w internecie, ktoś ogłaszał, że wie, że jest pewien, że tylko moment i już... ujawni gdzie leży wrak podwodnego, bohaterskiego okrętu "Orzeł".

orp-orzel-submarine-1939r.jpg

          Dzisiaj powrócił z rejsu statek, którego załoga, ledwie kilka dni temu, zapowiadała odnalezienie wraku na dnie Morza Północnego. Powrócili z niczym. Szkoda, ale to się zdarza i nie ma się co martwić. Może kiedyś... Wszystko byłoby w porządku, gdybym, czytając i słuchając o nieudanej wyprawie, nie natrafił na takie jej tłumaczenie: - Właściwie to odnieśliśmy sukces, bo już wiemy, że tam, gdzie szukaliśmy, to go, tj. "Orła", nie ma.
          Dzisiaj Szanowny Pan Prezydent z buńczuczną miną poleciał wspierać Gruzję w walce z Rosją. Przed odlotem nie zapomniał powiedzieć, że Rosja właśnie pokazała swoją, prawdziwą twarz. Jeszcze na dobre Pan Prezydent nie odleciał z Okęcia, jak agencje doniosły, że Rosja przerywa działania wojenne. No i proszę, Rosja boi się naszego Pana Prezydenta. Wystarczy, że Pan Prezydent nakrzyczał i powiedział co widzi, a już wojny, którą Pan Prezydent w Gruzji się spodziewał znaleźć, nie ma i... my mamy sukces Sukces po polsku. Strach pomyśleć co Pan Prezydent powie, gdy wyląduje w Warszawie, już po całej eskapadzie, bo diabli wiedzą co mu Rosjanie mogą pokazać, gdy będzie wracał do Polski. Nie daj Boże d... Wtedy mielibyśmy porażkę. Oczywiście nie polską porażkę, tylko porażkę całej Europy. Ech..., ten nasz Pan Prezydent, to prawdziwy sukces, super sukces po polsku, bo Pan Prezydent jest tam, gdzie nigdy nie powinien być, i niestety, aż do wyborów tam będzie. Prawdziwy orzeł! No i nie trzeba go szukać.
06 sierpnia, 2008

Ryba - Sen...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:37
          Na kasecie były trzy "ryby". Tak się wtedy nazywało nagrany zapis linii melodycznej, jaki kompozytor dawał tekściarzowi, gdy obaj postanowili napisać piosenkę. Był rok 1985, mieszkałem w maleńkim mieszkaniu na gdańskim Przymorzu. Było lato, a ja nie miałem słuchawek, by w ciszy i spokoju posłuchać tego, co mi przyniósł Kazimierz Lewandowski. Ponieważ za Kaziem snuło się już wcześniej kilka znakomitych opowieści, nie bacząc na hałas, dochodzący z pętli tramwajowej, zabrałem się bez zwłoki za odsłuchiwanie taśmy na jakimś terkoczącym magnetofonie. Jak dziś pamiętam, że po usłyszeniu drugiej "ryby" powiedziałem do Asi - O cholera, to jest to! Pamiętam też, że pisząc tekst miałem z tyłu głowy tylko jedną myśl: "Nie spieprz tego". Starałem się tak pisać, by nie przykryć tekstem świetnej muzyki. Tekst miał ją wspierać i w żaden sposób nie przeszkadzać. Tak powstała piosenka "Sen na pogodne dni".

beata21.jpg

          Piosenka została napisana specjalnie dla Beaty Bartelik, z którą wiązaliśmy duże nadzieje. Niektórzy wiedzą, że piosenka w swoim czasie zrobiła trochę zamieszania na rynku i na tyle się utrwaliła w pamięci, że do dziś można ją usłyszeć w radio. Radek, mój syn, powiedział mi, że często grają "Sen..." także w dyskotekach. Ponoć jest znaną "przytulanką". Nagrywaliśmy ją w studio "Trójki", przy Myśliwieckiej. Zagrali z nami najlepsi muzycy, jacy byli wtedy w Warszawie, ale prawdziwy szlif tej piosence nadał dopiero Tomek Szukalski, gdy jako ostatni, jakby od niechcenia, nagrał swój saksofon. To dźwięk Tomkowej blachy stał się najbardziej rozpoznawalnym elementem tej piosenki. Co mistrz, to mistrz.
          Po latach od powstania, do "Snu..." dobrał się Tomek Kopeć, założyciel "Pomaton-EMI", i po pewnym czasie przedstawił mi nagranie tej piosenki w wykonaniu jakiejś wschodzącej gwiazdki. Cover, choć dla mnie był całkiem dobry, chyba nikomu w wytwórni nie przypadł jednak do gustu, bo gwiazdka została gwiazdką bez 'Snu..." Już dzisiaj nie pamiętam, ani kto był tą gwiazdką (taka to była gwiazda), ani tamtego nagrania. Potem zgłosiła się do mnie skośnooka manager, nie znanej mi kanadyjskiej piosenkarki i namówiła na zgodę, by to właśnie jej podopieczna nagrała "Sen..." nowocześnie i po swojemu, czyli po angielsku. Gdy skośnooka negocjowała warunki, nie omieszkała dodać, że po nagraniu i wydaniu płyty, będę bogatym człowiekiem. Zapomniała dodać, że bogatym, ale tylko duchowo. Piosenka została przez Sandrę Volodoff nagrana i nawet mogła się podobać, choć przestrzeń muzyczną, jaką miał pierwowzór, gdzieś zagubiono. Zagubiono też moje pieniądze, o które ZAiKS procesuje się chyba do dzisiaj.          
           Dwa lata temu powiedział mi ktoś, że "Sen na pogodne dni" jest utworem dość powszechnie granym, jako "pierwsza piosenka", na weselach. Zrozumiałem, że coś takiego jak "pierwsza piosenka", to utwór, który ma otwierać Parze Młodej nową drogę życia i razem z nią przez życie dalej iść, jako jedno z najpiękniejszych wspomnień, tego jedynego dnia, dnia ślubu. To świetna idea - pomyślałem i sprawdziłem w internecie. Faktycznie; Na stronach firm organizujących wesela, "Sen..." znajdował się zawsze w pierwszej dziesiątce propozycji na tzw."pierwszą piosenkę". Gdy na wielu forach dyskusyjnych znalazłem ( często błagalne) zapytania o to, gdzie można tę piosenkę znaleźć, nie myśląc o mojej niańce-ZAiKS, postanowiłem "Sen..." umieścić w "Codziennościach". A co mi tam... I zaczęło się. "Sen...", masowo kopiowany, ma swoje, amatorsko robione teledyski na "Wrzucie", "YouTube" i gdzie tam jeszcze. O "Śnie..." się pamięta, bo ponoć znowu jest na jakichś listach przebojów. "Sen.." polecany jest nawet jako lek. Oto jeden z przykładów, jaki znalazłem wczoraj w internecie: Forum - Forumowisko.pl > Styl życia > Miłość, przyjaźń i znajomości Pan M Witam wszystkich Forumowiczów. Mam 29 lat. Przeżywam z żoną pierwszy poważny kryzys małżeński. Po poważnej rozmowie z zoną dowiedziałem się od niej, że nie wie, co do mnie czuje. Nie powiedziała mi, że jestem jej obojętny ale mówiła, że coś w niej pekło, wypaliło się. Wiem dlaczego tak się stało, przede wszystkim po ślubie przestałem się starać, prawić komplementy, byłem mniej czuły itd. ...... Teraz chciałbym to wszystko zmienić, odbudować to wszystko, tylko pytanie czy nie jest za późno ? Czy może jeszcze wrócić uczucie mojej żony do mnie ? Żona twierdzi, że jeżeli nie wróci "to co było kiedyś" to raczej powinniśmy się rozejść. Jedno jest pewne ja kocham Ją bardzo, zrozumiałem to trochę za późno, teraz chcę wszystko naprawić, tylko pytanie jakie mam szanse ??? ......... proszę o opinię na ten temat głównie Pań ...... i odpowiedź: Monika W ...dzisiaj mi facet puścił piosenkę Beata Bartelik- 'Sen na pogodne dni' kurde ryczeć mi się chciało, jestem taka szczęśliwa i wiem, że mnie kocha... a słowa nie powiedział. Może jej to włącz? pocałuj i popatrz w oczy? Kochasz ją nie będziesz musiał udawać, sama zobaczy...
          I tak piosenka "Sen...", jak ryba płynie przez życie, migotając co rusz łuską w słońcu, wśród fal losu, tuż pod samą powierzchnią tegoż życia. Och, jak mi się napisało... "Sen na pogodne dni" w 1987r., jako pierwszy, wydał "Tonpres". Po prawie dwudziestoletniej przerwie, w 2005 r., na składance 'Piękni 30 letni" i to w dodatku na pierwszym miejscu, "Sen..." wydał też Universal Music Polska i Radio PIN. Teraz dowiedziałem się, że dwóch innych wydawców także umieściło naszą rybkę na swoich hitowych, składankach płytowych: pierwsza, to: "Klub 80.pl"

klub-80-plimages-2.jpg

a druga nosi tytuł: "Po polsku miłość

 po-polsku-o-milosci.jpg

          Wszystkich nowości o piosence ''Sen na pogodne dni" dowiedziałem się od Beaty Bartelik, jej odtwórczyni, z którą, przy szklaneczce whisky, spędziliśmy uroczy piątkowy wieczór. Wieści o nowych wydaniach 'Snu.." bardzo mnie ucieszyły, ale ponieważ nikt mnie o nic nie pytał i o nic nie prosił, to nie będę reklamował wydawców i nic więcej o tych płytach nie napiszę. Mam tylko cichą nadzieję, że moja niańka-ZAiKS jakoś nad tym panuje i moja rybka okaże się znowu rybką złotą.
04 sierpnia, 2008

Narodowe cnoty

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:22
          Przeczytałem dzisiaj, że podczas obchodów 64 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, niektórzy "obchodowicze", wyznawcy jedynej prawdy objawionej przez PiS, buczeli i pluli na prof. Bartoszewskiego i prof. Niesiołowskiego, bohaterów walki o niepodległość Polski. Oklaskiwali zaś tych, którzy mącąc narodową wodę, łowią ludzki plankton, by żywić nim swoje idee i przekonania. Strażnicy narodowych cnót są przekonani o tym, że wszyscy bogacący się to złodzieje, a ludzie samodzielnie myślący i aktywni, to agenci i szkodnicy, którzy przeszkadzają w ich słusznej walce o sprawiedliwość społeczną. Skąd my to znamy?
          Nie ma chyba, poza Rosjanami, drugiego takiego narodu jak Polacy, którzy z zawiści i zazdrości czynią cnotę, a niektórzy nawet sens istnienia. Na szczęście nie wszyscy. Rosjanie zachwycili się Putinem, gdy ten, dla przykładu, wsadził do "tiurmy" najbogatszego z nich, który mu podskakiwał. Inni, którzy też "skorzystali" na budowie kapitalizmu, mają się dobrze. Ale tylko wtedy, gdy nie podskakują.
          Ostatnio widziałem wywiad z tzw. przeciętnym Rosjaninem, który skarżył się na "nowych Ruskich" popijając piwko - Jak to może być, że on ma, a ja nie mam? A u nas?
          W Polsce każdy myśli, że tylko jego poglądy są słuszne, a bogactwo usprawiedliwione i wytłumaczalne. Cudze...w żadnym wypadku. W Polsce tylko własna bieda jest niedopuszczalna i niesprawiedliwa. Cudza..., oczywiście jak najbardziej. Na pytanie dlaczego on ma, a ja nie, jedynych słusznych odpowiedzi udzielają u nas Ziobro z Macierewiczem. Lech Kaczyński - Prezydent, wczorajszym przemówieniem podczas obchodów w Warszawie, jasno dał do zrozumienia, która część społeczeństwa jest dla niego zdrową tkanką narodu. Wolno mu było nad grobami oceniać aktualną sytuację i dzielić naród na dobry i zły, choć powinien być prezydentem wszystkich.
          Gdy Michnik, który reprezentuje tylko siebie i swoje myśli, kilka dni temu, nad grobem Geremka parę słów prawdy powiedział o tym, jak się u nas traktuje autorytety, od razu odsądzono go od czci i wiary. Znaleźli się i tacy "prawdziwi" Polacy, którzy krzyczeli, że jątrzy (nie ominął ten wrzask nawet moich "Codzienności"), nazywając redaktora Gazety cmentarną hieną. Jak więc ci obrońcy jedynie słusznych wartości w Polsce, po wczorajszym przemówieniu, nazwaliby Prezydenta, gdyby nie nazywał się Kaczyński? Strach pomyśleć. Czytając dzisiaj o pluciu na cmentarzu i wskazywaniu winnych, pomyślałem, że dla naszego Prezydenta najlepszym krajem do rządzenia byłaby Rosja. Na czele "starych" Ruskich, z możliwościami i przywilejami godnymi cara, czułby się nasz Kaczyński jak prawdziwy stwórca sprawiedliwego świata. Szkoda, że nie byłby tam pierwszy. Tego pierwszego wciąż jeszcze nie pochowali.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY