28 listopada, 2008

StarOniewicz

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:14
Ktoś kiedyś powiedział o nim, że jest najbardziej melodyjnym polskim saksofonistą i miał rację. Przekonałem się o tym na własne uszy, gdy zaszedłem do niego z prośbą o pomoc przy pisaniu materiału na płytę “Słowa”. Nie miałem pojęcia jak mnie przyjmie, bo ja tu do niego z balladkami i piosenkami, a on, to przecież znakomity i utytułowany jazzman. Przyjął mnie jednak, jak trzeba, po starej przyjaźni. wojtek-staroniewicz.jpg Zdarza się czasem, jak wszystkim, że ni stąd ni zowąd, bez żadnego powodu, bez żadnej przyczyny i bez żadnej okazji pojawia się nagle w mojej głowie jakaś znajoma twarz, która zawraca myśli ku wspomnieniom i każe przeżyć jeszcze raz, to co się już zdarzyło. Tak właśnie “odwiedził” mnie dzisiaj Wojtek Staroniewicz i zaczął się w mojej głowie wyświetlać film, w którym Wojtek grał, wraz ze mną, główną rolę. Poznałem Wojtka w latach siedemdziesiątych w Żaku, gdy jako członek duetu towarzyszył swojej śpiewającej siostrze Duśce na koncertach. To w tamtym czasie miał Wojtek wraz z siostrą cykliczny program - “Salon Duśki i Wojtka”, przez który przewinęło się całkiem spore grono początkujących artystów Wybrzeża, w tym i ja. Potem Wojtek mi gdzieś zniknął, by objawić się po jakimś czasie jako muzyk, którego renoma przekraczała już nie tylko granice jazzowego Trójmiasta i Polski, ale też Europy. Nie sądziłem więc, że będzie chciał się pochylać nad moimi prostymi piosenkami, a jednak. Gdy usiadłem naprzeciw niego, w jego domu w Sopocie zapytał: - A co właściwie chciałbyś nagrywać? Wziąłem gitarę i trochę nieporadnie, jak to ja, zagrałem mu piosenkę o mnie i o Asi, którą zatytułowałem - “Piosenka o starej miłości” Po ostatnim akordzie Wojtek uśmiechnął się i powiedział mi, że się wzruszył. To wzruszenie oznaczało, że mogę liczyć na jego pomoc przy pracy nad płytą. Nie tylko zaaranżował wszystkie utwory, które miałem już gotowe, nie tylko skomponował muzykę do tekstów, które na nią czekały, nie tylko wygładził i wygłaskał, zaplanował i zajął się produkcją nagrań, ale też zapewnił mi w studio luksus pracy z najlepszymi muzykami, jacy byli wtedy w Trójmieście i sam przepięknie zagrał na saksofonie. Gdyby nie Wojtek moja płyta “Słowa” pewnie byłaby zupełnie inna i jakoś dziwnie jestem pewien, że gorsza. Gdy mi więc “przyszedł” dzisiaj niespodziewanie Wojtek do głowy, odszukałem w swoich zbiorach jego zdjęcie i znalazłem to u góry, które bardzo lubię, a którego nie jestem autorem. Sfotografował Wojtka nasz wspólny przyjaciel Janusz Kasprowicz. Gdy na zdjęcie zerknąłem, to w dali dostrzegłem Krysię Reichel. Krysia jest właścicielką galerii Sen i jednocześnie małego pensjonatu niedaleko Słupska, w Smołdzińskim Lesie, obok wsi Kluki. Dom Krysi ma duszę i można w nim znakomicie wypocząć, ale można też się nieźle zabawić.O imprezie u Krysi, jaka odbyła się zeszłego roku, pisałem w grudniu 2007 roku, więc jeśli ktoś ma ochotę - może sobie poczytać. Zdjęcie Wojtka wykonane zostało właśnie w galerii Sen wiosną tego roku z okazji innej, świetnej imprezy wymyślonej przez Krysię - ” Święto powitania traw”. Niestety, nie byłem, bo w tym samym terminie odbywało się spotkanie moich kolegów z klasy, których nie widziałem 35 lat. I tak to nagłe wspomnienie Wojtka wywołało całą lawinę innych wspomnień, łącznie z tym ostatnim, jeszcze świeżym, z ostatniej wizyty Krysi u nas coś ze trzy niedziele temu. krysia-reichel.jpg Siedzieliśmy z malarką i architektem Krysią długo w noc, smakowaliśmy, wspominaliśmy i snuliśmy cudne plany… Ech, zaraz mi się przypomną Maciejewscy, Chwinowie, Chojeccy, Zbyszek Gach, ulica Karłowicza i te de, i te pe, i te de. O, a teraz, przez to “i te de” przypomniał mi się Andrzej Janeczko z zespołem Trzeci Oddech Kaczuchy, gdy śpiewał “Okularników” Osieckiej w Opolu. Kiedyś mieszkaliśmy obok siebie w akademiku, a teraz widujemy się i pozdrawiamy od czasu do czasu w Naszej Klasie. Przedwczoraj Andrzej miał urodziny… Jakie życie, taki film. Tak to jest, gdy nagle i niespodziewanie w mojej głowie… Starczy na dziś. Trzeba przerwać tę fabułę i wyjść z tego głowy kina. Jutro będzie się przecież kręcić całkiem nowy film. PS. Jutro (30 listopada) w klubie Ucho w Gdyni o godz. 20 zagra Sławek Jaskułke, który, jak piszą, a ja się z tym zgadzam, jest “objawieniem polskiej pianistyki jazzowej ostatnich lat”. Sławek, dzięki zabiegom Staroniewicza, również tworzył moją płytę, nagrywając wszystkie klawisze. Jutro Sławek da koncert charytatywny, wraz z Tomkiem Sowińskim, który nagrał w “Słowach” wszystkie instrumenty perkusyjne, na rzecz Osób z Autyzmem I Innymi Zaburzeniami Rozwoju - ADAPA. Warto się wybrać, bo Sławka słuchać, to jedno, ale oglądać przy tym, to dopiero jest coś. No i ten cel… Polecam.
23 listopada, 2008

Cztery kółka i duma

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:29
Nie mam specjalnego “hopla” na punkcie czterech kółek. Nie potrafię godzinami rozprawiać o wadach i zaletach samochodów wszystkich marek świata. Snu z powiek nie spędza mi nowy model, który od poniedziałku śmiga po ulicach Nowego Jorku, a tylko patrzeć jak za tydzień zaparkuje w Orłowie przy molo. Lubię natomiast, gdy te “cztery kółka” są wygodne, w miarę solidne, a co najważniejsze - mało awaryjne. Jak do tej pory tylko raz udało mi się coś takiego mieć. moj-pierwszy-wozek.jpg Z biegiem czasu zacząłem z tych swoich pierwszych “czterech kółek” wyrastać i siłą rzeczy musiałem rozejrzeć się za czymś nowszym… Rozglądałem się dobre dwadzieścia lat, by na wygodzie, w stosunku do pierwszego mego wehikułu, stracić. Wsiadłem bowiem do Fiata 126p, ale za to z własną rodziną. Jak widać na poniższym zdjęciu, mój syn, który posiadał swój osobisty, lekki i składany pojazd, był w podobnym do mojego wieku, tyle że dwadzieścia sześć lat później. Ilość miejsca w Maluchu była odwrotnie proporcjonalna do dumy kierowcy. Wystarczy spojrzeć na Asię i Radka, by spostrzec, że w naszym Maluchu miejsca nie było prawie wcale. Taki byłem dumny. maluch-1.jpg Chociaż Malucha mamy już tylko na zdjęciach, ja nadal jestem dumny. Bo o to chodzi, by dumnym być z tego, z czego warto i należy. Ostatnio, przypadkowo spotkałem się z dawno niewidzianym znajomym, który zaparkował obok mnie swego “wypasionego” Lexusa. Na moje, pełne uprzejmego zachwytu cmokanie, niby od niechcenia rzucił: - Eee, tam… W garażu mam jeszcze Porsche Cayenne. - O cholera - pomyślałem, nie mając pojęcia, jak takie cudo wygląda, ale znacząco pokiwałem głową. Potem dowiedziałem się, że interesy idą mu znakomicie, że ostatni urlop spędzał na Polinezji, że choć panuje recesja, to on jest zabezpieczony, a na końcu zapytał mnie nawet o to, co u mnie słychać. O swych najbliższych nie opowiadał, a moje pytanie o rodzinę zbył niczym. - Oho - pomyślałem, gdyśmy się rozstali - duma nie pozwala mu się chwalić. Zdarzają się jeszcze na świecie dumni ze szczęścia ludzie. Ja chyba też do nich należę - tyle, że ja lubię się chwalić.
15 listopada, 2008

deja vu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:08
W moich olsztyńskich, pięknych czasach, w trakcie studiów, jedno z zajęć z psychologii odbyć się miało na oddziale psychiatrycznym miejskiego szpitala. Gdy o umówionej godzinie nasza studencka grupa zameldowała się pod drzwiami oddziału i została przez pielęgniarkę wpuszczona do środka, okazało się, że magister, który dotąd z nami prowadził ćwiczenia, nie przybędzie, ale - jak nam wyjaśniła pielęgniarka - zajęcia się odbędą, tyle, że poprowadzi je pan ordynator, na którego musimy w korytarzu chwilę poczekać. Po niedługim czasie podszedł do nas siwy jegomość w granatowej marynarce, przedstawił się z nazwiska i mówiąc, że się nami zajmie, zaczął oprowadzać nas po oddziale. Gdy zwiedziliśmy już wszystkie sale i korytarze, trafiliśmy na koniec do świetlicy. Przez cały czas pan w marynarce “Siwa głowa” opowiadał nam o służbie zdrowia, o ciężkiej pracy pielęgniarek i lekarzy, i o tym ilu chorych aktualnie przebywa na oddziale, ilu pacjentów oddział jest w stanie przyjąć rocznie i jak organizowane jest życie w szpitalu. Mówił, że są lekarze, którzy obiecują sobie po psychiatrii cuda, ale psychiatria jak wiadomo to nauka, a cuda w nauce się nie zdarzają i tylko głupki w nie wierzą. Słuchaliśmy uważnie, a co pilniejsi zaczęli notować. Gdy zajęliśmy miejsca, nasz wykładowca zadał jednej z koleżanek podchwytliwe pytanie - To o czym na tych zajęciach będziemy rozmawiać -, ta przytomnie zerknęła do notatek i podała temat. “Siwa głowa” pochylił się w zamyśleniu, jakby skupiając wiedzę przed rozpoczęciem kolejnego etapu naszej edukacji. Gdy “Siwa głowa” się podniósł i rozpoczął wykład - Psychiatria jest w medycynie nauką stosunkowo młodą…, do świetlicy wszedł pan w brązowym swetrze i poklepując przyjażnie “Siwą głowę” rzekł - No, starczy Mareczku. Idź już na salę, bo siostra czeka tam na ciebie z tabletkami. Rząd Tuska obchodzi dzisiaj pierwsze urodziny. Chociaż czasem krzywym okiem patrzę na poczynania tuskowych ludzików, to szczerze dzisiaj Donaldowi dopinguję, bo ślepy nie jestem. Z okazji tych pierwszych, rządowych urodzin miałem dzisiaj okazję oglądać w telewizji relację z uroczystej konferencji Platformy, a po niej, z jadowitego posiedzenia PiSu. O ile Donald dość krótko i treściwie podsumował swoje, jako takie, dokonania, o tyle Jarosław nabrzęczał się jak mucha na szybie, hałaśliwie, upierdliwie, wiecowo i podpublicznie. kaczynski-pis.jpg Po dziesięciu minutach płynącej nieprzerwanym strumieniem demagogii w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego, okraszanej starymi chwytami typu: “…a Bartoszewski powiedział kiedyś…”, półprawdami, nieprawdami i zwykłymi bzdurami, doznałem uczucia deja vu. Gdy w pewnym momencie na ekranie, za plecami pana w czarnej marynarce i serduszkiem na klapie, pojawił się łysy gość, byłem pewien, że zaraz powie - No, starczy Jareczku. Idź już na salę i łyknij tabletki. Łysy gość nic nie powiedział, ale wodę do popicia przyniósł. Niech chociaż za to łysy będzie pochwalony.
11 listopada, 2008

Gdybym nie był Polakiem

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:03
Najpierw Maryla Rodowicz zaśpiewała świetną piosenkę Grzesia Tomczaka, której tekst odczytuję jako jeden z najlepszych, ale też i jeden z najbardziej ironicznych tekstów jakie napisał Polak o swoim kraju - “Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos”. Tak zaczął się galowy koncert, jaki dla Pana Prezydenta - Lecha Kaczyńskiego, zorganizował, zamiast balu, Program I TVP. Było ciemno, więc niewiele sam widziałem i pamiętam też niewiele; było ciemno, wiem, że z pochyloną głową stałem tak, jak stoi się w kościele; a więc: stałem, nie widziałem, było ciemno, lecz słyszałem wciąż ten głos, ten głos, ten głos. Podejdę bliżej, więc podszedłem, jak skruszony obywatel do przedstawiciela władzy; podejdę bliżej, już wiedziałem, że ucieczka błyskawiczna tu niczemu nie zaradzi. więc podszedłem, posłuchałem, było ciemno, wciąż myślałem czyj ten głos, ten głos, ten głos. To nie wróg był, bo głos cichy i subtelny, ale polski i nieskazitelny; to nie wróg był, ten by zaraz mnie zapytał, czy mój światopogląd celny. więc to nie był wróg na pewno, bo nad głową, tuż nade mną usłyszałem ten głos, ten głos, ten głos. Ty to masz szczęście, że w tym momencie żyć ci przyszło w kraju nad Wisłą; ty to masz szczęście. Twój kraj szczęśliwy, piękny, prawdziwy, ludzie uczynni, w sercach niewinni; twój kraj szczęśliwy. Było ciemno, więc nie mogłem stwierdzić, komu pomyliły się epoki lub stulecia; było ciemno, może to Mickiewicz jaki, bo tak zgrabnie romantyczną wiarę krzesał; trochę niezorientowany, bo w tym kraju tak kochanym dawno nie był już widziany. Może Norwid, bo coś plótł, że łza gdzieś znad planety spada i w groby przecieka; ale skąd by, skąd by wiedział, że na jego słowa ktoś tu jeszcze może czekać; teraz w modzie nie Norwidy, filozofy, okryjbidy, więc czyj ten głos, ten głos, ten głos. Ty to masz szczęście… A potem poleciało ciurkiem i jak na stypie. Zaśpiewał Zakopower i Kasia Cerekwicka. Wystąpił Piotr Szczepanik i Ryszard Rynkowski. Pięknie grała orkiestra i jeszcze piękniej pianiści, ale nawet piękny występ Ireny Santor nie sprawił, by całość nie była nudna. W sumie było tak smutno, że gdybym nie był Polakiem, to oglądając ten koncert dałbym sobie głowę uciąć, że właśnie 11 listopada obchodzi się w Polsce 90. rocznicę totalnej klęski narodowej. Brawo Panie Prezydencie! Vivat Program I TVP!
08 listopada, 2008

Przed szkodą i po szkodzie...?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:06
” …  Niepokoi mnie wizja naszego miejsca w świecie i naszej przyszłości. Niepokoją mnie mity tworzone przez środowiska postsolidarnościowe. Jestem pełen dystansu wobec mitu, który mówi, że Solidarność obaliła w pył imperium sowieckie i mur berliński…” to fragment wywiadu zatytułowanego “Dziennik zbuntowanego intelektualisty”, jakiego udzielił “Gazecie Wyborczej” Stefan Chwin  jeden z mądrzejszych ludzi w Polsce  z okazji wydania swojej nowej książki pt. “Dziennik dla dorosłych”. Polska mitami żyje niemal od zarania. Szczególne ich “wypiętrzenie” nastąpiło w końcowym okresie rozbiorów, gdy trzeba było uzasadnić klęski Insurekcji Kościuszkowskiej, powstań Listopadowego i Styczniowego. O ile tamte mity, tak to rozumiem, miały podtrzymać ducha w obolałym, acz łatwo dającym się wyprowadzić w pole narodzie, o tyle póęniejsze, bezsensowne, krwawą klęską zakończone zrywy, takie jak Powstanie Warszawskie, były już emanacją cechy, jaką się Polakom przypisuje, że Polak przed szkodą i po szkodzie głupi. Że tak już nie jest i wcale być nie musi świadczy powstanie w 1980 roku Solidarności i cały cykl zdarzeń, jakie potem nastąpiły. Aż do 1989 roku, do spokojnego i pokojowego przejścia kraju od zależności do pełnej niezawisłości. Przeciwnicy takiego twierdzenia pewnie zawołają, że stan wojenny życiem okupiło około stu rodaków i będą mieli rację. Ważąc jednak tę rację trzeba pamiętać o tym, że w czasie, gdy nasz bohater narodowy Józef Piłsudski “naprawiał” polską demokrację, to w zamachu majowym, z powodu tego braterskiego remontu zginęło w ciągu kilku dni prawie czterystu Polaków, którzy zabili się nawzajem. Gdy teraz zbliżają się obchody Święta Niepodległości zastanawiam się nad tym, co sprawiło, że naród, który nim pomyślał już stawał na barykadach, nagle zachował się jak dobrze zgrany zespół ludzi, który wie co i jak ma robić, by w warunkach, na które ma minimalny wpływ, odnieść pełen sukces i osiągnąć swój piękny, wymarzony i wytęskniony cel  niepodległość i wolność. wolnosc-oczywiscie.jpg Ma rację Adam Michnik twierdząc, że Polska jest w tej chwili w jednym z najlepszych okresów w swoich dziejach. Polska od 1980 roku nie straciła chyba żadnej szansy, jaka pojawiała się przed nią na horyzoncie. By jednak te szanse Polska mogła dostrzegać i wykorzystywać, musieli być wśród nas tacy ludzie, jak: Wałęsa, Mazowiecki, Kuroń, Frasyniuk, Michnik, ale też i Jaruzelski, Kwaśniewski czy Ciosek. To nie było tak, że genialny duch wolności opanował wielką część narodu, która jako anioły, siłą woli pokonała zastępy diabłów, które nie zdążyły spalić narodowych ideałów. To nie tak. Stefan Chwin w dalszej części wywiadu mówi: ” … Zapomina się o tym, że znaczna część społeczeństwa przed 1989 r. żyła w symbiozie z systemem. Ludzie buntowali się tylko w domu, przy obiedzie. Na co dzień korzystali z różnych udogodnień ustroju. A występujący przeciw komunizmowi otwarcie byli tylko nieliczni…” I choć historia Solidarności, to piękna historia, którą po wsze czasy należy pamiętać, ma racje Stefan Chwin przestrzegając przed jej mitem. Tym bardziej, że posługiwanie się tym mitem przeinacza historię i szkodzi Polsce. Mam nieodparte wrażenie że dzieje się coś złego, gdy widzę i słyszę braci Kaczyńskich na wiecach przed Stocznią, jak próbują dzielić naród na ten po tej i po tamtej stronie. Mam wrażenie, że Kaczyńscy chcą coś zepsuć, gdy przemawiając na trybunach z okazji różnych świąt próbują zawłaszczać i zakłamać polską pamięć. Wiem, że źle się dzieje, gdy nieudacznicy z PiS, którzy przegrali władzę, teraz w karykaturalny sposób próbują rządzić posługując się bezrefleksyjnym Prezydentem i powołują się przy tym na mandat i mit Solidarności. Chociaż wiele można rządowi Donalda Tuska łatek przypinać, to odpychanie go przez Kaczyńskich od władzy, uniemożliwianie pełnienia obowiązków i traktowanie jak gówniarza jest objawem typowego, polskiego warcholstwa. Historia Polski nie raz już pokazała do czego to warcholstwo może doprowadzić. A potem znów ktoś powie, że Polak przed szkodą i po szkodzie… Niepodległości i wszystkiego dobrego nam wszystkim z okazji Święta Narodowego szczerze życzę.
02 listopada, 2008

Melancholia, Zaduszki i pożegnania

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:23
Jak co roku, kilka dni przed Świętem Zmarłych, pojechałem na cmentarz porządkować grób ojca. Idąc ulicą Łostowicką przypomniałem sobie, że dwa lata temu po takiej samej podróży, napisałem jeden z pierwszych wpisów w “Codziennościach”. A więc, to już dwa lata… Jak popatrzeć wstecz, to zwykły czas, kolejne dwa lata w życiowym łańcuszku. Niby się nic nie działo, a tyle się stało. Bliscy i znajomi przychodzili i odchodzili. Niektórzy na zawsze. Rok nie minął, jak pochowaliśmy mamę i babcię Asi. Pół roku nie przeszło, jak zmarł pan Corich, legenda polskiego hokeja. Dwóch miesięcy nie ma, jak odszedł kompozytor Janusz Hajdun. Zdawałoby się, że dopiero co pożegnaliśmy znakomitego redaktora muzycznego Janusza Kosińskiego, a następny wielki radiowiec, człowiek historia, człowiek legenda odszedł na wieczny redaktorski dyżur. Pod koniec pażdziernika zmarł Witold Pograniczny, jeden z pierwszych redaktorów muzycznych radiowej “Trójki”. Miałem przyjemność poznać Witka. Byłem wtedy niedoświadczonym studenckim autorem piosenek i nieopierzonym bardem, a mimo to, on, sławny redaktor, poświęcał mi sporo swojego czasu przy każdym spotkaniu i był mi niezwykle życzliwy. od-lewej-waldemar-chylinski-i-witold-pograniczny Był człowiekiem bardzo wyrozumiałem, a jednocześnie spieszącym ze sprawdzoną radą. Przyjazny i serdeczny. Bardziej słuchał niż mówił, choć był autorem tylu znakomitych audycji muzycznych. Jego głos rozpoznawało się od razu. Był sygnałem, że warto usiąść i posłuchać. Teraz już można tylko usiąść i się zadumać. Tak jak ja lubił Niemena. O obu nie da się zapomnieć “…choć czas jak rzeka, jak rzeka płynie, unosząc w przeszłość tamte dni…”.
30 paĽdziernika, 2008

Ten trzeci w tym trzecim...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:34
         O tym, że istnieją w Gdańsku trzy miasta dowiedziałem się przypadkowo, jako dziecko, podczas rodzinnej wycieczki do Gdyni. Nie kojarzę, który to był rok, ale pamiętam, że sensacją tamtych dni było zawinięcie do portu w Gdyni statku-?olbrzyma?. ?Olbrzym? miał nośność 25 tys. ton, co przy dzisiaj budowanych tonażach wydaje się błahostką. Wtedy jednak okazał się gigantem, a Gdynia? Gdynia okazała się nie jeszcze jedną dzielnicą mojego Gdańska - jak dotąd myślałem, ale absolutnie samodzielnym miastem, tyle że niedalekim. W drodze powrotnej do domu, mimo że nie byłem w stanie dostrzec granic między miastami, w mojej wyobrażni, za sprawą wyjaśnień ojca, uwolnił się od podległości jeszcze Sopot, do którego jeździliśmy kolejką na niedzielne spacery po molo i na pyszne lody u Włocha. Pamiętam, że potem, po powrocie do Wrzeszcza, mój lokalny patriotyzm zaczął się zachowywać jak błędnik oszalałego pilota. Wszystko wróciło do normy, gdy mój los, los dorosłego już człowieka, na przemian przemeldowywał mnie z jednego miasta do drugiego. Przeprowadzając się z Gdańska do Gdyni, i z powrotem, za każdym razem, siłą rzeczy przejeżdżałem przez Sopot. Nie raz wtedy myślałem, że mieszkać w tym trzecim mieście, pośrodku trójmiejskich ambicji, byłoby najlepszym dla mnie rozwiązaniem. Tym bardziej, że to wśród tych hałaśliwych ?olbrzymów? oaza ciszy, spokoju, uroku i porządku. Co tu gadać - zazdroszczę sopocianom Sopotu.
          W moim życiu tak się układa, jak w opowiadaniu, które snujesz dawno niewidzianemu przyjacielowi. Niby ciągniesz jeden wątek, ale co rusz trafiasz w tym wątku na jakąś historię, która ściąga cię na bok i sam, nie wiedzieć kiedy, opowiadasz już fascynującą rzecz, tyle że inną, dość luęno powiązaną z historią, którą chciałeś zadać na początku.
Gdy latem pisałem o obchodach 90-lecia ZAiKSu w Sopocie, wspomniałem, że spotkałem tam dawno niewidzianego przyjaciela, Wojtka Fułka, który - tak się złożyło - jest w tym kurorcie wiceprezydentem. Być może tamto spotkanie i tamta sprawa sprawiła, że spotkałem się z Wojtkiem ponownie, bo życie snuje mi taką swoją opowieść. Gdy pisałem o piosence "Sen na pogodne dni", pisałem o Beacie, o Kaziu kompozytorze i o sobie, jako autorze, ale nie napisałem o tym trzecim. Ten trzeci nie był autorem tekstu piosenki, choć był poetą. Nie był też jej kompozytorem, a zrobił dla tej piosenki więcej niż ktokolwiek inny. To Wojtek Fułek wierząc w talent Beaty i nasze nagrania, jako szef promocji w Sopockiej Agencji Artystycznej Bart jeździł do Warszawy i nachodził stacje i rozgłośnie, aż piosenka "poszła". Później z Wojtkiem współpracowałem jeszcze wiele razy i zawsze była to dla mnie czysta przyjemność. Podziwiałem jego talent poetycki i literacki, podziwiałem zdolności organizacyjne i pomysły, ale tak naprawdę najbardziej podziwiałem jego pracowitość i skuteczność. Wojtek wie nie tylko gdzie i co, ale wie to najważniejsze - jak. Propozycja spotkania wyszła ode mnie, więc bardzo byłem zaskoczony, gdy na koniec zostałem przez Wojtka obdarowany jego najnowszą książką, którą napisał wspólnie z Romanem Stinzing-Wojnarowskim. Dzieło jest obszerne i jak to u Wojtka - solidne, a nosi tytuł: "Kurort w cieniu PRL-u. Sopot 1945-1989"

 ksiazka-wojtka-fulka.jpg

          Nie napiszę recenzji z tej książki, bo dopiero ją czytam. Jest świetna. Skoro nie mogę mieszkać w Sopocie, to chociaż go sobie literalnie przeżyję. Idąc śladem opowieści Wojtka byłem już w Sopocie zaraz po wyzwoleniu, a teraz leżę na plaży z Bierutem i jego (oraz Małgorzaty Fornalskiej) córką Oleńką. Jest piękna pogoda i żal będzie przewrócić kartkę. Ten trzeci w tym trzecim mieście być może, czego nie wyklucza, będzie w najbliższych wyborach startował na stanowisko prezydenta. Sopot wiele by stracił, gdyby Wojtek nim nie został. Wiem to na pewno, ale czy Sopot wie? To się okaże.

PS. Wracając do poprzedniego wpisu i niepewności zawartej w nim na końcu. A jednak w Dzienniku Akademickim, dodatku do Dziennika Bałtyckiego-Polska, młodzi dziennikarze coś skrobnęli, na co dowód przedstawiam poniżej:

dziennik-akademicki-2008r.jpg

Historia piosenki zatoczyła koło. Cieszyć się, czy smucić? Nie wiem
24 paĽdziernika, 2008

Medialne poduchy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:13
          Byłem beznadziejnie zakochany. Miałem wtedy siedemnaście, może osiemnaście lat i bardzo chciałem przekonać do siebie ?obiekt? moich westchnień. Byłem młodzieńcem dość nieśmiałym, z licznymi kompleksami i chyba ?obiekt? w ogóle nie dowiedział się, co i jak o nim myślę. Po pewnym czasie miłość uleciała, a wierszyk pozostał. Nosi tytuł "Na poduszkach moich dłoni". Gdy w 1973 roku, na prywatce u znajomej Buby w Gdańsku-Oliwie poznałem Janusza Kasprowicza, który terminował jako dziennikarz studencki w Dzienniku Akademickim, zgadaliśmy się, że za jego sprawą coś z moich "dokonań literackich" powinno ujrzeć światło dzienne. Skuszony obietnicą debiutu, już na drugi dzień złapałem w rękę kilka wierszydeł i pognałem na umówione spotkanie. W kilka tygodni póęniej zespół Dziennika Akademickiego, który wychodził jako dodatek do Dziennika Bałtyckiego, zredagował kolumnę z winietą "Smak - Studencki magazyn kulturalny", która miała się ukazać jako dodatek do szalenie poczytnej popołudniówki - Wieczór Wybrzeża. W ten sposób jeden, nienasycony, zespół rozpanoszyłby się w dwóch gazetach. Magazyn ten ukazał się chyba tylko raz, ale do dzisiaj pamiętam szok, w jaki wpadłem na widok swojego tekstu w gazecie.

gazeta-012.jpg

          Bycie "drukowanym" bardzo przypadło mi do gustu i zacząłem nachodzić Janusza z każdym nowo napisanym tekstem. Janusz, człowiek dobrze wychowany, próbując się ode mnie opędzić, a jednocześnie nie urazić, powiedział coś w tym rodzaju: - Drogi Waldku. My robimy dziennik, a nie miesięcznik kulturalny i dlatego wiersze możemy drukować od święta, ale jakbyś coś miał w stylu reportażu, eseju, sprawozdania, czy jakiejś innej formy prozą, to... - tu zawiesił głos, zdawszy sobie sprawę z tego, co mi właściwie proponuje, ale było już za późno. Następnego dnia zaniosłem mu artykuł o tym, co myślę o... Już nie pamiętam o czym, bo moje myśli wylądowały w koszu.
Gdy w końcu doczekałem się debiutu dziennikarskiego, z przykrością stwierdziłem, że z moich dwóch stron maszynopisu wydrukowali mi pięć zdań i to na dodatek bez podpisu, kto jest ich autorem. W ten oto sposób wkręciłem się do pierwszego zespołu redakcyjnego Dziennika Akademickiego, pod przewodnictwem przeuroczej Oli Zielińskiej. W niedługi czas później Grześ Marchowski do wierszyka "Na poduszkach..." dorobił muzykę i zaśpiewał na kilku imprezach studenckich, a dwa lata potem także Elżbieta Adamiak propagowała naszą piosenkę na swoich koncertach. Z przyjemnością po latach odkrywałem, że piosenka "Na poduszkach..." wśród narodu żyje, bo co rusz słyszałem ją na różnego rodzaju imprezach, nuconą przez miłośników śpiewania przy gitarze. Miło też było, gdy kilka lat temu Ela zaśpiewała ją w programie Rudiego Schuberta "Śpiewające fortepiany", a jeszcze milej, gdy dwa, a może trzy lata temu zadzwonili do mnie z serialu "M jak miłość" i zapytali, czy mogą piosenkę wykorzystać. Ponieważ nie oglądam seriali dopiero Mama uświadomiła mnie, jak liczna piosence trafi się publiczność w 249. odcinku. Powiedziała, że słuchać jej będzie przynajmniej dziewięć milionów ludzi. Boże - pomyślałem - ale kariera! I fakt. Gdy odnalazł się po latach jeden z moich szkolnych kolegów, to prawie na wstępie dowiedziałem się od niego, że mam u jego żony fory, po tym jak Marylka (?) z serialu zaśpiewała "Na poduszkach...".
Gdy więc Mama zawołała w ubiegłym tygodniu - Włącz telewizor, znowu leci "Na poduszkach..." w "M jak miłość" - tylko wzruszyłem ramionami, choć muszę dodać, że z przyjemnością i satysfakcją.
Dziwnym zbiegiem okoliczności godzinę później zadzwonił do mnie Ludwik Klinkosz - prezes Stowarzyszenia Czerwonej Róży, do którego i ja należę, a które dba o to, by dobre obyczaje akademickie przechodziły z pokolenia na pokolenie. Stowarzyszenie co roku funduje nagrody dla najlepszych studentów. Główna nagroda, jak za dawnych lat, nazywa się nagrodą Czerwonej Róży. Ludwik zaprosił mnie na spotkanie z młodymi dziennikarzami z Dziennika Akademickiego. Szczerze się ucieszyłem, gdyż pojęcia nie miałem, że Dziennik Akademicki wciąż istnieje. Wraz z Asią (poniżej pierwsza z lewej), w sobotni wieczór pojechaliśmy nad jezioro Sudomie za Kościerzyną, do ośrodka Techno-Service, gdzie odbywało się wyjazdowe posiedzenie redakcji, by spotkać się z następcami.

spotkanie-dziennika-akademickiego

          Między piosenkami opowiedziałem im historię "Na poduszkach moich dłoni". Po powrocie dowiedziałem się, że młodzi postanowili coś o tym w Dzienniku napisać. W ten sposób historia zatoczyłaby koło - "Na poduszkach moich dłoni" znowu w Dzienniku. Rzecz ma się ukazać w najbliższy poniedziałek. Jeżeli chcecie sprawdzić czy napiszą, a mieszkacie na Wybrzeżu, to kupcie w poniedziałek Dziennik Bałtycki-Polska. W środku powinien być Dziennik Akademicki, a tam? No, ciekawe.
18 paĽdziernika, 2008

Dla jaj

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:28
          Ostatnio ucinam sobie międzyblogową wymianę uprzejmych myśli z Panią Małgorzatą Nowak, która czytając o Lucynie Legut zapytała mnie czy Pani Lucha wydała się kiedyś za Pana Nowaka. Szczerze mówiąc nie śledziłem historii związków artystki z mężczyznami. Rzuciłem się więc do lektury znakomitej książki autobiograficznej Pani Luchy ?Zacznijmy od pomidorów??, ale prócz zdjęcia ze ślubu z jakimś mężczyzną, którego Pani Lucha nie wspomina najlepiej, nic nie znalazłem. Czy ten gość na zdjęciu w książce to Nowak i jaki Nowak, nie umiałem odpowiedzieć. Tak też w odpowiedzi Pani Małgorzacie zręcznie nie zauważyłem problemu. Odpowiedź jednak przyszła sama. Okazało się, że Pani Lucha, zapalona internautka, śledzi moje blogowe popisy i zauważywszy moją niewiedzę przyniosła mi swoje "zdjęcie ślubne":

lucyna-legut-011

          Jak widać na zdjęciu ( nieudolnie wykonanym przeze mnie ze zdjęcia autorstwa Macieja Kosycarza), Panem Młodym był znany dziennikarz, krytyk, smakosz i animator kultury, niegdyś dyrektor Teatru Wybrzeże, Maciej Nowak, który swego czasu prowadził w Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku "Niekabaret". W tym cyklicznym widowisku występowała Lucyna Legut, która twierdzi, że Maciej Nowak zakochał się w niej na zabój i zaproponował małżeństwo. Na moje pytanie: - Ale po co było w kabarecie wychodzić za mąż?, Lucyna Legut odpowiedziała: Dla jaj.
          Mogę więc już odpowiedzieć Pani Małgorzacie: - Co by to nie oznaczało, to ślub Macieja Nowaka z Lucyną Legut był dla jaj.
15 paĽdziernika, 2008

Zazdrość motorem...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:25
          Jako młody człowiek żyłem wśród różnych haseł. Pamiętam takie: "Socjalizm i Partia motorem postępu". Socjalizmu już nie ma, ale hasła pozostały. Na przykład:  "Prawo i Sprawiedliwość Partią Prawa i Sprawiedliwości". Mnie przychodzi dziś do głowy, by ogłosić takie hasło, "Zazdrość motorem dobrobytu". Kroniki sądowe potwierdzą pewnie coś wręcz przeciwnego, ale nie zawsze przecież zazdrość bywa "be".
          Mój znajomy w latach siedemdziesiątych zazdrościł swojemu szwagrowi posiadania samochodu. Gdyby nie samochód szwagra, to znajomy nigdy nie brałby w pracy nadgodzin, nie kombinował w wolne soboty i nie dorabiał w niedziele. Czynił wiele, by móc samochodem marki Fiat 125P, w kolorze yellow-bahama, na zjeździe rodzinnym błysnąć bardziej niż szwagier. Szwagier miał ledwie dwusuwowego, a na dodatek zielonego, Wartburga. Gdyby nie zazdrość nasz znajomy wcale by się w pracy nie pocił tylko spokojnie sączył piwko po fajrancie i miał wszystko w wielkiej nieuwadze. A tak, to do dzisiaj stawia się go za przykład pracowitości i zaradności życiowej, bo wszystkie te cechy nabył w drodze do majątku i dobrobytu. Ukształtował sobie niemal wzorcowy charakter, będąc najnormalniej człowiekiem zazdrosnym. W ostatnią niedzielę rano otworzyłem portal Nasza-klasa, a tam mój kolega z Conradinum, a dziś zdolny inżynier-konstruktor z Elbląga - Janusz J. zamieścił zdjęcie z ostatniej swojej wyprawy na grzyby. Oto ono:

janusz-j-wrocil-z-grzybobrania.jpg

          Na widok Janusza sukcesów moja żona, zapalona grzybiarka, zapałała natychmiastowym uczuciem zazdrości. Nie minęło pół godziny jak wyjeżdżałem z garażu, choć chmury nie wróżyły większych przyjemności w podróży. Zazdrość mojej żony wpłynęła jednak na zmianę pogody, bo już za Żukowem wychynęło słońce, a mnie się zdało, że jesień wstydzi się za deszcze, jakimi częstowała nas w Zakopanem. Droga do lasu zrobiła się czarowna.

droga-na-grzyby-2008r.jpg

Kilka kilometrów za Starą Kiszewą zatrzymaliśmy się po raz pierwszy. Pobieżny rzut oka na runo leśne...

asia-na-grzybobraniu.jpg

... pozwolił zauważyć dobre, kolorystyczne kompozycje i widoki...

ladny-ale-niedobry.jpg 

...ale nie dawał nadziei na kolację. Tym bardziej, że od czasu do czasu prześladowało mnie przeczucie, że chodzę po cudzych śladach...

czyzby-slady-janusza.jpg

          Nie, nie, z pewnością to nie ślady Janusza, choć marka jakby... Fakt pozostawał faktem, że należało szukać innego kawałka lasu. Choć było już po południu i większość grzybiarzy opuściła knieje, zazdrość mojej żony wyznaczyła nam nowy kierunek i dystans niedługi. W dziesięć minut później "nasz" kawałek lasu mamił i łudził...

 nasz-kawalek-lasu.jpg

Nie trzeba się było nawet specjalnie wysilać, by co jakiś czas dostrzec to coś, dla czego Asia wywlokła mnie z domu...

podgrzybek.jpg

... i kazała się schylać...

 kurki.jpg 

..., a czasem nawet przyklęknąć...

 kania.jpg

          Gdy już nasyciliśmy się zapachem jesieni, a nasz kosz świadczył o tym, że będzie zimą czym zakąsić...

nasze-grzybowe-bogactwo.jpg 

... tak "ubogaceni" postanowiliśmy odtrąbić odwrót.
          Było na tyle wcześnie, że pomyśleliśmy o jeszcze jednym pogrążeniu się w zazdrości. Jeden z naszych przyjaciół, także klasowy kolega, Mirek Sz., przeprowadził się niedawno do nowej, wygodnej i obszernej posiadłości za miastem. Postanowiliśmy zawitać do niego z gościną. Kiedy wracaliśmy po zmierzchu do domu, to poczułem jak w mym sercu niepostrzeżenie i niebezpiecznie, acz uparcie rozpala się zazdrość o posiadłość za miastem.


NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY