25 stycznia, 2009

Święta Helena

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:22
          By zapisać się w pamięci świata, należy uczynić wielkie dobro, albo wielkie zło. Odkryć nowy ląd, bądź nowy sposób wiercenia dziury w całym, internet, albo genialny przepis na życie, to oczywiście sposób na sławę i uznanie. Wywołać wielką wojnę, światowy kryzys, bądź do rozpaczy doprowadzić miliony, to znakomity sposób na dorobienie sobie gęby drania. Drania z przymiotnikiem wielki. Kto nic nie uczyni, przeminie jak nic. O małym dobroczyńcy ludzie pamiętać będą krótko - taka ludzka sprawiedliwość. Za to byle jaki złoczyńca jest w stanie przykuć naszą uwagę solidnie. Zło nas bardziej ciekawi.
Wystarczy zerknąć na TVN-24. O wielkich zbrodniarzach świat nie zapomni nigdy, choć nie nagrodzi ich pomnikami, by pamięć nie przeminęła, jak to uczyni z wielkimi dobroczyńcami. Nie każdy może być Michałem Aniołem, Kopernikiem, Billem Getsem czy Lechem Wałęsą. Tak jak nie każdy może być kimś, kto bezkarnie pozwala sobie pastwić się nad innymi w imię jakiegoś urojenia. By stać się kimś w rodzaju Alberta Einsteina trzeba się urodzić z odpowiednią ilością szarych komórek, ale by stać się synonimem zła? No właśnie. Okazuje się, że do złego też trzeba mieć talent. Być dobrym, czy być złym, trzeba być kimś. Zwykły cham, to ktoś z charakterem, tyle, że złym, a jak się ma charakter, nawet wredny, to się ma też wrodzoną inteligencją, a jak się ma wrodzoną inteligencję, to już niewiele trzeba, by stać się kimś. Chamem na przykład.
Przestrzeń, która istnieje między dobrem a złem, a więc miejsce bytowania przytłaczającej większości z nas, zostanie z pamięci świata wymazana, choć to my swoją, częściej dobrą niż złą, codziennością ten świat lepimy w jakąś logiczną całość.
          Radek, mój syn, będąc dorastającym młodzieńcem, odbył kilkumiesięczną podróż z Afryki Południowej, poprzez Karaiby do Europy. Popłynął jak wielcy odkrywcy - żaglowcem. I czuł się jak Kolumb za każdym razem, gdy widział ziemię. Któregoś dnia zobaczył wyspę św. Heleny.

wyspa-swheleny.jpg

Po zejściu na ląd i po wdrapaniu się na stromy klif, zwiedził dom, w którym dokonał żywota Napoleon Bonaparte.

dom-napoleona-na-wyspie-sw-heleny.jpg

I na pamiątkę zrobił zdjęcie pośmiertnej maski wielkiego... Wielkiego?

posmiertna_maska_napoleona_na_sw_helenie

I właśnie. Zastanawiam się kim był Napoleon? Dlaczego właśnie on? A bo, wpadłem, cholera, w nerwy przez takiego jednego na motorowerku, który zbluzgał mnie niemiłosiernie. Ponoć zbyt wolno wyjeżdżałem ze swojej bramy na ulicę i musiał czekać. Gdy zamurowany ilością chujów i kurew, jakie leciały pod moim adresem, gapiłem się na wrzeszczącego kurdupla w kasku, ten rzucił:
- I co się tak, kurwa, chuju gapisz, jak Napoleon na świętą Helenę.
Nabluzgawszy odjechał, a ja zostałem z pytaniem o Napoleona. Wielki, ale kto? Bo Helena, to wiadomo. Święta.
"A ja, co ja, co będzie ze mną" To chyba śpiewała Rodowicz. Też wielka.
17 stycznia, 2009

Chyba jasno-widzę

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 01:15
          Kiedy minister -pożal się Boże - Ziobro chciał zrobić z pani Blidy kryminalistkę, co skończyło się jak się skończyło, napisałem niemal natychmiast, że cała ta akcja miała służyć tylko jednemu - PiSowemu spektaklowi w Wiadomościach TVP pod tytułem: "Aresztowanie układu".
Mam dzisiaj wątpliwą przyjemność obserwować, jak kolejne komisje i gremia, po żmudnych śledztwach, dochodzą do tego samego wniosku. Kiedy tydzień temu napisałem, że cały ten gazowy kryzys wynika z gry miłosnej Niemców z Rosjanami, która zakończy się zespoleniem obu partnerów za pomocą rury, sam sobie nie wierzyłem do końca. W środę przeczytałem: "Rosja wykorzystuje gazowy konflikt z Ukrainą, by forsować rurę Nord Stream przez Bałtyk do Niemiec..."
Dzisiaj rano napisali, że "... Jeśli dzisiaj premier Rosji usłyszy w Berlinie, że kanclerz Merkel jest entuzjastką Gazociągu Północnego, to być może kryzys gazowy się skończy..."
          Jest wieczór, a właściwie noc. Putin był już w Berlinie i usłyszał, że Merkel jest oczywiście za Gazociągiem Północnym. Rosja z Ukraińców robi złodziei. Bułgarzy, Słowacy, Słoweńcy i całe Bałkany marzną, a reszcie przystawia się pistolet do głowy, tylko po to, by bezwstydnie zrobić sobie dobrze, spółkując z Niemcami. No, cóż... Niemcy zawsze mieli porządne interesy i na uwadze dobro Europy.

rurociag.jpg

          Hitler ze Stalinem też się kiedyś ślinili w miłosnym kontredansie i światu na dobre to nie wyszło. Zaloty zmieniły się w podboje, z czego potem zostało tylko pobojowisko. Teraz też lepiej nie będzie - jasno to widzę. Założę chyba w domu gabinet jasnowidzenia. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, co będzie dalej i jak to się skończy, to za drobną opłatą - przepowiem.
          Poza tym, to słucham sobie na okrągło polskich wykonań pieśni Jaromira Nohavicy. Jasno to słyszę. Płytę z piosenkami Nohavicy dostałem w prezencie od Eli Wojnowskiej, która swój udział w tych nagraniach także ma. Słucham, słucham i nasłuchać się nie mogę, takie to wszystko czeskie, ładne i mądre.

swiat-wg-nohavicy.bmp

          Jeżeli kryzys Wam pozwoli, to koniecznie kupcie tę płytę i posłuchajcie choćby prośby Daukszewicza do pana Prezydenta, bo proza życia prozą życia, a "...póki się śpiewa, to jeszcze się żyje i trwa..."
09 stycznia, 2009

Gaz czy orgazm

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:04
Ela, chyba w rewanżu za gościnę, podesłała mi rymowankę na aktualne tematy, popełnioną przez lubianego i publikowanego już w moim blogu - Leszka Bergera : Jak spadną razy, to dwa od razu: tam - strefa Gazy, a tu - brak gazu. Siłą rzeczy spojrzałem na swoją kuchenkę… palniki.jpg …i z lekkim niepokojem jąłem się zastanawiać, cóż to za dziwne uczucie łączy od wieków Niemców i Rosjan, że co rusz fundują nam sadystyczny, erotyczno-historyczny spektakl. Czasem mam wrażenie, że oba te narody są jak małżeństwo, które najpierw rzuca w siebie czym popadnie i gania się z nożem po domu, by za chwilę połączyć się w łóżku w orgiastycznym uścisku, ku trwodze i zgorszeniu bliskich, niezaangażowanych miłośnie. Polska i pobliskie kraje są między tą zakochaną parą jak niechciane dzieci, albo bękarty - jak chciał Mołotow - bękarty, które przy każdej awanturze obrywają raz z jednej, raz z drugiej strony, nie bardzo mając gdzie uciec. Patrząc wstecz na chuć Rosjan trzeba pamiętać przede wszystkim o Piotrze I Wielkim, który tak się podniecił w miłości do Niemców, że na początku XVIII w. zaczął Rosję stroić na zachodnią modłę, by podobała się nie tylko jemu, ale i uwielbianym przez niego Germańcom. Z tego strojenia wyszło potem panowanie w Rosji, urodzonej w Szczecinie, Katarzyny Wielkiej, z domu Sophie Friederike Auguste zu Anhalt-Zerbst. Po rządach tej żądnej władzy i seksu, niewyżytej baby, oba narody, niemiecki i rosyjski, lądowały co rusz w łóżku, albo w szpitalu. Inne narody przez te stosunki popadały w śpiączkę, letarg, bądź stan ciężkiego zranienia, albo martwe kończyły na cmentarzu. Dzięki niemiecko-rosyjskiej aktywności seksualnej mieliśmy trzy - a właściwie cztery - rozbiory i dwie wojny światowe, z czego podczas ostatniej tak się kochankowie potłukli, że u jej końca, w ramach romansowej rekompensaty, uczuć miłości i nienawiści, Rosjanie gwałtem posiedli Niemki, zapładniając je bez liku. Kto to wie, ile teraz we krwi niemieckiej krwi rosyjskiej płynie? Pewnie - nikt, ale podejrzenie, że jednak jakiś procent płynie, tłumaczy nam ich niesłabnącą miłość i nasz strach o gaz, by nie zgasł. Jakby na to nie patrzeć, wolą miłosną Rosji i Niemiec jest parzenie się, bądź naparzanie. Do naparzania służą im bomby, a do parzenia rury, ostatnio gazowe. Ukraina w tej seksualnej figurze jest tylko pretekstem, takim samym jak kajdanki na poduszce… i niczym więcej. Nam nawet woda się nie zagotuje, byśmy mogli zaparzyć sobie herbatę, jeżeli zimny Bałtyk, lub rozsądek sąsiadów, którzy zadzwonią po policję, nie schłodzi rosyjsko-niemieckiego pożądania. W Gazie o gazie nikt nie myśli i nie o rurę chodzi, ale też o stosunki… Tyle, że tam, niestety, nie ma na co liczyć, bo nie ma policji w Gazie, narazie.
04 stycznia, 2009

Chcenie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:04
          Nowy Rok zaczyna się zawsze od chcenia. Tylko dlatego, że ktoś kiedyś wymyślił pomiar czasu, to dzisiaj ludzie, raz do roku, o z góry wiadomej porze, rzucają się sobie w objęcia i chcą? Przy tym chceniu najczęściej leje się szampan, a ogólnemu obcałowywaniu towarzyszy huk wybuchów petard i sztucznych ogni.

sylwester-w-orlowie.jpg

          Chcenie bywa różne, choć najczęściej się chce, by było dobrze i przyjemnie. Po ostatnim wpisie, jedna z moich znajomych z dzieciństwa, napisała w komentarzach, że mój blog przekształca się w wielką klepsydrę. Ostro przesadziła, choć nic nie poradzę na to, że ostatnio znajomi odchodzą i smutno mi po nich. Mogę jednak mieć na Nowy Rok chcenie, które kieruję do wszystkich bliskich i dalszych znajomych: Kochani, nie róbcie mi z blogu klepsydry. Chciejcie żyć. Trzymajcie się w Nowym Roku zdrowo i ciepło, miło i optymistycznie, śmiesznie i nostalgicznie, trzymajcie się kurczowo czego się da, ale się trzymajcie.
          Moje Sylwestry od lat ogrzewam ciepłem rodzinnego ogniska. Lubię je spędzać w małym gronie domowników, przy kominku, z kieliszeczkiem wódeczki i przy niezbyt natrętnej muzyce. W tym roku miało być podobnie, ale? Dzień przed Sylwestrem zadzwoniła Ela Wojnowska ( "Zaproście mnie do stołu" - to tytuł jednej z najpopularniejszych jej piosenek), dla przyjaciół Kruszyna i spytała co robimy nazajutrz. Odpowiedziałem, to co opisałem powyżej i? razem wpadliśmy na pomysł, by Nowy Rok przywitać u nas, na molo w Orłowie. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy i już po paru godzinach szalonej, pospiesznej podróży z Warszawy, Ela była z nami.

ela-wojnowska-nowy-rok-gdynia-2009r.jpg

          Zabawa w małym gronie, rozkręciła się nam jak karuzela w wesołym miasteczku. O północy poszliśmy na molo, by zdążyć zacząć chcieć. Po drodze wzdłuż brzegu zrobiło mi się dziwne zdjęcie:

sylwester-2009.jpg

          Te żółte ogniki u dołu obrazka, to odblask latarni na molo, a te niebieskie kołtuny, nie wiem skąd się wzięły. Może burzliwy rok mnie czeka? Umieszczam je tutaj, bo jakoś dziwnie mnie zafascynowało. A na molo, o dwunastej Ela otworzyła szampana, który według jej relacji przyjechał do Orłowa specjalnie na tę okazję latem z Paryża i...

 asia-i-ela-sylwester.jpg 

... i zaczęliśmy wszyscy chcieć.

ela-i-asia-nowy-rok-2009-orlowo.jpg

No, to oby nam się chciało chcieć przez cały rok. I pamiętajcie - trzymajcie się.
26 grudnia, 2008

Pomarańczowo, spokojnie i prawie...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:04
          Wszystkich, którzy różnymi drogami przesłali nam życzenia spokojnych i wesołych świąt, pragnę poinformować, że ich życzenia w tym roku spełniły się niemal w całości. Niemal, bo... Zjadłszy pyszne paszteciki, które Asia na tę Wigilię przyrządziła według nowego przepisu, i które ze smakiem popiłem czerwonym barszczem, zasmakowawszy następnie w kilku rodzajach ryb, przy których raczyłem się kompotem z suszu oraz skosztowawszy po kawałku ciasta, uznałem, że tradycji stało się zadość, choć emocji jakie towarzyszyły tamtej, pierwszej mojej choince...

moja-choinka-w-1954r.jpg

...nie odnalazłem.
          Był taki czas, że Święta Bożego Narodzenia pachniały nie tylko igliwiem choinki, ciastem i czerwonym barszczem. Raz w roku, pod koniec grudnia, w moim domu pachniało pomarańczami i dla mnie Święta były nie tylko grudniowe, nie tylko bożonarodzeniowe, nie tylko zimowe, śnieżne i mroźne, ale też pomarańczowe. Dzisiaj, przez to, że wszystko jest, że wszystko można kupić, coś nam chyba bezpowrotnie umyka. Pomarańcze, które często są tańsze od jabłek, pachną teraz w naszych domach cały rok, ale czy to oznacza, że cały rok mamy Święta? Kiedyś choinkę dekorowało się w dniu Wigilii. Świeczki zapalało się przy pierwszej kolędzie, a teraz niektórzy dekorują drzewka już na początku grudnia, a świecidełkami stroją nie tylko choinkę, ale całe domy, od parteru po komin. Moja Asia jeszcze do tego nie doszła, ale balkon i niektóre okna już się u nas świecą.

choinka-na-oknie-003.jpg

          U sąsiadów także, ale czy to źle? Wolałbym chyba czuć zapach pomarańczy tylko raz w roku, przy choince. Chciałbym, by ten zapach, jak tajemne misterium wyzwalał z mojej pamięci i wyobraźni, niczym nie pohamowany ciąg obrazów, uczuć, smaków i doznań wszelakich, które dawałyby mi nadzieję na sens bycia, trwania i obchodzenia tych Świąt.
          O ten sens tym bardziej dzisiaj pytam, gdyż wczoraj odszedł nagle Maciek Kuroń. Poznaliśmy się w Olsztynie, gdy on wyrzucony z Warszawy, można rzec karnie, rozpoczął naukę na WSP. Spędziliśmy razem z Maćkiem i Andrzejem Swacyną kilka młodzieńczych, wesołych wieczorów przy gitarze i flaszeczce czegoś dobrego, a potem nasze drogi się rozeszły. Z dumą obserwowałem przez lata jak Maciek zdobywa popularność  mistrza sztuki kulinarnej i wyzwala się z miana "syna swojego ojca". Potem, o tym co u Maćka słychać, dowiadywałem się najczęściej od Ewy Swacyny, która będąc przyjacielem rodziny Kuroniów utrzymywała z nim częste kontakty. Na zdjęciu poniżej Ewa z Maćkiem kilka lat temu na Mazurach.

maciek-kuron-i-ewa-swacyna-005.jpg

         Ostatni raz z Maćkiem spotkałem się w Kętrzynie u Swacyów, na pogrzebie Andrzeja. I choć było nam niezwykle wtedy smutno, nie dało się nie powspominać wesołych chwil, bo w Maćku była ogromna radość życia i aż trudno uwierzyć, że tej radości już nie ma. I nigdy nie będzie.
20 grudnia, 2008

Raz do roku

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:02
          W naszej kuchni na ścianie wisi dziad i baba. Gdy Asia wręcza tej osobliwej parze jemiołę, to znak, że idą Święta. Od tej chwili staje się jasne, że czas w nas na refleksję, na nadzieję, na radość i na...

baba-i-dziad-z-jemiola.jpg

          Z naszą dobrocią, prawomyślnością, szczodrobliwością i łaskawością na ogół bywa różnie. Jak nie jesteśmy wolni od trosk, tak nie jesteśmy wolni od złego. Jest jednak taki dzień, jeden jedyny dzień w roku, kiedy wypada być wyłącznie dobrym. To nawet nie jest dzień, to ta późniejsza pora dnia, prawie noc, gdy wszystko zapowiada cud dobroci. To wieczór wigilijny jest tą nadzieją na lepszych nas, którzy choć na chwilę, choć na moment, tego jednego wieczoru, zmieniamy się w anioły. Gdy w grudniu sypnie śniegiem...

zima.jpg 

...nasza odmiana robi się tym bardziej niezwykła. Bo, gdy za oknem rodzi się taka noc, w której mróz się bieli, to ciepło naszej dobroci może ogrzać świat. Tak mi się przynajmniej wydaje i może dlatego napisałem kiedyś, wraz z Mariuszem Ejsmontem, piosenkę-kolędę pt."Raz do roku taka noc", którą zaśpiewała Beata Bartelik.
          Choć nic nie zapowiada śniegu na Wigilię, to niech chociaż ta śnieżna, bożonarodzeniowa piosenka stworzy nastrój i będzie prezentem od Beaty i Mariusza, ode mnie i całej mojej Rodziny dla wszystkich, którzy odwiedzają mnie na tej internetowej stronie życia. Przyjmijcie prezent, posłuchajcie piosenki i jeżeli Wam się spodoba podarujcie ją swoim najbliższym.
          Bądźcie szczęśliwi i ufni. Niech Wam zawsze będzie najlepiej, niech Wam się cudne sny sprawdzają i niech Wasza dobroć zdrowia Wam doda w każdy następny dzień. Samych serdeczności życzę.

PS. Zachęcam też do posłuchania piosenki pt. Błoga i hojna, która w ubiegłym roku towarzyszyła moim świątecznym życzeniom. Wybierzcie sobie ładniejszą i śpiewajcie na zdrowie.
11 grudnia, 2008

Coś tam, coś tam?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:01
          Dobry bon mot to perła w mowie kabaretowej. O zgrabne powiedzonko, które stwarza śmieszną sytuację, lub ją sugestywnie wyraża, biją się autorzy wszystkich scen na świecie. Mnie, szczególnie w okresie współpracy z Jackiem Zwoźniakiem i zespołem Baba... 

 zespol-baba

... a potem kabaretem Kaczki z Nowej Paczki, także zależało na tworzeniu w tekstach zestawu słów, które łatwo zapamiętane, rozśmieszą celnością spostrzeżenia.
          Chcąc opisać nienormalność sytuacji Polski wczesnych lat osiemdziesiątych, gdy na więdnącym socjalizmie rozkwitał, wraz z całą falą kapel rockowych, zespół Perfekt, napisałem i skomponowałem wraz z Andrzejem Swacyną kawałek, któremu bez zastanawiania daliśmy tytuł:"Piosenka-wariata". Później zdarzało mi się wysłuchiwać na ulicy, jak kilkuletnie brzdące, ciągnąc swe rodzicielki za rękę, wyśpiewywały refren - Nie mogę wyjść, ani przyjść, ani się położyć / Nie mogę wstać ani spać, ani siku zrobić. Bawiło mnie to, choć brzdąc unaoczniał i unauszniał fakt, że pod właściwy adres z piosenką chyba trafić mi się nie udało. Ale co tam, Niemen też nie trafiał. Będąc uczniem szkoły podstawowej usiłowałem namówić, bez skutku, panią Wedrę, nauczycielkę śpiewu, byśmy, zamiast piosenki o gieroju Czapajewie, włączyli do repertuaru szkolnego chóru piosenkę Czesława Niemena "Czy mnie jeszcze pamiętasz", bo bardzo chciałem zaśpiewać koleżance Halinie K., która przez Basię P. dała mi znak, że być może, ale "...dowód na to mi daj/Czy jak inne dziewczęta baju baj, baju baj..."
          Od zawsze przepadałem za powiedzonkami, wyrażeniami, skrótami myślowymi, żartami i bon motami Andrzeja Poniedzielskiego...

poniedzielski-adamiak

... który, co na zdjęciu powyżej, wraz z przyszłą żoną - Elą Adamiak , był na moim ślubie i weselu 22 IX 1979r. w U.M. w Gdyni, i który już wtedy rozśmieszał mnie do łez wierszykiem: Już z Aurory wystrzał padł / Październik ideą rozbłysnął / Patrz pan a mówią, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. 
          Biorąc pod uwagę jakość naszych polityków i Prezydenta jako prezydenta, to wciąż na czasie jest Andrzejowa puenta. Za przyczyną pijanej posłanki Kruk wśród moich znajomych popularne stało się ostatnio powiedzonko "coś tam, coś tam". Używane było ono wcześniej, ale teraz, dzięki pani Kruk, inkrustuje się nim zdania ze znacznie większą lubością.
          Gdy trzeźwy poseł Ziobro ogłaszał, że "...Nikt przez tego pana życia pozbawion już nie będzie...", to chociaż, brzmiało to jak fraza z horroru, wiele razy później słyszałem, jak na pytanie, rzucone przez kogoś do znajomego - A co słychać u Witka? Odpowiedź brzmiała - Nic ciekawego, ale przynajmniej nikt przez tego pana...itd.
          Lubimy bawić się powiedzonkami. Fajnie jest gdy autorami, tych pobieżnie wtrącanych, słownych szlagwortów są ludzie niezwyczajni, wybitni artyści, pisarze i poeci, lub jeżeli już politycy, to tak wielcy jak kardynał Richelieu, któremu przypisuje się powiedzonko o przyjaciołach, "...przed którymi Boże strzeż, a z wrogami sobie poradzę...". "Skumbrie w tomacie", "Cicha woda brzegi rwie", "Dziwny jest ten świat", czy "Nic dwa razy się nie zdarza" i setki, tysiące innych fragmentów piosenek wybitnych tekściarzy znalazło się w skarbnicy narodowych powiedzonek. Dlatego fakt, że z wypiekami na twarzy, w wyścigu do miana idola w tym względzie, biorą udział artyści jest rzeczą naturalną i pożądaną, ale że politycy? Dzisiaj Ziobro, Niesiołowski, Kurski, Cymański, Palikot, jako czołówka państwowego kabaretu, odbierają chleb artystom. Mając przed sobą kamery, a za sobą obowiązek zajmowania się Polską, gadają co im ślina na język przyniesie, byle tylko przebić się w ogólnym jazgocie. Za ich plecami setki następnych, których wybraliśmy do Sejmu, by nam życie, nie tyle umilali dowcipami, co ułatwiali porządnymi ustawami, też marzą o swoich "pięciu minutach" w zbiorowej, polskiej świadomości.
          Palikot się jeszcze jakoś broni, bo "coś tam, coś tam" w tych ustawach kombinuje, ale reszta? Przed wojną "...kury szczać prowadzać..." kazał politykom Piłsudski.To był jednak polityk na miarę dobrego artysty. A jakim artystą jest Zybertowicz z Torunia, który gdy widzi czerwone światło na skrzyżowaniu lub przejściu dla pieszych, węszy w tym spisek, choć pogrzebać w kabelkach z prądem i zrozumieć logikę działania, to już nie bardzo chce. Zgodzę się, że byłoby bez tych "kabareciarzy" nudno, ale czy nie mogliby się oni wygłupiać przy pracy, a nie jaja robić sobie z samej pracy jako takiej?
          Słysząc fragment piosenki Jeremiego Przybory "...już szron na głowie/już nie to zdrowie/a w sercu ciągle maj...", to, szczególnie teraz, wiem o co chodzi, ale gdy posłanka Kruk bełkocze, że "...robi dobrze coś tam, coś tam...", to ja nie wiem o co chodzi i wolę się tego nie domyślać. Też mi artystka. Szkoda gadać - Po słowie.
06 grudnia, 2008

Zmęczenie Mikołaja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:54
         Dzisiaj, Mikołaj przyniósł mi w prezencie wspomnienie, które przywiodło mnie do pewnej refleksji. Swoje lata mam i nie da się tego, niestety, ukryć. To, że mogę o tym napisać na własnej stronie internetowej, miast jak kiedyś, na papierze wkręconym w maszynę do pisania, jest dla mnie cudem. Cudem takim samym jak prezenty od Mikołaja, który znajdowałem w butach 6 grudnia, dziecięciem będąc. Choć chciałbym być kimś, kto przygląda się życiu nim je skonsumuje, to i tak od groma szczegółów, które sprawiłyby mi przyjemność, umyka bezpowrotnie. Dopiero po czasie zaczynam sobie zdawać sprawę, że gdybym wtedy? Bo człowiek jest mądry po czasie. Zawsze "po " wiemy jakby mogło być i żałujemy, że tak nie było. Zdarzało mi się jednak wyprzedzić siebie w swoim czasie, i to o dobre kilkadziesiąt lat. A było tak?
          Napisałem tekst dla Grzesia Marchowskiego, który zamierzał wystąpić na festiwalu w Krakowie. Miałem wtedy dwadzieścia lat i wydawało mi się, że choć niewiele o życiu wiem, to o pewnego rodzaju tzw. "osobistą refleksję na temat ogólnej sytuacji" pokusić się mogę. Grześ napisał do tekstu muzykę, a ja dzięki tej piosence odkryłem, że w Polsce nie ma wolności słowa.
          Piosenka spokojna, refleksyjna zdała się nie wadzić nikomu, a jednak? Bodaj Cisiu, czyli Krzysiu Jakobson, który robił wtedy za prezesa Żaka, powiedział mi, że są jakieś kłopoty z cenzurą i piosenka do Krakowa może nie pojechać. Wkurzyłem się i poszedłem do Domu Prasy, gdzie na III piętrze siedział srogi cenzor. Przedstawiłem i spytałem o co chodzi, a wtedy z ironicznie uśmiechniętych ust cenzora padło tylko jedno pytanie:
- A ten "Bóg by karać", to przypadkiem nie Pierwszy Sekretarz?
- Nie, a skądże - zapewniłem.
Cenzor przystawił na tekście pieczątkę "zwalniającą do publikacji", jednak nie do końca dał wiarę, bo wyszedł za mną na schody i rzekł:
- A ja wiem, że o ustrój chodzi, ale co mi tam. Niech będzie, że o Boga.
- O życie chodzi - odrzekłem i mógł Grześ piosenkę nieść przez wieś, aż do Krakowa.

krakow-grzegorz-marchowski.jpg

          Niewiele w tym Krakowie Grześ zwojował, a piosenka, choć refleksyjna, poszła w zapomnienie. Widać czas dla refleksji jest taki sam jak dla człowieka - "ciszą ucieka".
          I oto teraz, przypadkiem odtworzyłem sobie starą balladę. Można rzec, zrobiłem sobie prezent na Mikołaja, a że, jak na początku napisałem, swoje lata mam, to słuchając piosenki zacząłem się zastanawiać skąd wiedziałem? Skąd wiedziałem mając dwadzieścia lat, że "czas rozprzestrzenia zgubione słowa co nie umarły"? Jakie zmęczenie dwudziestolatka napisało tekst pięćdziesięciopięciolatkowi  Dzisiaj, gdy coraz częściej "zmęczeniem oczy przecieram" już wiem, że nic nie zostało "jak iść przed siebie w białą nadzieję".
          Eee?, to na pewno chodzi o śnieg na zimę. Nadzieje są przecież zielone. Cudów nie ma, chociaż - Idę zerknąć do butów.
28 listopada, 2008

StarOniewicz

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:14
Ktoś kiedyś powiedział o nim, że jest najbardziej melodyjnym polskim saksofonistą i miał rację. Przekonałem się o tym na własne uszy, gdy zaszedłem do niego z prośbą o pomoc przy pisaniu materiału na płytę “Słowa”. Nie miałem pojęcia jak mnie przyjmie, bo ja tu do niego z balladkami i piosenkami, a on, to przecież znakomity i utytułowany jazzman. Przyjął mnie jednak, jak trzeba, po starej przyjaźni. wojtek-staroniewicz.jpg Zdarza się czasem, jak wszystkim, że ni stąd ni zowąd, bez żadnego powodu, bez żadnej przyczyny i bez żadnej okazji pojawia się nagle w mojej głowie jakaś znajoma twarz, która zawraca myśli ku wspomnieniom i każe przeżyć jeszcze raz, to co się już zdarzyło. Tak właśnie “odwiedził” mnie dzisiaj Wojtek Staroniewicz i zaczął się w mojej głowie wyświetlać film, w którym Wojtek grał, wraz ze mną, główną rolę. Poznałem Wojtka w latach siedemdziesiątych w Żaku, gdy jako członek duetu towarzyszył swojej śpiewającej siostrze Duśce na koncertach. To w tamtym czasie miał Wojtek wraz z siostrą cykliczny program - “Salon Duśki i Wojtka”, przez który przewinęło się całkiem spore grono początkujących artystów Wybrzeża, w tym i ja. Potem Wojtek mi gdzieś zniknął, by objawić się po jakimś czasie jako muzyk, którego renoma przekraczała już nie tylko granice jazzowego Trójmiasta i Polski, ale też Europy. Nie sądziłem więc, że będzie chciał się pochylać nad moimi prostymi piosenkami, a jednak. Gdy usiadłem naprzeciw niego, w jego domu w Sopocie zapytał: - A co właściwie chciałbyś nagrywać? Wziąłem gitarę i trochę nieporadnie, jak to ja, zagrałem mu piosenkę o mnie i o Asi, którą zatytułowałem - “Piosenka o starej miłości” Po ostatnim akordzie Wojtek uśmiechnął się i powiedział mi, że się wzruszył. To wzruszenie oznaczało, że mogę liczyć na jego pomoc przy pracy nad płytą. Nie tylko zaaranżował wszystkie utwory, które miałem już gotowe, nie tylko skomponował muzykę do tekstów, które na nią czekały, nie tylko wygładził i wygłaskał, zaplanował i zajął się produkcją nagrań, ale też zapewnił mi w studio luksus pracy z najlepszymi muzykami, jacy byli wtedy w Trójmieście i sam przepięknie zagrał na saksofonie. Gdyby nie Wojtek moja płyta “Słowa” pewnie byłaby zupełnie inna i jakoś dziwnie jestem pewien, że gorsza. Gdy mi więc “przyszedł” dzisiaj niespodziewanie Wojtek do głowy, odszukałem w swoich zbiorach jego zdjęcie i znalazłem to u góry, które bardzo lubię, a którego nie jestem autorem. Sfotografował Wojtka nasz wspólny przyjaciel Janusz Kasprowicz. Gdy na zdjęcie zerknąłem, to w dali dostrzegłem Krysię Reichel. Krysia jest właścicielką galerii Sen i jednocześnie małego pensjonatu niedaleko Słupska, w Smołdzińskim Lesie, obok wsi Kluki. Dom Krysi ma duszę i można w nim znakomicie wypocząć, ale można też się nieźle zabawić.O imprezie u Krysi, jaka odbyła się zeszłego roku, pisałem w grudniu 2007 roku, więc jeśli ktoś ma ochotę - może sobie poczytać. Zdjęcie Wojtka wykonane zostało właśnie w galerii Sen wiosną tego roku z okazji innej, świetnej imprezy wymyślonej przez Krysię - ” Święto powitania traw”. Niestety, nie byłem, bo w tym samym terminie odbywało się spotkanie moich kolegów z klasy, których nie widziałem 35 lat. I tak to nagłe wspomnienie Wojtka wywołało całą lawinę innych wspomnień, łącznie z tym ostatnim, jeszcze świeżym, z ostatniej wizyty Krysi u nas coś ze trzy niedziele temu. krysia-reichel.jpg Siedzieliśmy z malarką i architektem Krysią długo w noc, smakowaliśmy, wspominaliśmy i snuliśmy cudne plany… Ech, zaraz mi się przypomną Maciejewscy, Chwinowie, Chojeccy, Zbyszek Gach, ulica Karłowicza i te de, i te pe, i te de. O, a teraz, przez to “i te de” przypomniał mi się Andrzej Janeczko z zespołem Trzeci Oddech Kaczuchy, gdy śpiewał “Okularników” Osieckiej w Opolu. Kiedyś mieszkaliśmy obok siebie w akademiku, a teraz widujemy się i pozdrawiamy od czasu do czasu w Naszej Klasie. Przedwczoraj Andrzej miał urodziny… Jakie życie, taki film. Tak to jest, gdy nagle i niespodziewanie w mojej głowie… Starczy na dziś. Trzeba przerwać tę fabułę i wyjść z tego głowy kina. Jutro będzie się przecież kręcić całkiem nowy film. PS. Jutro (30 listopada) w klubie Ucho w Gdyni o godz. 20 zagra Sławek Jaskułke, który, jak piszą, a ja się z tym zgadzam, jest “objawieniem polskiej pianistyki jazzowej ostatnich lat”. Sławek, dzięki zabiegom Staroniewicza, również tworzył moją płytę, nagrywając wszystkie klawisze. Jutro Sławek da koncert charytatywny, wraz z Tomkiem Sowińskim, który nagrał w “Słowach” wszystkie instrumenty perkusyjne, na rzecz Osób z Autyzmem I Innymi Zaburzeniami Rozwoju - ADAPA. Warto się wybrać, bo Sławka słuchać, to jedno, ale oglądać przy tym, to dopiero jest coś. No i ten cel… Polecam.
23 listopada, 2008

Cztery kółka i duma

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:29
Nie mam specjalnego “hopla” na punkcie czterech kółek. Nie potrafię godzinami rozprawiać o wadach i zaletach samochodów wszystkich marek świata. Snu z powiek nie spędza mi nowy model, który od poniedziałku śmiga po ulicach Nowego Jorku, a tylko patrzeć jak za tydzień zaparkuje w Orłowie przy molo. Lubię natomiast, gdy te “cztery kółka” są wygodne, w miarę solidne, a co najważniejsze - mało awaryjne. Jak do tej pory tylko raz udało mi się coś takiego mieć. moj-pierwszy-wozek.jpg Z biegiem czasu zacząłem z tych swoich pierwszych “czterech kółek” wyrastać i siłą rzeczy musiałem rozejrzeć się za czymś nowszym… Rozglądałem się dobre dwadzieścia lat, by na wygodzie, w stosunku do pierwszego mego wehikułu, stracić. Wsiadłem bowiem do Fiata 126p, ale za to z własną rodziną. Jak widać na poniższym zdjęciu, mój syn, który posiadał swój osobisty, lekki i składany pojazd, był w podobnym do mojego wieku, tyle że dwadzieścia sześć lat później. Ilość miejsca w Maluchu była odwrotnie proporcjonalna do dumy kierowcy. Wystarczy spojrzeć na Asię i Radka, by spostrzec, że w naszym Maluchu miejsca nie było prawie wcale. Taki byłem dumny. maluch-1.jpg Chociaż Malucha mamy już tylko na zdjęciach, ja nadal jestem dumny. Bo o to chodzi, by dumnym być z tego, z czego warto i należy. Ostatnio, przypadkowo spotkałem się z dawno niewidzianym znajomym, który zaparkował obok mnie swego “wypasionego” Lexusa. Na moje, pełne uprzejmego zachwytu cmokanie, niby od niechcenia rzucił: - Eee, tam… W garażu mam jeszcze Porsche Cayenne. - O cholera - pomyślałem, nie mając pojęcia, jak takie cudo wygląda, ale znacząco pokiwałem głową. Potem dowiedziałem się, że interesy idą mu znakomicie, że ostatni urlop spędzał na Polinezji, że choć panuje recesja, to on jest zabezpieczony, a na końcu zapytał mnie nawet o to, co u mnie słychać. O swych najbliższych nie opowiadał, a moje pytanie o rodzinę zbył niczym. - Oho - pomyślałem, gdyśmy się rozstali - duma nie pozwala mu się chwalić. Zdarzają się jeszcze na świecie dumni ze szczęścia ludzie. Ja chyba też do nich należę - tyle, że ja lubię się chwalić.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY