25 marca, 2009

Słowo

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:19
          Ile słowo znaczy przekona się każdy kto na nie liczy. Ulotne, nieuchwytne, zrodzone z drgań powietrza i myśli, z doświadczenia i planów, przelatuje obok nas, niekoniecznie chętnie słyszane. Dla jednych jest strzępkiem urwanym z szarego płótna przykrywającego zwykły dzień, dla innych, z trudem pielęgnowanym krzakiem w ogrodzie niezwykłych doznań. Bywa pospolitym zabójcą ciszy, ale bywa też muzyką dla pragnień. Będąc przysięgą powinno być świętością, będąc wyznaniem, bywa tragedią. Ze słodyczy łatwo w gorycz popada, a gdy czekaniem jest, staje się torturą. Słowo. Słowo rzeczą się staje, gdy rzecz nazwiesz i rzecz słowem się staje, gdy rzecz nazwiesz. Tylko nienazwane jest tajemnicą, ale cóż, tajemnice nie mają słów.
Takie i inne myśli chodzą mi po głowie za każdym razem, gdy sięgam po powieść "Hanemann", której autorem jest Stefan Chwin.

stefan-chwin-2.jpg

          Jest w "Hanemannie" rozdział "Lawenda", rozdział, do którego najbardziej lubię wracać. Tam słowa przedstawiają nowym lokatorom rzeczy lokatorów, którzy odeszli. Tam rzeczy niemieckie dają się nazywać na nowo, po polsku, odsłaniając swym przeobrażeniem tajemnicę dziania się historii. A "...gdy o północy Mama stanęła w wannie i Ojciec cieplutką wodą umył jej plecy..." słowa nazywają jeszcze miłość, której można nie nazywać słowami.
W jakiś czas po przeczytaniu "Hanemanna", gdy siedziałem nad kartką czystego papieru i niezdarnie próbowałem kilka zwykłych słów zestawić w wiersz, niespodziewanie zaczęło się pisać. Gdy się napisało, wiedziałem, że napisane zawdzięczam Stefanowi i jego książce. To, co na kartce leżało było dość wyraźnym odbiciem obrazu ludzi, których już kiedyś poznałem. Patrzyłem na nich, i jakbym widział rodziców narratora powieści "Hanemann", biorących w posiadanie nowy dom, nowe rzeczy i nowe życie, czy jakbym widział Stefana i Krysię, czule wspartych o siebie na zdjęciu w oliwskim parku. I byliśmy to my, bo jakbym widział też Asię i siebie przy czułej porannej kawie i ciepłej rozmowie. Tak, te słowa, choć ich nigdzie nie było, same do mnie przyszły, wprost z powieści o domu przy ulicy Grottgera: "...Budzisz mnie ciepłym słowem..." A potem samo się napisało i samo się zaśpiewało, gdy do tekstu, Wojtkowi Staroniewiczowi samo się skomponowało muzykę. Tak powstała jedna z moich najważniejszych i najprawdziwszych piosenek: "Słowa, słowa".
Warto uważać na słowa. Nigdy nie wiadomo ile znaczą.
25 marca, 2009

Jak dobrze mi - bis

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:12
          Oto dowód! Ci, którzy weszli dzisiaj w nocy na moją stronę zauważyli, że wpis "Jak dobrze mi" zniknął. Sprzątam więc bałagan i będzie za chwilę jak było. Nie znoszę głupiej roboty. Może administrator Miłosz wpadnie niedługo na ślad "licha". Wkrótce nowe wypracowanie. Pozdrawiam.
         "Jak dobrze mi" z 13 marca 2009r.  Nie da się ukryć, że coś złego dzieje się na serwerze, na którym umieszczona jest moja strona. Gdzieś tam, w bebechach administracyjnych siedzi jakiś diabełek i co rusz miesza we wpisach. Po takim zamieszaniu zmuszony jestem bałagan sprzątać i przywracać wszystko na swoje miejsce. Dlatego nie dziwcie się moi kochani przyjaciele -czytelnicy, którzy automatycznie powiadamiani jesteście o moich nowych wypracowaniach, że zaglądając na stronę nie znajdujecie niczego nowego. Jest nadzieja, że opiekunom mojej witryny uda się wreszcie namierzyć diabełka i jakoś go poświęcić. Zanim to nastąpi ten wpis też pewnie parę razy zniknie i parę razy powróci na swoje miejsce. Tymczasem za ewentualne niespodzianki i rozczarowania -przepraszam.

          Moje wspomnienie o zespole BOOM sprawiło, że wiele osób odświeżyło sobie pamięć, a wiele, pewnie młodszych, zainteresowało grupą. Nie ukrywam, że to radość dla autora. Mam więc jeszcze coś. W swoich zbiorach odkopałem zdjęcie z 1974 roku. Zdjęcie zostało zrobione najprawdopodobniej w Żaku, w trakcie Bazuny, w żakowskiej kawiarence. Dlaczego i czym ( wygląda to na chleb razowy) karmię Darka Dziadkiewicza, nie pamiętam, ale fakt jest faktem, że tak było:

darek-dziadkiewicz-i-ja.jpg

          Oj, miało się kiedyś włosy!  A tak, w części, wyglądał zespół BOOM i Darek na Bazunie w roku 1973. Zdjęcie to jest też dowodem na to, że do warszawskiej grupy dochodziły różne osoby w różnych okresach. Jak wyjaśnił Janusz Lipiński na zdjęciu prócz Darka i Mirka Nawrockiego, który zamieszkuje obecnie Kanadę, jest też śpiewająca skrzypaczka Ewa Jurkiewicz, którą losy rzuciły do Finlandii

darek-dziadkiewicz-i-zespol-boom.jpg

          Przy okazji, dzięki Markowi Skowronkowi, wszedłem w posiadanie powyższego zdjęcia i oryginalnego nagrania turystycznej piosenki zespołu BOOM. Skomponował Darek tę piosenkę ponoć w pociągu, jadąc do Gdańska, a nagrania dokonano w dzień później, w czasie koncertu na studenckim przeglądzie Bazuna-1973. Piosenka nosi tytuł "Jak dobrze mi" i umówmy się, że tak właśnie jest nam wszystkim, póki nie ma wiosny. I co z tego, że dzisiaj jest piątek i trzynasty?!
12 marca, 2009

Życie z PZU-Życie, ale nie wiadomo po co

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:40
          Maja kochana Mama zleciła mi dzisiaj wpłacić w PZU-Życie swoją składkę na życie, którą wpłaca od 50 lat. Do tej pory składki wpłacała w Gdańsku, ale w tym roku, ponieważ od kilku lat mieszka z nami, postanowiła, że przeniesie je do Gdyni. By sprawie nadać bieg wypełniła formularz, jaki otrzymała rok wcześniej w PZU-Życie w Gdańsku, wręczyła mi swój dowód i pieniądze, po czym wyprawiła mnie do miasta. Mając na uwadze fakt, że oto zaraz spełnię dobry uczynek, w znakomitym humorze zajechałem pod oddział PZU-Życie przy Placu Kaszubskim 8 w Gdyni.

gdynia09.jpg

          Nie wiedziałem, że zamiast radośnie zmierzać ku ubezpieczycielowi, powinienem raczej włożyć na siebie worek pokutny i biczując się okrutnie czołgać do jego drzwi, prosząc, by było mi - załatwione. Niewpłacenie kolejnej raty oznacza bowiem zerwanie umowy i Mamina sumienność w płaceniu ubezpieczenia zdałaby się psu na budę.
          Przywitała mnie chuda dzierlatka, z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką, która, gdy usłyszała o co chodzi, zaczęła przede mną roztaczać nie najlepszą wizję mojej przyszłości. Najpierw się dowiedziałem, że Mama powinna pofatygować się do niej osobiście i podpisać prośbę o przeniesienie, a potem, albo czekać, aż Gdańsk prześle papiery i wtedy jeszcze raz się pofatygować, albo te papiery dostarczyć do Gdyni samemu. Na moje stwierdzenie, że Mama jest osobą starszą i niekoniecznie lubi fatygować się osobiście, chuda, z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką, ustąpiła informując, że Mama może wszystko podpisać w domu, ale musi być to poświadczone przez pana, wójta, lub... plebana.
Myślałem, że się przesłyszałem, ale nie, chodziło o księdza. W ten sposób dowiedziałem się, że w Polsce ksiądz jest urzędnikiem państwowym władnym poświadczać, co jest prawdą, a co nie. Lekko skonfundowany doszedłem do wniosku, że prościej, niż szukać księdza, co Maminkę mogłoby wystraszyć, pojadę do domu, powiem, że nie czas na wygodne życie w fotelu i zawiozę do chudej z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką.
          Jak pomyślałem, tak uczyniłem. Maminka zadowolona nie była, ale ubrała się najszybciej jak mogła i gdy już jechaliśmy do źródła ubezpieczeń, ni to do mnie, ni do siebie, rzekła - Co robić? Widać biurokracja, jak ja, wciąż żyje.
Gdy razem przekraczaliśmy próg gdyńskiego oddziału PZU - Życie przy Placu Kaszubskim, zauważyłem na twarzy chudej - z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką - kwaśny uśmiech z domyślnym westchnieniem w tle - O Boże, ten znowu tu. Przybycie Mamy, wylegitymowanie się i osobiste podpisanie formularza nic nie pomogło. Chuda - z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką - powiedziała, że jej przykro, ale ona, urzędniczka oddziału Życie w Gdyni, nie może połączyć się z oddziałem Życie w Gdańsku, by ściągnąć odpowiednie dane, bo nie może. Ich komputery właśnie tak mają, a właściwie, to tak nie mają.
          W ten sposób dowiedzieliśmy się, że PZU-Życie jest martwe. Gdy wróciliśmy do domu zadzwoniłem pod numer PZU-Życie 801-102-102.
Nie wiem czy pani, która odebrała mój telefon była chuda i czy miała, nie wiadomo po co rozpiętą bluzkę, czy może siedziała zapięta po szyję, ale powiedziała dokładnie to samo, co rozpięta z Placu Kaszubskiego - podpis może poświadczyć ksiądz. Powiedziałem - Amen i... 

mama.jpg

...zabrałem Mamę, dla ukojenia nerwów i przywrócenia życiowej równowagi, na spacer. Pojechaliśmy nad nasze ulubione jeziorko odnaleźć wiarę w życie i nadzieję na lepsze. Pojechaliśmy poszukać oznak wiosny w przyrodzie. Niestety, jeziorko nasze spało
jeszcze skute lodem.

szukam-wiosny-071.jpg

Na ścieżkach resztki śniegu trzymały las w zimowych ryzach.

szukam-wiosny-028.jpg

A, że będzie tu wkrótce zielono zaświadczał tylko mech ustrojony zeszłorocznymi szyszkami.

szukam-wiosny-051.jpg

          Gdyby się dobrze wsłuchać w tę leśną ciszę mógłby człowiek usłyszeć puls życia w niby martwej przyrodzie, która najwyraźniej jest już przy nadziei. I tylko patrzeć, i tylko patrzeć jak...
         Gdyby jednak z tego lasu wrócić na Plac Kaszubski do ...Życie, to ile by się człowiek nie wsłuchiwał, prócz rady, by wezwać księdza, nic nie usłyszy. Po jaką cholerę się ubezpieczać, lepiej się modlić.
04 marca, 2009

BOOM

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:58
          Och, gdyby dzisiaj nagle pojawiło się w prasie zaczarowane słowo boom, wszyscy odetchnęliby z ulgą. Teraz, gdy z każdego kąta wyziera widmo wszechogarniającego kryzysu, boom byłby nadzwyczaj pożądanym i oczekiwanym darem bożym.
Mam jakieś dziwne przeczucie, że Bóg lubi biednych, więc mamy spore szanse w niedalekim czasie, by się nami zajął.
          Tymczasem, na przekór całemu ekonomicznemu złu, postanowiłem, że u mnie już dzisiaj będzie boom. I to jaki boom. Boom przez duże B. Mam w pamięci taką scenę...
Jest późna jesień 1973 roku, a ja siedzę w bufecie dla artystów w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Czekam, jak wielu moich przyjaciół z tamtych lat, na koncert, który mamy zagrać wieczorem. Nagle otwierają się drzwi i do bufetu wchodzi piękna, złotowłosa dziewczyna. Za nią wchodzą jeszcze dwaj faceci z gitarami, ale to ona skupia na sobie uwagę wszystkich.

ania-lecka.jpg

          Gdy tamci dwaj wyjmują gitary i zaczynają je stroić, dziewczyna siada na parapecie okna i uśmiechając się do wszystkich, z pewną nieśmiałością, a może kokieterią i mówi - Cześć. Patrzę się na tę Zjawę i jej gitarzystów, i mam nieodparte wrażenie, że już gdzieś ich widziałem. Chwilę później w mojej głowie, w ślad za dźwiękami akordów, jakie brzmią pod palcami jednego z muzyków, pojawia się piosenka, która zaczyna się od słów "Słońce, słońce w ramionach...". Wszystko staje się jasne. Ta dziewczyna, to Ania Łencka, a ci gitarzyści, to Janusz Lipiński i Darek Dziadkiewicz, który zaczyna też wygrywać na flecie. Wszyscy razem tworzą zespół o nazwie Boom. Wiosną tego roku wylansowali przebój, piosenkę "Miłość" na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu i zostali tego festiwalu laureatami, a ja ich znam z Bazuny, ale bardziej z telewizji. Tak się zaczęła moja znajomość z zespołem Boom.

boom-riviera75-z-lewej-ania-ckazip.jpg

         Pamiętam jeszcze, że gdy przyszła kolej na występ grupy Boom, poszedłem na widownię, by jej posłuchać. Po oklaskach, ukłonach i bisach, wróciłem za kulisy oczarowany, bo prócz piosenki "Miłość", której tekst jest fragmentem wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, "boomowcy" zaśpiewali jeszcze kilka innych, świetnych piosenek, a wśród nich i tę, tworzącą niezwykły klimat, kompozycję - "Ciepło", do której muzykę wymyślił Janusz Lipiński posługując się fragmentami wiersza Federica Garcii Lorki.           Ania, Janusz i Darek byli filarami grupy, zespół zaś w swoim czasie był liczniejszy. Oprócz Ani, śpiewały jeszcze Małgosia Prejzner i Iza Wagner, a także Mirek Nawrocki i Krzysiek Ciepliński.

boom73fotkarpinski.jpg

          Wraz z Boomem miała Warszawa swój dobry czas na poezję śpiewaną. Janusz już wtedy, oprócz niewątpliwych talentów muzycznych, wokalnych i kompozytorskich, wykazywał się także talentem menedżerskim. Jako współzałożyciel zespołu, którego drugim twórcą był Darek Dziadkiewicz,  dbał Janusz o repertuar grupy, dostarczając jej wciąż nowe piosenki. Do niektórych czasem nawet sam pisał teksty, z całkiem niezłym skutkiem. czasami w nagraniach grupy Boom brał udział świetny gitarzysta - Rysiek Sygitowicz, członek wielu zacnych kapel, w tym Perfectu i wtedy było już naprawdę pięknie.
          Dziesiątki lat minęły, a ja wciąż wspominam Boom. Tym łatwiej mi to przychodzi, że kilka lat temu moja znajomość z Januszem Lipińskim i Darkiem Dziadkiewiczem odnowiła się. Janusz jest prezesem zarządu firmy Synergia 99, zajmującej się inwestycjami. Choć z krwi i kości jest warszawiakiem, to w związku z pracą często bywa, by nie rzec - mieszka, w Trójmieście. Firma Janusza miała pomysł na wybudowanie w centrum Gdańska tzw. Młodego Miasta. Nim jednak Prezes przygotował teren pod budowę Młodego Miasta, zarządzał nim tak, by w postoczniowych, pustych obiektach rozkwitło młode życie artystyczne. Artysta rozumiał artystów, toteż i nic dziwnego, że pisali o nim tak: "...Już kiedyś o tym wspominaliśmy, firma Synergia 99 kierowana przez człowieka o wielkiej otwartości i wyobraźni - Janusza Lipińskiego - gospodaruje całym postoczniowym terenem i właśnie w taki sposób potrafi się nim dzielić. Już teraz działają tam kluby, grupy muzyczne i teatralne, jest galeria, a tak naprawdę każdy z pomysłem na zagospodarowanie wybranego miejsca może liczyć na pomoc..."
          Janusz jest uroczym człowiekiem, z którym spotkania zawsze "wypalają". Jakiś czas temu, gdy nagrywaliśmy z Beatą Bartelik w studio Radia Gdańsk, Janusz bardzo chętnie w czasie jednej z sesji nam towarzyszył. A wczoraj wpadł do nas na gołąbki. Nie zdarzyło się jeszcze nigdy, bym spotykając się z Januszem, nie poprosił go o jakąś piosenkę. Wczoraj wieczorem zaśpiewał kilka, a w tym i tę, jedną z ładniejszych, jakie znam, którą skomponował do słów Lucjana Radzikowskiego -"Goniąc miłość" .

janusz-lipinski.jpg

          Przy pysznych gołąbkach śpiewaliśmy i gadaliśmy o ważnych i nieważnych sprawach. Wspominaliśmy też tamte czasy i tamtych ludzi. Wspominaliśmy Darka. Darek prezesuje dzisiaj Komunikacji Miejskiej w Tarnobrzegu. Odzywa się czasem przez internet. Janusza wciąż ciągnie do muzykowania. Na początku marca w olsztyńskiej filharmonii będzie nagrywał materiał na płytę "Ptaki powrotne". Będą to jego kompozycje do wierszy Baczyńskiego, które zaśpiewa Basia Raduszkiewicz. A Ania? Złotowłosa Ania zmarła kilka lat temu i czas jej oraz jej "Miłość" można dogonić już tylko w myślach.

PS. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak zespół BOOM śpiewał w Opolu piosenkę "Miłość", to proszę kliknąć pod ten adres: http://www.youtube.com/watch?v=asoR37WwzwI 
22 lutego, 2009

Dzięki Bogu i...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:56
          Dawno, dawno temu - a wydaje się, że było to wczoraj - w Dzienniku Bałtyckim o muzyce pisał mój znajomy - Stanisław Danielewicz. W każdym sobotnio-niedzielnym wydaniu Danielewicz "trzymał" rubrykę pt. "Echa muzyki młodzieżowej". Guru od tego, co modne i najlepsze, to Stasiu nie był, ale kto tupał nogą gdy grali, czytał Stasiowe przemyślenia i wiadomości, by wiedzieć, co w trawie pi?pięknie śpiewa. Dzisiaj nikt o Stasiu dziennikarzu, ani o jego muzycznej rubryce pewnie by nie pamiętał, gdyby o wszystkim nie przypomniał mi Krzysztof Lipowicz, znajomy z Berlina, który w późnych latach siedemdziesiątych redagował na Uniwersytecie Gdańskim gazetkę "Smak - magazyn studencki". Otóż Krzysztof, chyba z racji rocznicy wydarzenia, przysłał mi artykuł, dzięki któremu Stasio Danielewicz zapisał się w historii. Gazeta wyszła 12 lutego 1982 roku, dwa miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego. Wojsko i milicja zniewoliły kraj, a w narodzie duch zaczął powoli, nie tyle upadać, co nieco się pochylać. Jeszcze się tu i ówdzie buntowali, jeszcze wściekłość wszystkich brała, ale już niepostrzeżenie w sercach mościło się zwątpienie i niewiara. Naród stygł. Na to postanowił zareagować Stasio. Napisał materiał do swojej rubryki tak, by pierwsze litery z każdego, kolejnego akapitu ułożyły się w zdanie twierdzące i prorocze. Proszę bardzo, sami sprawdźcie:

wrona_skona_14_lutego_1982_stanislaw__danielewicz

          Niby to było bardzo zakamuflowane, ale wszechpotężna poczta pantoflowa w mig przeniosła wiadomość o zaszyfrowanym artykule Danielewicza. Do wieczora całe Wybrzeże, podniesione na duchu hasłem Danielewicza, że "WRONA SKONA", z nadzieją wpatrywało się w przyszłość i czekało na spełnienie Stasiowej zapowiedzi. Naród czekał, a Stasio, niestety, poszedł za głoszenie proroctw do więzienia. Jak już powszechnie wiadomo, Stasio przepowiedział trafnie, niczym Nostradamus. I stało się. Dzięki Bogu i? Stasiowi.

PS. Dla nieobeznanych i później urodzonych: WRONa, to skrót od: Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego.
19 lutego, 2009

Część siódma

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:15
          Ponaglany przez przyjaciół i znajomych, oraz własne sumienie, informuję, że powstała następna część mojej opowieści Widłąg: Terkoczący głośno silnik zagłuszał myśli, lecz nie przeszkadzał w podziwianiu podrywających się do lotu, wystraszonych hałasem, kormoranów. Opuszczając zieloną i spokojną Szkarpawę ledwie posmakowaliśmy rozłożystego Zalewu Wiślanego, a już płynęliśmy w górę Nogatem, na którym za krzyżackich czasów polscy rycerze z krzyżowymi, całe bitwy na rzeczne flotylle
odbywali.


nogat-fot-tplucinski.jpg

          Nogat łączył polską Wisłę z pruskim Zalewem opływając zamek w Marienbergu, który Krzyżacy na stolicę swego państwa wystawili. Płynęliśmy w górę rzeki, samym jej środkiem. Po obu jej stronach leżały rozległe, soczyście zielone łąki, dalej zaś wały przeciwpowodziowe zasłaniały widok na urodzajne żuławskie pola, które mennonici już w XVI wieku zaczęli wydobywać z przyrzecznych mokradeł i bagien. Tylko czasami, ponad groblą, widać było dachy mijanych, starych, pruskich wiosek? Kto ciekawy co dalej, to zapraszam do lektury w dziale  Widłąg - opowieść.
13 lutego, 2009

Na zdrowie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:06
          Choć pogoda marna i nie powinno zaczynać się zdania od "że", to na przekór złemu samopoczuciu tak właśnie zacznę.
Że nie jest za dużo tego, co dobre, wie każdy - i ja też. Kiedy przed kilkoma dniami udałem się z wizytą do Radia Gdańsk, by odwiedzić dawno niewidzianego przyjaciela Janosika, czyli Piotra Jagielskiego i spotkałem tam Jacka Kleyffa, radość moja była podwójna, bo dobrego nigdy dość.

jacek-k-w-studio-radia-gdansk-10-luty-2009-r-005

          Jacka, jak już kiedyś pisałem, poznałem na początku lat siedemdziesiątych, gdy był twórcą legendarnego kabaretu "Salon Niezależnych". Później, co jakiś czas, odnawialiśmy znajomość. Ostatni raz występowaliśmy razem w klubie Kwadratowa, na pięćdziesięcioleciu Studenckiej Agencji Radiowej. Letnią porą, dwa lata wcześniej, zagraliśmy w Teatrze Leśnym we Wrzeszczu na zaproszenie uroczej Kasi Burakowskiej, szefowej klubu Winda. Teraz zastałem Jacka skupionego nad zgrywaniem materiału na nową płytę orkiestry Na Zdrowie, której jest całym duchem i w dużej mierze ciałem.

michal-mielnik-piotr-jagielski-z-tylu-jacek-klyff

Jacek, wsłuchując się w kolejne ścieżki swoich nagrań, chyba odruchowo malował coś na kartce. Gdy podszedłem, pokazał:

rysunek-jacka

Czarownicę jakąś, rozbujaną na wietrze, na drzewie, w górach. Cóż to za przekaz? Gra puszczonej luzem wyobraźni? Szkice z fantazji, jakie i mnie się zdarzają, gdy prowadzę długą, wymagającą skupienia rozmowę, rysując bezwiednie kwiatki i takie tam esy-floresy? Czy coś głębszego w tym dziele tkwi, dziele stworzonym z ubocznych myśl skupionego artysty? Co można wyczytać z tej symboliki? Odpowiedź na ten przypadkowy problem zostawiam psychologom i ludziom od zagadek, bo mnie bardziej zajęły dźwięki, jakie Michał Mielnik, pochylony nad konsoletą, cierpliwie obrabiał. Piękne dźwięki.

jacek-k-w-studio-radia-gdansk-10-luty-2009-r-015

Obaj z Piotrem zgodziliśmy się po wyjściu ze studia, że dobra rzecz się kroi, i że Jackowi ta płyta bardzo dobrze wyjdzie? Na Zdrowie.
06 lutego, 2009

Krzywa prosta Szotyńskiego

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:24
          Mój ojciec był krawcem. Z kawałków materii zszywał nićmi porządną całość, by ludzie mieli się w co ubrać. Sztuką krawiecką - mawiał ojciec - jest tak uszyć ubranie, by prosty i krzywy czuli się w nim dobrze. Mam kumpla plastyka w Łodzi, Wojtka Hempla. Kiedyś, gdy po wędrówce odpoczywaliśmy na polanie, podziwiając jezioro i las, na błękitnym niebie pojawił się nagle samolot, który zostawiał za sobą prosty, biały ślad. - Widzisz - odezwał się Hempel - linia prosta burzy harmonię.
          Stosunkowo niedawno w serwisie Villageofjoy ukazał się ranking najdziwniejszych budynków świata. Pierwsze miejsce, ku zaskoczeniu wielu ludzi, szczególnie w Polsce, zajął Krzywy Domek w Sopocie, zaprojektowany przez Szczepana Szotyńskiego, który wraz ze swoją urodziwą żoną Małgorzatą prowadzi pracownię architektoniczną we Wrzeszczu. Sztuką Szotyńskiego okazało się takie zszycie kawałków materii, by z krzywym ludzie także się czuli dobrze i prosto. Krzywy Domek wybudowany przy popularnym "Monciaku" uznany został za lidera rankingu. Tuż za nim uplasował się budynek w kształcie koszyka (Ohio, USA), biblioteka przypominająca książki (Kansas, USA) i "jajeczny" zamek z Hiszpanii.

krzywy-domek.jpg

          Szczepana Szotyńskiego poznałem jakiś czas temu, gdy próbowałem poradzić sobie z kłopotami związanymi z moim domem. Szczepan jako architekt okazał się dobrym lekiem na moje bolączki, a na dodatek znawcą moich piosenek. Jak miałem takiego kogoś nie polubić?

szczepan-szotynski.jpg

         Ostatnio, gdyśmy się spotkali, opowiedziałem Szczepanowi, jak to świetnie w Asinym sklepie sprzedają się kalendarze z wizerunkiem jego dzieła - Krzywego Domku. Obruszył się. - To, Waldku, nie jest dzieło architektury tylko wydarzenie architektoniczne i tak należy je postrzegać. Co by jednak nie mówić o pięknie krzywego budynku, to i tak, mimo zawiści wielu ludzi, którzy na "Wydarzenie" to patrzą z niechęcią, zostało ono, obok mola i Opery Leśnej, atrakcją Sopotu. Nie każdy architekt, nawet bardzo wzięty, tak ma. A Szczepan tak ma i tak mu już zostanie, że będą go pamiętać po wsze czasy, i to nie tylko w Sopocie. Co ciekawe, byłem pewien, że przy projektowaniu swojego "Wydarzenia" Szczepan zerkał na kreskę Duńczyka Pera Dahlebera, który tak polubił Sopot, że się w nim na stałe osadził. Okazało się jednak, że inspiracją nie był sopocki rysownik, ani też sławny architekt Antonio Gaudi, lecz talent Jana Marcina Szancera, który ilustrował najpiękniejsze bajki z naszego dzieciństwa.

lokomotywa.jpg

         Jacek Karnowski, najbardziej przeze mnie lubiany prezydent w Trójmieście, który ostatnio, osaczony przez złych ludzi, walczy z kłopotami, tak tłumaczy i broni w gazetowym wywiadzie swojego prawa do podejmowania kontrowersyjnych decyzji: "... Podam jeden przykład:Krzywy Domek w Sopocie. Konserwator była przeciwna, a architekt miejski był na tak. Musiałem podjąć decyzję. I co? I mamy Krzywy Domek, który stał się symbolem miasta, który jest nagradzany w różnych konkursach architektonicznych. Ta decyzja okazała się trafiona..."

krzywy-domek-2.jpg

          Przy okazji tej naszej, ze Szczepanem, ostatniej rozmowy, ucięliśmy sobie też pogawędkę na temat losów Gdańska, miasta obu nam bardzo bliskiego.

panorama-gdanska-1940r.jpg

          Mało kto wie, że Szczepan jest gdańszczaninem z dziada pradziada. Jego dziadek Leon miał w Gdańsku przed wojną sklep spożywczy, niedaleko kościoła św. Brygidy, przy ulicy Stolarskiej (wtedy Tischlergasse), a ojciec, również Leon, pracował w przedwojennym Gdańsku w Polskiej Agencji Morskiej i był bardzo aktywnym działaczem polskich organizacji. Aresztowany został 1 września za działalność polonijną, tak jak Józef Tusk - dziadek obecnego premiera, i tak jak wielu innych, osiadłych w Gdańsku od pokoleń, Polaków. Zapędzony do Viktoriaschule, a potem do więzienia przy Kurkowej (wtedy Schiesstange), resztę wojny spędził w obozach: Stutthof, Sachsenhausen i Mauthausen-Gusen. Szczepan jest więc najjaskrawszym przykładem "nici" jakimi niby całkiem niemiecki i prosty Gdańsk był pozszywany z Polską. Jako architekt, którego dzieła i "Wydarzenia" architektoniczne budują Trójmiasto, jest symbolem tego, że "nić" Szotyńskich to rzecz mocna, która dobrze trzyma. Dobrze i prosto trzyma krzywo i krzywo dobrze trzyma prosto. Widziałem kilka dni temu przepiękny projekt Szotyńskich - Klubu Żeglarskiego w Sopocie. Prosto nie będzie.
01 lutego, 2009

Do góry nogami

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:37
          5 października ubiegłego roku, pisałem o swoich odwiedzinach w dziwnym miejscu, w Szymbarku, niedaleko Kartuz, gdzie zmyślny Kaszub postawił dom do góry nogami.

szymbark-k-gdanska.jpg

          Nie wiedzieć czemu, tę swoistą reklamę własnej firmy, która produkuje domy z drewna, Kaszub obudował martyrologią polską, w absolutnie sztucznym i naciąganym wydaniu, nazywając całą rzecz - Centrum Edukacji i Promocji Regionu. I to działa! Ludziska walą tam jak w dym. Ostatnio, ku swemu zaskoczeniu i rozbawieniu, na stronie www.albumpolski.pl znalazłem taką oto interpretację idei odwrotnego postawienia domu w Szymbarku: "...Jest tam też słynny dom stojący do góry nogami, symbolizujący walkę z przemocą i totalitaryzmem..." 
          Mój Boże. Jeżeli uznać, że Czapiewski dom postawił na dachu po to, by upamiętnić walkę z komuną i pokazać bezsens socjalizmu, to w takim razie co chciał wyrazić budowniczy z USA, który w Pigeon Forge wystawił taki oto budynek:

pigeon-forgetn-usa.jpg

A co upamiętniał architekt z Calgary w Kanadzie, który machnął sobie taką konstrukcję:

calgary-canada.jpg

          Jak z powyższego wynika, w Polsce do wszystkiego można dorobić ideologię. Ważne jest to, byśmy byli uciemiężeni, poniżeni, oszukani, sponiewierani i pobici. Ważne byśmy byli narodem cierpiącym i poszkodowanym. Tylko siąść i płakać. Najlepiej w Szymbarku przy piwie.

25 stycznia, 2009

Święta Helena

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:22
          By zapisać się w pamięci świata, należy uczynić wielkie dobro, albo wielkie zło. Odkryć nowy ląd, bądź nowy sposób wiercenia dziury w całym, internet, albo genialny przepis na życie, to oczywiście sposób na sławę i uznanie. Wywołać wielką wojnę, światowy kryzys, bądź do rozpaczy doprowadzić miliony, to znakomity sposób na dorobienie sobie gęby drania. Drania z przymiotnikiem wielki. Kto nic nie uczyni, przeminie jak nic. O małym dobroczyńcy ludzie pamiętać będą krótko - taka ludzka sprawiedliwość. Za to byle jaki złoczyńca jest w stanie przykuć naszą uwagę solidnie. Zło nas bardziej ciekawi.
Wystarczy zerknąć na TVN-24. O wielkich zbrodniarzach świat nie zapomni nigdy, choć nie nagrodzi ich pomnikami, by pamięć nie przeminęła, jak to uczyni z wielkimi dobroczyńcami. Nie każdy może być Michałem Aniołem, Kopernikiem, Billem Getsem czy Lechem Wałęsą. Tak jak nie każdy może być kimś, kto bezkarnie pozwala sobie pastwić się nad innymi w imię jakiegoś urojenia. By stać się kimś w rodzaju Alberta Einsteina trzeba się urodzić z odpowiednią ilością szarych komórek, ale by stać się synonimem zła? No właśnie. Okazuje się, że do złego też trzeba mieć talent. Być dobrym, czy być złym, trzeba być kimś. Zwykły cham, to ktoś z charakterem, tyle, że złym, a jak się ma charakter, nawet wredny, to się ma też wrodzoną inteligencją, a jak się ma wrodzoną inteligencję, to już niewiele trzeba, by stać się kimś. Chamem na przykład.
Przestrzeń, która istnieje między dobrem a złem, a więc miejsce bytowania przytłaczającej większości z nas, zostanie z pamięci świata wymazana, choć to my swoją, częściej dobrą niż złą, codziennością ten świat lepimy w jakąś logiczną całość.
          Radek, mój syn, będąc dorastającym młodzieńcem, odbył kilkumiesięczną podróż z Afryki Południowej, poprzez Karaiby do Europy. Popłynął jak wielcy odkrywcy - żaglowcem. I czuł się jak Kolumb za każdym razem, gdy widział ziemię. Któregoś dnia zobaczył wyspę św. Heleny.

wyspa-swheleny.jpg

Po zejściu na ląd i po wdrapaniu się na stromy klif, zwiedził dom, w którym dokonał żywota Napoleon Bonaparte.

dom-napoleona-na-wyspie-sw-heleny.jpg

I na pamiątkę zrobił zdjęcie pośmiertnej maski wielkiego... Wielkiego?

posmiertna_maska_napoleona_na_sw_helenie

I właśnie. Zastanawiam się kim był Napoleon? Dlaczego właśnie on? A bo, wpadłem, cholera, w nerwy przez takiego jednego na motorowerku, który zbluzgał mnie niemiłosiernie. Ponoć zbyt wolno wyjeżdżałem ze swojej bramy na ulicę i musiał czekać. Gdy zamurowany ilością chujów i kurew, jakie leciały pod moim adresem, gapiłem się na wrzeszczącego kurdupla w kasku, ten rzucił:
- I co się tak, kurwa, chuju gapisz, jak Napoleon na świętą Helenę.
Nabluzgawszy odjechał, a ja zostałem z pytaniem o Napoleona. Wielki, ale kto? Bo Helena, to wiadomo. Święta.
"A ja, co ja, co będzie ze mną" To chyba śpiewała Rodowicz. Też wielka.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY