05 maja, 2009

Zawsze po Katyniach będzie Jałta...?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:15
          Mierzi mnie, gdy dzisiaj marni historycy chcą, jako prokuratorzy i sędziowie cudzych sumień, bez znajomości materii i warunków, rozstrzygać, kto zdrajcą był, a kto bohaterem. Mało któremu przychodzi do głowy, że po 1945 roku innej, lepszej Polski, jak ta, która była, być nie mogło. Polacy nie mieli żadnego wpływu na to, jak będzie wyglądać świat po drugiej wojnie światowej. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, to można tylko nad nim ubolewać. Polska mogła być tylko gorsza. Namiestnik KC KPZR, który nawet pozorami niezależności by nas nie mamił, zarządzałby Krajem Nadwiślańskim jak własnym folwarkiem. Polacy mogliby się tylko zbuntować i wykrwawić do reszty, albo łudzić, że może tak źle nie będzie i próbować się w tym, co alianci zgotowali, zaaklimatyzować. Niech każdy sam sobie odpowie na pytanie, czy lepiej być narodem żywym, czy tylko legendą w historii? Daleki jestem od jednoznacznego potępiania ludzi, którzy zarządzali w tamtych czasach i w tamtych, przecież nie przez Polaków wymyślonych, warunkach.

studenci

          Ludzie są różni. Są patrioci i zdrajcy. Są mądrzy i głupi. Są utalentowani i przeciętni. I są obojętni, tacy, którym wszystko wisi i powiewa. Zazwyczaj czas pokazuje, czy w danym okresie lepiej dla Polski było być Kowalskim, czy Kościuszką. To czas decyduje o tym, czy dzisiejszemu zdrajcy nie przypadnie za pięćdziesiąt lat rola bohatera. Trzeba być ostrożnym z sądami, choć tak często trudno się powstrzymać.
          Kończę właśnie lekturę "Dzienników" Anny Kowalskiej, pisarki zaangażowanej w działalność Związku Literatów Polskich i przyjaciółki Marii Dąbrowskiej. Znalazłem tam taki fragment z 15 września 1966r. "...Obaj, i Pawełek [Hertz], i Zawieyski zgodzili się ze mną, że Polska jest w niebezpieczeństwie. Niemcy i Rosja urządzą przetarg w odpowiedniej chwili. Partia wierzy, że ustępując we wszystkim Rosji i potulnie spełniając jej życzenia, uzyska lepsze szanse dla kraju. Jakżeż oni się mylą. Moskale to świetni gracze, mogą stworzyć sytuacje nieoczekiwane, sprowokować zamieszki, wtargnąć, ukarać, zdmuchnąć cały rząd. Nie istnieje druga strona. Nie będzie, nie ma nikogo, kto by widział swój interes w bronieniu interesów Polski. Zawsze po Katyniach będzie Jałta..." (Anna Kowalska - "Dzienniki 1927-1969") O czym to świadczy?
          Rok 1966 to dziesięciolecie, siermiężnego, ale spokojnego rządu Gomułki, którego do władzy wyniosły okoliczności i sami Polacy, choć w niedemokratycznych warunkach. Jeszcze dwa lata było do antysemickiej hucpy i cztery do wydarzeń grudniowych. Notatka Kowalskiej świadczy o tym, że naród zdawał sobie sprawę w jakiej jest sytuacji. Kowalska należała do elity, ale ja pamiętam co się mówiło po kolacji u mnie w domu. To była wiedza powszechna. Dlatego nie można wydawać opinii, gdy się widzi tylko opakowanie. To, że ktoś był w latach socjalizmu dyrektorem szpitala, szkoły, czy PKP nie znaczy, że był sługusem Moskwy, choć biorąc pod uwagę tamten czas i dzisiejsze, niektórych "badaczy", kryteria oceny przeszłości, mogłoby się tak wydawać. Dlatego i na to, co się komu zdaje, też trzeba uważać. Czytając dzienniki z przeszłości łatwiej zobaczyć, jak było i co się zmieniło. Łatwiej osądzić i docenić. Łatwo też konstatować, że Niemcy i Rosjanie... Ale o miłości Gerharda Schroedera do Władimira Putina już pisałem.
29 kwietnia, 2009

Przepraszam za...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:46
          Kiedyś auta z Torunia jeździły z naklejką, która informowała, że "Toruń przeprasza za ojca Rydzyka". Bawiło mnie to, bo uważałem i uważam, że jest za co przepraszać. Wczoraj, podczas spaceru po dzielnicy Przymorze w Gdańsku okazało się, że Gdańsk też do jakiejś winy się poczuwa...

wiosna-kurski-0091

          Gdański poseł Kurski chce do Europarlamentu. Tak bardzo chce, że mając na uwadze kiepskie notowania i perspektywy w Gdańsku, chce sobą uszczęśliwić ludzi w Podlaskiem i na Warmii i Mazurach. Nie wiem, jakie grzechy popełnili pod Białymstokiem i co winni są Kurskiemu ludzie spod Augustowa, ale wiem, że mieszkańcy Olsztyna i okolic absolutnie nie zasługują na to, by mieć takiego reprezentanta. Z Krainą Tysiąca Jezior łączy mnie wiele dobrych uczuć i mam tam wielu przyjaciół, więc teraz mi wstyd, że my, gdańszczanie, podrzucamy Mazurom i Warmiakom takiego kandydata. Choć tak na prawdę, to on się tam sam podrzuca. A właściwie - narzuca.

wiosna-kurski-007

Kurski liczy na to, że "ciemnego ludu", który go kupi, jest teraz więcej nad jeziorami, niż nad morzem. Jestem pewien, że się przeliczy i przepadnie z kretesem. Tymczasem przyłączam się do przeprosin gdańszczanina, właściciela Skody, którą wczoraj spotkałem. Olsztyn zasługuje na więcej i mądrzej.


25 kwietnia, 2009

Wiosna się nam fotyguje

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:37
W moim ogrodzie...

wiosna-005

...wiosna jak malarz rozkłada między pierwszą zielenią delikatne żółcie, róże...

wiosna-013

i pastelowe fiolety. Ciepło.

wiosna-009

Przyjemnie posiedzieć, popatrzeć i nacieszyć oko. Wreszcie przyszła. Czereśnia kwitnie, zapowiadając kwieciem słodycz lata - i to mnie cieszy.

wiosna-016

Nie cieszy mnie natomiast kompromitacja hodowli politycznych kwiatków na trawnikach sejmowej zagrody. Z rosnącym rozbawieniem i kwitnącym zażenowaniem oglądałem niedawno panią Fotygę, która w naszym politycznym ogródku wciąż chce wyrosnąć na ładny kwiatek...

fotyga1

Nie zdaje sobie jednak Fotyga sprawy, że przy jej postrzeganiu świata będzie w tym ogródku zawsze irytującym chwastem, który się trzyma gleby tylko dlatego, że pewna, najpewniej niezbyt zorientowana i rozgarnięta, grupa kiepskich ogrodników zagłosowała kiedyś za głupotą, ksenofobią i kompleksami. Fotyga bez żenady mówi o sobie jako postaci legendarnej, której życiorys jest równy życiorysom najlepszych rodaków. Ten nasz Chrobry, Wałęsa, Piłsudski i Sobieski w spódnicy, nie dostrzega nawet jak bardzo wystawia się na śmieszność. Już ta wyjątkowa skromność kwalifikuje ją do wyplenienia z ogródka, a co dopiero mówić o tolerowaniu, choćby na ostatnim i najbardziej zacienionym trawniku. Tymczasem, nim ktoś w rządzie się opamięta i nie dopuści do wysłania tej "stokrotki" na światowe corso, lepiej posiedzieć na słonecznym, wiosennym trawniku i posłuchać co mówi prawdziwa stokrotka.

wiosna-022

Powie nam z pewnością, by się polityką na wiosnę za bardzo jednak nie fotygować.


21 kwietnia, 2009

Jaskułke wiosnę czyni

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:09
          Byliśmy już mocno zaangażowani w nagrania, gdy zjechał z jakiegoś festiwalu, z Francji. Przyjechał na moje i Wojtka Staroniewicza zaproszenie. Wojtek opowiadał o nim niesamowite rzeczy, to i nic dziwnego, że ciekawy byłem młodego pianisty, który wtedy, mając ledwie dwadzieścia lat, był już obsypywany nagrodami. Niektórzy nawet uważali, że jest objawieniem na jazzowej scenie. Wszedł do studia z łobuzerskim uśmiechem i miną gawrosza. Jakby niedbały i nonszalancki szybko przeszedł w stan skupienia. Pierwsze podejście do nagrania nie zadowoliło nikogo, drugie, choć było lepsze, też uznaliśmy za przestrzelone. Przed trzecią próbą pogadałem z nim o tekście, który napisałem do tego kawałka. Opowiedziałem mu co czułem w czasie, gdy go pisałem. Chciałem, by poczuł to samo. Nie wiem dlaczego, ale wtedy wydawało mi się, że mimo różnicy wieku jaka nas dzieli, gdy wejdzie w moją skórę i zrozumie, to kompozycja Eli Adamiak stanie się również jego przeżyciem. I tak się stało. Gdy skończył nagranie wszyscy biliśmy brawo. Wojtek, który napisał do tej piosenki dość rozbudowany aranż, doszedł do wniosku, że właściwie, to już nic więcej nie trzeba. I choć coś tam jeszcze dodał, to jednak fortepian pozostał w tej piosence filarem. Dla niego, młodego pianisty, muzyka prawie bez reszty jazzowego, udział w mojej sesji nagraniowej z pewnością był tylko przygodą, ale ja wspominam tamten czas i pracę z dużą satysfakcją.
          Sławek Jaskułke urodził się w Pucku w 1979 r. Obecnie prócz tego, że jest samodzielnym artystą i liderem grupy 3yo, gra też na stałe w kwartecie Zbigniewa Namysłowskiego. Komponował muzykę do filmów i spektakli teatralnych, a także brał udział w licznych projektach muzycznych znanych formacji jazzowych. Jak na tak młodego człowieka lista jego prac i nagród jest całkiem spora. W mojej pamięci Sławek funkcjonuje jako człowiek - dźwięk. Niezwykłą rzeczą jest słuchać jak gra, ale też patrzeć jak to robi. Kiedyś, gdy graliśmy w Warszawie koncert promujący moją płytę, siostra Asi powiedziała potem, że Sławek grał tak spontanicznie i żywiołowo, iż skupiał na sobie uwagę całej widowni. Nie byłem zły. Koncert się udał, a ja sam miałem wiele radości podglądając pianistę. Od tamtej pory kibicuję jego karierze. Nic też dziwnego nie ma w tym, że ucieszyłem się bardzo, gdy kilka dni temu dowiedziałem się, że na rynku jest kolejna Sławka płyta. Nosi tytuł Hong Kong i jest zapisem koncertu jaki odbył się w 9 listopada 2006 roku w Studio One Radia BH RTHK w Hong Kongu.

slawek-jaskulke-plyta

          Ucieszyło mnie też to, że w wydaniu płyty Hong Kong uczestniczył Marcin Jakobson. Ten, Asi i mój dobry i stary znajomy ze studenckich czasów i klubu Żak, jest dziś, jak słyszeliśmy, bardzo dobrym managerem, a to Sławkowi dobrze wróży. Nie pożałuje nikt, kto podzieli mój entuzjazm dla muzyki Sławka. Niewielu jest bowiem muzyków, którzy fantastyczny zapał i młodzieńczą energię potrafią precyzyjnie połączyć i finezyjnie osadzić w solidnych ramach muzycznej mądrości. Sławek to potrafi i z pewnością nie raz jeszcze o nim usłyszymy.
Cholernie późno się zrobiło. Noc jest i zimno za oknem. Nim pójdę spać posłucham sobie jeszcze "Cóż cień się kładzie". To melancholijna piosenka, ale co tam, niech Jaskułke wiosnę czyni.
12 kwietnia, 2009

Podróż sentymentalna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:41
          W pierwszą, ciepłą, wiosenną sobotę tego roku jechałem krajową siódemką w kierunku Warmii i Mazur. Na przednówku zawsze staram się pamiętać o Andrzeju Swacynie, moim przyjacielu i gitarzyście, który zmarł 5 kwietnia, dziewięć lat temu.

andrzej-swacyna

          A zdawałoby się, że wszystko było tak niedawno. Jakbyśmy wczoraj koncertowali w Krakowie. Jakbyśmy dopiero co, wraz z licznym gronem przyjaciół, wśród których była też, widoczna na zdjęciu poniżej, Grażyna Łobaszewska, razem, hucznie obchodzili moją "czterdziestkę". Jakbyśmy...

andrzej-swacyna-pierwszy-z-lewej-w-chylinski-i-grazyna-lobaszewska-1993r

          Byłem więc ze wspomnieniami w drodze. W radio cicho grała muzyka, a ja zastanawiałem się nad tym, czy przeszłość może rządzić przyszłością. Bezsprzecznym faktem jest, że to, co było, ma wpływ na to, co będzie, ale czy przyszłość tworzy się tylko przez doświadczenie i pamięć? Czy nie trzeba przypadkiem, prócz wiedzy, wplatać w tę twórczość choćby odrobinę fantazji i wyobraźni? Zatrważające jest jak łatwo dajemy się manipulować różnej maści i proweniencji "historykom". Przerażające jest jak łatwo ci znachorzy od przeszłości i siedmiu boleści przestawiają nam meble i urządzają mieszkanie.
          Zazwyczaj w Małdytach, jak tysiące innych kierowców, zdejmowałem tylko nogę z gazu, bo często stoją tam z radarem, i gnałem dalej. Jednak tym razem wspomnienia kazały mi skręcić przy restauracji i pojechać nad jezioro Sambród, które podchodzi swymi wodami pod małdycką stację kolejową.

jezioro-sambrod

          Co roku latem, dzieciakiem będąc, przepływałem tędy wraz z rodzicami naszą żaglówką do Iławy, na jezioro Jeziorak. Gdy usiadłem teraz na brzegu i zagapiłem się w dal, gdzie za szuwarami jest wejście do kanału, który prowadzi na jezioro Ruda Woda, zwane czasem Duckim, pamięć wyciągała na wierzch wspomnienia. Powinienem jechać dalej, bo czekano na mnie, ale nie mogłem się oprzeć chęci pozostania w okolicy jeszcze choć przez chwilę. Po kilku zakrętach zajechałem nad Rudą Wodę. To tu zawsze, pierwszy raz od wypłynięcia z Gdańska, stawialiśmy maszt i podnosiliśmy żagle. To tu paliliśmy pierwsze ogniska. To tu pierwszy raz Tata pozwolił mi żeglować samemu. Miałem wtedy sześć, może siedem lat. Ech...

wyjscie-z-kanalu-elblaskiego-na-jezioro-ruda-woda

          Ale czas gonił. Pół godziny później dojeżdżałem do Olsztyna, a strzępy wakacyjnych wspomnień, lekko przetarte z kurzu, znowu zaległy w pamięci. W Olsztynie czekał na mnie, tak jak rok temu, Romek Trębski, z którym w godzinę dojechałem do cmentarza w Karolewie. Chwila zadumy i modlitwy nad grobem Andrzeja. Świeczka zapalona na znak żywej pamięci o nim i czas... Gdyśmy z cmentarza wychodzili, żona Andrzeja - Ewa Swacyna, zadzwoniła do nas z informacją, że czeka na nas za Giżyckiem, w siedlisku, które jest własnością naszego wspólnego przyjaciela. Wymarzona pogoda pognała nas w tamtą stronę. Choć u Sławka byłem już razy parę, to za każdym razem brama wjazdowa robiła i robi na mnie wrażenie.

slawkowa-brama

          No i to siedlisko. Uroczysko prawdziwe. Zagubione wśród jezior i grzęzawisk, zaplątane w sieci polnych i leśnych dróg. Siedlisko, do którego za każdym razem dojeżdżam skołowany, z niewiedzą swego miejsca na mapie. To miejsce, odkryte kiedyś przez Andrzeja, który pierwszy - mimo ruin - zachwycił się nim od pierwszego wejrzenia, jest nadzwyczaj przyjazne.

mazurskie-siedlisko

          Andrzeja tu wciąż pełno. To on Sławkowi siedlisko to polecił i z ruin podniósł. To on wraz z tym i innym jeszcze, oddalonym o kilkanaście kilometrów dalej, równie uroczym siedliskiem budował swoje nadzieje na przyszłość. Tyle, że ta przyszłość jest już przeszłością, a Andrzeja tam pełno, bo wciąż go pełno w naszych wspomnieniach. 
         Gdyśmy już na dobre wysiedli z samochodu, czekała nas niespodzianka. Prócz Romka i mnie zjawiło się tego dnia na Mazurach jeszcze kilku przyjaciół Andrzeja. Była wśród nich też Asia Kuroń, której pamięć teraz do żywego bólu wypełniona jest Maćkiem. O nim także często gadaliśmy. Jego też często wspominaliśmy. Ale myliłby się ten, kto pomyślałby, że nie damy rady tej nostalgii. Wręcz przeciwnie, stało się tak, jak chcieliby tego i Andrzej i Maciek. Wina łyk, gitary dźwięk i radość ze spotkania, radość z życia, okraszona opowieściami z przeszłości i planami na przyszłość, dała nam dobry początek wiosennej biesiady na Mazurach. Kilka ballad i wszyscy znów byliśmy razem, jak za starych, dobrych czasów. Cud pamięci.

mazurska-biesiada

          W drodze powrotnej do domu usłyszałem jak prezydent przemawia do odznaczonych historyków z Instytutu Pamięci Narodowej. Mówił coś w tym rodzaju: - Odznaczenia te są nagrodą za waszą odwagę.
          Boże litościwy, odwaga to dobra rzecz u każdego człowieka, jednak zawodową odwagą niech się szczycą żołnierze, strażacy, policjanci i wszyscy ratownicy... ale historycy?! Niech historyk będzie rzetelny, skrupulatny, obiektywny, pracowity, wytrwały, rzeczowy i sumienny - ale odważny? A co do pracy historyka ma odwaga? Chyba, że to nie historyk, ale saper, któremu się krowi placek myli z miną przeciwczołgową. Ooo tak, historycy tacy, jak panowie Żaryn, Kurtyka i ci inni od wiedzy tajemnej o Wałęsie i wszystkich innych agentach, z pewnością mają odwagę. Odwagę wiejskich pastuszków, bawiących się w wojnę. Smród z tego dookoła wielki, ale oni są zwycięzcami. Ubabrani gnojem po uszy, ale szczęśliwi. Jak dzieci.
          Będą jeszcze poeci o nich zapominać. Będą bardowie o nich nie pamiętać.

gitary

          Pamięć trzeba troskliwie zachować. Pamięć należy systematycznie odkurzać i odświeżać. Pamięć powinno się pielęgnować. Pamięcią można się wzruszać i o pamięci trzeba pamiętać, ale z pamięci nie wolno robić szmaty do wycierania brudnych języków.
          Panie prezydencie Kaczyński. Daj pan spokój, bo wstyd. Sambród, to dobra nazwa dla jeziora, ale nie dla historii i polityki!
I obojętnie przez jakie "u" ten ...brud się napisze.

PS. Dzisiaj jest pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych, a jutro drugi - lany poniedziałek, więc wszystkim moim drogim odwiedzaczom tej strony życzę "ostrego dynga" - jak się mawia na Kaszubach. I dobrego wszystkiego po Świętach.

02 kwietnia, 2009

Napad

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:42
          Atak, jako czynność, najbardziej kojarzy mi się z wojną, zimą i meczem piłkarskim. Oczywiście zaatakować może wszystko wszystkich, zawsze, wszędzie i niespodziewanie. Słowo "niespodziewanie" jest najlepszym określeniem podstępność i skuteczność ataku. Gdy zima atakuje drogowców, to taki atak zawsze jest zaskoczeniem. Gdy Polska atakuje San Marino w meczu piłki nożnej, to zaskoczenia nie ma. Taki atak jest wynikiem świetnej strategii i niebywałych umiejętności naszych piłkarzy. Pamiętam doskonale, że kiedyś, bardzo dawno temu, na atak piłkarski mówiło się napad. Korynt, piłkarz gdańskiej Lechii, której kibicował mój ojciec, nie grał w ataku, ale w napadzie. Ktoś zamienił jednak słowo napad na atak, choć w wypadku naszej reprezentacji napad i atak, to to samo, co rozpaczliwa obrona. Nawet jak się wygrywa 10 : 0.
          Gdy napada kryzys lub choroba, to jest to niesprawiedliwość losu, a gdy Kaczyńscy i ich banda napadają na moje poczucie przyzwoitości, to jest to zwyczajne świństwo. Co jednak powiedzieć o napadzie spamów na mój blog? Ktoś, gdzieś zaprogramował jakiś komputer tak, że ten daremnie, bo i tak nie dopuszczałem do publikacji, wysyłał mi dziesiątki dziwnych treści dziennie sprawiając spory kłopot. Po co? Na co? Co się będę zastanawiał nad różnicą między napadem, a atakiem, gdy wróg leży już martwy u mych stóp. Przynajmniej chwilowo. W błogim poczuciu zwycięstwa nastawiam się teraz na napad wiosny, która lada moment powinna zaatakować ciepłym słońcem i soczystą zielenią. Mój dzisiejszy spacer po jelitkowskiej plaży najdobitniej świadczył o tym, że wiosna już łypie okiem na naszą dziedzinę. Wreszcie.

sopot-2-kwietnia-2009r

          W czasie, gdy trwały boje ze Spamami wziąłem udział w dwóch cudnych imprezach. Pierwsza z nich odbyła się w Elblągu i była koncertem na rzecz niesienia pomocy Januszowi Jędrzejewskiemu, muzykowi, nauczycielowi i kompozytorowi, który znalazł się w trudnej sytuacji zdrowotnej. Przyjaciele i koledzy, na czele których stanął Zbyszek Seroka

 zbyszek-seroka 

- świetny gitarzysta i szef zespołu Marcina Dańca, przygotowali koncert, w trakcie którego odbyła się aukcja dzieł sztuki podarowanych Januszowi przez licznych artystów. Były obrazy, rzeźby, fotografie, biżuteria i płyty, a wszystko to z dedykacjami dla nabywców. Miałem przyjemność brać w tym udział.

koncert-w-elblagu-230309r

          Koncert odbył się 23 marca, a w kilka dni później otrzymałem od Zbyszka wiadomość, że z Januszem jest lepiej. Daj Boże, by w tej poprawie choć mała cząstka była naszą zasługą. Zaś 27 marca wyelegantowany, wraz z Asią, udałem się do Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku, by cieszyć się z osiemdziesiątej trzeciej rocznicy urodzin najukochańszej naszej Przyjaciółki - Lucyny Legut, która przy tej okazji promowała swoją nową książkę pt. Romans kuchenny.

romans-kuchenny

         Sala Mieszczańska Ratusza ledwie mieściła gości, wśród których byli zacni artyści i władze miasta z prezydentem Adamowiczem na czele. Lucha siedziała na ukwieconym gdańskim krześle przyjmując życzenia i hołdy, a cały świat, lekko zawiany tego wieczoru, kręcił się wokół niej. Żałowałem, że przez pośpiech, w jakim wychodziłem z domu, zapomniałem aparatu i tego uroczystego zawirowania nie mogłem uwiecznić, ale wierzcie mi na słowo ? było świetnie. Wracając nocą do domu rozglądałem się bacznie, czy aby zza rogu nie napadnie na mnie zima, jak to się zdarzyło kilka dni wcześniej, gdy wróciłem z Elbląga.

ostatni-atak-zimy

Nie napadła, za to rano dopadł, napadł, zaatakował i sponiewierał mnie zwykły, najzwyklejszy kac i... "znowu świt mnie mgłą zaskoczył..."
25 marca, 2009

Słowo

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:19
          Ile słowo znaczy przekona się każdy kto na nie liczy. Ulotne, nieuchwytne, zrodzone z drgań powietrza i myśli, z doświadczenia i planów, przelatuje obok nas, niekoniecznie chętnie słyszane. Dla jednych jest strzępkiem urwanym z szarego płótna przykrywającego zwykły dzień, dla innych, z trudem pielęgnowanym krzakiem w ogrodzie niezwykłych doznań. Bywa pospolitym zabójcą ciszy, ale bywa też muzyką dla pragnień. Będąc przysięgą powinno być świętością, będąc wyznaniem, bywa tragedią. Ze słodyczy łatwo w gorycz popada, a gdy czekaniem jest, staje się torturą. Słowo. Słowo rzeczą się staje, gdy rzecz nazwiesz i rzecz słowem się staje, gdy rzecz nazwiesz. Tylko nienazwane jest tajemnicą, ale cóż, tajemnice nie mają słów.
Takie i inne myśli chodzą mi po głowie za każdym razem, gdy sięgam po powieść "Hanemann", której autorem jest Stefan Chwin.

stefan-chwin-2.jpg

          Jest w "Hanemannie" rozdział "Lawenda", rozdział, do którego najbardziej lubię wracać. Tam słowa przedstawiają nowym lokatorom rzeczy lokatorów, którzy odeszli. Tam rzeczy niemieckie dają się nazywać na nowo, po polsku, odsłaniając swym przeobrażeniem tajemnicę dziania się historii. A "...gdy o północy Mama stanęła w wannie i Ojciec cieplutką wodą umył jej plecy..." słowa nazywają jeszcze miłość, której można nie nazywać słowami.
W jakiś czas po przeczytaniu "Hanemanna", gdy siedziałem nad kartką czystego papieru i niezdarnie próbowałem kilka zwykłych słów zestawić w wiersz, niespodziewanie zaczęło się pisać. Gdy się napisało, wiedziałem, że napisane zawdzięczam Stefanowi i jego książce. To, co na kartce leżało było dość wyraźnym odbiciem obrazu ludzi, których już kiedyś poznałem. Patrzyłem na nich, i jakbym widział rodziców narratora powieści "Hanemann", biorących w posiadanie nowy dom, nowe rzeczy i nowe życie, czy jakbym widział Stefana i Krysię, czule wspartych o siebie na zdjęciu w oliwskim parku. I byliśmy to my, bo jakbym widział też Asię i siebie przy czułej porannej kawie i ciepłej rozmowie. Tak, te słowa, choć ich nigdzie nie było, same do mnie przyszły, wprost z powieści o domu przy ulicy Grottgera: "...Budzisz mnie ciepłym słowem..." A potem samo się napisało i samo się zaśpiewało, gdy do tekstu, Wojtkowi Staroniewiczowi samo się skomponowało muzykę. Tak powstała jedna z moich najważniejszych i najprawdziwszych piosenek: "Słowa, słowa".
Warto uważać na słowa. Nigdy nie wiadomo ile znaczą.
25 marca, 2009

Jak dobrze mi - bis

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:12
          Oto dowód! Ci, którzy weszli dzisiaj w nocy na moją stronę zauważyli, że wpis "Jak dobrze mi" zniknął. Sprzątam więc bałagan i będzie za chwilę jak było. Nie znoszę głupiej roboty. Może administrator Miłosz wpadnie niedługo na ślad "licha". Wkrótce nowe wypracowanie. Pozdrawiam.
         "Jak dobrze mi" z 13 marca 2009r.  Nie da się ukryć, że coś złego dzieje się na serwerze, na którym umieszczona jest moja strona. Gdzieś tam, w bebechach administracyjnych siedzi jakiś diabełek i co rusz miesza we wpisach. Po takim zamieszaniu zmuszony jestem bałagan sprzątać i przywracać wszystko na swoje miejsce. Dlatego nie dziwcie się moi kochani przyjaciele -czytelnicy, którzy automatycznie powiadamiani jesteście o moich nowych wypracowaniach, że zaglądając na stronę nie znajdujecie niczego nowego. Jest nadzieja, że opiekunom mojej witryny uda się wreszcie namierzyć diabełka i jakoś go poświęcić. Zanim to nastąpi ten wpis też pewnie parę razy zniknie i parę razy powróci na swoje miejsce. Tymczasem za ewentualne niespodzianki i rozczarowania -przepraszam.

          Moje wspomnienie o zespole BOOM sprawiło, że wiele osób odświeżyło sobie pamięć, a wiele, pewnie młodszych, zainteresowało grupą. Nie ukrywam, że to radość dla autora. Mam więc jeszcze coś. W swoich zbiorach odkopałem zdjęcie z 1974 roku. Zdjęcie zostało zrobione najprawdopodobniej w Żaku, w trakcie Bazuny, w żakowskiej kawiarence. Dlaczego i czym ( wygląda to na chleb razowy) karmię Darka Dziadkiewicza, nie pamiętam, ale fakt jest faktem, że tak było:

darek-dziadkiewicz-i-ja.jpg

          Oj, miało się kiedyś włosy!  A tak, w części, wyglądał zespół BOOM i Darek na Bazunie w roku 1973. Zdjęcie to jest też dowodem na to, że do warszawskiej grupy dochodziły różne osoby w różnych okresach. Jak wyjaśnił Janusz Lipiński na zdjęciu prócz Darka i Mirka Nawrockiego, który zamieszkuje obecnie Kanadę, jest też śpiewająca skrzypaczka Ewa Jurkiewicz, którą losy rzuciły do Finlandii

darek-dziadkiewicz-i-zespol-boom.jpg

          Przy okazji, dzięki Markowi Skowronkowi, wszedłem w posiadanie powyższego zdjęcia i oryginalnego nagrania turystycznej piosenki zespołu BOOM. Skomponował Darek tę piosenkę ponoć w pociągu, jadąc do Gdańska, a nagrania dokonano w dzień później, w czasie koncertu na studenckim przeglądzie Bazuna-1973. Piosenka nosi tytuł "Jak dobrze mi" i umówmy się, że tak właśnie jest nam wszystkim, póki nie ma wiosny. I co z tego, że dzisiaj jest piątek i trzynasty?!
12 marca, 2009

Życie z PZU-Życie, ale nie wiadomo po co

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:40
          Maja kochana Mama zleciła mi dzisiaj wpłacić w PZU-Życie swoją składkę na życie, którą wpłaca od 50 lat. Do tej pory składki wpłacała w Gdańsku, ale w tym roku, ponieważ od kilku lat mieszka z nami, postanowiła, że przeniesie je do Gdyni. By sprawie nadać bieg wypełniła formularz, jaki otrzymała rok wcześniej w PZU-Życie w Gdańsku, wręczyła mi swój dowód i pieniądze, po czym wyprawiła mnie do miasta. Mając na uwadze fakt, że oto zaraz spełnię dobry uczynek, w znakomitym humorze zajechałem pod oddział PZU-Życie przy Placu Kaszubskim 8 w Gdyni.

gdynia09.jpg

          Nie wiedziałem, że zamiast radośnie zmierzać ku ubezpieczycielowi, powinienem raczej włożyć na siebie worek pokutny i biczując się okrutnie czołgać do jego drzwi, prosząc, by było mi - załatwione. Niewpłacenie kolejnej raty oznacza bowiem zerwanie umowy i Mamina sumienność w płaceniu ubezpieczenia zdałaby się psu na budę.
          Przywitała mnie chuda dzierlatka, z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką, która, gdy usłyszała o co chodzi, zaczęła przede mną roztaczać nie najlepszą wizję mojej przyszłości. Najpierw się dowiedziałem, że Mama powinna pofatygować się do niej osobiście i podpisać prośbę o przeniesienie, a potem, albo czekać, aż Gdańsk prześle papiery i wtedy jeszcze raz się pofatygować, albo te papiery dostarczyć do Gdyni samemu. Na moje stwierdzenie, że Mama jest osobą starszą i niekoniecznie lubi fatygować się osobiście, chuda, z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką, ustąpiła informując, że Mama może wszystko podpisać w domu, ale musi być to poświadczone przez pana, wójta, lub... plebana.
Myślałem, że się przesłyszałem, ale nie, chodziło o księdza. W ten sposób dowiedziałem się, że w Polsce ksiądz jest urzędnikiem państwowym władnym poświadczać, co jest prawdą, a co nie. Lekko skonfundowany doszedłem do wniosku, że prościej, niż szukać księdza, co Maminkę mogłoby wystraszyć, pojadę do domu, powiem, że nie czas na wygodne życie w fotelu i zawiozę do chudej z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką.
          Jak pomyślałem, tak uczyniłem. Maminka zadowolona nie była, ale ubrała się najszybciej jak mogła i gdy już jechaliśmy do źródła ubezpieczeń, ni to do mnie, ni do siebie, rzekła - Co robić? Widać biurokracja, jak ja, wciąż żyje.
Gdy razem przekraczaliśmy próg gdyńskiego oddziału PZU - Życie przy Placu Kaszubskim, zauważyłem na twarzy chudej - z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką - kwaśny uśmiech z domyślnym westchnieniem w tle - O Boże, ten znowu tu. Przybycie Mamy, wylegitymowanie się i osobiste podpisanie formularza nic nie pomogło. Chuda - z nie wiadomo po co rozpiętą bluzką - powiedziała, że jej przykro, ale ona, urzędniczka oddziału Życie w Gdyni, nie może połączyć się z oddziałem Życie w Gdańsku, by ściągnąć odpowiednie dane, bo nie może. Ich komputery właśnie tak mają, a właściwie, to tak nie mają.
          W ten sposób dowiedzieliśmy się, że PZU-Życie jest martwe. Gdy wróciliśmy do domu zadzwoniłem pod numer PZU-Życie 801-102-102.
Nie wiem czy pani, która odebrała mój telefon była chuda i czy miała, nie wiadomo po co rozpiętą bluzkę, czy może siedziała zapięta po szyję, ale powiedziała dokładnie to samo, co rozpięta z Placu Kaszubskiego - podpis może poświadczyć ksiądz. Powiedziałem - Amen i... 

mama.jpg

...zabrałem Mamę, dla ukojenia nerwów i przywrócenia życiowej równowagi, na spacer. Pojechaliśmy nad nasze ulubione jeziorko odnaleźć wiarę w życie i nadzieję na lepsze. Pojechaliśmy poszukać oznak wiosny w przyrodzie. Niestety, jeziorko nasze spało
jeszcze skute lodem.

szukam-wiosny-071.jpg

Na ścieżkach resztki śniegu trzymały las w zimowych ryzach.

szukam-wiosny-028.jpg

A, że będzie tu wkrótce zielono zaświadczał tylko mech ustrojony zeszłorocznymi szyszkami.

szukam-wiosny-051.jpg

          Gdyby się dobrze wsłuchać w tę leśną ciszę mógłby człowiek usłyszeć puls życia w niby martwej przyrodzie, która najwyraźniej jest już przy nadziei. I tylko patrzeć, i tylko patrzeć jak...
         Gdyby jednak z tego lasu wrócić na Plac Kaszubski do ...Życie, to ile by się człowiek nie wsłuchiwał, prócz rady, by wezwać księdza, nic nie usłyszy. Po jaką cholerę się ubezpieczać, lepiej się modlić.
04 marca, 2009

BOOM

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:58
          Och, gdyby dzisiaj nagle pojawiło się w prasie zaczarowane słowo boom, wszyscy odetchnęliby z ulgą. Teraz, gdy z każdego kąta wyziera widmo wszechogarniającego kryzysu, boom byłby nadzwyczaj pożądanym i oczekiwanym darem bożym.
Mam jakieś dziwne przeczucie, że Bóg lubi biednych, więc mamy spore szanse w niedalekim czasie, by się nami zajął.
          Tymczasem, na przekór całemu ekonomicznemu złu, postanowiłem, że u mnie już dzisiaj będzie boom. I to jaki boom. Boom przez duże B. Mam w pamięci taką scenę...
Jest późna jesień 1973 roku, a ja siedzę w bufecie dla artystów w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Czekam, jak wielu moich przyjaciół z tamtych lat, na koncert, który mamy zagrać wieczorem. Nagle otwierają się drzwi i do bufetu wchodzi piękna, złotowłosa dziewczyna. Za nią wchodzą jeszcze dwaj faceci z gitarami, ale to ona skupia na sobie uwagę wszystkich.

ania-lecka.jpg

          Gdy tamci dwaj wyjmują gitary i zaczynają je stroić, dziewczyna siada na parapecie okna i uśmiechając się do wszystkich, z pewną nieśmiałością, a może kokieterią i mówi - Cześć. Patrzę się na tę Zjawę i jej gitarzystów, i mam nieodparte wrażenie, że już gdzieś ich widziałem. Chwilę później w mojej głowie, w ślad za dźwiękami akordów, jakie brzmią pod palcami jednego z muzyków, pojawia się piosenka, która zaczyna się od słów "Słońce, słońce w ramionach...". Wszystko staje się jasne. Ta dziewczyna, to Ania Łencka, a ci gitarzyści, to Janusz Lipiński i Darek Dziadkiewicz, który zaczyna też wygrywać na flecie. Wszyscy razem tworzą zespół o nazwie Boom. Wiosną tego roku wylansowali przebój, piosenkę "Miłość" na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu i zostali tego festiwalu laureatami, a ja ich znam z Bazuny, ale bardziej z telewizji. Tak się zaczęła moja znajomość z zespołem Boom.

boom-riviera75-z-lewej-ania-ckazip.jpg

         Pamiętam jeszcze, że gdy przyszła kolej na występ grupy Boom, poszedłem na widownię, by jej posłuchać. Po oklaskach, ukłonach i bisach, wróciłem za kulisy oczarowany, bo prócz piosenki "Miłość", której tekst jest fragmentem wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, "boomowcy" zaśpiewali jeszcze kilka innych, świetnych piosenek, a wśród nich i tę, tworzącą niezwykły klimat, kompozycję - "Ciepło", do której muzykę wymyślił Janusz Lipiński posługując się fragmentami wiersza Federica Garcii Lorki.           Ania, Janusz i Darek byli filarami grupy, zespół zaś w swoim czasie był liczniejszy. Oprócz Ani, śpiewały jeszcze Małgosia Prejzner i Iza Wagner, a także Mirek Nawrocki i Krzysiek Ciepliński.

boom73fotkarpinski.jpg

          Wraz z Boomem miała Warszawa swój dobry czas na poezję śpiewaną. Janusz już wtedy, oprócz niewątpliwych talentów muzycznych, wokalnych i kompozytorskich, wykazywał się także talentem menedżerskim. Jako współzałożyciel zespołu, którego drugim twórcą był Darek Dziadkiewicz,  dbał Janusz o repertuar grupy, dostarczając jej wciąż nowe piosenki. Do niektórych czasem nawet sam pisał teksty, z całkiem niezłym skutkiem. czasami w nagraniach grupy Boom brał udział świetny gitarzysta - Rysiek Sygitowicz, członek wielu zacnych kapel, w tym Perfectu i wtedy było już naprawdę pięknie.
          Dziesiątki lat minęły, a ja wciąż wspominam Boom. Tym łatwiej mi to przychodzi, że kilka lat temu moja znajomość z Januszem Lipińskim i Darkiem Dziadkiewiczem odnowiła się. Janusz jest prezesem zarządu firmy Synergia 99, zajmującej się inwestycjami. Choć z krwi i kości jest warszawiakiem, to w związku z pracą często bywa, by nie rzec - mieszka, w Trójmieście. Firma Janusza miała pomysł na wybudowanie w centrum Gdańska tzw. Młodego Miasta. Nim jednak Prezes przygotował teren pod budowę Młodego Miasta, zarządzał nim tak, by w postoczniowych, pustych obiektach rozkwitło młode życie artystyczne. Artysta rozumiał artystów, toteż i nic dziwnego, że pisali o nim tak: "...Już kiedyś o tym wspominaliśmy, firma Synergia 99 kierowana przez człowieka o wielkiej otwartości i wyobraźni - Janusza Lipińskiego - gospodaruje całym postoczniowym terenem i właśnie w taki sposób potrafi się nim dzielić. Już teraz działają tam kluby, grupy muzyczne i teatralne, jest galeria, a tak naprawdę każdy z pomysłem na zagospodarowanie wybranego miejsca może liczyć na pomoc..."
          Janusz jest uroczym człowiekiem, z którym spotkania zawsze "wypalają". Jakiś czas temu, gdy nagrywaliśmy z Beatą Bartelik w studio Radia Gdańsk, Janusz bardzo chętnie w czasie jednej z sesji nam towarzyszył. A wczoraj wpadł do nas na gołąbki. Nie zdarzyło się jeszcze nigdy, bym spotykając się z Januszem, nie poprosił go o jakąś piosenkę. Wczoraj wieczorem zaśpiewał kilka, a w tym i tę, jedną z ładniejszych, jakie znam, którą skomponował do słów Lucjana Radzikowskiego -"Goniąc miłość" .

janusz-lipinski.jpg

          Przy pysznych gołąbkach śpiewaliśmy i gadaliśmy o ważnych i nieważnych sprawach. Wspominaliśmy też tamte czasy i tamtych ludzi. Wspominaliśmy Darka. Darek prezesuje dzisiaj Komunikacji Miejskiej w Tarnobrzegu. Odzywa się czasem przez internet. Janusza wciąż ciągnie do muzykowania. Na początku marca w olsztyńskiej filharmonii będzie nagrywał materiał na płytę "Ptaki powrotne". Będą to jego kompozycje do wierszy Baczyńskiego, które zaśpiewa Basia Raduszkiewicz. A Ania? Złotowłosa Ania zmarła kilka lat temu i czas jej oraz jej "Miłość" można dogonić już tylko w myślach.

PS. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak zespół BOOM śpiewał w Opolu piosenkę "Miłość", to proszę kliknąć pod ten adres: http://www.youtube.com/watch?v=asoR37WwzwI 
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY