31 maja, 2009

Dzień czegoś ekstra

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:14
          Że w każdym tkwi dziecko, prawdą jest banalną. Teraz, kiedy w swoim bagażu dźwigam więcej lat niż chciałbym, to dziecko, które żyje we mnie, dokazuje coraz bardziej. Prócz tego, że bywa nieznośne i zadaje głupie pytania, to jeszcze przy każdej okazji oczekuje łakoci. Wydziera się, gdy zapomnę o słodyczach i mimo, że mi to nie służy, muszę zawsze mieć dla niego coś ekstra. Kiedyś na Dzień Dziecka dostałem psa. Sztuczny był, bo chyba ja dla rodziców byłem zbyt prawdziwy. Ale pamiętam go do dzisiaj.

dzien-dziecka

          Teraz, kiedy jestem już na tyle dorosły i na tyle sztuczny, że mało co mnie dziwi, z okazji Dnia Dziecka mogę sprawić sobie coś prawdziwego. Nie, niekoniecznie prawdziwego psa. Pierwszego czerwca mógłbym podarować sobie coś ekstra. Ot, choćby - prawdziwy kawałek zdrowego rozsądku, który pozwoliłby mi przestać się dziwić. Co to znaczy? Ano to, że z wyrozumiałością patrzyłbym od jutra na urzędnika, który widzi literę prawa, ale nie widzi mnie, że z uśmiechem traktowałbym gościa, który chce mnie oszukać i myśli, że ja tego nie wiem, że z przyjemnością odwiedziłbym lekarza, który nie ma dla mnie czasu i z zachwytem słuchałbym przemówień Pana Prezydenta. Wszystkim dzieciom, które w nas tkwią, z okazji Dnia Dziecka życzę czegoś naprawdę ekstra. Tylko nie naszej normalności.
26 maja, 2009

W maju nie tyka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:25
          Maj jest u nas miesiącem imienin. Ja przyjmuję życzenia 5 maja, a Asia 24. Ja specjalnej wagi do imieninowych obchodów nie przykładam, uważając, tak jak mój ojciec i jego ojciec, który z kolei wiedział to od swojego ojca, że tylko rocznica urodzin jest dniem w życiu człowieka znaczącym, bo człowiek jest jak zegar w bombie, tyka i tyka, i nigdy nie wiadomo kiedy się zepsuje i stanie, a kiedy wybuchnie. Jasnowidzem jest ten, kto przewidzi kolejność wymienionych czynności. Jeżeli więc nie masz daru jasnowidzenia, a przez ostatnie swoje dwanaście miesięcy się nie zepsułeś i nadal tykasz, to musisz wybuchnąć. Mniemam, że stąd ta mądrość na Pomorzu, która uznaje wyższość urodzin nad imieninami.
Asia natomiast, niewiasta spokojna i zrównoważona, która na świat patrzy z łagodnym optymizmem, imieniny przedkłada nad datę urodzin.

asia

I ja się wcale Asi nie dziwię, bo jak ktoś ma takiego męża jak ja, to mu ani psuć się nie wypada, ani wybuchać. Najlepiej w tej sytuacji obchodzić... imieniny.
Nie wymyślę nic specjalnego, prezentu nie dobiorę, nie zaskoczę nadzwyczajnym, nie ujmę szczególnym, ale za to w kącie wymruczę coś czasem o tym, że nie jest tak źle. Wszystkim, którym w maju nie tyka, życzę, by tak jak nam...

stare-dobre-malzenstwo

...nie było źle. I niech się spełni. Niech w maju nie tyka.
20 maja, 2009

Niemcy nie kolaborowali...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:57
          Najnowszy wykład o świadomości Niemców przyniósł poważny Der Spiegel. Podobno, gdyby nie polscy chłopi, to Holokaust byłby o wiele mniejszy, niż był. To tak jakby "ostateczne rozwiązanie" samo w sobie nie określało zakresu działania.
Wychodzi na to, że to my, Polacy, jesteśmy współwinni rzezi jaka się dokonała w czasie II wojny światowej. Podobno Francuzi i Włosi już mają kaca po tym, jak wymordowali Żydów, a Polacy wciąż się wypierają. Można się domyślać, że naród niemiecki, który teraz wywodami w swojej gazecie przybiera pozę sędziego, chce udowodnić światu, że nie rozpętał najgorszej z wojen, fanatycznie nie popierał Hitlera i w ogóle nie kolaborował ze sobą.
Mnie się chyba śni, gdy patrzę na zdjęcia zrobione w Gdańsku w 1939 roku. Niemcy w całej Rzeszy, tak jak w Gdańsku , powitali Hitlera chłodno, by nie rzec - z niechęcią.

hitler_dluga_gdansk-1939

          Przecież to niemożliwe, że naród Beethovena, Wagnera, Goethego i Schillera sam wpadł na to, by fotografować się na tle mostów, które zdobywał dla idei mającej wieść go po tych mostach ku wspaniałej, lepszej, niemieckiej przyszłości.

niemieckie-zbrodnie

          Bez chętnych polskich chłopów, których, jako jedynych w Europie, wcale nie trzeba było straszyć karą śmierci za pomoc Żydom, niemieccy rycerze i obrońcy europejskiej kultury byliby mordowali o wiele mniej. Z pewnością. A może wcale by nie mordowali? Bo gdyby nie było Żydów, Nobla i dynamitu, chemików, którzy wymyślili gaz i gdyby nie było samochodów, które wytwarzają spaliny, a także skautów w Anglii, to kto by wpadł na pomysł, by organizować jakieś obozy. Kto by tam myślał o komorach gazowych, masowych egzekucjach, zakładnikach, torturach, łapankach i całej tej morderczej machinie. Przecież nie Niemcy, bo przecież to jasne, że Niemcy nie kolaborowali z Niemcami i do dzisiaj właściwie nie wiadomo dlaczego w 1945 roku, w tym samym Gdańsku tak beznadziejnie musieli się z Hitlerem żegnać.

ucieczka-niemcow-gdansk-1945-r

          Der Spiegel chyba wie, więc mówi - Co złego to nie my. Trudno się nie wkurzyć widząc, jak porąbało Niemców dokumentnie. Z takim oglądem historii, to my się z sąsiadami nie dogadamy. Polacy, jako naród nie byli i nie są aniołami, są wśród nas tchórze, złoczyńcy i degeneraci, ale najgłupszy historyk wie, że Polska, jako kraj i naród, była jednym z niewielu państw, które w tamtych czasach kolaboracją z Niemcami się nie zhańbiły. Natomiast Niemcy z Niemcami kolaborowały, aż do utraty tchu. Czas mija i chyba dech niektórym Niemcom wraca. Szkoda, że nie rozum.
14 maja, 2009

Starość nowych czasów

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:02
          Jakoś tak się w moim życiu ułożyło, że tereny na zachód od Trójmiasta były mi do tej pory prawie obce. Bywało, że odwiedzałem Szczecin, do którego mam specjalny sentyment, ale Koszalin i Słupsk zaszczycałem sobą tylko przejazdem. W żaden sposób moje podróże nie czyniły z tego krańca Kaszub i Prus Zachodnich zakątka bliższego mi, choćby trochę. Dopiero ostatnio słowińska kraina, jeszcze nie tak dawno rządzona przez pruskich junkrów, za sprawą dwóch zaprzyjaźnionych z nami Kryś, które w Smołdzińskim Lesie pobudowały pensjonaty, zaczęła zwracać na siebie moją uwagę. W ramach tej uwagi niecałe dwie niedziele temu wypuściliśmy się z Asią do Kluk.

kluki-i-asia

          Kluki to wieś położona w Słowińskim Parku Narodowym, nad jeziorem Łebskim, niedaleko jeziora Gardno i prawie dziewiczego jeszcze brzegu Bałtyku. Atrakcją Kluk jest skansen - rekonstrukcja osady rybackiej...

kluki-szopa-rybacka

... z zachowaną zabudową szkieletową budynków krytych strzechą lub gontem.

kluki-dom

          Jadąc tam liczyliśmy na zaciszną, stylową Karczmę z dobrą kuchnią, a trafiliśmy na kiepski jarmark zwany "Czarnym Weselem", który co roku otwiera sezon. W zamian za bilet w cenie 12 złotych od osoby (żal mi było rodzin z kilkorgiem dzieci) mogliśmy pospacerować wśród nazbyt obficie smażonych kiełbasek, piwa i piwoszy, stoisk z tandetą, a także...

kluki-tandeta

... wśród dawnych przyśpiewek śpiewanych z przytupem przez śliczne, choć smutne dziewczyny z miejscowego zespołu ludowego.

kluki-zespol-ludowy

          I pewnie nie byłoby o czym pisać i czego wspominać, gdyby nie wnętrza zachowanych od XVIII i XIX w. chałup. Kiedy moja Mama, w latach sześćdziesiątych XX w., postanowiła pokazać mi swoją rodzinną wieś pod Siedlcami, to sypialnia wujostwa wyglądała prawie tak samo jak dzisiaj ta w Klukach.

kluki-wnetrze-domu-sypilania

Podobnie było z kuchnią.

kluki-wnetrze-domu-kuchnia

          I pomyśleć, że jeszcze czterdzieści lat temu domy pod Siedlcami wyglądały prawie tak samo jak chałupy pod Słupskiem lat temu prawie dwieście. Wracając do Gdyni miałem wrażenie, że czas dla różnych nacji, żyjących od siebie o rzut kamieniem, niezwykle różnie płynął. Było w tym wrażeniu i myśleniu coś jeszcze - czułem się, ja urodzony z ojca pomorzanina i matki podsiedlczanki, jakbym należał do dwóch światów na raz, które w mojej osobie, w tym czasie i w tym miejscu, łączyły się ze sobą w jedno. Piszę, to co piszę, używając komputera. Za chwilę jednym kliknięciem spowoduję, że kto będzie chciał, będzie mógł to czytać.           Wiem, że prócz wielu ludzi z Polski, moją stronę odwiedzają też ludzie z Niemiec, Szwecji, Belgii, Anglii, Rosji, Ukrainy, Francji, a także Australii. We wszystkich tych krajach w nowoczesnych i podobnych do siebie kuchniach stoją podobne lodówki, a w telewizorach leci podobny, i pewnie tak samo marny, program. Różnica czasu znika za sprawą jednego klawisza w klawiaturze komputera. Wszystko staje się jednym, prócz pamięci, tradycji i zwyczaju. Chyba przyszły dobre czasy. Tylko na jak długo? Jak długo będzie się nasza stara mentalność zmieniać w nową i jakie jej przyjdzie przejść jeszcze granice, by to nowe bezboleśnie przyswoić? A wybory do Parlamentu Europejskiego tuż, tuż...
05 maja, 2009

Zawsze po Katyniach będzie Jałta...?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:15
          Mierzi mnie, gdy dzisiaj marni historycy chcą, jako prokuratorzy i sędziowie cudzych sumień, bez znajomości materii i warunków, rozstrzygać, kto zdrajcą był, a kto bohaterem. Mało któremu przychodzi do głowy, że po 1945 roku innej, lepszej Polski, jak ta, która była, być nie mogło. Polacy nie mieli żadnego wpływu na to, jak będzie wyglądać świat po drugiej wojnie światowej. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, to można tylko nad nim ubolewać. Polska mogła być tylko gorsza. Namiestnik KC KPZR, który nawet pozorami niezależności by nas nie mamił, zarządzałby Krajem Nadwiślańskim jak własnym folwarkiem. Polacy mogliby się tylko zbuntować i wykrwawić do reszty, albo łudzić, że może tak źle nie będzie i próbować się w tym, co alianci zgotowali, zaaklimatyzować. Niech każdy sam sobie odpowie na pytanie, czy lepiej być narodem żywym, czy tylko legendą w historii? Daleki jestem od jednoznacznego potępiania ludzi, którzy zarządzali w tamtych czasach i w tamtych, przecież nie przez Polaków wymyślonych, warunkach.

studenci

          Ludzie są różni. Są patrioci i zdrajcy. Są mądrzy i głupi. Są utalentowani i przeciętni. I są obojętni, tacy, którym wszystko wisi i powiewa. Zazwyczaj czas pokazuje, czy w danym okresie lepiej dla Polski było być Kowalskim, czy Kościuszką. To czas decyduje o tym, czy dzisiejszemu zdrajcy nie przypadnie za pięćdziesiąt lat rola bohatera. Trzeba być ostrożnym z sądami, choć tak często trudno się powstrzymać.
          Kończę właśnie lekturę "Dzienników" Anny Kowalskiej, pisarki zaangażowanej w działalność Związku Literatów Polskich i przyjaciółki Marii Dąbrowskiej. Znalazłem tam taki fragment z 15 września 1966r. "...Obaj, i Pawełek [Hertz], i Zawieyski zgodzili się ze mną, że Polska jest w niebezpieczeństwie. Niemcy i Rosja urządzą przetarg w odpowiedniej chwili. Partia wierzy, że ustępując we wszystkim Rosji i potulnie spełniając jej życzenia, uzyska lepsze szanse dla kraju. Jakżeż oni się mylą. Moskale to świetni gracze, mogą stworzyć sytuacje nieoczekiwane, sprowokować zamieszki, wtargnąć, ukarać, zdmuchnąć cały rząd. Nie istnieje druga strona. Nie będzie, nie ma nikogo, kto by widział swój interes w bronieniu interesów Polski. Zawsze po Katyniach będzie Jałta..." (Anna Kowalska - "Dzienniki 1927-1969") O czym to świadczy?
          Rok 1966 to dziesięciolecie, siermiężnego, ale spokojnego rządu Gomułki, którego do władzy wyniosły okoliczności i sami Polacy, choć w niedemokratycznych warunkach. Jeszcze dwa lata było do antysemickiej hucpy i cztery do wydarzeń grudniowych. Notatka Kowalskiej świadczy o tym, że naród zdawał sobie sprawę w jakiej jest sytuacji. Kowalska należała do elity, ale ja pamiętam co się mówiło po kolacji u mnie w domu. To była wiedza powszechna. Dlatego nie można wydawać opinii, gdy się widzi tylko opakowanie. To, że ktoś był w latach socjalizmu dyrektorem szpitala, szkoły, czy PKP nie znaczy, że był sługusem Moskwy, choć biorąc pod uwagę tamten czas i dzisiejsze, niektórych "badaczy", kryteria oceny przeszłości, mogłoby się tak wydawać. Dlatego i na to, co się komu zdaje, też trzeba uważać. Czytając dzienniki z przeszłości łatwiej zobaczyć, jak było i co się zmieniło. Łatwiej osądzić i docenić. Łatwo też konstatować, że Niemcy i Rosjanie... Ale o miłości Gerharda Schroedera do Władimira Putina już pisałem.
29 kwietnia, 2009

Przepraszam za...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:46
          Kiedyś auta z Torunia jeździły z naklejką, która informowała, że "Toruń przeprasza za ojca Rydzyka". Bawiło mnie to, bo uważałem i uważam, że jest za co przepraszać. Wczoraj, podczas spaceru po dzielnicy Przymorze w Gdańsku okazało się, że Gdańsk też do jakiejś winy się poczuwa...

wiosna-kurski-0091

          Gdański poseł Kurski chce do Europarlamentu. Tak bardzo chce, że mając na uwadze kiepskie notowania i perspektywy w Gdańsku, chce sobą uszczęśliwić ludzi w Podlaskiem i na Warmii i Mazurach. Nie wiem, jakie grzechy popełnili pod Białymstokiem i co winni są Kurskiemu ludzie spod Augustowa, ale wiem, że mieszkańcy Olsztyna i okolic absolutnie nie zasługują na to, by mieć takiego reprezentanta. Z Krainą Tysiąca Jezior łączy mnie wiele dobrych uczuć i mam tam wielu przyjaciół, więc teraz mi wstyd, że my, gdańszczanie, podrzucamy Mazurom i Warmiakom takiego kandydata. Choć tak na prawdę, to on się tam sam podrzuca. A właściwie - narzuca.

wiosna-kurski-007

Kurski liczy na to, że "ciemnego ludu", który go kupi, jest teraz więcej nad jeziorami, niż nad morzem. Jestem pewien, że się przeliczy i przepadnie z kretesem. Tymczasem przyłączam się do przeprosin gdańszczanina, właściciela Skody, którą wczoraj spotkałem. Olsztyn zasługuje na więcej i mądrzej.


25 kwietnia, 2009

Wiosna się nam fotyguje

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:37
W moim ogrodzie...

wiosna-005

...wiosna jak malarz rozkłada między pierwszą zielenią delikatne żółcie, róże...

wiosna-013

i pastelowe fiolety. Ciepło.

wiosna-009

Przyjemnie posiedzieć, popatrzeć i nacieszyć oko. Wreszcie przyszła. Czereśnia kwitnie, zapowiadając kwieciem słodycz lata - i to mnie cieszy.

wiosna-016

Nie cieszy mnie natomiast kompromitacja hodowli politycznych kwiatków na trawnikach sejmowej zagrody. Z rosnącym rozbawieniem i kwitnącym zażenowaniem oglądałem niedawno panią Fotygę, która w naszym politycznym ogródku wciąż chce wyrosnąć na ładny kwiatek...

fotyga1

Nie zdaje sobie jednak Fotyga sprawy, że przy jej postrzeganiu świata będzie w tym ogródku zawsze irytującym chwastem, który się trzyma gleby tylko dlatego, że pewna, najpewniej niezbyt zorientowana i rozgarnięta, grupa kiepskich ogrodników zagłosowała kiedyś za głupotą, ksenofobią i kompleksami. Fotyga bez żenady mówi o sobie jako postaci legendarnej, której życiorys jest równy życiorysom najlepszych rodaków. Ten nasz Chrobry, Wałęsa, Piłsudski i Sobieski w spódnicy, nie dostrzega nawet jak bardzo wystawia się na śmieszność. Już ta wyjątkowa skromność kwalifikuje ją do wyplenienia z ogródka, a co dopiero mówić o tolerowaniu, choćby na ostatnim i najbardziej zacienionym trawniku. Tymczasem, nim ktoś w rządzie się opamięta i nie dopuści do wysłania tej "stokrotki" na światowe corso, lepiej posiedzieć na słonecznym, wiosennym trawniku i posłuchać co mówi prawdziwa stokrotka.

wiosna-022

Powie nam z pewnością, by się polityką na wiosnę za bardzo jednak nie fotygować.


21 kwietnia, 2009

Jaskułke wiosnę czyni

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:09
          Byliśmy już mocno zaangażowani w nagrania, gdy zjechał z jakiegoś festiwalu, z Francji. Przyjechał na moje i Wojtka Staroniewicza zaproszenie. Wojtek opowiadał o nim niesamowite rzeczy, to i nic dziwnego, że ciekawy byłem młodego pianisty, który wtedy, mając ledwie dwadzieścia lat, był już obsypywany nagrodami. Niektórzy nawet uważali, że jest objawieniem na jazzowej scenie. Wszedł do studia z łobuzerskim uśmiechem i miną gawrosza. Jakby niedbały i nonszalancki szybko przeszedł w stan skupienia. Pierwsze podejście do nagrania nie zadowoliło nikogo, drugie, choć było lepsze, też uznaliśmy za przestrzelone. Przed trzecią próbą pogadałem z nim o tekście, który napisałem do tego kawałka. Opowiedziałem mu co czułem w czasie, gdy go pisałem. Chciałem, by poczuł to samo. Nie wiem dlaczego, ale wtedy wydawało mi się, że mimo różnicy wieku jaka nas dzieli, gdy wejdzie w moją skórę i zrozumie, to kompozycja Eli Adamiak stanie się również jego przeżyciem. I tak się stało. Gdy skończył nagranie wszyscy biliśmy brawo. Wojtek, który napisał do tej piosenki dość rozbudowany aranż, doszedł do wniosku, że właściwie, to już nic więcej nie trzeba. I choć coś tam jeszcze dodał, to jednak fortepian pozostał w tej piosence filarem. Dla niego, młodego pianisty, muzyka prawie bez reszty jazzowego, udział w mojej sesji nagraniowej z pewnością był tylko przygodą, ale ja wspominam tamten czas i pracę z dużą satysfakcją.
          Sławek Jaskułke urodził się w Pucku w 1979 r. Obecnie prócz tego, że jest samodzielnym artystą i liderem grupy 3yo, gra też na stałe w kwartecie Zbigniewa Namysłowskiego. Komponował muzykę do filmów i spektakli teatralnych, a także brał udział w licznych projektach muzycznych znanych formacji jazzowych. Jak na tak młodego człowieka lista jego prac i nagród jest całkiem spora. W mojej pamięci Sławek funkcjonuje jako człowiek - dźwięk. Niezwykłą rzeczą jest słuchać jak gra, ale też patrzeć jak to robi. Kiedyś, gdy graliśmy w Warszawie koncert promujący moją płytę, siostra Asi powiedziała potem, że Sławek grał tak spontanicznie i żywiołowo, iż skupiał na sobie uwagę całej widowni. Nie byłem zły. Koncert się udał, a ja sam miałem wiele radości podglądając pianistę. Od tamtej pory kibicuję jego karierze. Nic też dziwnego nie ma w tym, że ucieszyłem się bardzo, gdy kilka dni temu dowiedziałem się, że na rynku jest kolejna Sławka płyta. Nosi tytuł Hong Kong i jest zapisem koncertu jaki odbył się w 9 listopada 2006 roku w Studio One Radia BH RTHK w Hong Kongu.

slawek-jaskulke-plyta

          Ucieszyło mnie też to, że w wydaniu płyty Hong Kong uczestniczył Marcin Jakobson. Ten, Asi i mój dobry i stary znajomy ze studenckich czasów i klubu Żak, jest dziś, jak słyszeliśmy, bardzo dobrym managerem, a to Sławkowi dobrze wróży. Nie pożałuje nikt, kto podzieli mój entuzjazm dla muzyki Sławka. Niewielu jest bowiem muzyków, którzy fantastyczny zapał i młodzieńczą energię potrafią precyzyjnie połączyć i finezyjnie osadzić w solidnych ramach muzycznej mądrości. Sławek to potrafi i z pewnością nie raz jeszcze o nim usłyszymy.
Cholernie późno się zrobiło. Noc jest i zimno za oknem. Nim pójdę spać posłucham sobie jeszcze "Cóż cień się kładzie". To melancholijna piosenka, ale co tam, niech Jaskułke wiosnę czyni.
12 kwietnia, 2009

Podróż sentymentalna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:41
          W pierwszą, ciepłą, wiosenną sobotę tego roku jechałem krajową siódemką w kierunku Warmii i Mazur. Na przednówku zawsze staram się pamiętać o Andrzeju Swacynie, moim przyjacielu i gitarzyście, który zmarł 5 kwietnia, dziewięć lat temu.

andrzej-swacyna

          A zdawałoby się, że wszystko było tak niedawno. Jakbyśmy wczoraj koncertowali w Krakowie. Jakbyśmy dopiero co, wraz z licznym gronem przyjaciół, wśród których była też, widoczna na zdjęciu poniżej, Grażyna Łobaszewska, razem, hucznie obchodzili moją "czterdziestkę". Jakbyśmy...

andrzej-swacyna-pierwszy-z-lewej-w-chylinski-i-grazyna-lobaszewska-1993r

          Byłem więc ze wspomnieniami w drodze. W radio cicho grała muzyka, a ja zastanawiałem się nad tym, czy przeszłość może rządzić przyszłością. Bezsprzecznym faktem jest, że to, co było, ma wpływ na to, co będzie, ale czy przyszłość tworzy się tylko przez doświadczenie i pamięć? Czy nie trzeba przypadkiem, prócz wiedzy, wplatać w tę twórczość choćby odrobinę fantazji i wyobraźni? Zatrważające jest jak łatwo dajemy się manipulować różnej maści i proweniencji "historykom". Przerażające jest jak łatwo ci znachorzy od przeszłości i siedmiu boleści przestawiają nam meble i urządzają mieszkanie.
          Zazwyczaj w Małdytach, jak tysiące innych kierowców, zdejmowałem tylko nogę z gazu, bo często stoją tam z radarem, i gnałem dalej. Jednak tym razem wspomnienia kazały mi skręcić przy restauracji i pojechać nad jezioro Sambród, które podchodzi swymi wodami pod małdycką stację kolejową.

jezioro-sambrod

          Co roku latem, dzieciakiem będąc, przepływałem tędy wraz z rodzicami naszą żaglówką do Iławy, na jezioro Jeziorak. Gdy usiadłem teraz na brzegu i zagapiłem się w dal, gdzie za szuwarami jest wejście do kanału, który prowadzi na jezioro Ruda Woda, zwane czasem Duckim, pamięć wyciągała na wierzch wspomnienia. Powinienem jechać dalej, bo czekano na mnie, ale nie mogłem się oprzeć chęci pozostania w okolicy jeszcze choć przez chwilę. Po kilku zakrętach zajechałem nad Rudą Wodę. To tu zawsze, pierwszy raz od wypłynięcia z Gdańska, stawialiśmy maszt i podnosiliśmy żagle. To tu paliliśmy pierwsze ogniska. To tu pierwszy raz Tata pozwolił mi żeglować samemu. Miałem wtedy sześć, może siedem lat. Ech...

wyjscie-z-kanalu-elblaskiego-na-jezioro-ruda-woda

          Ale czas gonił. Pół godziny później dojeżdżałem do Olsztyna, a strzępy wakacyjnych wspomnień, lekko przetarte z kurzu, znowu zaległy w pamięci. W Olsztynie czekał na mnie, tak jak rok temu, Romek Trębski, z którym w godzinę dojechałem do cmentarza w Karolewie. Chwila zadumy i modlitwy nad grobem Andrzeja. Świeczka zapalona na znak żywej pamięci o nim i czas... Gdyśmy z cmentarza wychodzili, żona Andrzeja - Ewa Swacyna, zadzwoniła do nas z informacją, że czeka na nas za Giżyckiem, w siedlisku, które jest własnością naszego wspólnego przyjaciela. Wymarzona pogoda pognała nas w tamtą stronę. Choć u Sławka byłem już razy parę, to za każdym razem brama wjazdowa robiła i robi na mnie wrażenie.

slawkowa-brama

          No i to siedlisko. Uroczysko prawdziwe. Zagubione wśród jezior i grzęzawisk, zaplątane w sieci polnych i leśnych dróg. Siedlisko, do którego za każdym razem dojeżdżam skołowany, z niewiedzą swego miejsca na mapie. To miejsce, odkryte kiedyś przez Andrzeja, który pierwszy - mimo ruin - zachwycił się nim od pierwszego wejrzenia, jest nadzwyczaj przyjazne.

mazurskie-siedlisko

          Andrzeja tu wciąż pełno. To on Sławkowi siedlisko to polecił i z ruin podniósł. To on wraz z tym i innym jeszcze, oddalonym o kilkanaście kilometrów dalej, równie uroczym siedliskiem budował swoje nadzieje na przyszłość. Tyle, że ta przyszłość jest już przeszłością, a Andrzeja tam pełno, bo wciąż go pełno w naszych wspomnieniach. 
         Gdyśmy już na dobre wysiedli z samochodu, czekała nas niespodzianka. Prócz Romka i mnie zjawiło się tego dnia na Mazurach jeszcze kilku przyjaciół Andrzeja. Była wśród nich też Asia Kuroń, której pamięć teraz do żywego bólu wypełniona jest Maćkiem. O nim także często gadaliśmy. Jego też często wspominaliśmy. Ale myliłby się ten, kto pomyślałby, że nie damy rady tej nostalgii. Wręcz przeciwnie, stało się tak, jak chcieliby tego i Andrzej i Maciek. Wina łyk, gitary dźwięk i radość ze spotkania, radość z życia, okraszona opowieściami z przeszłości i planami na przyszłość, dała nam dobry początek wiosennej biesiady na Mazurach. Kilka ballad i wszyscy znów byliśmy razem, jak za starych, dobrych czasów. Cud pamięci.

mazurska-biesiada

          W drodze powrotnej do domu usłyszałem jak prezydent przemawia do odznaczonych historyków z Instytutu Pamięci Narodowej. Mówił coś w tym rodzaju: - Odznaczenia te są nagrodą za waszą odwagę.
          Boże litościwy, odwaga to dobra rzecz u każdego człowieka, jednak zawodową odwagą niech się szczycą żołnierze, strażacy, policjanci i wszyscy ratownicy... ale historycy?! Niech historyk będzie rzetelny, skrupulatny, obiektywny, pracowity, wytrwały, rzeczowy i sumienny - ale odważny? A co do pracy historyka ma odwaga? Chyba, że to nie historyk, ale saper, któremu się krowi placek myli z miną przeciwczołgową. Ooo tak, historycy tacy, jak panowie Żaryn, Kurtyka i ci inni od wiedzy tajemnej o Wałęsie i wszystkich innych agentach, z pewnością mają odwagę. Odwagę wiejskich pastuszków, bawiących się w wojnę. Smród z tego dookoła wielki, ale oni są zwycięzcami. Ubabrani gnojem po uszy, ale szczęśliwi. Jak dzieci.
          Będą jeszcze poeci o nich zapominać. Będą bardowie o nich nie pamiętać.

gitary

          Pamięć trzeba troskliwie zachować. Pamięć należy systematycznie odkurzać i odświeżać. Pamięć powinno się pielęgnować. Pamięcią można się wzruszać i o pamięci trzeba pamiętać, ale z pamięci nie wolno robić szmaty do wycierania brudnych języków.
          Panie prezydencie Kaczyński. Daj pan spokój, bo wstyd. Sambród, to dobra nazwa dla jeziora, ale nie dla historii i polityki!
I obojętnie przez jakie "u" ten ...brud się napisze.

PS. Dzisiaj jest pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych, a jutro drugi - lany poniedziałek, więc wszystkim moim drogim odwiedzaczom tej strony życzę "ostrego dynga" - jak się mawia na Kaszubach. I dobrego wszystkiego po Świętach.

02 kwietnia, 2009

Napad

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:42
          Atak, jako czynność, najbardziej kojarzy mi się z wojną, zimą i meczem piłkarskim. Oczywiście zaatakować może wszystko wszystkich, zawsze, wszędzie i niespodziewanie. Słowo "niespodziewanie" jest najlepszym określeniem podstępność i skuteczność ataku. Gdy zima atakuje drogowców, to taki atak zawsze jest zaskoczeniem. Gdy Polska atakuje San Marino w meczu piłki nożnej, to zaskoczenia nie ma. Taki atak jest wynikiem świetnej strategii i niebywałych umiejętności naszych piłkarzy. Pamiętam doskonale, że kiedyś, bardzo dawno temu, na atak piłkarski mówiło się napad. Korynt, piłkarz gdańskiej Lechii, której kibicował mój ojciec, nie grał w ataku, ale w napadzie. Ktoś zamienił jednak słowo napad na atak, choć w wypadku naszej reprezentacji napad i atak, to to samo, co rozpaczliwa obrona. Nawet jak się wygrywa 10 : 0.
          Gdy napada kryzys lub choroba, to jest to niesprawiedliwość losu, a gdy Kaczyńscy i ich banda napadają na moje poczucie przyzwoitości, to jest to zwyczajne świństwo. Co jednak powiedzieć o napadzie spamów na mój blog? Ktoś, gdzieś zaprogramował jakiś komputer tak, że ten daremnie, bo i tak nie dopuszczałem do publikacji, wysyłał mi dziesiątki dziwnych treści dziennie sprawiając spory kłopot. Po co? Na co? Co się będę zastanawiał nad różnicą między napadem, a atakiem, gdy wróg leży już martwy u mych stóp. Przynajmniej chwilowo. W błogim poczuciu zwycięstwa nastawiam się teraz na napad wiosny, która lada moment powinna zaatakować ciepłym słońcem i soczystą zielenią. Mój dzisiejszy spacer po jelitkowskiej plaży najdobitniej świadczył o tym, że wiosna już łypie okiem na naszą dziedzinę. Wreszcie.

sopot-2-kwietnia-2009r

          W czasie, gdy trwały boje ze Spamami wziąłem udział w dwóch cudnych imprezach. Pierwsza z nich odbyła się w Elblągu i była koncertem na rzecz niesienia pomocy Januszowi Jędrzejewskiemu, muzykowi, nauczycielowi i kompozytorowi, który znalazł się w trudnej sytuacji zdrowotnej. Przyjaciele i koledzy, na czele których stanął Zbyszek Seroka

 zbyszek-seroka 

- świetny gitarzysta i szef zespołu Marcina Dańca, przygotowali koncert, w trakcie którego odbyła się aukcja dzieł sztuki podarowanych Januszowi przez licznych artystów. Były obrazy, rzeźby, fotografie, biżuteria i płyty, a wszystko to z dedykacjami dla nabywców. Miałem przyjemność brać w tym udział.

koncert-w-elblagu-230309r

          Koncert odbył się 23 marca, a w kilka dni później otrzymałem od Zbyszka wiadomość, że z Januszem jest lepiej. Daj Boże, by w tej poprawie choć mała cząstka była naszą zasługą. Zaś 27 marca wyelegantowany, wraz z Asią, udałem się do Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku, by cieszyć się z osiemdziesiątej trzeciej rocznicy urodzin najukochańszej naszej Przyjaciółki - Lucyny Legut, która przy tej okazji promowała swoją nową książkę pt. Romans kuchenny.

romans-kuchenny

         Sala Mieszczańska Ratusza ledwie mieściła gości, wśród których byli zacni artyści i władze miasta z prezydentem Adamowiczem na czele. Lucha siedziała na ukwieconym gdańskim krześle przyjmując życzenia i hołdy, a cały świat, lekko zawiany tego wieczoru, kręcił się wokół niej. Żałowałem, że przez pośpiech, w jakim wychodziłem z domu, zapomniałem aparatu i tego uroczystego zawirowania nie mogłem uwiecznić, ale wierzcie mi na słowo ? było świetnie. Wracając nocą do domu rozglądałem się bacznie, czy aby zza rogu nie napadnie na mnie zima, jak to się zdarzyło kilka dni wcześniej, gdy wróciłem z Elbląga.

ostatni-atak-zimy

Nie napadła, za to rano dopadł, napadł, zaatakował i sponiewierał mnie zwykły, najzwyklejszy kac i... "znowu świt mnie mgłą zaskoczył..."
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY