15 lipca, 2009

Pieczątkarnia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:44
          Czasami myślę, że nie dać się zwariować, to podstawowa powinność obywatela takiego kraju, jak Polska. W styczniu ubiegłego roku opisywałem zajście na poczcie w Gdyni-Orłowie, gdzie zażądano zmartwychwstania mojej teściowej, by można było przekierować korespondencję. Kilka dni temu los podarował mi inny kwiatek z tej samej łączki: Zdarzyło się tak, że wraz z Asią, miałem kilka spraw do załatwienia w miejskich urzędach. Przechodząc obok dworca, który stoi naprzeciw budynku sądu, Asia przypomniała sobie, że dawno nie zaglądała do akt sprawy, która od wielu lat w tym sądzie się ciągnie.

temida

          Ponieważ sprawa jest niebanalna i niebłaha, a rozwiązanie dla nas istotne, skręciliśmy ku szerokim schodom świątyni sprawiedliwości. Po wejściu na piętro i odszukaniu odpowiedniego wydziału, Asia, jako strona w procesie, zniknęła za drzwiami sekretariatu. Po chwili wyłoniła się zza nich na powrót i zawołała mnie bym wszedł coś zobaczyć. Wszedłem. W kąciku na małym stoliku leżały akta.
- Czytaj - wskazała pismo leżące na wierzchu, którego dotąd nie znaliśmy. Nie zdążyłem zobaczyć nagłówka, gdy obok mnie wyrosła przystojna kobieta o inteligentnym wyrazie twarzy, wyglądająca na szefa tego biura. Zaatakowała z marszu:
- A pan co tu? Czy pan jest stroną?
- Nie, ale jestem mężem strony - odpowiedziałem.
- Tak, proszę pani, to jest mój mąż - potwierdziła Asia - i ja chcę, by on to przeczytał - tu wskazała pismo leżące na wierzchu teczki z aktami.
- Nie ma takiego prawa. Tylko strony mają wgląd w akta - zawyrokowała przystojna.
- Ale - wpadłem na pomysł - ja mam pełnomocnictwo żony, tj. od strony do reprezentowania jej interesów we wszystkich urzędach. - To niech Pan pokaże - przystojna wyciągnęła rękę. Zacząłem gorączkowo przeszukiwać portfel, w którym za każdym razem, gdy Asieńka wyjeżdżała za granicę, nosiłem notarialne upoważnienie. Niestety... Asia stojąca z boku patrzyła na mnie i na przystojną, jak na parę idiotów, którzy jej osobę w jednej chwili sprowadzili do wartości paru literek postawionych na papierku i kilku kropel tuszu na notarialnej pieczęci. Joachna, jak Asię nazywa ciocia ze Śremu, dawno nigdzie nie wyjeżdżała, więc upoważnienia w portfelu nie było. Zwiesiłem głowę, a przystojna z tryumfem w oczach pokazała mi drzwi. Zdążyłem tylko poprosić żonę:
- Przepisz wszystko dokładnie.
Chyba perspektywa znoszenia obecności Asi przez dłuższy czas, która w sekretariacie mozolnie, literka po literce, zaczęła przepisywać długie pismo, nasunęła przystojnej genialny pomysł, by natychmiast odbić je na ksero. Na korytarzu jest dość ciemno, więc siłą rzeczy Temida jest tam bardziej ślepa niż normalnie i dzięki temu bez problemu mogłem przeczytać absolutnie tajne pismo dotyczące mojej rodziny.
          Zazwyczaj, by otrzymać ksero z akt najpierw trzeba je zamówić (nie ma mowy, by móc je sfotografować), zapłacić złotówkę od strony i poczekać kilka dni. Tym razem, po chwili przeczytałem, to co przeczytać chciałem i powinienem.
          Stosunkowo niedawno, w odpowiedzi na zainstalowanie się w Polsce zachodnich sieci szybkiego i śmieciowego żywienia, wymyślono swojskie Pierogarnie. Idąc tym śladem ktoś w Sopocie przy Grunwaldzkiej otworzył Kanapkarnię.

kanapkarnia-w-sopocie

          W tej sytuacji i wobec tego, ja proponuję, by wszystkie urzędy w naszym kraju nazwać Pieczątkarniami. Ja z tego nic nie będę miał i się tym nie najem, ale armia "przystojnych" tylko to trawi i tylko tym się syci, więc...
Smacznego moi drodzy, przystojni i mądrzy Urzędnicy!
04 lipca, 2009

Jak dojrzewają czereśnie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:28
           Wiosną tego roku czereśnię w moim ogrodzie wyjątkowo pięknie obsypało kwieciem. Drzewko wyglądało w tej kwiecistej bieli niczym panna młoda, wzbudzając mój zachwyt. Dałem temu wyraz tutaj, w Codziennościach, i w Naszej Klasie, gdzie zamieściłem zdjęcie owego ukwiecenia. Wychodzę bowiem z założenia, że ładnym i dobrym też trzeba się dzielić, bo złe i brzydkie dzieli się samo. Mimo że czas wiosny był zimny i mokry, moja ulubiona czereśnia wydała na świat owoce, które cieszą oko i obiecują smak, a
dzisiaj wyglądają tak:

czeresnie

          Nie wszystko jednak, co zabłyśnie kwieciem w naszym ziemskim ogrodzie, wydaje dobre owoce. Tak bywa z ideami, które sobie - my, ludzkość - dla naprawy świata wymyślamy, a realizacja których często przynosi zabójcze skutki. Po lekturze dzienników Anny Kowalskiej, która opisywała rzeczywistość powojennej Polski, dla swego rodzaju konfrontacji, czytam teraz "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej. Już je kiedyś czytałem, ale dopiero teraz przeglądam te pamiętniki z prawdziwą uwagą. Warto obie pozycje przestudiować. Najlepiej razem.
          O ile Kowalska na codzienność PRL-u patrzyła z umiarkowanym krytycyzmem i miała jakieś nadzieje, to Dąbrowska nie miała żadnych złudzeń. Rzeczywistość widziała taką, jaką ona była. Nie łudziła się iluzją, że może... Zastanawia mnie, jak to się stało, że ta, jakby nie było, wielka pisarka, przy tak krytycznym postrzeganiu socjalizmu i komunizmu, mogła swym autorytetem i talentem, ideę tę, opisywaną w "Dziennikach" jako nienormalną, wspierać, uczestnicząc w akademiach propagandowych, zebraniach dziwnych organizacji i zjazdach śmiesznych instytucji, walczących (sic!) o pokój. Bez wstrętu wydawała swoje dzieła w zakłamanych wydawnictwach i publikowała w reżimowej prasie, nie bacząc, że na wolność słowa pozwolić może sobie tylko w zeszytach zapisywanych po kryjomu. Przecież w tamtych czasach pisarze, bardziej, niż kiedykolwiek, traktowani byli znakomicie, jak latarnie oświetlające drogę narodowi. Oczywiście mieli lepiej, ale nie za darmo. Czy ta dwulicowość i hipokryzja była podyktowana wygodą materialną, czy może były inne przesłanki? Co usprawiedliwia takie postępowanie?

anna-kowalska-z-corka-tula-i-maria-dabrowska
Anna Kowalska, jej córka Tula i Maria Dąbrowska, 1956 r.

          Historia mówi, że wielu znakomitych literatów wierzyło wówczas, iż kwiaty idei socjalizmu wydadzą dobre i smaczne owoce. Z "Dzienników" Dąbrowskiej wynika, że miała ona pełną świadomość marności tego pomysłu. Czy mogła działać inaczej? Czy było to działanie kunktatorskie, podyktowane przekonaniem, że skoro nic zrobić się nie da, to trzeba przetrwać? A może była to tylko czysta, nieskażona niczym chęć bycia popularnym, istnienia "na wierzchu"? Skoro dla narodu nic zrobić nie można, to róbmy coś dla siebie. Wszak wysokie honoraria, apanaże i przywileje, jakie zapewniało spacerowanie u boku władzy, pozwalały na życie w chwale i dostatku. Czy piękne mieszkanie przy Niepodległości w Warszawie i willa w Komorowie, w czasach, gdy lud mieszkał w tzw. "kołchozach", były ceną za udawanie, że się nie widzi, że się nie wie? Choć lektura jeszcze trwa, sądzę, że moje pytania pozostaną bez odpowiedzi. Znamienna jest jednak postawa Dąbrowskiej, która będąc konserwatystką, przy Putramencie uchodziła niemal za kontrrewolucjonistkę, choć oficjalnie się nie buntowała. Cóż, takie były warunki, takie było życie, a innej Polski nie było, i być nie mogło. Choć Dąbrowska wielką pisarką była, to jednak ciekawe jest, jak dojrzewały wtedy czereśnie?
          Dobrze jest czytając kronikę sprzed dziesięcioleci przenieść się z lekturą w czasie i wylądować we współczesności. Prócz "Dzienników" Dąbrowskiej, z wielką ciekawością czytam również ostatnio wydany "Dziennik dla dorosłych" Stefana Chwina. Chociaż wszystkie dzieła Chwina są osobiste, to po "Kartkach z dziennika", "Dziennik dla dorosłych" jest kolejną porcją najbardziej osobistych z osobistych zapisków na marginesie życia w dorobku zacnego profesora Uniwersytetu Gdańskiego, który, jak mi się wydaje, nic, a nic się nie zmienił od czasu spotkań w Kole Młodych, które w latach siedemdziesiątych odbywały się w kamieniczce ZLP przy kameralnej ulicy Mariackiej w Gdańsku. Choć jak się bliżej przyjrzeć, to zmężniał ten zawsze dystyngowany hipis.

chwin
fot. Gazeta.pl/Trójmiasto

          Płynąc z tezami, myślami i wnioskami tajemniczego Pana S. zdarza mi się czasem na falach Chwinowych zapisków wejść na mieliznę i złowić jakąś naiwność, lecz wcale nie zmienia to mojego sądu, że Chwin jest jednym z mądrzejszych ludzi w Polsce, których należy czytać. I to czytać z uwagą. Cieszę się więc, że w tym naszym, trójmiejskim ogródku drzewo Chwina co rusz zakwita, mimo szkodników jakie próbują podgryźć każdą gałąź, nawet tę, na której same siedzą. Całe szczęście, że jest wolność słowa i nie trzeba dokonywać już takich wyborów, jakie miała przed sobą Maria Dąbrowska. Całe szczęście, że nikt nie może już nikogo skazać na niebyt twórczy administracyjną decyzją. Ale wciąż trzeba pamiętać, że nasz narodowy ogród jeszcze długo nie będzie powszechną krainą szczęścia, bo tak naprawdę wciąż zbyt wolno w Polsce dojrzewają czereśnie. I jedno tylko jest pewne - Chwin wielkim pisarzem jest.


28 czerwca, 2009

Karin, Beata i wujek Internet

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:13
          Kilka dni temu moja ulubiona kuzynka Karin, której nie widziałem ho, ho i jeszcze trochę, spotkawszy mnie powiedziała coś takiego: - Wiem co u ciebie słychać, bo zaglądam na twój blog. Oho - pomyślałem - chyba już takie czasy przyszły, że jak się spotykamy raz na parę lat, to nawet pogadać nie ma o czym, bo w rodzinie, nie wiedzieć kiedy, zjawił się nowy wujek - Internet. Czyżby blog mógł zastąpić nawet najzwyklejszą wymianę myśli, podawanych w zdaniach, tworzonych przez głos? Czyżby Internet wystarczył za ruch warg, za spojrzenie, za gest i dotyk rąk?
Ten blog i cała ta internetowa strona mojego życia, choć prawdziwa, jest jednak tylko jedną stroną, ale nie jedyną. Dzięki temu, że poza Internetem toczy się jeszcze realne życie, zostaje mi duża część mnie tylko dla mnie i moich najbliższych. I dzięki Bogu, bo co by to było, gdyby wszystko było na sprzedaż i do wiadomości wszystkich. Wujek Internet jest dość interesujący, ale nie na tyle, by mu powierzyć całe swoje jestestwo.
          Tym niemniej spieszę donieść, że dzięki internetowej poczcie byłem wczoraj wieczorem, w wypełnionym do ostatniego miejsca, koncertowym studio Radia Gdańsk. Zaprosiła mnie tam moja ulubiona wokalistka-solistka Beata Bartelik.

koncert-beaty-bartelik-27-czerwca-2009r-021

          Z przyjemnością "widzowałem" na tym koncercie. Dawno nie słuchałem Beaty "na żywo" i cieszę się, że odnalazłem ją w znakomitej formie. Publiczność dziękowała Beacie i całemu zespołowi domagając się bisu, a ja biłem brawo chyba najmocniej - tak mi się podobało.
Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszym recenzentem jest tyłek. Jak boli, to sztuka jest do... Idąc śladem tej myśli muszę stwierdzić, że po półtorej godziny koncertu byłem rześki, odprężony i zadowolony. Nic mnie nie bolało. Zadowolony byłem tym bardziej, że Beata zrobiła mi sporą niespodziankę. Zaśpiewała piosenkę z mojej płyty "Słowa..." - pt. " Nie płacz, nie trzeba tak". W dynamicznej, rockowej aranżacji piosenka okazała się wcale, ale to wcale niezłym numerem. Wyprzedziła więc Beata Andrzeja Donarskiego z Mister Zuba ( tak, tak, teraz chyba tak będzie się pisało nazwę zespołu), kompozytora tej piosenki, który też przymierza się do zaśpiewania tego kawałka.
Drugą niespodzianką była wiolonczela. Beata w pewnej chwili zmieniła się w prześliczną wiolonczelistkę i... la, la, la - jak śpiewali Skaldowie. Trochę to było może za bardzo nieśmiałe, ale za to jakie urocze.

koncert-beaty-bartelik-27-czerwca-2009r-025

          Po koncercie nie omieszkałem wpaść do realizatora nagrań i wraz z Piotrkiem Jagielskim zobaczyć, co i jak się nagrało. Nagrało się wszystko świetnie i w sierpniu Radio Gdańsk udostępni ten koncert na falach pomorskiego eteru.

koncert-beaty-bartelik-27-czerwca-2009r-studio

          Jeżeli ktoś będzie miał ochotę posłuchać, a przypadkowo nie znajdzie się w sierpniu w zasięgu Radia Gdańsk, to wujek Internet będzie służył pomocą - www.radio.gdansk.pl Czasami jednak dobrze mieć takiego wujka w rodzinie.
18 czerwca, 2009

Melancholijny 18 czerwca

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:02
          Bywają takie dni w życiu człowieka, że byłoby lepiej gdyby ich świt nie przynosił światła, a zmierzch ciemności. Najlepiej, gdyby ich w ogóle nie było. Są jednak i nie nagradzają nas za uczucia, ale te uczucia do bólu sprawdzają. Jednym z takich dni w moim życiu dwukrotnie był dzień 18 czerwca. Za dwie godziny północ. Kończy się kolejny 18 czerwca. Od rana borykałem się ze wspomnieniami. Nostalgia, jak wędrująca chmura po dzisiejszym niebie, co rusz zasłaniała mi słońce. Chyba nie do końca się rozumieliśmy, gdy przychodziło nam rozmawiać. Łatwiej było czasem machnąć ręką niż przysiąść, posłuchać i pomyśleć. Tak naprawdę zacząłem Cię słyszeć i pojmować dopiero po Twojej śmierci. Dwadzieścia pięć lat temu, 18 czerwca 1984 roku, zmarł mój Ojciec.

moj-tata-i-ja

          Gdy umierał miał tyle lat, ile ja mam dzisiaj. Jego wnuk ma dzisiaj tyle lat, ile ja w dniu Jego śmierci. Zastanawiam się, czy ja i mój syn zawsze potrafimy się zrozumieć? Nie wiem.
          Dwadzieścia lat temu, 18 czerwca 1989 roku, przyszła wiadomość o śmierci Jacka Zwoźniaka, wielokrotnie tu wspominanego. Wkurzał, gdy obmawiał mnie w piosence "Córka poety" i rozśmieszał do łez, gdy śpiewał "Ragazza da Napoli". Irytował, gdy zbyt szybko i powierzchownie wyrabiał sobie zdanie. Ale nie było takiej sprawy, która zachwiałaby naszą przyjaźnią. Razem z Jackiem tego fatalnego dnia zginął jego i mój przyjaciel - Kuba Wencel. Obaj znali się od dziecka, razem kończyli szkoły muzyczne. Chyba nawet, przez pewien czas razem studiowali. Razem chodzili na dziewczyny i razem, wraz z Markiem Ferdkiem, założyli zespół BABA, którego nazwę Jacek tłumaczył jako "Bezmiar Atrakcji Bez Ambicji". Bodaj trzykrotnie zdobyli pierwszą nagrodę na festiwalu w Krakowie i raz główną w Opolu.

zespol-baba-od-prawej-kuba-wencel-marek-ferdek-i-jacek-zwozniak f
ot. Zygmunt "Sasza" Staszewski. Na zdjęciu: grupa BABA - od prawej: Kuba Wencel, Marek Ferdek i Jacek Zwoźniak

          Wracali z koncertu Maluchem. Kuba prowadził, Jacek siedział obok. Niemka polskiego pochodzenia masywnym Mercedesem wyprzedzała na "trzeciego". Przejechała po nich nawet się nie kalecząc. Za drobnym poręczeniem gotówkowym pozwolono jej wyjechać. I tyle ją widziano. Potem ludzie gadali, że ustrzelenie dzika czy jelenia w polskich lasach jest dla Niemca dużo droższe. I tyle.
18 czerwca to taki dzień, że melancholia rano mnie budzi i z melancholią zasypiam. I nic na to nie poradzę.


13 czerwca, 2009

Nie złupią nad Słupią

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:36
          Zawsze miło jest dowiedzieć się, że na coś cię stać. To niezaprzeczalnie dowartościowujące uczucie nawiedziło mnie, gdy sławna, gdańska poetka Bożena Ptak zaprosiła nas na spływ kajakowy rzeką Słupią.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-poetka-bozena-ptak

Zebraliśmy się gromadą w Bytowie w środę, w zaprzyjaźnionym hotelu "Ułan Spa", gdzie - jak zapewniła nas zawsze wesoła Bożena - nie złupią. Powitaniom nie było końca do późnej nocy, więc początek wyprawy nastąpił następnego dnia rano. Zaczęliśmy spływ Słupią w Gałąźni Małej.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-poczatek-splywu

          Od dziecka żeglarzem będąc, tych co wiosłują, często zwanych galernikami, w poważaniu wielkim nie miałem. Nie wydawało mi się fascynującym zajęcie, które nakazywało w czasie rejsu siedzieć w jednej pozycji, wytężać mięśnie tyłka i rąk, a na dodatek wysilać wzrok, by coś zobaczyć, bo co z kajaka może być widać? Aż tu zaproszenie! Właściwie uległem namowie Asi, która przekonała mnie stwierdzeniem, że smak czuje się wtedy, gdy się je, a nie, gdy się gotuje. Przestałem się więc gotować i zabrałem się do smakowania. Tym bardziej, że na spływie zapowiedziała się piękna Basia Maciejewska z Karolem.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-basia-i-karol-maciejewscy

          Dla kajakowego debiutanta, jakim byłem, początek spływu był wielce obiecujący. Rzeczka toczyła swe wody leniwie. Pogoda sprzyjała, mimo, że dookoła szalały burze, a wokół nas przyjaciół rój wystawiał się do słońca. Moja Asia w towarzystwie Basi była wprost wniebowzięta.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-asia-i-basia

Szczęśliwa była też Ola Paprocka, którą poznałem kiedyś jako Olę Zielińską

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-ola-paprocka

Dzięki Oli i Januszowi Kasprowiczowi, który także z nami spływał...

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-janusz-kasprowicz

...debiutowałem w 1973 roku jako autor. Ola i Janusz tworzyli wtedy przy Dzienniku Bałtyckim studencki dodatek - Dziennik Akademicki i dali mi szansę zaistnieć publicznie. Tak więc, jako kiedyś zaistniały, płynąłem sobie z prądem i nawet gdy aura zmieniła się na kapryśną i zaczęło kropić, a my zatrzymaliśmy się na "popas"...

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-popas

...nie przychodziło mi do głowy, że może być inaczej. I polubiłem kajakarstwo, aż do następnego dnia rano. Całą noc padało, ale przestało gdyśmy dobierali się do rzeki. Niebo szarobure i wietrzne, ale stabilnie suche. Kolejny odcinek, na wąskiej strudze nie zapowiadał wrażeń...

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-fragment-1

... jednak nie czekałem długo. Po chwili spokojnej podróży między nieodległymi brzegami zaczął się spływ, jaki mógł mi się przyśnić tylko w złym śnie. Nie dość, że co rusz trzeba się było przepychać pod zwalonymi drzewami i meandrować wśród płycizn, to na dodatek należało też posiąść umiejętność przeskakiwania kajakiem pni, których nijak nie dało się opłynąć.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-skok prze płot

          Po kilku godzinach walki i męstwa z wielką przyjemnością przywitałem się z leśną polaną, gdzieś koło Parchowa, na której można było się zatrzymać na kolejny "popas".

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-popas-2-i-ja

Tam też czekaliśmy na tych, którzy po wywrotkach mieli małe opóźnienie. Był między nimi także Janusz ze swoją Asią. Gdy dopłynął nie czuł...nóg

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-janusz-wioslowal-nogami

"Na wtedy" daliśmy sobie spokój. Zapakowaliśmy kajaki...

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-transport-kajakow

... i pojechaliśmy do Ułana, który nie łupi. Kolejny dzień... Teraz, gdy to piszę, wciąż bolą mnie ręce i kark. W głowie mi jeszcze szumi i nie wiem, czy to szum od wody, czy od ułańskiej fantazji. Dzięki Bożenko. Było tak, jak mówiłaś i jak obiecywałaś - świetnie.
04 czerwca, 2009

Czysta woda

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:34
          Mam dzisiaj ważny dzień, ważną rocznicę, choć mój znajomy Z. miał kiedyś spore wątpliwości co do tego dnia i chyba był przeciw.

gdynia-4-czerwca-2009-rok-flagi
fot. W. Chyliński
          W Gdyni na słupach ogłoszeniowych wiszą plakaty: Urbaniak, Madonna's Night, repertuar Teatru Miejskiego, a wśród nich...

gdynia-4-czerwca-2009-rok-slup
fot. W, Chyliński
          Nie, nie chodzi o "Dzień Świra", choć, jak tak na siebie patrzę... Chodzi o rocznicę dnia, w którym stworzyłem sobie nową rzeczywistość. Od rana galowo. W telewizji przemówienia. Premier Polski wraz z Lechem Wałęsą na Wawelu w Krakowie, wśród przywódców zjednoczonej Europy. W radio wspomnienia. Prezydent, sondażowych, niecałych trzydziestu procent obywateli, wśród dzisiejszej, tzw."Solidarności" i sfrustrowanych, radiomaryjnych gwizdków i buczków w Gdańsku, na mszy pod Krzyżami.

stocznia-4-czerwca-msza

          Swoją drogą, patrząc na ilość sług bożych zgromadzonych na tym szczególnym wiecu wyborczym PiSu pod Stocznią, można sądzić, że to generalnie księża urządzili kiedyś strajk i sprawili nam prezent w postaci wolności, a my owieczki i barany... i tak głosujemy jak chcemy. Najczęściej na Platformę.
          I dlatego trzeba się za nas głupków modlić. A ja sobie postanowiłem uczcić dwudziestą rocznicę bezprzykładnego w historii Polski zwycięstwa nad zwycięstwami, spacerkiem po Gdyni brzegu. Choć na tym brzegu od niepamiętnych dziejów nęci zapach smażonego dorsza, podawanego jak za PRLu, to jednak dzisiejsza Gdynia uświadamia zupełnie inną jakość czasów, w których, dzięki tamtej kartce wyborczej, przyszło mi teraz żyć.

gdynia-4-czerwca-2009-rok-galeon
fot. W. Chyliński
          Wtedy, 4 czerwca 1989 r., większość z nas postanowiła zmienić sobie rzeczywistość, ale nie było to takie proste, bo bywało i tak: Kilka dni przed tą niezwykłą, czerwcową niedzielą, jak wielu wtedy, poczułem się w obowiązku przypomnieć znajomym o głosowaniu w pierwszych, w pewnym sensie wolnych, wyborach. Przy okazji, śladem Jacka Federowicza, namawiałem na kogo głosować i jak w prosty sposób z głosowaniem tym sobie poradzić. Wszyscy grzecznie słuchali, brali ściągę i zapewniali, że do urny pójdą. Wszyscy, prócz Z. Ten mój Z. miał dylemat. Do czerwca tamtego roku pracował w państwowej firmie budowlanej, na średnim, ale produkcyjnym i przez to intratnym stanowisku. Dzięki temu miał wiele możliwości i jeszcze więcej okazji. To wszystko sprawiało, że Z. nie narzekał. Nie narzekał, aż do dnia, w którym pojawiłem się ja z wykładem o tym, jak głosować i na kogo.
- Stareńki - rzekł mi zakłopotany Z. - czy ty chcesz mnie wykończyć? To ja od piętnastu lat uczę się w tym bagnie pływać, a ty mi teraz chcesz do tego basenu nalać czystej wody? Zwariowałeś? Przecież ja się utopię.
          I rzeczywiście. Początkowo Z. nie bardzo z "nowym" sobie radził, lecz z czasem... Dzisiaj Z. jest człowiekiem zamożnym. Kieruje własną firmą, która zatrudnia wielu ludzi. Jego firma ma pewne, długoterminowe kontrakty. Syn Z., znany muzyk ze znanej kapeli, nie żebrze w biurze paszportowym, tylko jeździ bez przeszkód z koncertami po całym świecie. Zdobywa laury na licznych festiwalach, a wszystko to na chwałę Polski, ojca i czwarto-czerwcowej mądrości narodu. Na wspomnienie o tamtej rozmowie Z. macha ręką i mruczy pod nosem - Ale co się napiłem, to moje. No i jak mam być mądry, jak nie wiem, czy Z. mówi o tym, że nim się w czystej wodzie nauczył pływać, to się zachłysnął, czy o tym, że teraz nie ma czasu, ani zdrowia. Patrząc dzisiaj na Sea Towers...

gdynia-4-czerwca-2009-rok-sea-towers
fot. W.Chyliński
...pomyślałem, że warto było się napić i nawet zachłysnąć. Zastanawia mnie tylko jedno - na ile dzisiaj woda w naszym basenie jest jeszcze czysta?
31 maja, 2009

Dzień czegoś ekstra

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:14
          Że w każdym tkwi dziecko, prawdą jest banalną. Teraz, kiedy w swoim bagażu dźwigam więcej lat niż chciałbym, to dziecko, które żyje we mnie, dokazuje coraz bardziej. Prócz tego, że bywa nieznośne i zadaje głupie pytania, to jeszcze przy każdej okazji oczekuje łakoci. Wydziera się, gdy zapomnę o słodyczach i mimo, że mi to nie służy, muszę zawsze mieć dla niego coś ekstra. Kiedyś na Dzień Dziecka dostałem psa. Sztuczny był, bo chyba ja dla rodziców byłem zbyt prawdziwy. Ale pamiętam go do dzisiaj.

dzien-dziecka

          Teraz, kiedy jestem już na tyle dorosły i na tyle sztuczny, że mało co mnie dziwi, z okazji Dnia Dziecka mogę sprawić sobie coś prawdziwego. Nie, niekoniecznie prawdziwego psa. Pierwszego czerwca mógłbym podarować sobie coś ekstra. Ot, choćby - prawdziwy kawałek zdrowego rozsądku, który pozwoliłby mi przestać się dziwić. Co to znaczy? Ano to, że z wyrozumiałością patrzyłbym od jutra na urzędnika, który widzi literę prawa, ale nie widzi mnie, że z uśmiechem traktowałbym gościa, który chce mnie oszukać i myśli, że ja tego nie wiem, że z przyjemnością odwiedziłbym lekarza, który nie ma dla mnie czasu i z zachwytem słuchałbym przemówień Pana Prezydenta. Wszystkim dzieciom, które w nas tkwią, z okazji Dnia Dziecka życzę czegoś naprawdę ekstra. Tylko nie naszej normalności.
26 maja, 2009

W maju nie tyka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:25
          Maj jest u nas miesiącem imienin. Ja przyjmuję życzenia 5 maja, a Asia 24. Ja specjalnej wagi do imieninowych obchodów nie przykładam, uważając, tak jak mój ojciec i jego ojciec, który z kolei wiedział to od swojego ojca, że tylko rocznica urodzin jest dniem w życiu człowieka znaczącym, bo człowiek jest jak zegar w bombie, tyka i tyka, i nigdy nie wiadomo kiedy się zepsuje i stanie, a kiedy wybuchnie. Jasnowidzem jest ten, kto przewidzi kolejność wymienionych czynności. Jeżeli więc nie masz daru jasnowidzenia, a przez ostatnie swoje dwanaście miesięcy się nie zepsułeś i nadal tykasz, to musisz wybuchnąć. Mniemam, że stąd ta mądrość na Pomorzu, która uznaje wyższość urodzin nad imieninami.
Asia natomiast, niewiasta spokojna i zrównoważona, która na świat patrzy z łagodnym optymizmem, imieniny przedkłada nad datę urodzin.

asia

I ja się wcale Asi nie dziwię, bo jak ktoś ma takiego męża jak ja, to mu ani psuć się nie wypada, ani wybuchać. Najlepiej w tej sytuacji obchodzić... imieniny.
Nie wymyślę nic specjalnego, prezentu nie dobiorę, nie zaskoczę nadzwyczajnym, nie ujmę szczególnym, ale za to w kącie wymruczę coś czasem o tym, że nie jest tak źle. Wszystkim, którym w maju nie tyka, życzę, by tak jak nam...

stare-dobre-malzenstwo

...nie było źle. I niech się spełni. Niech w maju nie tyka.
20 maja, 2009

Niemcy nie kolaborowali...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:57
          Najnowszy wykład o świadomości Niemców przyniósł poważny Der Spiegel. Podobno, gdyby nie polscy chłopi, to Holokaust byłby o wiele mniejszy, niż był. To tak jakby "ostateczne rozwiązanie" samo w sobie nie określało zakresu działania.
Wychodzi na to, że to my, Polacy, jesteśmy współwinni rzezi jaka się dokonała w czasie II wojny światowej. Podobno Francuzi i Włosi już mają kaca po tym, jak wymordowali Żydów, a Polacy wciąż się wypierają. Można się domyślać, że naród niemiecki, który teraz wywodami w swojej gazecie przybiera pozę sędziego, chce udowodnić światu, że nie rozpętał najgorszej z wojen, fanatycznie nie popierał Hitlera i w ogóle nie kolaborował ze sobą.
Mnie się chyba śni, gdy patrzę na zdjęcia zrobione w Gdańsku w 1939 roku. Niemcy w całej Rzeszy, tak jak w Gdańsku , powitali Hitlera chłodno, by nie rzec - z niechęcią.

hitler_dluga_gdansk-1939

          Przecież to niemożliwe, że naród Beethovena, Wagnera, Goethego i Schillera sam wpadł na to, by fotografować się na tle mostów, które zdobywał dla idei mającej wieść go po tych mostach ku wspaniałej, lepszej, niemieckiej przyszłości.

niemieckie-zbrodnie

          Bez chętnych polskich chłopów, których, jako jedynych w Europie, wcale nie trzeba było straszyć karą śmierci za pomoc Żydom, niemieccy rycerze i obrońcy europejskiej kultury byliby mordowali o wiele mniej. Z pewnością. A może wcale by nie mordowali? Bo gdyby nie było Żydów, Nobla i dynamitu, chemików, którzy wymyślili gaz i gdyby nie było samochodów, które wytwarzają spaliny, a także skautów w Anglii, to kto by wpadł na pomysł, by organizować jakieś obozy. Kto by tam myślał o komorach gazowych, masowych egzekucjach, zakładnikach, torturach, łapankach i całej tej morderczej machinie. Przecież nie Niemcy, bo przecież to jasne, że Niemcy nie kolaborowali z Niemcami i do dzisiaj właściwie nie wiadomo dlaczego w 1945 roku, w tym samym Gdańsku tak beznadziejnie musieli się z Hitlerem żegnać.

ucieczka-niemcow-gdansk-1945-r

          Der Spiegel chyba wie, więc mówi - Co złego to nie my. Trudno się nie wkurzyć widząc, jak porąbało Niemców dokumentnie. Z takim oglądem historii, to my się z sąsiadami nie dogadamy. Polacy, jako naród nie byli i nie są aniołami, są wśród nas tchórze, złoczyńcy i degeneraci, ale najgłupszy historyk wie, że Polska, jako kraj i naród, była jednym z niewielu państw, które w tamtych czasach kolaboracją z Niemcami się nie zhańbiły. Natomiast Niemcy z Niemcami kolaborowały, aż do utraty tchu. Czas mija i chyba dech niektórym Niemcom wraca. Szkoda, że nie rozum.
14 maja, 2009

Starość nowych czasów

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:02
          Jakoś tak się w moim życiu ułożyło, że tereny na zachód od Trójmiasta były mi do tej pory prawie obce. Bywało, że odwiedzałem Szczecin, do którego mam specjalny sentyment, ale Koszalin i Słupsk zaszczycałem sobą tylko przejazdem. W żaden sposób moje podróże nie czyniły z tego krańca Kaszub i Prus Zachodnich zakątka bliższego mi, choćby trochę. Dopiero ostatnio słowińska kraina, jeszcze nie tak dawno rządzona przez pruskich junkrów, za sprawą dwóch zaprzyjaźnionych z nami Kryś, które w Smołdzińskim Lesie pobudowały pensjonaty, zaczęła zwracać na siebie moją uwagę. W ramach tej uwagi niecałe dwie niedziele temu wypuściliśmy się z Asią do Kluk.

kluki-i-asia

          Kluki to wieś położona w Słowińskim Parku Narodowym, nad jeziorem Łebskim, niedaleko jeziora Gardno i prawie dziewiczego jeszcze brzegu Bałtyku. Atrakcją Kluk jest skansen - rekonstrukcja osady rybackiej...

kluki-szopa-rybacka

... z zachowaną zabudową szkieletową budynków krytych strzechą lub gontem.

kluki-dom

          Jadąc tam liczyliśmy na zaciszną, stylową Karczmę z dobrą kuchnią, a trafiliśmy na kiepski jarmark zwany "Czarnym Weselem", który co roku otwiera sezon. W zamian za bilet w cenie 12 złotych od osoby (żal mi było rodzin z kilkorgiem dzieci) mogliśmy pospacerować wśród nazbyt obficie smażonych kiełbasek, piwa i piwoszy, stoisk z tandetą, a także...

kluki-tandeta

... wśród dawnych przyśpiewek śpiewanych z przytupem przez śliczne, choć smutne dziewczyny z miejscowego zespołu ludowego.

kluki-zespol-ludowy

          I pewnie nie byłoby o czym pisać i czego wspominać, gdyby nie wnętrza zachowanych od XVIII i XIX w. chałup. Kiedy moja Mama, w latach sześćdziesiątych XX w., postanowiła pokazać mi swoją rodzinną wieś pod Siedlcami, to sypialnia wujostwa wyglądała prawie tak samo jak dzisiaj ta w Klukach.

kluki-wnetrze-domu-sypilania

Podobnie było z kuchnią.

kluki-wnetrze-domu-kuchnia

          I pomyśleć, że jeszcze czterdzieści lat temu domy pod Siedlcami wyglądały prawie tak samo jak chałupy pod Słupskiem lat temu prawie dwieście. Wracając do Gdyni miałem wrażenie, że czas dla różnych nacji, żyjących od siebie o rzut kamieniem, niezwykle różnie płynął. Było w tym wrażeniu i myśleniu coś jeszcze - czułem się, ja urodzony z ojca pomorzanina i matki podsiedlczanki, jakbym należał do dwóch światów na raz, które w mojej osobie, w tym czasie i w tym miejscu, łączyły się ze sobą w jedno. Piszę, to co piszę, używając komputera. Za chwilę jednym kliknięciem spowoduję, że kto będzie chciał, będzie mógł to czytać.           Wiem, że prócz wielu ludzi z Polski, moją stronę odwiedzają też ludzie z Niemiec, Szwecji, Belgii, Anglii, Rosji, Ukrainy, Francji, a także Australii. We wszystkich tych krajach w nowoczesnych i podobnych do siebie kuchniach stoją podobne lodówki, a w telewizorach leci podobny, i pewnie tak samo marny, program. Różnica czasu znika za sprawą jednego klawisza w klawiaturze komputera. Wszystko staje się jednym, prócz pamięci, tradycji i zwyczaju. Chyba przyszły dobre czasy. Tylko na jak długo? Jak długo będzie się nasza stara mentalność zmieniać w nową i jakie jej przyjdzie przejść jeszcze granice, by to nowe bezboleśnie przyswoić? A wybory do Parlamentu Europejskiego tuż, tuż...
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY