07 sierpnia, 2009

Jeszcze i już, ale nie jak ten...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:29
          Wczoraj znowu usłyszałem tę starą mądrość, że "najwięcej mówisz o sobie, gdy mówisz o innych". No, to... Zdaje mi się, że jestem jeszcze w komfortowej sytuacji. Choroby nie bolą mnie jeszcze na tyle, bym nie mógł niespiesznym spacerkiem, z lekka podskakując, iść dalej przez życia dołki i pagórki. Sprawy rodzinne, niczym jezioro latem, cieszą jeszcze urodą i obiecują wypoczynek, choć już czasem męczą. Finansowe latawce też jako tako szybują jeszcze po niebie nadziei, ale bywa, że wysokość lotu już budzi lęk. Zawodowe zaś mechanizmy kręcą się jeszcze, lecz już ostrożniej i znacznie wolniej. Tak między Bogiem a prawdą, to właściwie żadnego przymusu do niczego jeszcze, i już nie mam, bo palenie rzuciłem, a ogródkiem zajmuje się Asia.

ogrod1

          Te "Codzienności", które sobie w internecie uprawiam, są, jakby powiedział ubogi zakonnik z Torunia - dziełem kompletnie bezinteresownym. Z wykwitu talentu, w przeciwieństwie do wielu znajomych bardów, i takiego jednego na O. z Krakowa, nie mam prawie niczego do sprzedania. "Prawie" co prawda robi sporą różnicę, ale generalnie - co mam z fantazji, mogę dać.
Nie tęskno mi za koncertami, jak temu na O. z Krakowa. Nie zabiegam już o poklask, choć komplementy lubię. Za fanów wystarczą starzy znajomi i przyjaciele. Jak jeszcze trafią się przypadkowi, przychylni internauci, jestem szczęśliwy. Zamiast kontraktu na występ wystarczy pewność, że nad nowym tekstem paru ludzi się pochyli i doczyta do końca. Nie chcę, jak ten na O. z Krakowa, podobać się wszystkim. Niech mnie dobrze postrzega żona, a już świat będzie piękny.
Jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać moich piosenek, to ma je tu, pod ręką. Jeżeli ktoś ma ochotę wiedzieć, co myślę, może się dowiedzieć na tej stronie, a gdy ciekawość go weźmie, by widzieć jak wyglądam, to proszę - jest galeria.
Ku zgorszeniu żony, nigdy nie zabiegałem, jak ten na O. z Krakowa - i nie zabiegam nadal - o zaproszenia na imprezy, przeglądy i festiwale, choć dziękuję tym, którzy nie bacząc na nic wciąż o mnie pamiętają. Te imprezy, koncerty i programy, które były, ciepło i z sentymentem jeszcze wspominam, najchętniej w ogrodzie, bycząc się nieprawdopodobnie, aż mnie Aśka nie przegoni.

ogrod-w-sierpniu

          Moja sprawa ze sceną jest już oczywista - nie wpychamy się na siebie, choć czasem jeszcze na się zerkamy. Nie tęskno mi do oślepiających reflektorów i ogłupiających tras koncertowych. Nie ma we mnie już nic z gościa, który musi. Już nie muszę.
A że sobie jeszcze coś zechcę, nie powinno nikomu przeszkadzać. Ja wciąż lubię chcieć jeszcze - i już, i to niech o mnie najlepiej świadczy.
I tak oto wymyśliłem nową życiową maksymę: "Najmniej mówisz o sobie, gdy mówisz tylko o sobie" A nie o tym banalnym na O. z Krakowa.

PS. Jeden z moich starych przyjaciół, Marek Prusakowski, udzielił wywiadu. Polecam, bo warto przeczytać, choćby dla zdrowia : http://www.wiadomosci24.pl/artykul/lekarz_pasjonat_czlowiek_epoki_renesansu_105661-1--1-a.html

PS2. Dla ciekawskich - ten O. z Krakowa, tylko czasem jest z Krakowa i tylko czasem jest na O.
29 lipca, 2009

Koncert w Trójce

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:37
          Rano przyszedł mail od Donarskiego, który pracuje z nowym "MISTER z UB-em" nad nowym repertuarem. Najogólniej mówiąc idzie im dobrze i wkrótce zostaną dokonane jakieś pierwsze nagrania. Cieszę się, bo Andrzej należy do tych ludzi, których nie lubić się nie da. Po południu zaś Janusz Lipiński, który w latach siedemdziesiątych był jednym z filarów grupy Boom ( pisałem o zespole 4 i 25 marca br.), i który też należy do tych, co to się ich lubi, zadzwonił do mnie z wiadomością, że prace nad jego nowym projektem mają się ku końcowi. Na poniższym zdjęciu siedzimy razem w studio dwa lata temu przy realizacji jakiegoś mojego pomysłu.

w-chylinski-i-janusz-lipinski-w-studio

          Janusz jest managerem z najwyższej półki. Do niedawna zawiadywał pomysłem wybudowania całej, nowej dzielnicy w Gdańsku, która nosić będzie nazwę "Nowe Miasto", a w tej chwili sam nie wiem, gdzie ten warszawiak z krwi i kości zarządza. Wiem natomiast, co mu nowego i ciekawego po głowie ostatnio chodziło. Mówił, że będzie chciał wyprodukować płytę, książkę i teledyski, by uczcić pamięć Krzysztofa Kamila Baczyńskiego przypominając jego twórczość starym i przedstawiając nowym pokoleniom. Nie wiedziałem tylko, że tak szybko mu się to wszystko uda zrobić. Płyta nosi tytuł "Ptaki powrotne".
          Już w sobotę, 1 sierpnia o godzinie 18.00 w radiowej "Trójce" odbędzie się koncert transmitowany na cały świat, którego treścią będą piosenki ze wspomnianej płyty. Płyta nagrywana była między innymi w Filharmonii Olsztyńskiej i pracowało nad nią całkiem niezłe grono muzyków. Wszystkie piosenki na płycie i na koncercie, które skomponował Janusz, pięknie zaśpiewa piękna olsztynianka Basia Raduszkiewicz. Znając talent, perfekcję i fantazję Janusza gorąco polecam ten koncert i płytę. Warto 1 sierpnia znaleźć trochę czasu i o 18.00 włączyć "Trójkę", pamiętając, że to będzie również hołd dla tych dwustu tysięcy ludzi, którzy polegli w 1944 roku pod gruzami wielkiego miasta w samym środku Europy.
27 lipca, 2009

Dziś Krzyś czyli opowieść pt. Kaszubi i Górale

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:48
          W ostatnią sobotę zapędziło nas z Asią do Borska nad Jeziorem Wdzydzkim. Jadąc przez urodziwe Kaszuby podziwialiśmy zmiany jakie się w ciągu ostatnich lat w krajobrazie tej naszej Szwajcarii dokonały. Bez dwóch zdań trzeba przyznać, że obecne czasy, jak żadne dotąd znakomicie Polsce służą. Mijane pod drodze wsie są zadbane i czyste, ilość zajazdów i ich wygląd świadczą o tym, że Kaszubi mocno ruszają nie tylko rękoma, ale też i głową. W Kościerzynie skręciliśmy na Toruń, a potem na Wiele, zostawiając sławne Wdzydze po prawej stronie. Gdyśmy niedaleko nich przejeżdżali, wspomnieliśmy ze śmiechem, jak to kiedyś na studenckiej Bazunie "robiąc" w jury przyznałem nagrodę, jakby sam sobie, bo facetowi, który ładnie zaśpiewał moją piosenkę.
          Ponieważ niedawno bazunowi kronikarze przysłali mi zdjęcie z tamtego wydarzenia, na którym, prócz laureata z długimi włosami, jesteśmy też my, całą rodzinką, to mamy teraz pamiątkę. Radek miał wtedy cztery lata i był rozkosznym maluchem. Dzisiaj lat Radkowi przybyło, ale nadal zdarza mu się bywać rozkosznym. Asia na szczęście niewiele się zmieniła, bo śmieje się teraz równie uroczo, jak wtedy.Jacy byliśmy młodzi...

lata-osiemdziesiate-bazuna-we-wdzydzach

          Do Borska pojechaliśmy na zaproszenie Niny, mojej przyjaciółki z Łodzi, wspominanej tu wielokrotnie, która właśnie tam postanowiła za jednym zamachem obejść z nami kolejną rocznicę swojego ślubu i imieniny Krzysia - męża swego kochanego.

krzys

Przy okazji tych imienin obchodzonych "w tak pięknych okolicznościach przyrody"...

borsk-015 .

..rozdyskutowaliśmy się na temat, który poruszałem w "Codziennościach" już rok temu - dlaczego Zakopane, które ma sezon niemal cały rok i budżet kolosalny, jest tak zaniedbane, jak jest, a Sopot, który gości spodziewać się może ledwie przez dwa miesiące w roku, wygląda jak wygląda, i z dnia na dzień pięknieje? Krzyś, który pod Tatrami swego czasu pomieszkiwał, powiedział mi, że to przez mentalność górali. Podał znany sobie przykład bacy, który kiedyś przerobił swoje obejście na tani pensjonat dla kilkudziesięciu gości i czerpie z niego potężne zyski. Ponoć nie wie co ma z pieniędzmi robić, ale gdy przyszło mu decydować o tym, by zbudować solidną kanalizację i powiększyć szambo, to wolał, jak dotąd, po cichu łączyć się z naturą, tj. pobliskim strumieniem.
           Gdy wróciliśmy do domu i zobaczyłem w telewizji tego biednego konia, który z wyczerpania padł na drodze do Morskiego Oka, pomyślałem, że Krzyś chyba niewiele przesadził mówiąc o góralskiej mentalności. Dobrze jest jednak mieszkać wśród Kaszubów, nad pięknymi jeziorami.

borsk-006

I nad jeszcze piękniejszym morzem.

molo-w-orlowie

PS. Wszystkim moim znajomym Krzysiom, a w szególności Krzysiowi Kowalkowskiemu, składam spóźnione, ale najserdeczniejsze życzenia - wszystkiego najlepszego!
23 lipca, 2009

Burdel Jego Wysokości

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:48
          Chaos w kancelarii Jego Wysokości Prezydenta nie jest jakimś szczególnym zjawiskiem w naszym narodowym interesie. Rzekłbym nawet, że to rzecz normalna. Przed spadkobiercami Krzywoustego znalazłoby się wielu, którzy byliby znakomitym przykładem na nasze narodowe i obywatelskie sobiepaństwo, polityczną głupotę i warcholstwo, choć bywało mądrze i porządnie. Polska była kiedyś wielkim państwem, mocarstwem nawet. Tak było po unii krewskiej w 1385r, po której mądry Litwin zaczął nam pisać historię sławy i chwały?

607px-poland_and_lithuania_13871

          Tak było też po unii lubelskiej w 1569. Tym razem to nie strach przed niemieckim zakonem, który, będąc militarną potęgą został znokautowany (szkoda, że niedobity), a strach przed Rosją był tym klejem, który Polaków i Litwinów jeszcze bardziej scalił.

polska-po-unii-lubelskiej1

          A dzisiaj, po pięciu wiekach, jak jest? Czyżby Iwan przestał być Groźny i teraz swoim sąsiadom życzy wszystkiego najlepszego? Co myślą o nas bracia Litwini i jak sobie wzajem wybaczamy z Ukrainą? W tamtych wiekach Polacy mogli solidnie pracować na późniejsze kraju położenie i na jego wagę. Niestety, wkrótce zabrakło na tronie Litwinów, a Ukraińcy nie dorastali do naszej pychy. Efekt poniżej. poland
          Prócz tego, że wytwarzanie chaosu chyba mamy zapisane w genach, to na dodatek, do Jego Wysokości własnego chowu szczególnego szczęścia też nie mamy. Jeżeli teraz Jego Podrzędność Minister Kownacki objawia światu swą frustrację z powodu bałaganu, jaki panuje w Pałacu Jego Wysokości, to co w tym nowego? Po pięciu wiekach Polska ma niepowtarzalną szansę, tym razem za sprawą unii z całą Europą, być nie tyle mocarstwem, co bezpiecznym krajem. Z Niemcami, którzy nas gwałcili nie mniej niż Rosjanie, z Francuzami, którzy nas zdradzali za każdym razem, gdy tylko trzeba było dochować umowy, i z Anglikami, którzy nas nigdy nie cenili, żyjemy teraz pod jednym dachem. Jest więc rzadka okazja i szansa na odwrócenie od Polski tego fatum, które sprawia, że cierpiętnictwo jest naszą dumą i chlubą. Choć Rosjanie od nowa prężą muskuły i choć z daleka widać, że są one mocno zwiotczałe, to jednak Rosjan zawsze należy się bać. Pojedynczo Rosjanie, podobnie jak Niemcy, są fajnymi ludźmi, lecz w polityce i w swej masie są nieobliczalni.
          Mądry Jego Wysokość wiedziałaby, że tylko w Unii Europejskiej mamy szanse żyć w granicach jakie nam dali pogromcy Hitlera i natychmiast ratyfikowałaby traktat. Niestety, jak twierdzi prezydencki minister, nasza Jego Wysokość zamiast europejskiego salonu politycznego prowadzi swojski burdel, w którym panuje niczym nieograniczony chaos. A mówią, że historia jest najlepszą nauczycielką.
15 lipca, 2009

Pieczątkarnia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:44
          Czasami myślę, że nie dać się zwariować, to podstawowa powinność obywatela takiego kraju, jak Polska. W styczniu ubiegłego roku opisywałem zajście na poczcie w Gdyni-Orłowie, gdzie zażądano zmartwychwstania mojej teściowej, by można było przekierować korespondencję. Kilka dni temu los podarował mi inny kwiatek z tej samej łączki: Zdarzyło się tak, że wraz z Asią, miałem kilka spraw do załatwienia w miejskich urzędach. Przechodząc obok dworca, który stoi naprzeciw budynku sądu, Asia przypomniała sobie, że dawno nie zaglądała do akt sprawy, która od wielu lat w tym sądzie się ciągnie.

temida

          Ponieważ sprawa jest niebanalna i niebłaha, a rozwiązanie dla nas istotne, skręciliśmy ku szerokim schodom świątyni sprawiedliwości. Po wejściu na piętro i odszukaniu odpowiedniego wydziału, Asia, jako strona w procesie, zniknęła za drzwiami sekretariatu. Po chwili wyłoniła się zza nich na powrót i zawołała mnie bym wszedł coś zobaczyć. Wszedłem. W kąciku na małym stoliku leżały akta.
- Czytaj - wskazała pismo leżące na wierzchu, którego dotąd nie znaliśmy. Nie zdążyłem zobaczyć nagłówka, gdy obok mnie wyrosła przystojna kobieta o inteligentnym wyrazie twarzy, wyglądająca na szefa tego biura. Zaatakowała z marszu:
- A pan co tu? Czy pan jest stroną?
- Nie, ale jestem mężem strony - odpowiedziałem.
- Tak, proszę pani, to jest mój mąż - potwierdziła Asia - i ja chcę, by on to przeczytał - tu wskazała pismo leżące na wierzchu teczki z aktami.
- Nie ma takiego prawa. Tylko strony mają wgląd w akta - zawyrokowała przystojna.
- Ale - wpadłem na pomysł - ja mam pełnomocnictwo żony, tj. od strony do reprezentowania jej interesów we wszystkich urzędach. - To niech Pan pokaże - przystojna wyciągnęła rękę. Zacząłem gorączkowo przeszukiwać portfel, w którym za każdym razem, gdy Asieńka wyjeżdżała za granicę, nosiłem notarialne upoważnienie. Niestety... Asia stojąca z boku patrzyła na mnie i na przystojną, jak na parę idiotów, którzy jej osobę w jednej chwili sprowadzili do wartości paru literek postawionych na papierku i kilku kropel tuszu na notarialnej pieczęci. Joachna, jak Asię nazywa ciocia ze Śremu, dawno nigdzie nie wyjeżdżała, więc upoważnienia w portfelu nie było. Zwiesiłem głowę, a przystojna z tryumfem w oczach pokazała mi drzwi. Zdążyłem tylko poprosić żonę:
- Przepisz wszystko dokładnie.
Chyba perspektywa znoszenia obecności Asi przez dłuższy czas, która w sekretariacie mozolnie, literka po literce, zaczęła przepisywać długie pismo, nasunęła przystojnej genialny pomysł, by natychmiast odbić je na ksero. Na korytarzu jest dość ciemno, więc siłą rzeczy Temida jest tam bardziej ślepa niż normalnie i dzięki temu bez problemu mogłem przeczytać absolutnie tajne pismo dotyczące mojej rodziny.
          Zazwyczaj, by otrzymać ksero z akt najpierw trzeba je zamówić (nie ma mowy, by móc je sfotografować), zapłacić złotówkę od strony i poczekać kilka dni. Tym razem, po chwili przeczytałem, to co przeczytać chciałem i powinienem.
          Stosunkowo niedawno, w odpowiedzi na zainstalowanie się w Polsce zachodnich sieci szybkiego i śmieciowego żywienia, wymyślono swojskie Pierogarnie. Idąc tym śladem ktoś w Sopocie przy Grunwaldzkiej otworzył Kanapkarnię.

kanapkarnia-w-sopocie

          W tej sytuacji i wobec tego, ja proponuję, by wszystkie urzędy w naszym kraju nazwać Pieczątkarniami. Ja z tego nic nie będę miał i się tym nie najem, ale armia "przystojnych" tylko to trawi i tylko tym się syci, więc...
Smacznego moi drodzy, przystojni i mądrzy Urzędnicy!
04 lipca, 2009

Jak dojrzewają czereśnie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:28
           Wiosną tego roku czereśnię w moim ogrodzie wyjątkowo pięknie obsypało kwieciem. Drzewko wyglądało w tej kwiecistej bieli niczym panna młoda, wzbudzając mój zachwyt. Dałem temu wyraz tutaj, w Codziennościach, i w Naszej Klasie, gdzie zamieściłem zdjęcie owego ukwiecenia. Wychodzę bowiem z założenia, że ładnym i dobrym też trzeba się dzielić, bo złe i brzydkie dzieli się samo. Mimo że czas wiosny był zimny i mokry, moja ulubiona czereśnia wydała na świat owoce, które cieszą oko i obiecują smak, a
dzisiaj wyglądają tak:

czeresnie

          Nie wszystko jednak, co zabłyśnie kwieciem w naszym ziemskim ogrodzie, wydaje dobre owoce. Tak bywa z ideami, które sobie - my, ludzkość - dla naprawy świata wymyślamy, a realizacja których często przynosi zabójcze skutki. Po lekturze dzienników Anny Kowalskiej, która opisywała rzeczywistość powojennej Polski, dla swego rodzaju konfrontacji, czytam teraz "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej. Już je kiedyś czytałem, ale dopiero teraz przeglądam te pamiętniki z prawdziwą uwagą. Warto obie pozycje przestudiować. Najlepiej razem.
          O ile Kowalska na codzienność PRL-u patrzyła z umiarkowanym krytycyzmem i miała jakieś nadzieje, to Dąbrowska nie miała żadnych złudzeń. Rzeczywistość widziała taką, jaką ona była. Nie łudziła się iluzją, że może... Zastanawia mnie, jak to się stało, że ta, jakby nie było, wielka pisarka, przy tak krytycznym postrzeganiu socjalizmu i komunizmu, mogła swym autorytetem i talentem, ideę tę, opisywaną w "Dziennikach" jako nienormalną, wspierać, uczestnicząc w akademiach propagandowych, zebraniach dziwnych organizacji i zjazdach śmiesznych instytucji, walczących (sic!) o pokój. Bez wstrętu wydawała swoje dzieła w zakłamanych wydawnictwach i publikowała w reżimowej prasie, nie bacząc, że na wolność słowa pozwolić może sobie tylko w zeszytach zapisywanych po kryjomu. Przecież w tamtych czasach pisarze, bardziej, niż kiedykolwiek, traktowani byli znakomicie, jak latarnie oświetlające drogę narodowi. Oczywiście mieli lepiej, ale nie za darmo. Czy ta dwulicowość i hipokryzja była podyktowana wygodą materialną, czy może były inne przesłanki? Co usprawiedliwia takie postępowanie?

anna-kowalska-z-corka-tula-i-maria-dabrowska
Anna Kowalska, jej córka Tula i Maria Dąbrowska, 1956 r.

          Historia mówi, że wielu znakomitych literatów wierzyło wówczas, iż kwiaty idei socjalizmu wydadzą dobre i smaczne owoce. Z "Dzienników" Dąbrowskiej wynika, że miała ona pełną świadomość marności tego pomysłu. Czy mogła działać inaczej? Czy było to działanie kunktatorskie, podyktowane przekonaniem, że skoro nic zrobić się nie da, to trzeba przetrwać? A może była to tylko czysta, nieskażona niczym chęć bycia popularnym, istnienia "na wierzchu"? Skoro dla narodu nic zrobić nie można, to róbmy coś dla siebie. Wszak wysokie honoraria, apanaże i przywileje, jakie zapewniało spacerowanie u boku władzy, pozwalały na życie w chwale i dostatku. Czy piękne mieszkanie przy Niepodległości w Warszawie i willa w Komorowie, w czasach, gdy lud mieszkał w tzw. "kołchozach", były ceną za udawanie, że się nie widzi, że się nie wie? Choć lektura jeszcze trwa, sądzę, że moje pytania pozostaną bez odpowiedzi. Znamienna jest jednak postawa Dąbrowskiej, która będąc konserwatystką, przy Putramencie uchodziła niemal za kontrrewolucjonistkę, choć oficjalnie się nie buntowała. Cóż, takie były warunki, takie było życie, a innej Polski nie było, i być nie mogło. Choć Dąbrowska wielką pisarką była, to jednak ciekawe jest, jak dojrzewały wtedy czereśnie?
          Dobrze jest czytając kronikę sprzed dziesięcioleci przenieść się z lekturą w czasie i wylądować we współczesności. Prócz "Dzienników" Dąbrowskiej, z wielką ciekawością czytam również ostatnio wydany "Dziennik dla dorosłych" Stefana Chwina. Chociaż wszystkie dzieła Chwina są osobiste, to po "Kartkach z dziennika", "Dziennik dla dorosłych" jest kolejną porcją najbardziej osobistych z osobistych zapisków na marginesie życia w dorobku zacnego profesora Uniwersytetu Gdańskiego, który, jak mi się wydaje, nic, a nic się nie zmienił od czasu spotkań w Kole Młodych, które w latach siedemdziesiątych odbywały się w kamieniczce ZLP przy kameralnej ulicy Mariackiej w Gdańsku. Choć jak się bliżej przyjrzeć, to zmężniał ten zawsze dystyngowany hipis.

chwin
fot. Gazeta.pl/Trójmiasto

          Płynąc z tezami, myślami i wnioskami tajemniczego Pana S. zdarza mi się czasem na falach Chwinowych zapisków wejść na mieliznę i złowić jakąś naiwność, lecz wcale nie zmienia to mojego sądu, że Chwin jest jednym z mądrzejszych ludzi w Polsce, których należy czytać. I to czytać z uwagą. Cieszę się więc, że w tym naszym, trójmiejskim ogródku drzewo Chwina co rusz zakwita, mimo szkodników jakie próbują podgryźć każdą gałąź, nawet tę, na której same siedzą. Całe szczęście, że jest wolność słowa i nie trzeba dokonywać już takich wyborów, jakie miała przed sobą Maria Dąbrowska. Całe szczęście, że nikt nie może już nikogo skazać na niebyt twórczy administracyjną decyzją. Ale wciąż trzeba pamiętać, że nasz narodowy ogród jeszcze długo nie będzie powszechną krainą szczęścia, bo tak naprawdę wciąż zbyt wolno w Polsce dojrzewają czereśnie. I jedno tylko jest pewne - Chwin wielkim pisarzem jest.


28 czerwca, 2009

Karin, Beata i wujek Internet

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:13
          Kilka dni temu moja ulubiona kuzynka Karin, której nie widziałem ho, ho i jeszcze trochę, spotkawszy mnie powiedziała coś takiego: - Wiem co u ciebie słychać, bo zaglądam na twój blog. Oho - pomyślałem - chyba już takie czasy przyszły, że jak się spotykamy raz na parę lat, to nawet pogadać nie ma o czym, bo w rodzinie, nie wiedzieć kiedy, zjawił się nowy wujek - Internet. Czyżby blog mógł zastąpić nawet najzwyklejszą wymianę myśli, podawanych w zdaniach, tworzonych przez głos? Czyżby Internet wystarczył za ruch warg, za spojrzenie, za gest i dotyk rąk?
Ten blog i cała ta internetowa strona mojego życia, choć prawdziwa, jest jednak tylko jedną stroną, ale nie jedyną. Dzięki temu, że poza Internetem toczy się jeszcze realne życie, zostaje mi duża część mnie tylko dla mnie i moich najbliższych. I dzięki Bogu, bo co by to było, gdyby wszystko było na sprzedaż i do wiadomości wszystkich. Wujek Internet jest dość interesujący, ale nie na tyle, by mu powierzyć całe swoje jestestwo.
          Tym niemniej spieszę donieść, że dzięki internetowej poczcie byłem wczoraj wieczorem, w wypełnionym do ostatniego miejsca, koncertowym studio Radia Gdańsk. Zaprosiła mnie tam moja ulubiona wokalistka-solistka Beata Bartelik.

koncert-beaty-bartelik-27-czerwca-2009r-021

          Z przyjemnością "widzowałem" na tym koncercie. Dawno nie słuchałem Beaty "na żywo" i cieszę się, że odnalazłem ją w znakomitej formie. Publiczność dziękowała Beacie i całemu zespołowi domagając się bisu, a ja biłem brawo chyba najmocniej - tak mi się podobało.
Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszym recenzentem jest tyłek. Jak boli, to sztuka jest do... Idąc śladem tej myśli muszę stwierdzić, że po półtorej godziny koncertu byłem rześki, odprężony i zadowolony. Nic mnie nie bolało. Zadowolony byłem tym bardziej, że Beata zrobiła mi sporą niespodziankę. Zaśpiewała piosenkę z mojej płyty "Słowa..." - pt. " Nie płacz, nie trzeba tak". W dynamicznej, rockowej aranżacji piosenka okazała się wcale, ale to wcale niezłym numerem. Wyprzedziła więc Beata Andrzeja Donarskiego z Mister Zuba ( tak, tak, teraz chyba tak będzie się pisało nazwę zespołu), kompozytora tej piosenki, który też przymierza się do zaśpiewania tego kawałka.
Drugą niespodzianką była wiolonczela. Beata w pewnej chwili zmieniła się w prześliczną wiolonczelistkę i... la, la, la - jak śpiewali Skaldowie. Trochę to było może za bardzo nieśmiałe, ale za to jakie urocze.

koncert-beaty-bartelik-27-czerwca-2009r-025

          Po koncercie nie omieszkałem wpaść do realizatora nagrań i wraz z Piotrkiem Jagielskim zobaczyć, co i jak się nagrało. Nagrało się wszystko świetnie i w sierpniu Radio Gdańsk udostępni ten koncert na falach pomorskiego eteru.

koncert-beaty-bartelik-27-czerwca-2009r-studio

          Jeżeli ktoś będzie miał ochotę posłuchać, a przypadkowo nie znajdzie się w sierpniu w zasięgu Radia Gdańsk, to wujek Internet będzie służył pomocą - www.radio.gdansk.pl Czasami jednak dobrze mieć takiego wujka w rodzinie.
18 czerwca, 2009

Melancholijny 18 czerwca

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:02
          Bywają takie dni w życiu człowieka, że byłoby lepiej gdyby ich świt nie przynosił światła, a zmierzch ciemności. Najlepiej, gdyby ich w ogóle nie było. Są jednak i nie nagradzają nas za uczucia, ale te uczucia do bólu sprawdzają. Jednym z takich dni w moim życiu dwukrotnie był dzień 18 czerwca. Za dwie godziny północ. Kończy się kolejny 18 czerwca. Od rana borykałem się ze wspomnieniami. Nostalgia, jak wędrująca chmura po dzisiejszym niebie, co rusz zasłaniała mi słońce. Chyba nie do końca się rozumieliśmy, gdy przychodziło nam rozmawiać. Łatwiej było czasem machnąć ręką niż przysiąść, posłuchać i pomyśleć. Tak naprawdę zacząłem Cię słyszeć i pojmować dopiero po Twojej śmierci. Dwadzieścia pięć lat temu, 18 czerwca 1984 roku, zmarł mój Ojciec.

moj-tata-i-ja

          Gdy umierał miał tyle lat, ile ja mam dzisiaj. Jego wnuk ma dzisiaj tyle lat, ile ja w dniu Jego śmierci. Zastanawiam się, czy ja i mój syn zawsze potrafimy się zrozumieć? Nie wiem.
          Dwadzieścia lat temu, 18 czerwca 1989 roku, przyszła wiadomość o śmierci Jacka Zwoźniaka, wielokrotnie tu wspominanego. Wkurzał, gdy obmawiał mnie w piosence "Córka poety" i rozśmieszał do łez, gdy śpiewał "Ragazza da Napoli". Irytował, gdy zbyt szybko i powierzchownie wyrabiał sobie zdanie. Ale nie było takiej sprawy, która zachwiałaby naszą przyjaźnią. Razem z Jackiem tego fatalnego dnia zginął jego i mój przyjaciel - Kuba Wencel. Obaj znali się od dziecka, razem kończyli szkoły muzyczne. Chyba nawet, przez pewien czas razem studiowali. Razem chodzili na dziewczyny i razem, wraz z Markiem Ferdkiem, założyli zespół BABA, którego nazwę Jacek tłumaczył jako "Bezmiar Atrakcji Bez Ambicji". Bodaj trzykrotnie zdobyli pierwszą nagrodę na festiwalu w Krakowie i raz główną w Opolu.

zespol-baba-od-prawej-kuba-wencel-marek-ferdek-i-jacek-zwozniak f
ot. Zygmunt "Sasza" Staszewski. Na zdjęciu: grupa BABA - od prawej: Kuba Wencel, Marek Ferdek i Jacek Zwoźniak

          Wracali z koncertu Maluchem. Kuba prowadził, Jacek siedział obok. Niemka polskiego pochodzenia masywnym Mercedesem wyprzedzała na "trzeciego". Przejechała po nich nawet się nie kalecząc. Za drobnym poręczeniem gotówkowym pozwolono jej wyjechać. I tyle ją widziano. Potem ludzie gadali, że ustrzelenie dzika czy jelenia w polskich lasach jest dla Niemca dużo droższe. I tyle.
18 czerwca to taki dzień, że melancholia rano mnie budzi i z melancholią zasypiam. I nic na to nie poradzę.


13 czerwca, 2009

Nie złupią nad Słupią

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:36
          Zawsze miło jest dowiedzieć się, że na coś cię stać. To niezaprzeczalnie dowartościowujące uczucie nawiedziło mnie, gdy sławna, gdańska poetka Bożena Ptak zaprosiła nas na spływ kajakowy rzeką Słupią.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-poetka-bozena-ptak

Zebraliśmy się gromadą w Bytowie w środę, w zaprzyjaźnionym hotelu "Ułan Spa", gdzie - jak zapewniła nas zawsze wesoła Bożena - nie złupią. Powitaniom nie było końca do późnej nocy, więc początek wyprawy nastąpił następnego dnia rano. Zaczęliśmy spływ Słupią w Gałąźni Małej.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-poczatek-splywu

          Od dziecka żeglarzem będąc, tych co wiosłują, często zwanych galernikami, w poważaniu wielkim nie miałem. Nie wydawało mi się fascynującym zajęcie, które nakazywało w czasie rejsu siedzieć w jednej pozycji, wytężać mięśnie tyłka i rąk, a na dodatek wysilać wzrok, by coś zobaczyć, bo co z kajaka może być widać? Aż tu zaproszenie! Właściwie uległem namowie Asi, która przekonała mnie stwierdzeniem, że smak czuje się wtedy, gdy się je, a nie, gdy się gotuje. Przestałem się więc gotować i zabrałem się do smakowania. Tym bardziej, że na spływie zapowiedziała się piękna Basia Maciejewska z Karolem.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-basia-i-karol-maciejewscy

          Dla kajakowego debiutanta, jakim byłem, początek spływu był wielce obiecujący. Rzeczka toczyła swe wody leniwie. Pogoda sprzyjała, mimo, że dookoła szalały burze, a wokół nas przyjaciół rój wystawiał się do słońca. Moja Asia w towarzystwie Basi była wprost wniebowzięta.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-asia-i-basia

Szczęśliwa była też Ola Paprocka, którą poznałem kiedyś jako Olę Zielińską

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-ola-paprocka

Dzięki Oli i Januszowi Kasprowiczowi, który także z nami spływał...

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-janusz-kasprowicz

...debiutowałem w 1973 roku jako autor. Ola i Janusz tworzyli wtedy przy Dzienniku Bałtyckim studencki dodatek - Dziennik Akademicki i dali mi szansę zaistnieć publicznie. Tak więc, jako kiedyś zaistniały, płynąłem sobie z prądem i nawet gdy aura zmieniła się na kapryśną i zaczęło kropić, a my zatrzymaliśmy się na "popas"...

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-popas

...nie przychodziło mi do głowy, że może być inaczej. I polubiłem kajakarstwo, aż do następnego dnia rano. Całą noc padało, ale przestało gdyśmy dobierali się do rzeki. Niebo szarobure i wietrzne, ale stabilnie suche. Kolejny odcinek, na wąskiej strudze nie zapowiadał wrażeń...

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-fragment-1

... jednak nie czekałem długo. Po chwili spokojnej podróży między nieodległymi brzegami zaczął się spływ, jaki mógł mi się przyśnić tylko w złym śnie. Nie dość, że co rusz trzeba się było przepychać pod zwalonymi drzewami i meandrować wśród płycizn, to na dodatek należało też posiąść umiejętność przeskakiwania kajakiem pni, których nijak nie dało się opłynąć.

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-skok prze płot

          Po kilku godzinach walki i męstwa z wielką przyjemnością przywitałem się z leśną polaną, gdzieś koło Parchowa, na której można było się zatrzymać na kolejny "popas".

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-popas-2-i-ja

Tam też czekaliśmy na tych, którzy po wywrotkach mieli małe opóźnienie. Był między nimi także Janusz ze swoją Asią. Gdy dopłynął nie czuł...nóg

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-janusz-wioslowal-nogami

"Na wtedy" daliśmy sobie spokój. Zapakowaliśmy kajaki...

splyw-rzeka-slupia-czerwiec-2009-r-transport-kajakow

... i pojechaliśmy do Ułana, który nie łupi. Kolejny dzień... Teraz, gdy to piszę, wciąż bolą mnie ręce i kark. W głowie mi jeszcze szumi i nie wiem, czy to szum od wody, czy od ułańskiej fantazji. Dzięki Bożenko. Było tak, jak mówiłaś i jak obiecywałaś - świetnie.
04 czerwca, 2009

Czysta woda

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:34
          Mam dzisiaj ważny dzień, ważną rocznicę, choć mój znajomy Z. miał kiedyś spore wątpliwości co do tego dnia i chyba był przeciw.

gdynia-4-czerwca-2009-rok-flagi
fot. W. Chyliński
          W Gdyni na słupach ogłoszeniowych wiszą plakaty: Urbaniak, Madonna's Night, repertuar Teatru Miejskiego, a wśród nich...

gdynia-4-czerwca-2009-rok-slup
fot. W, Chyliński
          Nie, nie chodzi o "Dzień Świra", choć, jak tak na siebie patrzę... Chodzi o rocznicę dnia, w którym stworzyłem sobie nową rzeczywistość. Od rana galowo. W telewizji przemówienia. Premier Polski wraz z Lechem Wałęsą na Wawelu w Krakowie, wśród przywódców zjednoczonej Europy. W radio wspomnienia. Prezydent, sondażowych, niecałych trzydziestu procent obywateli, wśród dzisiejszej, tzw."Solidarności" i sfrustrowanych, radiomaryjnych gwizdków i buczków w Gdańsku, na mszy pod Krzyżami.

stocznia-4-czerwca-msza

          Swoją drogą, patrząc na ilość sług bożych zgromadzonych na tym szczególnym wiecu wyborczym PiSu pod Stocznią, można sądzić, że to generalnie księża urządzili kiedyś strajk i sprawili nam prezent w postaci wolności, a my owieczki i barany... i tak głosujemy jak chcemy. Najczęściej na Platformę.
          I dlatego trzeba się za nas głupków modlić. A ja sobie postanowiłem uczcić dwudziestą rocznicę bezprzykładnego w historii Polski zwycięstwa nad zwycięstwami, spacerkiem po Gdyni brzegu. Choć na tym brzegu od niepamiętnych dziejów nęci zapach smażonego dorsza, podawanego jak za PRLu, to jednak dzisiejsza Gdynia uświadamia zupełnie inną jakość czasów, w których, dzięki tamtej kartce wyborczej, przyszło mi teraz żyć.

gdynia-4-czerwca-2009-rok-galeon
fot. W. Chyliński
          Wtedy, 4 czerwca 1989 r., większość z nas postanowiła zmienić sobie rzeczywistość, ale nie było to takie proste, bo bywało i tak: Kilka dni przed tą niezwykłą, czerwcową niedzielą, jak wielu wtedy, poczułem się w obowiązku przypomnieć znajomym o głosowaniu w pierwszych, w pewnym sensie wolnych, wyborach. Przy okazji, śladem Jacka Federowicza, namawiałem na kogo głosować i jak w prosty sposób z głosowaniem tym sobie poradzić. Wszyscy grzecznie słuchali, brali ściągę i zapewniali, że do urny pójdą. Wszyscy, prócz Z. Ten mój Z. miał dylemat. Do czerwca tamtego roku pracował w państwowej firmie budowlanej, na średnim, ale produkcyjnym i przez to intratnym stanowisku. Dzięki temu miał wiele możliwości i jeszcze więcej okazji. To wszystko sprawiało, że Z. nie narzekał. Nie narzekał, aż do dnia, w którym pojawiłem się ja z wykładem o tym, jak głosować i na kogo.
- Stareńki - rzekł mi zakłopotany Z. - czy ty chcesz mnie wykończyć? To ja od piętnastu lat uczę się w tym bagnie pływać, a ty mi teraz chcesz do tego basenu nalać czystej wody? Zwariowałeś? Przecież ja się utopię.
          I rzeczywiście. Początkowo Z. nie bardzo z "nowym" sobie radził, lecz z czasem... Dzisiaj Z. jest człowiekiem zamożnym. Kieruje własną firmą, która zatrudnia wielu ludzi. Jego firma ma pewne, długoterminowe kontrakty. Syn Z., znany muzyk ze znanej kapeli, nie żebrze w biurze paszportowym, tylko jeździ bez przeszkód z koncertami po całym świecie. Zdobywa laury na licznych festiwalach, a wszystko to na chwałę Polski, ojca i czwarto-czerwcowej mądrości narodu. Na wspomnienie o tamtej rozmowie Z. macha ręką i mruczy pod nosem - Ale co się napiłem, to moje. No i jak mam być mądry, jak nie wiem, czy Z. mówi o tym, że nim się w czystej wodzie nauczył pływać, to się zachłysnął, czy o tym, że teraz nie ma czasu, ani zdrowia. Patrząc dzisiaj na Sea Towers...

gdynia-4-czerwca-2009-rok-sea-towers
fot. W.Chyliński
...pomyślałem, że warto było się napić i nawet zachłysnąć. Zastanawia mnie tylko jedno - na ile dzisiaj woda w naszym basenie jest jeszcze czysta?
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY