26 sierpnia, 2009

Superdiabeł

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:16
          O niczym nie miałem pojęcia. Dziewczyna była piękna, inteligentna, wygadana i... patrzyła na mnie, jak dotąd żadna inna na świecie. Ona miała 23 lata, a ja byłem o dwa lata od niej starszy. Po trzech miesiącach zaglądania sobie w oczy postanowiliśmy zostać razem na zawsze. O tym, że się ożeniłem z "Superdiabłem" dowiedziałem się przypadkiem ze skrawka gazety, który wypadł z czarnego zeszytu. Zeszyt ten moja żona przechowywała w swoich szpargałach wśród sterty płyt i ciuchów.

super-diabel-1

          Z tego i z kilku innych wycinków prasowych wynikało, że mój Skarb, Kotek, Wena, Achna, Asia i Asiula, będąc nastoletnią uczennicą liceum, wzięła udział w ogólnopolskim konkursie prezenterów dyskotek i zakasowała tam wszystkich didżejów.

super-diabel

          Tego wszystkiego dowiedziałem się o swojej żonie, gdy Radek zaczął raczkować, a ja zupełnie gubiłem się w pomysłach, jak zapewnić nam przyszłość. Asia zapytana o tę, tajemną dla mnie, część jej życia, opowiedziała mi taką oto historię:
- Byłam szalona. Pełna energii, pomysłów i ideałów, iskrzyłam jak nóż na kole szlifierskim. Dyskoteki były wówczas w Polsce czymś zupełnie nieznanym. Były ciekawą i pachnącą "zachodem" nowinką. Niosły nową modę i otwierały nowe czasy. Pierwszą w Polsce dyskotekę w 1972 roku otworzył w sopockim Grand-Hotelu Franciszek Walicki i nazwał ją "Muzykoramą". Gwiazdami tamtej dyskoteki byli tacy didżeje jak: Marek Gaszyński - jeden z filarów muzycznego radia w Polsce, Piotr Kaczkowski, który wtedy nie był jeszcze tylko "głosem" Trójki, czy Jacek Bromski - późniejszy reżyser i szef filmowców, a wtedy nieśmiały debiutant za konsoletą. Był tam też i swoje płyty puszczał sam pomysłodawca i organizator - Franek Walicki. Kiedy pierwszy raz poszłam na tę dyskotekę, bałam się, że mnie nie wpuszczą, ale jakoś się udało. W wir tańca i muzyki wpadłam od razu. Do domu wróciłam skonana z postanowieniem, że ja też chcę puszczać ludziom muzykę, którą lubię. Miałam już wtedy całkiem niezłą kolekcję płyt. Na samym szczycie tego zbioru była oczywiście Janis Joplin. Gdy postanowiłam, że zostanę didżejem, to sam wiesz, nie mogło być inaczej. Kiedy w 1973 roku wygrałam ogólnopolski konkurs didżejów i zdobyłam ministerialne uprawnienia, to ci wszyscy "wielcy didżeje" stali się moimi kolegami po fachu. Było wspaniale. Uwielbiałam tę pracę. A potem zjawiłeś się ty z tymi swoimi piosenkami i wsiąkłam w ciebie i twoje życie, jak deszcz w suchą trawę. Ot i wszystko
          Gdy kilka dni temu Wojtek Korzeniewski - kiedyś manager "Kombi", a dziś uznany animator kultury - przysłał nam zaproszenie na uroczystość wręczenia Frankowi Walickiemu najwyższego odznaczenia Gloria Artis, Asia uznała, że tego spotkania odpuścić sobie nie może. Wszyscy wiedzą, że Franciszek Walicki jest legendą i ojcem chrzestnym polskiego rocka, że stworzył "Czerwono-Czarnych", "Niebiesko-Czarnych", że towarzyszył narodzinom Niemena i "Czerwonych Gitar", że pomagał urosnąć "Brekautom" i wielu, wielu innym. Niektórzy nawet wiedzą, że Walicki wymyślił nazwę "big beat" i napisał dziesiątki przebojów jako Jacek Grań. Mało kto jednak wie, że polskie dyskoteki też zaczęły się od niego. To Franciszek Walicki rozpętał w Polsce dyskotekową burzę. I za to Asia, która współpracowała z Frankiem w Agencji Artystycznej BART, zabierając z domu piętnaście róż, poszła Walickiemu
podziękować.

od-prawej-asia-chylinska-irena-santor-i-franek-walicki

          Jak widać na powyższym i poniższym zdjęciu Asia nie była tam sama. Wśród licznych gości była Irena Santor, był też Romuald Lipko z "Budki Suflera" i był Wojtek Fułek, jako przyjaciel odznaczonego, jako artysta i jako wiceprezydent Sopotu. Brylował Jan Kozłowski, jako marszałek województwa, i był też poeta oraz szef urzędu pomorskiej kultury - Adzik Zawistowski. Zaszczycił uroczystość prezes ZAiKS-u - Edward Pałłasz, a także wielu innych znanych i lubianych.

odznaczenie-franka-walickiego
fot. Anna Bohdziewicz
          Franciszek Walicki jest postacią wyjątkową. Takich ludzi nie spotyka się często. Każdy kto miał okazję stanąć na drodze popularnego Franka, ma pełne prawo uznawać siebie za człowieka bez reszty szczęśliwego.

asia-z-franciszkiem-walickim

          Także Asia jest postacią wyjątkową i ja, który stanąłem na jej drodze, uznaję się za człowieka bez reszty szczęśliwego. Przyznać jednak muszę, że mój "Superdiabeł" i mój Anioł Stróż w jednej osobie, choć lata lecą, wciąż potrafi być zjawiskiem krzykliwym. I nic nie poradzę, bo życie to jest Rock and Roll!
20 sierpnia, 2009

Ogrodowy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:08
          Wychowany w kamienicy przy głównej ulicy, na podwórku zalanym smarami z cieknących silników Warszaw, Syrenek i Moskwiczy, ogródki widywałem raczej z daleka. Te, które czasami mi udostępniano, były małymi gospodarstwami produkcji warzyw i owoców. Poletkami poszatkowanymi grządkami. Wyszaleć się wśród rzodkiewek, strąków fasoli, marchwi i dyni, nijak nie szło. Czasami bywałem w parkach, lecz tam ograniczony alejkami przychodziło mi zieleń bardziej podziwiać niż jej doznawać w całej pełni. Nieskrępowanemu szaleństwu w latach mojej młodości służyły brudne podwórka, ulice i lasy na wzgórzach morenowych. Czasami wywożono mnie za miasto, lub na wieś. Tam pod czujnym okiem Mamy i kilku cioć, w towarzystwie kuzynostwa mogłem "w pięknych okolicznościach przyrody" do woli stwierdzać, że pochodzę o małpy. Niestety, nie zdarzało się to często i może dlatego uparcie jestem człowiekiem ze wszystkimi ludzkimi ograniczeniami.

moja-rodzinka

          Kto mnie dobrze zna, nie dziwi się, że teraz, gdy Asia wreszcie jako tako uporała się z częścią naszego ogrodu przy domu, to ja podchodzę doń jak do nowo odkrytego lądu. Z zachwytem, ale niepewnie. Z radością, ale z dystansem. Z dumą, ale i z niedowierzaniem. Przymilam się do listków, pnączy i traw. Wdzięczę do róż i hortensji, ale zerkam na to całe malowniczo-zielone niebo z bojaźnią. Nim wejdę między krzewy, które Asia posadziła, spoglądam i boję się, by krokiem nieuważnym nie skrzywdzić, nie zranić i awantury na głowę sobie nie sprowadzić. Z mojej dbałości o ogród najlepiej wychodzi mi leżakowanie na słońcu. By jednak nie wyjść na kompletnego lenia i nicponia, a jednocześnie dać przykład synowi, że ten ogród, to ojciec też itd...

praca-w-ogrodzie-2

... i korzystając z pogody zabrałem się ostatnio do lakierowania stołu, co to go górale kiedyś wyciosali ciupagami moim teściom, gdy ci zastanawiali się co powinno stać przy kominku. Teraz my postanowiliśmy uczynić z tego stołu mebel ogrodowy. Stół taki, jako solidna i stabilna płaszczyzna twarda, jest w ogrodzie latem rzeczą przydatną do wielu rzeczy, w tym do stawiania nań kieliszka wieczorową porą najbardziej.
          Nie zdążyłem jednak jeszcze nic postawić, bo w międzyczasie zaprosił nas na drugie urodziny swoich wnuków Andrzej Lipiński, mój kuzyn, który na pierwszym zdjęciu - w tym wpisie - siedzi między mną, a kuzynką Marleną. To ten z ciemną grzywką. Urodziny bliźniaków, Krzysia i Karola odbyły się w ogrodzie, w którym ja, gdy lat więcej od nich nie miałem, musiałem karnie stąpać między grządkami, bo inaczej, to w tyłek od babci i po krzyku. A teraz proszę, zobaczcie sami. Andrzej z wnukami siedzi w miejscu gdzie kiedyś piął się w górę zielony groszek i nic się nie dzieje. Nikt nie krzyczy, nie wygraża.

andrzej-lipinski

Miło, radość, święto, weselisko!

andrzej-z-wnukami

          Czasy się zmieniają. Zmieniają się ustroje i obyczaje też. Swoboda chodzenia, siedzenia, leżenia i czołgania się po trawie urasta do symbolu naszej wolności. Przesadzam? Chyba nie.
14 sierpnia, 2009

Przypadek Hempla

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:18
          -Ludzie rodzą się do różnych rzeczy - powiedział mi kiedyś w Sopocie facet przebrany za pomnik, gdy go spytałem, czy mu się nie nudzi stać nieruchomo na ulicy w jednej pozycji. To prawda, świat jest dlatego ciekawy, że ludzie rodzą się do różnych rzeczy. Jeden, mimo że jest inżynierem budowlanym, tak jak np. Wacek Juszczyszyn z Wolnej Grupy Bukowina, poświęca się muzyce i prawie nic więcej dla niego nie istnieje, inny, choć z wykształcenia jest architektem, całe życie będzie latał, jak ten gość, który zaprojektował mi dom i przyznał się do tego, że tak naprawdę interesuje go pilotowanie samolotów i właściwie, to tylko temu poświęcił życie, a projektuje, bo latać już nie może. Niestety, gdy się o tym dowiedziałem, na moim domu powiewała już wiecha.
          Znam też jednego plastyka, który urodził się po to, żeby wędrować. Ma ten gość w sobie przymus przemieszczania się i nic na to poradzić nie można. Zawsze lubiłem odwiedzać miasto Łódź. Nie, nie dlatego, że mnie urzekło swą urodą i nie dlatego, że jestem fanem "Ziemi obiecanej", ale dlatego, że mam tam przyjaciół. Jednym z nich jest właśnie ten wiercipięta - Wojtek Hempel. Na zdjęciu, które zostało zrobione w grudniu 2006 roku, a które znalazłem w internecie, to ten z czarną czupryną.

hemel-wojtek-z-lewej

          Gdy w 1974 roku przyjechałem do Łodzi na pierwszą YAPĘ wnet się okazało, że wszystkim zarządza szczupły facet, którego widać z każdego miejsca w mieście, bo taki wysoki i taki ważny. To on wymyślił ten łódzki festiwal i on go zorganizował. To on namówił mnie bym napisał coś dla Eli Adamiak, również łodzianki. To on wreszcie, o czym wspomniałem pisząc o Szczepanie Szotyńskim, wytłumaczył mi, że linia prosta burzy w przyrodzie harmonię.
Gdy wybuchła Solidarność, byt Wojtka stał się bytem politycznym. Całym sobą zaangażował się Hempel we "wrogą" robotę opozycjonisty i wichrzyciela. Strajkował, robił plakaty, roznosił bibułę i chyba nawet pyskował na wiecach. Nie zdziwiłem się przeto, gdy 13 grudnia roku pamiętnego został internowany. Dla takiego turysty siedzenie w jednym miejscu, i to na dodatek zamkniętym, musiało być katorgą.
Gdy więc generałowie dali mu do wyboru - siedzisz, albo wyjeżdżasz, to wyjechał. Wyjechał do Ameryki na ponad dziesięć lat. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy wrócił. Spotkaliśmy się w Warszawie. Bałem się, że go nie poznam. Gdy pojawiłem się w umówionym miejscu stanąłem jak wryty - na Wojtku czas nie pozostawił śladu. Stał przede mną facet w dżinsach, zielonej, flanelowej koszuli, dokładnie taki, jakim go zapamiętałem z lat siedemdziesiątych. Przez prawie dwadzieścia lat nie zmienił się nic, a nic.
Gdy w tym roku, w lipcu zadzwonił i powiedział, że pragnie nas odwiedzić na początku sierpnia, to zaskoczony nie byłem, choć nie widziałem go prawie dziesięć kolejnych lat. Nie zaskoczył mnie też informacją, że przyjedzie do mnie rowerem od strony Szczecina, ani tym, że będzie jechał po plaży. Nie zaskoczył mnie również i tym, że pojawił się w nocy, choć zapowiadał się na wczesne popołudnie i to dzień wcześniej. Zaskoczył mnie dopiero podczas naszej nocnej rozmowy, gdy opowiadał mi o swoich wrażeniach ze spotkania starych znajomych. - Wiesz - zaczął - zorganizowaliśmy sobie spotkanie naszej licealnej klasy. Niektórych ludzi z trudem poznałem. Lata swoje robią. W tym momencie chwyciłem za aparat..

. hempel-wojtek-gdynia-10-sierpien-2009-r

Wojtek dał się sfotografować, po czym się do mnie odwrócił i dokończył - Co się jednak dziwić. Wszyscy skończyliśmy już sześćdziesiąt lat. Spojrzałem na Wojtka i dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że czas, choć istnieje, to w Wojtka przypadku kompletnie nie robi swojego. To niesprawiedliwe - pomyślałem - że tylko turystom ziemia kręci się wolno, bardzo wolno. A co z takimi jak ja, którzy cenią sobie domowe pielesze i ciepło czterech kątów?
Tak, czy inaczej morał z tej opowieści o Wojtku Hemplu jawi się jeden - Chcesz zachować zdrowie i urodę, to rusz tyłek i... rusz w drogę
07 sierpnia, 2009

Jeszcze i już, ale nie jak ten...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:29
          Wczoraj znowu usłyszałem tę starą mądrość, że "najwięcej mówisz o sobie, gdy mówisz o innych". No, to... Zdaje mi się, że jestem jeszcze w komfortowej sytuacji. Choroby nie bolą mnie jeszcze na tyle, bym nie mógł niespiesznym spacerkiem, z lekka podskakując, iść dalej przez życia dołki i pagórki. Sprawy rodzinne, niczym jezioro latem, cieszą jeszcze urodą i obiecują wypoczynek, choć już czasem męczą. Finansowe latawce też jako tako szybują jeszcze po niebie nadziei, ale bywa, że wysokość lotu już budzi lęk. Zawodowe zaś mechanizmy kręcą się jeszcze, lecz już ostrożniej i znacznie wolniej. Tak między Bogiem a prawdą, to właściwie żadnego przymusu do niczego jeszcze, i już nie mam, bo palenie rzuciłem, a ogródkiem zajmuje się Asia.

ogrod1

          Te "Codzienności", które sobie w internecie uprawiam, są, jakby powiedział ubogi zakonnik z Torunia - dziełem kompletnie bezinteresownym. Z wykwitu talentu, w przeciwieństwie do wielu znajomych bardów, i takiego jednego na O. z Krakowa, nie mam prawie niczego do sprzedania. "Prawie" co prawda robi sporą różnicę, ale generalnie - co mam z fantazji, mogę dać.
Nie tęskno mi za koncertami, jak temu na O. z Krakowa. Nie zabiegam już o poklask, choć komplementy lubię. Za fanów wystarczą starzy znajomi i przyjaciele. Jak jeszcze trafią się przypadkowi, przychylni internauci, jestem szczęśliwy. Zamiast kontraktu na występ wystarczy pewność, że nad nowym tekstem paru ludzi się pochyli i doczyta do końca. Nie chcę, jak ten na O. z Krakowa, podobać się wszystkim. Niech mnie dobrze postrzega żona, a już świat będzie piękny.
Jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać moich piosenek, to ma je tu, pod ręką. Jeżeli ktoś ma ochotę wiedzieć, co myślę, może się dowiedzieć na tej stronie, a gdy ciekawość go weźmie, by widzieć jak wyglądam, to proszę - jest galeria.
Ku zgorszeniu żony, nigdy nie zabiegałem, jak ten na O. z Krakowa - i nie zabiegam nadal - o zaproszenia na imprezy, przeglądy i festiwale, choć dziękuję tym, którzy nie bacząc na nic wciąż o mnie pamiętają. Te imprezy, koncerty i programy, które były, ciepło i z sentymentem jeszcze wspominam, najchętniej w ogrodzie, bycząc się nieprawdopodobnie, aż mnie Aśka nie przegoni.

ogrod-w-sierpniu

          Moja sprawa ze sceną jest już oczywista - nie wpychamy się na siebie, choć czasem jeszcze na się zerkamy. Nie tęskno mi do oślepiających reflektorów i ogłupiających tras koncertowych. Nie ma we mnie już nic z gościa, który musi. Już nie muszę.
A że sobie jeszcze coś zechcę, nie powinno nikomu przeszkadzać. Ja wciąż lubię chcieć jeszcze - i już, i to niech o mnie najlepiej świadczy.
I tak oto wymyśliłem nową życiową maksymę: "Najmniej mówisz o sobie, gdy mówisz tylko o sobie" A nie o tym banalnym na O. z Krakowa.

PS. Jeden z moich starych przyjaciół, Marek Prusakowski, udzielił wywiadu. Polecam, bo warto przeczytać, choćby dla zdrowia : http://www.wiadomosci24.pl/artykul/lekarz_pasjonat_czlowiek_epoki_renesansu_105661-1--1-a.html

PS2. Dla ciekawskich - ten O. z Krakowa, tylko czasem jest z Krakowa i tylko czasem jest na O.
01 sierpnia, 2009

Moralne zwycięstwo

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:49
          Od wczoraj pełno wszędzie Powstania Warszawskiego. Burmistrz Stalowej Woli się zwiesił i pokazał "wała" wojewodzie podkarpackiemu, który nakazał dzisiaj o siedemnastej wyć syrenami. Powiedział, że wyć nie będzie i zapytał - Który normalny naród buduje tożsamość na klęskach? Od razu zacząłem się zastanawiać, czy Francuzi obchodzą klęskę pod Waterloo? Nie wiem, i jakoś nigdy nic o tym nie słyszałem.
         Znany historyk, który mieszka obecnie w Anglii, powstaniec warszawski, prof. Ciechanowski mówi w wywiadzie prasowym, że do tego powstania nigdy nie powinno dojść, i że sprowokował je mało zdolny watażka Okulicki z niejasnym życiorysem, w którym można się dopatrzeć elementów zdrady.
          Powstanie wybuchło. Tragedia miasta się odbyła. Żadnego celu nie osiągnięto. Za tę awanturę życiem zapłaciło około dwustu tysięcy Polaków i około dwóch tysięcy Niemców. Wczoraj jakiś starszy pan podczas uroczystej akademii w Warszawie mówił, że w 1944 roku odnieśliśmy moralne zwycięstwo. Cholera - pomyślałem - czy my nie moglibyśmy odnosić normalnych zwycięstw?
          Lech Makowiecki z grupy "Babsztyl" i "Zayazd", który jest moim sąsiadem i kumplem od dziesiątków lat, przysłał mi dzisiaj swoją nową, piękną piosenkę o tych młodych ludziach, którzy ginęli w beznadziejnej walce. Gdy jej słuchałem przypomniała mi się rozmowa z moim wujkiem - Tadeuszem Kozakiem.

tadeusz-kozak

         W czasie wojny mieszkał na Żoliborzu. W swoim tapczanie trzymał broń, co napawało strachem całą rodzinę. W 1944 roku miał dziewiętnaście lat. Nie powojował długo, kilka dni po wybuchu Powstania został ranny. Kiedy się wylizał było po wszystkim. Wylądował na robotach w Niemczech. Gdy wrócił do Warszawy nie odnalazł już swojego domu. Wyjechał na Wybrzeże. Skończył Politechnikę Gdańską i był jednym z tych, którzy zbudowali przemysł okrętowy. Któregoś wiosennego dnia poszliśmy na spacer po plaży...

tadeusz-kozak-nad-morzem

... i zgadaliśmy się na temat wujkowej młodości. Zapytałem go o Powstanie, powiedział coś takiego: 
- Powstanie było jedną wielką tragedią i... głupotą. My, młodzi niewiele z całej tamtej sytuacji rozumieliśmy. Chcieliśmy się bić. Jednak ci, którzy Powstanie wywołali powinni wiedzieć co robią i czym ryzykują. Skoro tak nieprzemyślane wydali rozkazy, to nie powinni teraz uchodzić za bohaterów narodowych, bo oni naród narazili na wielkie straty. Czy ktoś kiedyś powiedział matkom tych dzieci, które z gołymi rękami rzuciły się na uzbrojoną po zęby armię, po co one zginęły? To była okropna klęska. W każdym wymiarze.
          Pokiwałem głową, bo cóż można powiedzieć. No, mógłbym coś palnąć o moralnym zwycięstwie. Nie palnąłem i na wszelki wypadek o stocznie już nie pytałem.


29 lipca, 2009

Koncert w Trójce

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:37
          Rano przyszedł mail od Donarskiego, który pracuje z nowym "MISTER z UB-em" nad nowym repertuarem. Najogólniej mówiąc idzie im dobrze i wkrótce zostaną dokonane jakieś pierwsze nagrania. Cieszę się, bo Andrzej należy do tych ludzi, których nie lubić się nie da. Po południu zaś Janusz Lipiński, który w latach siedemdziesiątych był jednym z filarów grupy Boom ( pisałem o zespole 4 i 25 marca br.), i który też należy do tych, co to się ich lubi, zadzwonił do mnie z wiadomością, że prace nad jego nowym projektem mają się ku końcowi. Na poniższym zdjęciu siedzimy razem w studio dwa lata temu przy realizacji jakiegoś mojego pomysłu.

w-chylinski-i-janusz-lipinski-w-studio

          Janusz jest managerem z najwyższej półki. Do niedawna zawiadywał pomysłem wybudowania całej, nowej dzielnicy w Gdańsku, która nosić będzie nazwę "Nowe Miasto", a w tej chwili sam nie wiem, gdzie ten warszawiak z krwi i kości zarządza. Wiem natomiast, co mu nowego i ciekawego po głowie ostatnio chodziło. Mówił, że będzie chciał wyprodukować płytę, książkę i teledyski, by uczcić pamięć Krzysztofa Kamila Baczyńskiego przypominając jego twórczość starym i przedstawiając nowym pokoleniom. Nie wiedziałem tylko, że tak szybko mu się to wszystko uda zrobić. Płyta nosi tytuł "Ptaki powrotne".
          Już w sobotę, 1 sierpnia o godzinie 18.00 w radiowej "Trójce" odbędzie się koncert transmitowany na cały świat, którego treścią będą piosenki ze wspomnianej płyty. Płyta nagrywana była między innymi w Filharmonii Olsztyńskiej i pracowało nad nią całkiem niezłe grono muzyków. Wszystkie piosenki na płycie i na koncercie, które skomponował Janusz, pięknie zaśpiewa piękna olsztynianka Basia Raduszkiewicz. Znając talent, perfekcję i fantazję Janusza gorąco polecam ten koncert i płytę. Warto 1 sierpnia znaleźć trochę czasu i o 18.00 włączyć "Trójkę", pamiętając, że to będzie również hołd dla tych dwustu tysięcy ludzi, którzy polegli w 1944 roku pod gruzami wielkiego miasta w samym środku Europy.
27 lipca, 2009

Dziś Krzyś czyli opowieść pt. Kaszubi i Górale

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:48
          W ostatnią sobotę zapędziło nas z Asią do Borska nad Jeziorem Wdzydzkim. Jadąc przez urodziwe Kaszuby podziwialiśmy zmiany jakie się w ciągu ostatnich lat w krajobrazie tej naszej Szwajcarii dokonały. Bez dwóch zdań trzeba przyznać, że obecne czasy, jak żadne dotąd znakomicie Polsce służą. Mijane pod drodze wsie są zadbane i czyste, ilość zajazdów i ich wygląd świadczą o tym, że Kaszubi mocno ruszają nie tylko rękoma, ale też i głową. W Kościerzynie skręciliśmy na Toruń, a potem na Wiele, zostawiając sławne Wdzydze po prawej stronie. Gdyśmy niedaleko nich przejeżdżali, wspomnieliśmy ze śmiechem, jak to kiedyś na studenckiej Bazunie "robiąc" w jury przyznałem nagrodę, jakby sam sobie, bo facetowi, który ładnie zaśpiewał moją piosenkę.
          Ponieważ niedawno bazunowi kronikarze przysłali mi zdjęcie z tamtego wydarzenia, na którym, prócz laureata z długimi włosami, jesteśmy też my, całą rodzinką, to mamy teraz pamiątkę. Radek miał wtedy cztery lata i był rozkosznym maluchem. Dzisiaj lat Radkowi przybyło, ale nadal zdarza mu się bywać rozkosznym. Asia na szczęście niewiele się zmieniła, bo śmieje się teraz równie uroczo, jak wtedy.Jacy byliśmy młodzi...

lata-osiemdziesiate-bazuna-we-wdzydzach

          Do Borska pojechaliśmy na zaproszenie Niny, mojej przyjaciółki z Łodzi, wspominanej tu wielokrotnie, która właśnie tam postanowiła za jednym zamachem obejść z nami kolejną rocznicę swojego ślubu i imieniny Krzysia - męża swego kochanego.

krzys

Przy okazji tych imienin obchodzonych "w tak pięknych okolicznościach przyrody"...

borsk-015 .

..rozdyskutowaliśmy się na temat, który poruszałem w "Codziennościach" już rok temu - dlaczego Zakopane, które ma sezon niemal cały rok i budżet kolosalny, jest tak zaniedbane, jak jest, a Sopot, który gości spodziewać się może ledwie przez dwa miesiące w roku, wygląda jak wygląda, i z dnia na dzień pięknieje? Krzyś, który pod Tatrami swego czasu pomieszkiwał, powiedział mi, że to przez mentalność górali. Podał znany sobie przykład bacy, który kiedyś przerobił swoje obejście na tani pensjonat dla kilkudziesięciu gości i czerpie z niego potężne zyski. Ponoć nie wie co ma z pieniędzmi robić, ale gdy przyszło mu decydować o tym, by zbudować solidną kanalizację i powiększyć szambo, to wolał, jak dotąd, po cichu łączyć się z naturą, tj. pobliskim strumieniem.
           Gdy wróciliśmy do domu i zobaczyłem w telewizji tego biednego konia, który z wyczerpania padł na drodze do Morskiego Oka, pomyślałem, że Krzyś chyba niewiele przesadził mówiąc o góralskiej mentalności. Dobrze jest jednak mieszkać wśród Kaszubów, nad pięknymi jeziorami.

borsk-006

I nad jeszcze piękniejszym morzem.

molo-w-orlowie

PS. Wszystkim moim znajomym Krzysiom, a w szególności Krzysiowi Kowalkowskiemu, składam spóźnione, ale najserdeczniejsze życzenia - wszystkiego najlepszego!
23 lipca, 2009

Burdel Jego Wysokości

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:48
          Chaos w kancelarii Jego Wysokości Prezydenta nie jest jakimś szczególnym zjawiskiem w naszym narodowym interesie. Rzekłbym nawet, że to rzecz normalna. Przed spadkobiercami Krzywoustego znalazłoby się wielu, którzy byliby znakomitym przykładem na nasze narodowe i obywatelskie sobiepaństwo, polityczną głupotę i warcholstwo, choć bywało mądrze i porządnie. Polska była kiedyś wielkim państwem, mocarstwem nawet. Tak było po unii krewskiej w 1385r, po której mądry Litwin zaczął nam pisać historię sławy i chwały?

607px-poland_and_lithuania_13871

          Tak było też po unii lubelskiej w 1569. Tym razem to nie strach przed niemieckim zakonem, który, będąc militarną potęgą został znokautowany (szkoda, że niedobity), a strach przed Rosją był tym klejem, który Polaków i Litwinów jeszcze bardziej scalił.

polska-po-unii-lubelskiej1

          A dzisiaj, po pięciu wiekach, jak jest? Czyżby Iwan przestał być Groźny i teraz swoim sąsiadom życzy wszystkiego najlepszego? Co myślą o nas bracia Litwini i jak sobie wzajem wybaczamy z Ukrainą? W tamtych wiekach Polacy mogli solidnie pracować na późniejsze kraju położenie i na jego wagę. Niestety, wkrótce zabrakło na tronie Litwinów, a Ukraińcy nie dorastali do naszej pychy. Efekt poniżej. poland
          Prócz tego, że wytwarzanie chaosu chyba mamy zapisane w genach, to na dodatek, do Jego Wysokości własnego chowu szczególnego szczęścia też nie mamy. Jeżeli teraz Jego Podrzędność Minister Kownacki objawia światu swą frustrację z powodu bałaganu, jaki panuje w Pałacu Jego Wysokości, to co w tym nowego? Po pięciu wiekach Polska ma niepowtarzalną szansę, tym razem za sprawą unii z całą Europą, być nie tyle mocarstwem, co bezpiecznym krajem. Z Niemcami, którzy nas gwałcili nie mniej niż Rosjanie, z Francuzami, którzy nas zdradzali za każdym razem, gdy tylko trzeba było dochować umowy, i z Anglikami, którzy nas nigdy nie cenili, żyjemy teraz pod jednym dachem. Jest więc rzadka okazja i szansa na odwrócenie od Polski tego fatum, które sprawia, że cierpiętnictwo jest naszą dumą i chlubą. Choć Rosjanie od nowa prężą muskuły i choć z daleka widać, że są one mocno zwiotczałe, to jednak Rosjan zawsze należy się bać. Pojedynczo Rosjanie, podobnie jak Niemcy, są fajnymi ludźmi, lecz w polityce i w swej masie są nieobliczalni.
          Mądry Jego Wysokość wiedziałaby, że tylko w Unii Europejskiej mamy szanse żyć w granicach jakie nam dali pogromcy Hitlera i natychmiast ratyfikowałaby traktat. Niestety, jak twierdzi prezydencki minister, nasza Jego Wysokość zamiast europejskiego salonu politycznego prowadzi swojski burdel, w którym panuje niczym nieograniczony chaos. A mówią, że historia jest najlepszą nauczycielką.
15 lipca, 2009

Pieczątkarnia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:44
          Czasami myślę, że nie dać się zwariować, to podstawowa powinność obywatela takiego kraju, jak Polska. W styczniu ubiegłego roku opisywałem zajście na poczcie w Gdyni-Orłowie, gdzie zażądano zmartwychwstania mojej teściowej, by można było przekierować korespondencję. Kilka dni temu los podarował mi inny kwiatek z tej samej łączki: Zdarzyło się tak, że wraz z Asią, miałem kilka spraw do załatwienia w miejskich urzędach. Przechodząc obok dworca, który stoi naprzeciw budynku sądu, Asia przypomniała sobie, że dawno nie zaglądała do akt sprawy, która od wielu lat w tym sądzie się ciągnie.

temida

          Ponieważ sprawa jest niebanalna i niebłaha, a rozwiązanie dla nas istotne, skręciliśmy ku szerokim schodom świątyni sprawiedliwości. Po wejściu na piętro i odszukaniu odpowiedniego wydziału, Asia, jako strona w procesie, zniknęła za drzwiami sekretariatu. Po chwili wyłoniła się zza nich na powrót i zawołała mnie bym wszedł coś zobaczyć. Wszedłem. W kąciku na małym stoliku leżały akta.
- Czytaj - wskazała pismo leżące na wierzchu, którego dotąd nie znaliśmy. Nie zdążyłem zobaczyć nagłówka, gdy obok mnie wyrosła przystojna kobieta o inteligentnym wyrazie twarzy, wyglądająca na szefa tego biura. Zaatakowała z marszu:
- A pan co tu? Czy pan jest stroną?
- Nie, ale jestem mężem strony - odpowiedziałem.
- Tak, proszę pani, to jest mój mąż - potwierdziła Asia - i ja chcę, by on to przeczytał - tu wskazała pismo leżące na wierzchu teczki z aktami.
- Nie ma takiego prawa. Tylko strony mają wgląd w akta - zawyrokowała przystojna.
- Ale - wpadłem na pomysł - ja mam pełnomocnictwo żony, tj. od strony do reprezentowania jej interesów we wszystkich urzędach. - To niech Pan pokaże - przystojna wyciągnęła rękę. Zacząłem gorączkowo przeszukiwać portfel, w którym za każdym razem, gdy Asieńka wyjeżdżała za granicę, nosiłem notarialne upoważnienie. Niestety... Asia stojąca z boku patrzyła na mnie i na przystojną, jak na parę idiotów, którzy jej osobę w jednej chwili sprowadzili do wartości paru literek postawionych na papierku i kilku kropel tuszu na notarialnej pieczęci. Joachna, jak Asię nazywa ciocia ze Śremu, dawno nigdzie nie wyjeżdżała, więc upoważnienia w portfelu nie było. Zwiesiłem głowę, a przystojna z tryumfem w oczach pokazała mi drzwi. Zdążyłem tylko poprosić żonę:
- Przepisz wszystko dokładnie.
Chyba perspektywa znoszenia obecności Asi przez dłuższy czas, która w sekretariacie mozolnie, literka po literce, zaczęła przepisywać długie pismo, nasunęła przystojnej genialny pomysł, by natychmiast odbić je na ksero. Na korytarzu jest dość ciemno, więc siłą rzeczy Temida jest tam bardziej ślepa niż normalnie i dzięki temu bez problemu mogłem przeczytać absolutnie tajne pismo dotyczące mojej rodziny.
          Zazwyczaj, by otrzymać ksero z akt najpierw trzeba je zamówić (nie ma mowy, by móc je sfotografować), zapłacić złotówkę od strony i poczekać kilka dni. Tym razem, po chwili przeczytałem, to co przeczytać chciałem i powinienem.
          Stosunkowo niedawno, w odpowiedzi na zainstalowanie się w Polsce zachodnich sieci szybkiego i śmieciowego żywienia, wymyślono swojskie Pierogarnie. Idąc tym śladem ktoś w Sopocie przy Grunwaldzkiej otworzył Kanapkarnię.

kanapkarnia-w-sopocie

          W tej sytuacji i wobec tego, ja proponuję, by wszystkie urzędy w naszym kraju nazwać Pieczątkarniami. Ja z tego nic nie będę miał i się tym nie najem, ale armia "przystojnych" tylko to trawi i tylko tym się syci, więc...
Smacznego moi drodzy, przystojni i mądrzy Urzędnicy!
04 lipca, 2009

Jak dojrzewają czereśnie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:28
           Wiosną tego roku czereśnię w moim ogrodzie wyjątkowo pięknie obsypało kwieciem. Drzewko wyglądało w tej kwiecistej bieli niczym panna młoda, wzbudzając mój zachwyt. Dałem temu wyraz tutaj, w Codziennościach, i w Naszej Klasie, gdzie zamieściłem zdjęcie owego ukwiecenia. Wychodzę bowiem z założenia, że ładnym i dobrym też trzeba się dzielić, bo złe i brzydkie dzieli się samo. Mimo że czas wiosny był zimny i mokry, moja ulubiona czereśnia wydała na świat owoce, które cieszą oko i obiecują smak, a
dzisiaj wyglądają tak:

czeresnie

          Nie wszystko jednak, co zabłyśnie kwieciem w naszym ziemskim ogrodzie, wydaje dobre owoce. Tak bywa z ideami, które sobie - my, ludzkość - dla naprawy świata wymyślamy, a realizacja których często przynosi zabójcze skutki. Po lekturze dzienników Anny Kowalskiej, która opisywała rzeczywistość powojennej Polski, dla swego rodzaju konfrontacji, czytam teraz "Dzienniki" Marii Dąbrowskiej. Już je kiedyś czytałem, ale dopiero teraz przeglądam te pamiętniki z prawdziwą uwagą. Warto obie pozycje przestudiować. Najlepiej razem.
          O ile Kowalska na codzienność PRL-u patrzyła z umiarkowanym krytycyzmem i miała jakieś nadzieje, to Dąbrowska nie miała żadnych złudzeń. Rzeczywistość widziała taką, jaką ona była. Nie łudziła się iluzją, że może... Zastanawia mnie, jak to się stało, że ta, jakby nie było, wielka pisarka, przy tak krytycznym postrzeganiu socjalizmu i komunizmu, mogła swym autorytetem i talentem, ideę tę, opisywaną w "Dziennikach" jako nienormalną, wspierać, uczestnicząc w akademiach propagandowych, zebraniach dziwnych organizacji i zjazdach śmiesznych instytucji, walczących (sic!) o pokój. Bez wstrętu wydawała swoje dzieła w zakłamanych wydawnictwach i publikowała w reżimowej prasie, nie bacząc, że na wolność słowa pozwolić może sobie tylko w zeszytach zapisywanych po kryjomu. Przecież w tamtych czasach pisarze, bardziej, niż kiedykolwiek, traktowani byli znakomicie, jak latarnie oświetlające drogę narodowi. Oczywiście mieli lepiej, ale nie za darmo. Czy ta dwulicowość i hipokryzja była podyktowana wygodą materialną, czy może były inne przesłanki? Co usprawiedliwia takie postępowanie?

anna-kowalska-z-corka-tula-i-maria-dabrowska
Anna Kowalska, jej córka Tula i Maria Dąbrowska, 1956 r.

          Historia mówi, że wielu znakomitych literatów wierzyło wówczas, iż kwiaty idei socjalizmu wydadzą dobre i smaczne owoce. Z "Dzienników" Dąbrowskiej wynika, że miała ona pełną świadomość marności tego pomysłu. Czy mogła działać inaczej? Czy było to działanie kunktatorskie, podyktowane przekonaniem, że skoro nic zrobić się nie da, to trzeba przetrwać? A może była to tylko czysta, nieskażona niczym chęć bycia popularnym, istnienia "na wierzchu"? Skoro dla narodu nic zrobić nie można, to róbmy coś dla siebie. Wszak wysokie honoraria, apanaże i przywileje, jakie zapewniało spacerowanie u boku władzy, pozwalały na życie w chwale i dostatku. Czy piękne mieszkanie przy Niepodległości w Warszawie i willa w Komorowie, w czasach, gdy lud mieszkał w tzw. "kołchozach", były ceną za udawanie, że się nie widzi, że się nie wie? Choć lektura jeszcze trwa, sądzę, że moje pytania pozostaną bez odpowiedzi. Znamienna jest jednak postawa Dąbrowskiej, która będąc konserwatystką, przy Putramencie uchodziła niemal za kontrrewolucjonistkę, choć oficjalnie się nie buntowała. Cóż, takie były warunki, takie było życie, a innej Polski nie było, i być nie mogło. Choć Dąbrowska wielką pisarką była, to jednak ciekawe jest, jak dojrzewały wtedy czereśnie?
          Dobrze jest czytając kronikę sprzed dziesięcioleci przenieść się z lekturą w czasie i wylądować we współczesności. Prócz "Dzienników" Dąbrowskiej, z wielką ciekawością czytam również ostatnio wydany "Dziennik dla dorosłych" Stefana Chwina. Chociaż wszystkie dzieła Chwina są osobiste, to po "Kartkach z dziennika", "Dziennik dla dorosłych" jest kolejną porcją najbardziej osobistych z osobistych zapisków na marginesie życia w dorobku zacnego profesora Uniwersytetu Gdańskiego, który, jak mi się wydaje, nic, a nic się nie zmienił od czasu spotkań w Kole Młodych, które w latach siedemdziesiątych odbywały się w kamieniczce ZLP przy kameralnej ulicy Mariackiej w Gdańsku. Choć jak się bliżej przyjrzeć, to zmężniał ten zawsze dystyngowany hipis.

chwin
fot. Gazeta.pl/Trójmiasto

          Płynąc z tezami, myślami i wnioskami tajemniczego Pana S. zdarza mi się czasem na falach Chwinowych zapisków wejść na mieliznę i złowić jakąś naiwność, lecz wcale nie zmienia to mojego sądu, że Chwin jest jednym z mądrzejszych ludzi w Polsce, których należy czytać. I to czytać z uwagą. Cieszę się więc, że w tym naszym, trójmiejskim ogródku drzewo Chwina co rusz zakwita, mimo szkodników jakie próbują podgryźć każdą gałąź, nawet tę, na której same siedzą. Całe szczęście, że jest wolność słowa i nie trzeba dokonywać już takich wyborów, jakie miała przed sobą Maria Dąbrowska. Całe szczęście, że nikt nie może już nikogo skazać na niebyt twórczy administracyjną decyzją. Ale wciąż trzeba pamiętać, że nasz narodowy ogród jeszcze długo nie będzie powszechną krainą szczęścia, bo tak naprawdę wciąż zbyt wolno w Polsce dojrzewają czereśnie. I jedno tylko jest pewne - Chwin wielkim pisarzem jest.


NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY