30 września, 2009

Boh trojcu lubit

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:00
          Grzegorz Marchowski, przyjaciel, inżynier, kompozytor i bard w jednej osobie, gdy urodziło mu się trzecie dziecko, przyleciał do mnie szczęśliwy z okrzykiem na ustach - Boh trojcu lubit. Gdy urodziło mu się piąte dziecko, sławił doskonałość dzieła bożego w postaci dłoni, która ma pięć palców. Teraz sławić będzie księżyc, na dodatek zielony. Wczoraj Grześ przyniósł mi zaproszenie na koncert promocyjny swojej nowej płyty "Zielony Księżyc", którą stworzył wraz z Grażyną Orlińską, autorką sławnego przeboju o wsi Chałupy 

waldemar chyliński podczas koncertu z grzegorzem-marchowskim

          Ten z gitarą to ja, a przy mikrofonie stoi Grześ - koncert 2007r. Grzegorz jest świetnym melodykiem, a Pani Grażyna wrażliwą tekściarką, więc mimo iż płyty nie słyszałem, domniemywam, że rzecz będzie bardzo udana. Dlatego, kto może niech się wybierze na ten promocyjny koncert do sopockiego ratusza we wtorek 6 października o godzinie 19.00. Polecam!
          Skoro wiadomo, że Boh trojcu lubit, to ja dzisiaj chciałbym opowiedzieć o trój-wykonaniu pewnej piosenki, która jest prośbą trzech różnych osób do wątpiących i załamanych o niepłakanie. Będzie zatem to historia o historii. Opowieść o utworze "Nie płacz, nie trzeba tak" nie jest ani długa, ani zawiła, ani nadzwyczajna. Rzekłbym nawet, że jest tak zwyczajna, jak zwykły, szary dzień. W tym roku z żoną obchodziliśmy trzydziestą rocznicę ślubu. Przez te wszystkie lata, jak w każdym małżeństwie, bywało różnie. Nie powiem w jakich okolicznościach napisałem tekst do tej piosenki, bo to zbyt osobista sprawa, ale zdradzę, że powstał po burzliwej, małżeńskiej awanturze i jest do dzisiaj w naszym domu formą, która kończy spory, rodzajem przeprosin. Wystarczy, że powiem "...życie mi mówi, że cała ty, to wszystko co mam..." , a zaraz, nawet w nocy, zaczyna świecić słońce.
          Napisaliśmy z Andrzejem "Nie płacz...", gdy przygotowywaliśmy materiał na moją płytę "Słowa...". Niedawno okazało się, że piosenka po zmianie tempa znakomicie brzmi w wykonaniu zespołu rockowego. Oto ona - "Nie płacz, nie trzeba tak" - śpiewa MISTER z U.B

mister-z-ub
fot. Hania Rogowska
          Zadziwiające jest to, że w tym samym czasie, gdy rockman Andrzej Donarski siedział nad "Nie płacz, nie trzeba tak", Beata Bartelik na koncercie w Radio Gdańsk "odpaliła" tę piosenkę również - i ku mojemu zaskoczeniu skroiła ją z wprawą rockowej gwiazdy. Oto co mówi Beata facetowi, gdy ten podupada na duchu - "Nie płacz, nie trzeba tak"

beata-bartelik

          O tym, że Beata Bartelik zaskoczyła mnie wtedy ogromnie pisałem 28 czerwca tego roku we wpisie pt. "Karin, Beata i wujek Internet". Beata tak ma, że lubi zaskakiwać. Pewnie jeszcze nie raz to zrobi, więc już z góry jestem wdzięczny. By jednak Boh miał co lubić, przypomnę, że to ja, pierwszy, kilka lat temu, nagrałem tę wstrzymującą łzy przysięgę miłosną, którą powtarzam mojej Asi w każdej trudnej sytuacji życiowej. Kto takich nie ma? Aaa..., co tam będę gadać. Pewnie nie jeden, nie jednej, nie raz powinien, tak jak ja, zaśpiewać "Nie płacz, nie trzeba tak"

koncert-w-olsztynie-na-zamku

           Cieszyłbym się, gdyby piosenka ta w każdej rodzinie kończyła wszystkie małżeńskie niesnaski. Jeżeli nie macie jakiegoś innego, lepszego sposobu, to wybierzcie sobie jedną z tych trzech wersji piosenki "Nie płacz, nie trzeba tak" i... niech to będzie dla Was dwojga, ta trzecia... prawda, droga i nagroda, bo Boh trojcu lubit.
24 września, 2009

Wały zagrały

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:50
Póki my żyjemy... chciałoby się zaśpiewać po takim koncercie, w jakim miałem okazję i przyjemność uczestniczyć kilka dni temu. Dokładnie tydzień temu, w czwartek, zadzwonił jeden z moich przyjaciół i ściszonym głosem poinformował w wielkiej tajemnicy o koncercie "Wałów Jagiellońskich", który miał odbyć się jeszcze tego samego dnia, w studio Radia Gdańsk. - Reaktywacja - zapytałem. - I nagrywanie płyty - usłyszałem w odpowiedzi. To był chyba 1976 rok, Bazuna, albo podobny przegląd piosenki studenckiej. Rudi Schuberth, mój rówieśnik (urodził się 14 dni wcześniej) i jak później zauważyłem - przyjaciel, a także dobry kolega ze sceny, okazał się najjaśniejszą gwiazdą tamtej, żakowskiej nuty. Otoczony szybko przez krąg wyznawców już wtedy próbował składać jakiś taki prototyp "Wałów Jagiellońskich". rudi-i-prototyp-walow-jagielonskich1 Rudiego na powyższym zdjęciu łatwo rozpoznać można w młodzieniaszku, pierwszym z prawej, z gitarą w rękach i stylowych baczkach. Po tamtym koncercie los chciał, że noc spędziliśmy na jednej ławce, przy jednym stole i jednej beczce. Taki był początek, a potem spotykaliśmy się częściej, biorąc udział w tych samych przedsięwzięciach, festiwalach i koncertach. Gdy w 1978 roku odbierałem nagrodę w Krakowie, Wały odbierały równorzędną i nigdy nie było tak, by nie było nam po drodze. Nic dziwnego zatem, że na wieść o reaktywacyjnym koncercie, chwyciłem aparat i w czwartkowy wieczór, wśród około setki samych znajomych, siedziałem w dużym studio przy ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu. Punktualnie o 20.00 na scenie pojawił się Mistrz Schuberth z zespołem. rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r W składzie obecnych "Wałów Jagiellońskich" godne miejsce zajął między innymi, bardzo przeze mnie lubiany gitarzysta - Zbyszek Seroka z Olsztyna... rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-zbyszek-seroka Nowe aranżacje starych przebojów z nieśmiertelną "Córką rybaka" i nowe piosenki plażowo-polityczne, a przede wszystkim niezwykły humor i niesamowita energia Rudiego sprawiły, że dwugodzinny koncert przeleciał jak z bicza strzelił. Oto kilka ujęć leadera Rudiego w trakcie show: rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-1 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-6 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-3 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-4 Każdy, kto widział kiedykolwiek Ryśka, jak się do niego zwraca żona i niektórzy przyjaciele, przyzna, że Rudi jest osobą stworzoną dla sceny. W ubiegły czwartek tę prawdę Schuberth potwierdził w całej rozciągłości i dobrze się stało, że wkrótce znowu będzie można usłyszeć o "Wałach Jagiellońskich". Oby Wały zawsze grały, a ludzie żyli weselej!!!
22 września, 2009

Perłowa rocznica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:01
          Wszystkich przyjaciół, znajomych i przypadkowych czytelników z wielką radością informuję, że trzydzieści lat temu, 22 września 1979 roku, jak to widać na tej, trochę podniszczonej fotografii, w małym kościółku w Orłowie, ksiądz prałat Stanisław Zawacki udzielił nam ślubu.

slub-orlowo-22-wrzesnia-1979r

Asia już od kilku dni przygotowywała się do dzisiejszej, perłowej rocznicy. Szczególnie interesujące były jej zabiegi z upiększającymi maseczkami kosmetycznymi.

maseczka-z-ogorkow

Dziś o świcie wręczyłem mojej żonie bukiet z trzydziestu róż i postawiłem obok niego nasz spóźniony portret ślubny pędzla Lucyny Legut.

bukiet-na-trzydziestolecie

          Jest godzina dziesiąta, więc porywam moją ukochaną w trzydziestą podróż poślubną.
Wracamy wieczorem. Do zobaczenia.
17 września, 2009

A kiedy znowu zjawisz się tutaj...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:55
Udało się. Udało mi się, będąc gościem długiej, nocnej audycji w "Jedynce", nie poplątać w zeznaniach ani razu. Zdziwiony jestem faktem, jak wielu znajomych w Polsce i za granicą dało się namówić tamtej nocy na bezsenność. Wszystkim, którzy wytrwale słuchali, bardzo serdecznie dziękuję. Przy okazji muszę donieść, że dzięki "Nocnym Spotkaniom" oglądalność "Codzienności" wzrosła o sto procent i nadal rośnie. To już tłumy odwiedzających. Po prostu się udało! Udało się także doprowadzić do radiowej prapremiery "Kazimiery" i piosenki "Nie płacz, nie trzeba tak". Niestety, nie udało się wyemitować trzeciej z piosenek, nagranych ostatnio w Poznaniu przez zespół "Mister z U.B.", piosenki "Toruń". Nic jednak straconego, red. Drozda złożyła mi kolejne zaproszenie i pewnie niedługo... Tymczasem "Toruń" będzie miał swoją internetową premierę dzisiaj. Nim posłuchacie, przeczytajcie: Piosenki często mają swoje życie zanim jeszcze powstaną. Tak przynajmniej jest z moimi. Czasami tekst, czasami muzyka, a bywa, że i jedno i drugie rodzi się przez zaistnienie jakiegoś faktu, zdarzenia, czy uczucia. Najczęściej jednak inspiracją powstania utworu są konkretni ludzie. Właśnie tak było w przypadku piosenki „Toruń” Napisałem ją w 1977 roku. Nosiła wtedy tytuł - "W Toruniu". O tym jak brzmiała można się przekonać słuchając mojej płyty "A może tylko nam się zdaje" z archiwalnymi nagraniami, lub wejść teraz, tu, w "Codziennościach", na podstronę "piosenki - nagrania". Tekst i muzyka w tej piosence są wyrazem stanu uczuć i emocji, które burzliwie targały mną po tym, jak piękna torunianka Wanda K. złamała mi serce. wanda-z-torunia Dla świata takie wydarzenie i zaangażowanie emocjonalne było błahe i banalne, ale dla mnie była to całkiem poważna tragedia. Sprawa na tyle ważna i wielka, że warta piosenki. Pewnie nie wspominałbym o tym, gdyby nie fakt, że jakiś czas temu, po prawie trzydziestu latach, piękna torunianka Wanda nagle się odnalazła. Telefon od niej zadzwonił w chwili, gdy schodziłem ze sceny Teatru Leśnego w Gdańsku-Wrzeszczu. O ile się nie mylę ostatnią piosenką, jaką wtedy zaśpiewałem, była właśnie piosenka „W Toruniu”. Tydzień później Wanda przyjechała do Gdańska wraz z mężem i została przez moją rodzinę serdecznie przyjęta. Znajomość się odnowiła i... staliśmy się przyjaciółmi. Gdy w jakiś czas potem wracaliśmy z żoną z rewizyty w Toruniu, mój telefon znowu się odezwał. Tym razem dzwonił Andrzej Donarski. To już nie mógł być przypadek. Odniosłem wrażenie, że los ma jakiś plan. Andrzej spytał, czy nie będę miał nic przeciw temu, by on „pokombinował” przy piosence „W Toruniu”. Chciał włączyć ją do swego repertuaru. Z radością na to przystałem, licząc nie tyle na powodzenie piosenki, co na fakt, że to będzie znakomitym zakończeniem historii tego utworu. Jak się wkrótce okazało, nową historię tej piosenki pisze teraz życie Andrzeja. Niedawno powiedział mi, że po jednym z koncertów podszedł do niego młody człowiek i powiedział, że "Toruń" jest piosenką, która go bardzo, ale to bardzo "kopnęła". A więc… Niestety, nie jestem już młody, choć "Toruń" wciąż robi na mnie wrażenie. Budzi wspomnienia, ale też rodzi myśl o tym, że są takie tragedie, które na dobre wychodzą. Jak w bajce. Wanda żyje w szczęśliwym małżeństwie z Pawłem i piękną córką Olą u boku, a ja bardzo bym zgrzeszył, gdybym na swój los, na Asię, czy na Radka narzekał. A co by było gdyby...? A tak z radością czekam, kiedy znowu zjawi się tutaj.
08 września, 2009

Teresa Drozda zaprasza z czwartku na piątek o północy do bezsenności

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:59
Dzisiaj Teresa Drozda, postać niezwykła i zasłużona dla piosenki, szczególnie tej z tekstem i klimatem, a nadto dziennikarka muzyczna Polskiego Radia - Programu I, Trójki i Radia dla Ciebie, zaprosiła mnie do udziału w audycji pt. "Nocne Spotkania - Okołokabaretowe" teresa-drozda Teresa Drozda Powiedziała redaktor Teresa, że w trakcie programu "...pogawędzimy sobie nieco..." o piosenkach ze mną związanych, o znajomych przeze mnie lubianych i opisywanych, ogólnie o życiu i o moim blogu. Będziemy więc gwarzyć o codzienności w "Codzienności". Wróciła upalna pogoda, zatem chłodne, wrześniowe noce są jak tabletki nasenne, ale może uda mi się dzisiaj namówić kogoś do niełykania ich w czwartek, bowiem w nocy z czwartku na piątek, czyli z 10 na 11 września zapraszam, wraz z redaktor Teresą Drozdą do bezsenności. Jeżeli nie zaśniecie w czwartek wieczorem, to o północy ( będzie już piątek) włączcie koniecznie Program I Polskiego Radia i słuchajcie "Nocnych Spotkań". Jak wszystko dobrze pójdzie, tuż po dzienniku, przez dwie godziny będę mógł być gościem w Waszych domach. Polecam więc serdecznie bezsenność. Wracając do upałów. Dwa dni temu, od przyjaciół: Mateusza Iwaszczyszyna (kabaret "Czyści Jak Łza") i Zbyszka Rojka ( "Kaczki z Nowej Paczki") dostałem nową piosenkę, która jak ulał pasuje do obecnej aury. Szkoda, że nie wypuścili tej piosenki w lipcu, kiedy było już wiadomo, że przeboju tego lata nie będzie. mateusz-iwaszczyszyn-kp-smoothney Mateusz Iwaszczyszyn Piosenka ma tytuł "30 stopni" i pochodzi z repertuaru grupy K.P.SMOOTHNEY, co się da przetłumaczyć z nienormalnego jako Kabaret Piosenki Smutnej. Dla mnie bomba! Nim opublikuję inne, nowe piosenki z ostatniej sesji mojego rozrywkowego "Mistera z U.B." polecam 30 stopni w wykonaniu Mateusza i Zbyszka. A ja czekam na Was z czwartku na piątek o północy. Do usłyszenia.
03 września, 2009

Kazimiera

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:59
Przez Bydgoszczy jechałem w korku, który co rusz się korkował. W pewnym momencie sznur samochodów zatrzymał się na światłach. Mimo klimatyzacji byłem skołowany, znudzony i otumaniony podróżą podczas upału. To była zaledwie połowa drogi do domu, a mnie już marzył się chłodny zmierzch i zimne "coś" w ogrodzie. Gdy zobaczyłem zielone światło ruszyłem za terenową Toyotą i nie mam pojęcia jak to się stało, ale gdy usłyszałem krzyk Asi, było już za późno. Mimo wciśnięcia hamulców przód naszego samochodu dostał się pod zderzak Toyoty i dość mocno się zmarszczył. Była to moja trzecia stłuczka w życiu i pierwsza z mojej winy. Samochodem jeżdżę od trzydziestu lat. Toyocie nic się nie stało, lekko ją porysowałem na zderzaku, za to mój samochód wyglądał tak: po-wypadku Pani, która prowadziła Toyotę, nie zgodziła się na polubowne załatwienie sprawy i zażądała przyjazdu drogówki. Kosztowało mnie to mandat i sześć punktów karnych, że o innych stratach nie wspomnę. Na szczęście światła, choć się potłukły, nadal działały i nic, prócz zderzaka i maski, nie uległo awarii. Mogłem wrócić do domu o własnych, a właściwie samochodu, siłach. Uparta, i co tu ukrywać, niesympatyczna Pani miała za to chyba większy kłopot. Kiedy bardzo uprzejma policjantka oddawała mi dokumenty życząc dalszej, spokojnej podróży, jej równie sympatyczny kolega, szukał w Toyocie tabliczek znamionowych, bo coś mu się w papierach nie zgadzało. Ja też, chcąc pomóc, zajrzałem pod maskę terenówki Rava i tabliczek nie znalazłem. Pojęcia nie mam jak skończyła się ta sprawa, ale wiem, że gdyby owa Pani była bardziej ufna, jej mąż nie musiałby zdenerwowany pędzić na motorze na miejsce stłuczki. A tak musiał i być może dopiero jemu, choć na to nie wyglądało, udało się wyjaśnić wątpliwości policjanta. Nie czekając na dalszy rozwój sytuacji ruszyliśmy w drogę. Wracając do domu nie mogliśmy odżałować, że tak pechowo kończył się nasz cudowny, kilkudniowy wypad do Śremu, Kórnika, Turwi i Poznania. Wróciliśmy nie tylko z pięknym bagażem wspomnień i zdjęć, które będę chciał choć w części tu pokazać, ale też z najnowszymi nagraniami Andrzeja Donarskiego i jego nowej formacji. Nowa kapela z szacunku dla dorobku Andrzeja (wszak jego głos nierozerwalnie kojarzy się ze starą nazwą), nie chcąc się jednocześnie kłócić ze starym składem o to, kto i do czego ma większe prawa, przybrała nazwę MISTER z U.B. mister-z-ub-na-scenie fot. Hania Rogowska Niewtajemniczonym wyjaśniam, że nie są to nagrania z podsłuchów, a nazwa nie określa nikogo jako jawnego czy tajnego współpracownika służb. Nowa nazwa jest elementem nowego projektu, w którym wraz z Andrzejem, Przemkiem Śledziem (także, jak Andrzej, byłym członkiem kapeli Mr. Zoob), Beatą Polak - fantastyczną perkusistką i byłą członkinią zespołu Armia... beata-polak oraz kilkoma innymi, świetnymi poznańskimi muzykami, mam okazję również i ja uczestniczyć. Wiem, że tekstowo i literacko MISTERA mają wspomagać też (oprócz mnie) poznaniak Grzesiu Tomczak - poeta i jeden z najlepszych tekściarzy w Polsce, jak również utalentowany Stanisław Klawe z Warszawy. Co będzie dalej trudno dzisiaj przewidzieć, ale po tym, co słyszałem na próbach, a potem na koncercie, myślę, że powinno być dobrze. A o co chodzi z tytułową Kazimierą? Jakiś czas temu Andrzej Donarski przysłał mi muzyczkę z prośbą o dopisanie do niej tekstu. Siedziałem i głowiłem się nad tym kawałkiem dość długo. Niektórzy mówią, że mam jakiś taki mały dar, który pozwala mi słyszeć w muzyce tekst, którego nie ma, lecz tym razem pojawiał się w mojej głowie tylko klimat i kolor, a tematu i słowa żadnego znaleźć nie mogłem. Czułem, że jest w melodii ironia, w nucie kpina, a w całości jakaś złośliwość, ale nic więcej wyczytać nie zdołałem. Muzyka podobała mi się na tyle, że szybko zrodziła się zależność, która odrzucała kolejne propozycje, jakie przychodziły mi do głowy. Nic do siebie nie pasowało. Gdy chciałem już dać sobie spokój z pisaniem i włączyłem telewizor, na ekranie pojawiła się Kazimiera Szczuka. Ta super inteligentna, nieco tajemnicza i piękna kobieta miała właśnie dość ostre, publiczno-telewizyjne wystąpienie "antychłopskie". Ponieważ bardzo lubię Panią Kazimierę zacząłem słuchać. Zazwyczaj zgadzam się z poglądami naszej najlepszej feministki, ale tym razem poczułem się chłopskim szowinistą, bandytą i psem - choć nie pamiętam czy Pani Kazimiera tymi słowy mnie i moją płeć obrzuciła. Jeżeli nawet nie, to i tak było już za późno. Tekst leżał przede mną napisany z tytułem u góry : "Kazimiera" Oto nasza Kazimiera - jeszcze ciepłe nagranie zespołu MISTER z U.B. Jeżeli się Wam spodoba wyślijcie znajomym z pozdrowieniami ode mnie i całego zespołu MISTER z U.B. Mam nadzieję, że mój potłuczony samochód będzie dla Andrzeja Donarskiego i jego poznańskich przyjaciół takim samym symbolem, jakim dla szczęścia jest rozbity kieliszek.
26 sierpnia, 2009

Superdiabeł

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:16
          O niczym nie miałem pojęcia. Dziewczyna była piękna, inteligentna, wygadana i... patrzyła na mnie, jak dotąd żadna inna na świecie. Ona miała 23 lata, a ja byłem o dwa lata od niej starszy. Po trzech miesiącach zaglądania sobie w oczy postanowiliśmy zostać razem na zawsze. O tym, że się ożeniłem z "Superdiabłem" dowiedziałem się przypadkiem ze skrawka gazety, który wypadł z czarnego zeszytu. Zeszyt ten moja żona przechowywała w swoich szpargałach wśród sterty płyt i ciuchów.

super-diabel-1

          Z tego i z kilku innych wycinków prasowych wynikało, że mój Skarb, Kotek, Wena, Achna, Asia i Asiula, będąc nastoletnią uczennicą liceum, wzięła udział w ogólnopolskim konkursie prezenterów dyskotek i zakasowała tam wszystkich didżejów.

super-diabel

          Tego wszystkiego dowiedziałem się o swojej żonie, gdy Radek zaczął raczkować, a ja zupełnie gubiłem się w pomysłach, jak zapewnić nam przyszłość. Asia zapytana o tę, tajemną dla mnie, część jej życia, opowiedziała mi taką oto historię:
- Byłam szalona. Pełna energii, pomysłów i ideałów, iskrzyłam jak nóż na kole szlifierskim. Dyskoteki były wówczas w Polsce czymś zupełnie nieznanym. Były ciekawą i pachnącą "zachodem" nowinką. Niosły nową modę i otwierały nowe czasy. Pierwszą w Polsce dyskotekę w 1972 roku otworzył w sopockim Grand-Hotelu Franciszek Walicki i nazwał ją "Muzykoramą". Gwiazdami tamtej dyskoteki byli tacy didżeje jak: Marek Gaszyński - jeden z filarów muzycznego radia w Polsce, Piotr Kaczkowski, który wtedy nie był jeszcze tylko "głosem" Trójki, czy Jacek Bromski - późniejszy reżyser i szef filmowców, a wtedy nieśmiały debiutant za konsoletą. Był tam też i swoje płyty puszczał sam pomysłodawca i organizator - Franek Walicki. Kiedy pierwszy raz poszłam na tę dyskotekę, bałam się, że mnie nie wpuszczą, ale jakoś się udało. W wir tańca i muzyki wpadłam od razu. Do domu wróciłam skonana z postanowieniem, że ja też chcę puszczać ludziom muzykę, którą lubię. Miałam już wtedy całkiem niezłą kolekcję płyt. Na samym szczycie tego zbioru była oczywiście Janis Joplin. Gdy postanowiłam, że zostanę didżejem, to sam wiesz, nie mogło być inaczej. Kiedy w 1973 roku wygrałam ogólnopolski konkurs didżejów i zdobyłam ministerialne uprawnienia, to ci wszyscy "wielcy didżeje" stali się moimi kolegami po fachu. Było wspaniale. Uwielbiałam tę pracę. A potem zjawiłeś się ty z tymi swoimi piosenkami i wsiąkłam w ciebie i twoje życie, jak deszcz w suchą trawę. Ot i wszystko
          Gdy kilka dni temu Wojtek Korzeniewski - kiedyś manager "Kombi", a dziś uznany animator kultury - przysłał nam zaproszenie na uroczystość wręczenia Frankowi Walickiemu najwyższego odznaczenia Gloria Artis, Asia uznała, że tego spotkania odpuścić sobie nie może. Wszyscy wiedzą, że Franciszek Walicki jest legendą i ojcem chrzestnym polskiego rocka, że stworzył "Czerwono-Czarnych", "Niebiesko-Czarnych", że towarzyszył narodzinom Niemena i "Czerwonych Gitar", że pomagał urosnąć "Brekautom" i wielu, wielu innym. Niektórzy nawet wiedzą, że Walicki wymyślił nazwę "big beat" i napisał dziesiątki przebojów jako Jacek Grań. Mało kto jednak wie, że polskie dyskoteki też zaczęły się od niego. To Franciszek Walicki rozpętał w Polsce dyskotekową burzę. I za to Asia, która współpracowała z Frankiem w Agencji Artystycznej BART, zabierając z domu piętnaście róż, poszła Walickiemu
podziękować.

od-prawej-asia-chylinska-irena-santor-i-franek-walicki

          Jak widać na powyższym i poniższym zdjęciu Asia nie była tam sama. Wśród licznych gości była Irena Santor, był też Romuald Lipko z "Budki Suflera" i był Wojtek Fułek, jako przyjaciel odznaczonego, jako artysta i jako wiceprezydent Sopotu. Brylował Jan Kozłowski, jako marszałek województwa, i był też poeta oraz szef urzędu pomorskiej kultury - Adzik Zawistowski. Zaszczycił uroczystość prezes ZAiKS-u - Edward Pałłasz, a także wielu innych znanych i lubianych.

odznaczenie-franka-walickiego
fot. Anna Bohdziewicz
          Franciszek Walicki jest postacią wyjątkową. Takich ludzi nie spotyka się często. Każdy kto miał okazję stanąć na drodze popularnego Franka, ma pełne prawo uznawać siebie za człowieka bez reszty szczęśliwego.

asia-z-franciszkiem-walickim

          Także Asia jest postacią wyjątkową i ja, który stanąłem na jej drodze, uznaję się za człowieka bez reszty szczęśliwego. Przyznać jednak muszę, że mój "Superdiabeł" i mój Anioł Stróż w jednej osobie, choć lata lecą, wciąż potrafi być zjawiskiem krzykliwym. I nic nie poradzę, bo życie to jest Rock and Roll!
20 sierpnia, 2009

Ogrodowy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:08
          Wychowany w kamienicy przy głównej ulicy, na podwórku zalanym smarami z cieknących silników Warszaw, Syrenek i Moskwiczy, ogródki widywałem raczej z daleka. Te, które czasami mi udostępniano, były małymi gospodarstwami produkcji warzyw i owoców. Poletkami poszatkowanymi grządkami. Wyszaleć się wśród rzodkiewek, strąków fasoli, marchwi i dyni, nijak nie szło. Czasami bywałem w parkach, lecz tam ograniczony alejkami przychodziło mi zieleń bardziej podziwiać niż jej doznawać w całej pełni. Nieskrępowanemu szaleństwu w latach mojej młodości służyły brudne podwórka, ulice i lasy na wzgórzach morenowych. Czasami wywożono mnie za miasto, lub na wieś. Tam pod czujnym okiem Mamy i kilku cioć, w towarzystwie kuzynostwa mogłem "w pięknych okolicznościach przyrody" do woli stwierdzać, że pochodzę o małpy. Niestety, nie zdarzało się to często i może dlatego uparcie jestem człowiekiem ze wszystkimi ludzkimi ograniczeniami.

moja-rodzinka

          Kto mnie dobrze zna, nie dziwi się, że teraz, gdy Asia wreszcie jako tako uporała się z częścią naszego ogrodu przy domu, to ja podchodzę doń jak do nowo odkrytego lądu. Z zachwytem, ale niepewnie. Z radością, ale z dystansem. Z dumą, ale i z niedowierzaniem. Przymilam się do listków, pnączy i traw. Wdzięczę do róż i hortensji, ale zerkam na to całe malowniczo-zielone niebo z bojaźnią. Nim wejdę między krzewy, które Asia posadziła, spoglądam i boję się, by krokiem nieuważnym nie skrzywdzić, nie zranić i awantury na głowę sobie nie sprowadzić. Z mojej dbałości o ogród najlepiej wychodzi mi leżakowanie na słońcu. By jednak nie wyjść na kompletnego lenia i nicponia, a jednocześnie dać przykład synowi, że ten ogród, to ojciec też itd...

praca-w-ogrodzie-2

... i korzystając z pogody zabrałem się ostatnio do lakierowania stołu, co to go górale kiedyś wyciosali ciupagami moim teściom, gdy ci zastanawiali się co powinno stać przy kominku. Teraz my postanowiliśmy uczynić z tego stołu mebel ogrodowy. Stół taki, jako solidna i stabilna płaszczyzna twarda, jest w ogrodzie latem rzeczą przydatną do wielu rzeczy, w tym do stawiania nań kieliszka wieczorową porą najbardziej.
          Nie zdążyłem jednak jeszcze nic postawić, bo w międzyczasie zaprosił nas na drugie urodziny swoich wnuków Andrzej Lipiński, mój kuzyn, który na pierwszym zdjęciu - w tym wpisie - siedzi między mną, a kuzynką Marleną. To ten z ciemną grzywką. Urodziny bliźniaków, Krzysia i Karola odbyły się w ogrodzie, w którym ja, gdy lat więcej od nich nie miałem, musiałem karnie stąpać między grządkami, bo inaczej, to w tyłek od babci i po krzyku. A teraz proszę, zobaczcie sami. Andrzej z wnukami siedzi w miejscu gdzie kiedyś piął się w górę zielony groszek i nic się nie dzieje. Nikt nie krzyczy, nie wygraża.

andrzej-lipinski

Miło, radość, święto, weselisko!

andrzej-z-wnukami

          Czasy się zmieniają. Zmieniają się ustroje i obyczaje też. Swoboda chodzenia, siedzenia, leżenia i czołgania się po trawie urasta do symbolu naszej wolności. Przesadzam? Chyba nie.
14 sierpnia, 2009

Przypadek Hempla

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:18
          -Ludzie rodzą się do różnych rzeczy - powiedział mi kiedyś w Sopocie facet przebrany za pomnik, gdy go spytałem, czy mu się nie nudzi stać nieruchomo na ulicy w jednej pozycji. To prawda, świat jest dlatego ciekawy, że ludzie rodzą się do różnych rzeczy. Jeden, mimo że jest inżynierem budowlanym, tak jak np. Wacek Juszczyszyn z Wolnej Grupy Bukowina, poświęca się muzyce i prawie nic więcej dla niego nie istnieje, inny, choć z wykształcenia jest architektem, całe życie będzie latał, jak ten gość, który zaprojektował mi dom i przyznał się do tego, że tak naprawdę interesuje go pilotowanie samolotów i właściwie, to tylko temu poświęcił życie, a projektuje, bo latać już nie może. Niestety, gdy się o tym dowiedziałem, na moim domu powiewała już wiecha.
          Znam też jednego plastyka, który urodził się po to, żeby wędrować. Ma ten gość w sobie przymus przemieszczania się i nic na to poradzić nie można. Zawsze lubiłem odwiedzać miasto Łódź. Nie, nie dlatego, że mnie urzekło swą urodą i nie dlatego, że jestem fanem "Ziemi obiecanej", ale dlatego, że mam tam przyjaciół. Jednym z nich jest właśnie ten wiercipięta - Wojtek Hempel. Na zdjęciu, które zostało zrobione w grudniu 2006 roku, a które znalazłem w internecie, to ten z czarną czupryną.

hemel-wojtek-z-lewej

          Gdy w 1974 roku przyjechałem do Łodzi na pierwszą YAPĘ wnet się okazało, że wszystkim zarządza szczupły facet, którego widać z każdego miejsca w mieście, bo taki wysoki i taki ważny. To on wymyślił ten łódzki festiwal i on go zorganizował. To on namówił mnie bym napisał coś dla Eli Adamiak, również łodzianki. To on wreszcie, o czym wspomniałem pisząc o Szczepanie Szotyńskim, wytłumaczył mi, że linia prosta burzy w przyrodzie harmonię.
Gdy wybuchła Solidarność, byt Wojtka stał się bytem politycznym. Całym sobą zaangażował się Hempel we "wrogą" robotę opozycjonisty i wichrzyciela. Strajkował, robił plakaty, roznosił bibułę i chyba nawet pyskował na wiecach. Nie zdziwiłem się przeto, gdy 13 grudnia roku pamiętnego został internowany. Dla takiego turysty siedzenie w jednym miejscu, i to na dodatek zamkniętym, musiało być katorgą.
Gdy więc generałowie dali mu do wyboru - siedzisz, albo wyjeżdżasz, to wyjechał. Wyjechał do Ameryki na ponad dziesięć lat. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy wrócił. Spotkaliśmy się w Warszawie. Bałem się, że go nie poznam. Gdy pojawiłem się w umówionym miejscu stanąłem jak wryty - na Wojtku czas nie pozostawił śladu. Stał przede mną facet w dżinsach, zielonej, flanelowej koszuli, dokładnie taki, jakim go zapamiętałem z lat siedemdziesiątych. Przez prawie dwadzieścia lat nie zmienił się nic, a nic.
Gdy w tym roku, w lipcu zadzwonił i powiedział, że pragnie nas odwiedzić na początku sierpnia, to zaskoczony nie byłem, choć nie widziałem go prawie dziesięć kolejnych lat. Nie zaskoczył mnie też informacją, że przyjedzie do mnie rowerem od strony Szczecina, ani tym, że będzie jechał po plaży. Nie zaskoczył mnie również i tym, że pojawił się w nocy, choć zapowiadał się na wczesne popołudnie i to dzień wcześniej. Zaskoczył mnie dopiero podczas naszej nocnej rozmowy, gdy opowiadał mi o swoich wrażeniach ze spotkania starych znajomych. - Wiesz - zaczął - zorganizowaliśmy sobie spotkanie naszej licealnej klasy. Niektórych ludzi z trudem poznałem. Lata swoje robią. W tym momencie chwyciłem za aparat..

. hempel-wojtek-gdynia-10-sierpien-2009-r

Wojtek dał się sfotografować, po czym się do mnie odwrócił i dokończył - Co się jednak dziwić. Wszyscy skończyliśmy już sześćdziesiąt lat. Spojrzałem na Wojtka i dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że czas, choć istnieje, to w Wojtka przypadku kompletnie nie robi swojego. To niesprawiedliwe - pomyślałem - że tylko turystom ziemia kręci się wolno, bardzo wolno. A co z takimi jak ja, którzy cenią sobie domowe pielesze i ciepło czterech kątów?
Tak, czy inaczej morał z tej opowieści o Wojtku Hemplu jawi się jeden - Chcesz zachować zdrowie i urodę, to rusz tyłek i... rusz w drogę
07 sierpnia, 2009

Jeszcze i już, ale nie jak ten...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:29
          Wczoraj znowu usłyszałem tę starą mądrość, że "najwięcej mówisz o sobie, gdy mówisz o innych". No, to... Zdaje mi się, że jestem jeszcze w komfortowej sytuacji. Choroby nie bolą mnie jeszcze na tyle, bym nie mógł niespiesznym spacerkiem, z lekka podskakując, iść dalej przez życia dołki i pagórki. Sprawy rodzinne, niczym jezioro latem, cieszą jeszcze urodą i obiecują wypoczynek, choć już czasem męczą. Finansowe latawce też jako tako szybują jeszcze po niebie nadziei, ale bywa, że wysokość lotu już budzi lęk. Zawodowe zaś mechanizmy kręcą się jeszcze, lecz już ostrożniej i znacznie wolniej. Tak między Bogiem a prawdą, to właściwie żadnego przymusu do niczego jeszcze, i już nie mam, bo palenie rzuciłem, a ogródkiem zajmuje się Asia.

ogrod1

          Te "Codzienności", które sobie w internecie uprawiam, są, jakby powiedział ubogi zakonnik z Torunia - dziełem kompletnie bezinteresownym. Z wykwitu talentu, w przeciwieństwie do wielu znajomych bardów, i takiego jednego na O. z Krakowa, nie mam prawie niczego do sprzedania. "Prawie" co prawda robi sporą różnicę, ale generalnie - co mam z fantazji, mogę dać.
Nie tęskno mi za koncertami, jak temu na O. z Krakowa. Nie zabiegam już o poklask, choć komplementy lubię. Za fanów wystarczą starzy znajomi i przyjaciele. Jak jeszcze trafią się przypadkowi, przychylni internauci, jestem szczęśliwy. Zamiast kontraktu na występ wystarczy pewność, że nad nowym tekstem paru ludzi się pochyli i doczyta do końca. Nie chcę, jak ten na O. z Krakowa, podobać się wszystkim. Niech mnie dobrze postrzega żona, a już świat będzie piękny.
Jeżeli ktoś ma ochotę posłuchać moich piosenek, to ma je tu, pod ręką. Jeżeli ktoś ma ochotę wiedzieć, co myślę, może się dowiedzieć na tej stronie, a gdy ciekawość go weźmie, by widzieć jak wyglądam, to proszę - jest galeria.
Ku zgorszeniu żony, nigdy nie zabiegałem, jak ten na O. z Krakowa - i nie zabiegam nadal - o zaproszenia na imprezy, przeglądy i festiwale, choć dziękuję tym, którzy nie bacząc na nic wciąż o mnie pamiętają. Te imprezy, koncerty i programy, które były, ciepło i z sentymentem jeszcze wspominam, najchętniej w ogrodzie, bycząc się nieprawdopodobnie, aż mnie Aśka nie przegoni.

ogrod-w-sierpniu

          Moja sprawa ze sceną jest już oczywista - nie wpychamy się na siebie, choć czasem jeszcze na się zerkamy. Nie tęskno mi do oślepiających reflektorów i ogłupiających tras koncertowych. Nie ma we mnie już nic z gościa, który musi. Już nie muszę.
A że sobie jeszcze coś zechcę, nie powinno nikomu przeszkadzać. Ja wciąż lubię chcieć jeszcze - i już, i to niech o mnie najlepiej świadczy.
I tak oto wymyśliłem nową życiową maksymę: "Najmniej mówisz o sobie, gdy mówisz tylko o sobie" A nie o tym banalnym na O. z Krakowa.

PS. Jeden z moich starych przyjaciół, Marek Prusakowski, udzielił wywiadu. Polecam, bo warto przeczytać, choćby dla zdrowia : http://www.wiadomosci24.pl/artykul/lekarz_pasjonat_czlowiek_epoki_renesansu_105661-1--1-a.html

PS2. Dla ciekawskich - ten O. z Krakowa, tylko czasem jest z Krakowa i tylko czasem jest na O.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY