24 paĽdziernika, 2009

Magda, Olo i Polański

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:21
          Nad Romanem Polańskim właśnie przeciąga i grzmi potężna burza, która nadchodziła od dawna. Wystarczy włączyć dowolny "środek masowego rażenia", by w krótkim czasie dowiedzieć się, gdzie jest, a gdzie nie ma sprawiedliwości, co jest, a co nie jest godziwością. I tego, czy talent dany od Boga jest równoznaczny z rozgrzeszeniem absolutnym. Swoją drogą ciekawe, czy w Niebie, na Sądzie Ostatecznym można się powołać na przedawnienie? Nie jestem w stanie oceniać i porównywać systemów prawnych stosowanych w różnych częściach świata, ale nie podoba mi się, gdy za poglądy można być skazanym nawet na karę śmierci. Mało to takich krajów jeszcze? Nie podoba mi się także, gdy zbrodniarzy wojennych i politycznych zbirów czci się jak bohaterów. Przykładów na to znaleźć można pełno w historii każdego kraju, pod każdą szerokością geograficzną.
          Niespecjalnie lubię złoczyńców. Złodziej, bandyta, morderca, oszust i gwałciciel, to osobnicy, których w swoim pobliżu widzieć nie chcę. Pytanie jednak stawiam sobie również takie, czy głodne dziecko, gdy ukradnie coś do jedzenia, jest złodziejem? Oczywiście jest i nie jest równocześnie. Nie jest, bo... rodzina z marginesu, patologia, głód... itd. Nie jest, bo człowiek by żyć od zarania zabijał i kradł. Jest, bo prawo mówi, że kradzież to przestępstwo. A jednak nie zgadzam się na stosowanie prawa w zależności od czegokolwiek. A od polityki i układów przede wszystkim. Jak więc ocenić Polańskiego?
          Do sprawy Polańskiego mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony Polański to geniusz, a z drugiej normalny człowiek. Z jednej strony jest człowiekiem ciężko przez los pokrzywdzonym i jednocześnie hojnie nagrodzonym. Pracowity, ale też balangowicz. Pan i sługa życia w jednym. Ja sam przed sobą chcę uchodzić za przyzwoitego faceta, ale czy nie ma niczego, czego bym się wstydził? Czy nigdy nie zdarzyło mi się nic, czego nie chciałbym, za żadne skarby, powtórzyć? Oczywiście są grzeszki i grzechy. Jak je jednak ważyć? Czy zadośćuczynione i wybaczone nadal waży tyle samo, co zapomniane, lecz nie osądzone? Czy prawo ma duszę? Czy prawo bez duszy może dotyczyć ludzi, którzy, jak głosi każdy kościół na świecie, duszę mają?
          Te i inne myśli krążą mi po głowie po dzisiejszym przejrzeniu prywatnych zdjęć mojej przyjaciółki Magdy Potorskiej. Magda jest właścicielką dużej galerii sztuki w centrum Berlina. Zainteresowanym podaję adres: GALERIA der ORT BERLINER STR.165 10 715 Berlin-Wilmersdorf W swej berlińskiej galerii Magda propaguje sztukę polską. Namiętnie i nieustannie organizuje wystawy polskich artystów. Jakiś czas temu zorganizowała wystawę dzieł Aleksandra Sroczyńskiego...

olo-sroczynski

...artysty grafika mieszkającego obecnie w Kanadzie, reżysera filmów animowanych - i tak jak ja, przyjaciela Jacka Zwoźniaka. Właśnie u Jacka w domu, we Wrocławiu poznałem Ola. Było to lat temu prawie czterdzieści. Olo przyniósł do pooglądania swój fantastyczny zbiór erotycznych, niemal pornograficznych grafik. Nic lepszego i śmieszniejszego od tamtej pory "w tym temacie" nie widziałem. Na zdjęciu niżej Olo z Magdą Potorską (pierwsza z lewej) i Iwoną Zwoźniak (w środku) na wspomnianym wernisażu.

od-prawej-grazynka-slomka-dyr-destiwalu-filmland-polen-olo-sroczynski-iwonka-zwozniak-jerzyk-armata-i-magda-potorska

          Bywa, że Magda okrasi wernisaż jakimś koncertem i wtedy tacy jak ja też mogą się popisać. Magda, przy swojej niespożytej energii, potrafi nie tylko kojarzyć artystę z odbiorcą sztuki, ale również artystów z artystami i faktami artystycznymi, które się wokół nich tworzą. Tak było tego roku. Magda w swojej galerii zorganizowała pokaz malarstwa Jerzego Skolimowskiego, znanego głównie z reżyserowania filmów. Wernisaż odbywał się w lutym, w tym samym czasie, gdy w Berlinie toczyły się boje o laury Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Na Berlinale Wajda za swój film "Tatarak" odebrał nagrodę im. Alfreda Bauera za innowacyjność. Magda sprawiła, że przy okazji Andrzej Wajda...

andrzej-wajda-w-garerii-magdy-potorskiej-w-berlinie-2009r

... otworzył również wystawę swego kolegi po fachu i przyjaciela - Jerzego Skolimowskiego. Już temu wydarzeniu towarzyszyły tłumy, ale co się działo dzień później, gdy Magda "wyniuchawszy" tajną obecność w Berlinie Romana Polańskiego, którego także porwała do swojej galerii na spotkanie z przyjaciółmi z łódzkiej Filmówki, to trudno opisać.
Takim obrotem sprawy, jak wiem z relacji Magdy, zachwycony był Skolimowski, Wajda, Polański i wierny tłum gości Magdusiowej galerii.

jerzy-skolimowski-i-roman-polanski-w-galerii-magdy-potorskiej-berlin-2009r

          To niespodziewane, ledwie parę godzin wcześniej zapowiedziane spotkanie, wywołało sensację. Dziennikarze i ekipy filmowe z całego świata tłoczyły się w galerii i przed nią. Po takim wyczynie Magdy znajomi oniemieli. Cała reszta świata wrzeszczała z zachwytu. Ciekawe, czy ktoś wtedy myślał, by w imię sprawiedliwości zadzwonić po policję?


17 paĽdziernika, 2009

Sopockie Korzenie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:27
          Był taki czas, gdy Wojtek Korzeniewski "rządził" w trójmiejskim światku rock' n' rolla. Od tamtej pory jest managerem pierwszorzędnym i pierwszoligowym. Tego przesympatycznego dryblasa poznałem, gdy organizacyjnie przewodził grupie Kombi w czasach jej pierwszej młodości.

wojtek-korzeniewski-w-srodku-grzes-skawinski-z-lewej-a-waldek-tkaczyk-z-prawej
od lewej: Grzegorz Skawiński, Wojtek Korzeniewski, Waldek Tkaczyk

          Później, gdy współpracowałem z Agencją BART, a Wojtek z bratem Grzegorzem (sopockie Korzenie!) i Wieśkiem Śliwińskim prowadził własną agencję o nazwie Biuro Usług Promocyjnych - BUP w Sopocie, to bywało, że obu nam było po drodze i próbowaliśmy się jakoś dogadywać. Piękne czasy!
W 1989 roku Wojtek jako pierwszy w Europie Wschodniej sprywatyzował Festiwal w Sopocie i był jego prezydentem do roku 1993. Było to przełomowe wydarzenie na naszym festiwalowym podwórku, porównywalne z taką rewolucją, jak prywatyzacja Stoczni Gdańskiej, która nastąpiła dwadzieścia lat później.
          Od jakiegoś czasu obserwuję Korzenia, jak stara się w możliwie najlepszy sposób zabezpieczyć pamięć o muzycznym Sopocie i muzycznym Trójmieście w powojennych latach. Wszak Rudy Kot jest w Gdańsku, a Non Stop był w Sopocie i to w tych miejscach narodził się polski rock. Niedawno opisywałem święto Franka Walickiego, zorganizowane przez Wojtka, na którym Ojciec Polskiego Rocka został uhonorowany najwyższym odznaczeniem w dziedzinie kultury - orderem Gloria Artis.
Korzeniewski ma swój wkład w prawie każdą imprezę, która dzieje się ostatnimi czasy na Wybrzeżu, a organizowaną w celu chronienia rock' n' rollowej historii. Mogę się założyć, że to, iż w Krzywym Domku - projektu Szczepana Szotyńskiego - jest aleja poświęcona Frankowi Walickiemu, a także Agnieszce Osieckiej, stało się za jakąś przyczyną Korzeniewskiego.
          Kilka dni temu otrzymałem od Wojtka zaproszenie na uroczystość wręczenia nagród laureatom konkursu pt. "Wspomnienia Rówieśników Rock' n' Rolla", który zorganizowała Fundacja "Sopockie Korzenie" przy wsparciu Jana Kozłowskiego - marszałka województwa pomorskiego i jak zawsze pomocnego Wojtka Fułka - wiceprezydenta Sopotu, niezwykłego człowieka kultury. Wśród wielu laureatów znalazły się także dzieci z Fundacji "Dr Clown", które poprzez zabawę i śmiech pomagają innym, chorym, dzieciom przetrwać najgorsze chwile. Wojtek ma nadzieję, że muzyka rockowa, zwierająca nieskończoną ilość pozytywnej energii, również pomaga w biedzie.

wojtek-korzeniewski-i-dzieci-z-fundacji-dr-clown
Wojtek Korzeniewski z dziećmi Fundacji "Dr Clown".

          Zanim Korzeniewski przysłał zaproszenie, nieco wcześniej namawiał do udziału w konkursie. Nawet korciło mnie, by przypomnieć sobie to i owo, ale w ostateczności powiedziałem - pass. Przynajmniej w tym roku. Po wczorajszej fecie postanowiłem jednak, że za rok nie odmówię. A jak było wczoraj? W ratuszu miasta Sopot, o godzinie 17.00 w drzwiach przywitał mnie Wojtek Fułek z Wieśkiem Śliwińskim...

wojtek-fulek-w-rozmowie-z-wieskiem-sliwinskim
Od lewej: Wiesiek Śliwiński, Wojtek Fułek

          Następnie delektowałem się rozpoznawaniem nadmorskich legend, licznie zgromadzonych w sali plenarnej. Był polski beatles Jerzy Skrzypczyk z Czerwonych Gitar, był Sławek Łosowski - założyciel Kombi, był Kaziu Barlasz - wokalista Korby i Exodusu, był Grzesiu Skawiński z ONA i Kombi, był Andrzej Kalski - perkusista Cytrusa, był...

marek-karewicz
Marek Karewicz - w środku
          Marek Karewicz - kultowy, jak to się teraz mówi, fotograf kilku pokoleń rockowych muzyków, który zaprojektował około tysiąca płytowych okładek. Marek sam w sobie jest skarbnicą wiedzy o polskim rocku, chodzącą jego kroniką i encyklopedią. Kiedyś doprowadzał mnie do łez, gdy opowiadał środowiskowe anegdotki, plotki i dykteryjki podczas towarzyskich balang z niezapomnianym Markiem Kaszem. Marek Karewicz, którego wystawa portretów piosenkarskich sław uświetniła uroczystość, był wczoraj dla mnie najjaśniejszą sławą i gwiazdą polskiego rocka. Wracając do Wojtka i korzeni rocka, nie sposób zapomnieć o Jacku Rzehaku, menago TSA, który także bawił wczoraj w Sopocie, czy Marcinie Jacobsonie, który zaczynał od prowadzenia dyskotek w Żaku, by potem być managerem co świetniejszych polskich kapel, z SBB i Dżemem na czele. Wczoraj Marcin, wraz z Wojtkiem Korzeniewskim i Wojtkiem Fułkiem, wręczał nagrody laureatom, do których należał także Marek Gaszyński.

marek-gaszynski-przy-mikrofonie-z-tulu-z-prawej-wojtek-korzeniewski-z-lewej-marcin-jacobson
Od lewej: Marcin Jacobson, Marek Gaszyński, Wojtek Korzeniewski
          Marka Gaszyńskiego - dziennikarską sławę radia i "Wielkiej Gry" znają wszyscy, lecz mało kto pamięta, że jest on również autorem wielu popularnych niegdyś piosenek, w tym znakomitego "Snu o Warszawie", który śpiewał Czesław Niemen. Gaszyński na wczorajszą fetę przygotował zgrabną rymowankę o Sopocie, więc może znajdzie się kompozytor i będziemy mieli kolejny przebój - "Sen o Sopocie". Tymczasem laureaci ustawili się do zdjęcia...

laureaci-i-jurorzy-konkursu-wspomnienia-rowiesnikow-rock-n-rolla-pazdziernik-2009r

...po czym przyszedł czas na kiełbaskę z grilla w Operze Leśnej, gdzie zaprosił wszystkich Geniu Terlecki. Z Geniem swego czasu współpracowałem w Akademickim Centrum Kultury. Teraz, od wielu lat szefuje Bałtyckiej Agencji Artystycznej. W Operze czekała na mnie niespodzianka w osobie...

marek-prusakowski-w-operze-lesnej-pazdziernik-2009r

          Marka Prusakowskiego, który tym razem nie jako lekarz, lecz rockowy dziennikarz muzyczny brylował przy piwie. Jak z powyższego wynika Sopotowi potrzebne są korzenie, korzeniom Korzeniewski, a mnie Marek Prusakowski, bo bez niego coś ostatnio w żadnym wpisie obyć się nie mogę. Sopockie Korzenie wczorajszego dnia z pewnością jeszcze bardziej się ukorzeniły, więc Korzeniewskiemu Wojtkowi, rockowemu ogrodnikowi wypada pogratulować.
07 paĽdziernika, 2009

Na zmęczenie - widoki

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:45
          Kilka miesięcy temu wydawnictwo "Nowa Era", które para się wydawaniem książek dla szkół, zachciało uszczknąć dla swych celów nieco z mojej i Marka Prusakowskiego twórczości. Świadomość, że za sprawą piosenki "Liryk na jesień", zamieszczonej w podręczniku, mogę uprzykrzyć życie całemu pokoleniu gimnazjalistów, była na tyle nęcąca, iż zgodziłem się ochoczo i po trudnych pertraktacjach, które wlokły się ze względu na śmieszność zaproponowanego honorarium, podpisałem wreszcie coś w rodzaju umowy. Za niedługo małolactwo będzie wyzywać mnie od najgorszych i... będzie miało rację, bo nie ma nic gorszego dla młodej energii nastolatków, jak wysiadywać nad poetyckimi zapiskami faceta, któremu mało płacą.
Ponieważ w ostatnim czasie, prócz pertraktacji z "Nową Erą" i żmudnym wykonywaniem codziennych zajęć, przychodzi mi intensywnie skupiać uwagę także na kilku innych, życiowo bardzo ważnych sprawach, przeto od czasu do czasu odczuwam zmęczenie. Dawno odkryłem, że dobre widoki dobrze wpływają na dobre samopoczucie. Wczoraj niebo łaskawie uchyliło trochę słońca, więc wybrałem się na Kaszuby, w celu zaaplikowania sobie kilku pastylek dobrych widoków.

kaszuby-2009-jesien

Oto pierwszy z nich - widok z góry Wieżyca, którym leczyłem się na wstępie.

kaszuby-2009-widok-z-wiezycy-2

          Po zejściu z wieży widokowej snułem się trochę po szymbarskim lesie, zahaczyłem o sympatyczną wieś Gołubie i zakończyłem swój seans terapeutyczny przełykając widok jeziora Brodno Wielkie.

kaszuby-2009-jezbrodno-wlk

Wsiadając do samochodu, nie bacząc na to, że przedawkuję, zaaplikowałem sobie na zmęczenie jeszcze jeden widok...

kaszuby-2009-poczatekjesieni

... a potem, jak co roku, mogłem już tylko zaśpiewać sobie pod nosem modlitwę do jesieni, którą wydawnictwo ?Nowa Era? zamierza maltretować gimnazjalistów: -Nie strącaj jeszcze z drzewa liści W tych liściach najładniejsze dłonie Popielą oczy przetykane Jakby w gałęziach rozproszone...
30 września, 2009

Boh trojcu lubit

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:00
          Grzegorz Marchowski, przyjaciel, inżynier, kompozytor i bard w jednej osobie, gdy urodziło mu się trzecie dziecko, przyleciał do mnie szczęśliwy z okrzykiem na ustach - Boh trojcu lubit. Gdy urodziło mu się piąte dziecko, sławił doskonałość dzieła bożego w postaci dłoni, która ma pięć palców. Teraz sławić będzie księżyc, na dodatek zielony. Wczoraj Grześ przyniósł mi zaproszenie na koncert promocyjny swojej nowej płyty "Zielony Księżyc", którą stworzył wraz z Grażyną Orlińską, autorką sławnego przeboju o wsi Chałupy 

waldemar chyliński podczas koncertu z grzegorzem-marchowskim

          Ten z gitarą to ja, a przy mikrofonie stoi Grześ - koncert 2007r. Grzegorz jest świetnym melodykiem, a Pani Grażyna wrażliwą tekściarką, więc mimo iż płyty nie słyszałem, domniemywam, że rzecz będzie bardzo udana. Dlatego, kto może niech się wybierze na ten promocyjny koncert do sopockiego ratusza we wtorek 6 października o godzinie 19.00. Polecam!
          Skoro wiadomo, że Boh trojcu lubit, to ja dzisiaj chciałbym opowiedzieć o trój-wykonaniu pewnej piosenki, która jest prośbą trzech różnych osób do wątpiących i załamanych o niepłakanie. Będzie zatem to historia o historii. Opowieść o utworze "Nie płacz, nie trzeba tak" nie jest ani długa, ani zawiła, ani nadzwyczajna. Rzekłbym nawet, że jest tak zwyczajna, jak zwykły, szary dzień. W tym roku z żoną obchodziliśmy trzydziestą rocznicę ślubu. Przez te wszystkie lata, jak w każdym małżeństwie, bywało różnie. Nie powiem w jakich okolicznościach napisałem tekst do tej piosenki, bo to zbyt osobista sprawa, ale zdradzę, że powstał po burzliwej, małżeńskiej awanturze i jest do dzisiaj w naszym domu formą, która kończy spory, rodzajem przeprosin. Wystarczy, że powiem "...życie mi mówi, że cała ty, to wszystko co mam..." , a zaraz, nawet w nocy, zaczyna świecić słońce.
          Napisaliśmy z Andrzejem "Nie płacz...", gdy przygotowywaliśmy materiał na moją płytę "Słowa...". Niedawno okazało się, że piosenka po zmianie tempa znakomicie brzmi w wykonaniu zespołu rockowego. Oto ona - "Nie płacz, nie trzeba tak" - śpiewa MISTER z U.B

mister-z-ub
fot. Hania Rogowska
          Zadziwiające jest to, że w tym samym czasie, gdy rockman Andrzej Donarski siedział nad "Nie płacz, nie trzeba tak", Beata Bartelik na koncercie w Radio Gdańsk "odpaliła" tę piosenkę również - i ku mojemu zaskoczeniu skroiła ją z wprawą rockowej gwiazdy. Oto co mówi Beata facetowi, gdy ten podupada na duchu - "Nie płacz, nie trzeba tak"

beata-bartelik

          O tym, że Beata Bartelik zaskoczyła mnie wtedy ogromnie pisałem 28 czerwca tego roku we wpisie pt. "Karin, Beata i wujek Internet". Beata tak ma, że lubi zaskakiwać. Pewnie jeszcze nie raz to zrobi, więc już z góry jestem wdzięczny. By jednak Boh miał co lubić, przypomnę, że to ja, pierwszy, kilka lat temu, nagrałem tę wstrzymującą łzy przysięgę miłosną, którą powtarzam mojej Asi w każdej trudnej sytuacji życiowej. Kto takich nie ma? Aaa..., co tam będę gadać. Pewnie nie jeden, nie jednej, nie raz powinien, tak jak ja, zaśpiewać "Nie płacz, nie trzeba tak"

koncert-w-olsztynie-na-zamku

           Cieszyłbym się, gdyby piosenka ta w każdej rodzinie kończyła wszystkie małżeńskie niesnaski. Jeżeli nie macie jakiegoś innego, lepszego sposobu, to wybierzcie sobie jedną z tych trzech wersji piosenki "Nie płacz, nie trzeba tak" i... niech to będzie dla Was dwojga, ta trzecia... prawda, droga i nagroda, bo Boh trojcu lubit.
24 września, 2009

Wały zagrały

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:50
Póki my żyjemy... chciałoby się zaśpiewać po takim koncercie, w jakim miałem okazję i przyjemność uczestniczyć kilka dni temu. Dokładnie tydzień temu, w czwartek, zadzwonił jeden z moich przyjaciół i ściszonym głosem poinformował w wielkiej tajemnicy o koncercie "Wałów Jagiellońskich", który miał odbyć się jeszcze tego samego dnia, w studio Radia Gdańsk. - Reaktywacja - zapytałem. - I nagrywanie płyty - usłyszałem w odpowiedzi. To był chyba 1976 rok, Bazuna, albo podobny przegląd piosenki studenckiej. Rudi Schuberth, mój rówieśnik (urodził się 14 dni wcześniej) i jak później zauważyłem - przyjaciel, a także dobry kolega ze sceny, okazał się najjaśniejszą gwiazdą tamtej, żakowskiej nuty. Otoczony szybko przez krąg wyznawców już wtedy próbował składać jakiś taki prototyp "Wałów Jagiellońskich". rudi-i-prototyp-walow-jagielonskich1 Rudiego na powyższym zdjęciu łatwo rozpoznać można w młodzieniaszku, pierwszym z prawej, z gitarą w rękach i stylowych baczkach. Po tamtym koncercie los chciał, że noc spędziliśmy na jednej ławce, przy jednym stole i jednej beczce. Taki był początek, a potem spotykaliśmy się częściej, biorąc udział w tych samych przedsięwzięciach, festiwalach i koncertach. Gdy w 1978 roku odbierałem nagrodę w Krakowie, Wały odbierały równorzędną i nigdy nie było tak, by nie było nam po drodze. Nic dziwnego zatem, że na wieść o reaktywacyjnym koncercie, chwyciłem aparat i w czwartkowy wieczór, wśród około setki samych znajomych, siedziałem w dużym studio przy ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu. Punktualnie o 20.00 na scenie pojawił się Mistrz Schuberth z zespołem. rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r W składzie obecnych "Wałów Jagiellońskich" godne miejsce zajął między innymi, bardzo przeze mnie lubiany gitarzysta - Zbyszek Seroka z Olsztyna... rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-zbyszek-seroka Nowe aranżacje starych przebojów z nieśmiertelną "Córką rybaka" i nowe piosenki plażowo-polityczne, a przede wszystkim niezwykły humor i niesamowita energia Rudiego sprawiły, że dwugodzinny koncert przeleciał jak z bicza strzelił. Oto kilka ujęć leadera Rudiego w trakcie show: rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-1 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-6 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-3 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-4 Każdy, kto widział kiedykolwiek Ryśka, jak się do niego zwraca żona i niektórzy przyjaciele, przyzna, że Rudi jest osobą stworzoną dla sceny. W ubiegły czwartek tę prawdę Schuberth potwierdził w całej rozciągłości i dobrze się stało, że wkrótce znowu będzie można usłyszeć o "Wałach Jagiellońskich". Oby Wały zawsze grały, a ludzie żyli weselej!!!
22 września, 2009

Perłowa rocznica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:01
          Wszystkich przyjaciół, znajomych i przypadkowych czytelników z wielką radością informuję, że trzydzieści lat temu, 22 września 1979 roku, jak to widać na tej, trochę podniszczonej fotografii, w małym kościółku w Orłowie, ksiądz prałat Stanisław Zawacki udzielił nam ślubu.

slub-orlowo-22-wrzesnia-1979r

Asia już od kilku dni przygotowywała się do dzisiejszej, perłowej rocznicy. Szczególnie interesujące były jej zabiegi z upiększającymi maseczkami kosmetycznymi.

maseczka-z-ogorkow

Dziś o świcie wręczyłem mojej żonie bukiet z trzydziestu róż i postawiłem obok niego nasz spóźniony portret ślubny pędzla Lucyny Legut.

bukiet-na-trzydziestolecie

          Jest godzina dziesiąta, więc porywam moją ukochaną w trzydziestą podróż poślubną.
Wracamy wieczorem. Do zobaczenia.
17 września, 2009

A kiedy znowu zjawisz się tutaj...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:55
Udało się. Udało mi się, będąc gościem długiej, nocnej audycji w "Jedynce", nie poplątać w zeznaniach ani razu. Zdziwiony jestem faktem, jak wielu znajomych w Polsce i za granicą dało się namówić tamtej nocy na bezsenność. Wszystkim, którzy wytrwale słuchali, bardzo serdecznie dziękuję. Przy okazji muszę donieść, że dzięki "Nocnym Spotkaniom" oglądalność "Codzienności" wzrosła o sto procent i nadal rośnie. To już tłumy odwiedzających. Po prostu się udało! Udało się także doprowadzić do radiowej prapremiery "Kazimiery" i piosenki "Nie płacz, nie trzeba tak". Niestety, nie udało się wyemitować trzeciej z piosenek, nagranych ostatnio w Poznaniu przez zespół "Mister z U.B.", piosenki "Toruń". Nic jednak straconego, red. Drozda złożyła mi kolejne zaproszenie i pewnie niedługo... Tymczasem "Toruń" będzie miał swoją internetową premierę dzisiaj. Nim posłuchacie, przeczytajcie: Piosenki często mają swoje życie zanim jeszcze powstaną. Tak przynajmniej jest z moimi. Czasami tekst, czasami muzyka, a bywa, że i jedno i drugie rodzi się przez zaistnienie jakiegoś faktu, zdarzenia, czy uczucia. Najczęściej jednak inspiracją powstania utworu są konkretni ludzie. Właśnie tak było w przypadku piosenki „Toruń” Napisałem ją w 1977 roku. Nosiła wtedy tytuł - "W Toruniu". O tym jak brzmiała można się przekonać słuchając mojej płyty "A może tylko nam się zdaje" z archiwalnymi nagraniami, lub wejść teraz, tu, w "Codziennościach", na podstronę "piosenki - nagrania". Tekst i muzyka w tej piosence są wyrazem stanu uczuć i emocji, które burzliwie targały mną po tym, jak piękna torunianka Wanda K. złamała mi serce. wanda-z-torunia Dla świata takie wydarzenie i zaangażowanie emocjonalne było błahe i banalne, ale dla mnie była to całkiem poważna tragedia. Sprawa na tyle ważna i wielka, że warta piosenki. Pewnie nie wspominałbym o tym, gdyby nie fakt, że jakiś czas temu, po prawie trzydziestu latach, piękna torunianka Wanda nagle się odnalazła. Telefon od niej zadzwonił w chwili, gdy schodziłem ze sceny Teatru Leśnego w Gdańsku-Wrzeszczu. O ile się nie mylę ostatnią piosenką, jaką wtedy zaśpiewałem, była właśnie piosenka „W Toruniu”. Tydzień później Wanda przyjechała do Gdańska wraz z mężem i została przez moją rodzinę serdecznie przyjęta. Znajomość się odnowiła i... staliśmy się przyjaciółmi. Gdy w jakiś czas potem wracaliśmy z żoną z rewizyty w Toruniu, mój telefon znowu się odezwał. Tym razem dzwonił Andrzej Donarski. To już nie mógł być przypadek. Odniosłem wrażenie, że los ma jakiś plan. Andrzej spytał, czy nie będę miał nic przeciw temu, by on „pokombinował” przy piosence „W Toruniu”. Chciał włączyć ją do swego repertuaru. Z radością na to przystałem, licząc nie tyle na powodzenie piosenki, co na fakt, że to będzie znakomitym zakończeniem historii tego utworu. Jak się wkrótce okazało, nową historię tej piosenki pisze teraz życie Andrzeja. Niedawno powiedział mi, że po jednym z koncertów podszedł do niego młody człowiek i powiedział, że "Toruń" jest piosenką, która go bardzo, ale to bardzo "kopnęła". A więc… Niestety, nie jestem już młody, choć "Toruń" wciąż robi na mnie wrażenie. Budzi wspomnienia, ale też rodzi myśl o tym, że są takie tragedie, które na dobre wychodzą. Jak w bajce. Wanda żyje w szczęśliwym małżeństwie z Pawłem i piękną córką Olą u boku, a ja bardzo bym zgrzeszył, gdybym na swój los, na Asię, czy na Radka narzekał. A co by było gdyby...? A tak z radością czekam, kiedy znowu zjawi się tutaj.
08 września, 2009

Teresa Drozda zaprasza z czwartku na piątek o północy do bezsenności

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:59
Dzisiaj Teresa Drozda, postać niezwykła i zasłużona dla piosenki, szczególnie tej z tekstem i klimatem, a nadto dziennikarka muzyczna Polskiego Radia - Programu I, Trójki i Radia dla Ciebie, zaprosiła mnie do udziału w audycji pt. "Nocne Spotkania - Okołokabaretowe" teresa-drozda Teresa Drozda Powiedziała redaktor Teresa, że w trakcie programu "...pogawędzimy sobie nieco..." o piosenkach ze mną związanych, o znajomych przeze mnie lubianych i opisywanych, ogólnie o życiu i o moim blogu. Będziemy więc gwarzyć o codzienności w "Codzienności". Wróciła upalna pogoda, zatem chłodne, wrześniowe noce są jak tabletki nasenne, ale może uda mi się dzisiaj namówić kogoś do niełykania ich w czwartek, bowiem w nocy z czwartku na piątek, czyli z 10 na 11 września zapraszam, wraz z redaktor Teresą Drozdą do bezsenności. Jeżeli nie zaśniecie w czwartek wieczorem, to o północy ( będzie już piątek) włączcie koniecznie Program I Polskiego Radia i słuchajcie "Nocnych Spotkań". Jak wszystko dobrze pójdzie, tuż po dzienniku, przez dwie godziny będę mógł być gościem w Waszych domach. Polecam więc serdecznie bezsenność. Wracając do upałów. Dwa dni temu, od przyjaciół: Mateusza Iwaszczyszyna (kabaret "Czyści Jak Łza") i Zbyszka Rojka ( "Kaczki z Nowej Paczki") dostałem nową piosenkę, która jak ulał pasuje do obecnej aury. Szkoda, że nie wypuścili tej piosenki w lipcu, kiedy było już wiadomo, że przeboju tego lata nie będzie. mateusz-iwaszczyszyn-kp-smoothney Mateusz Iwaszczyszyn Piosenka ma tytuł "30 stopni" i pochodzi z repertuaru grupy K.P.SMOOTHNEY, co się da przetłumaczyć z nienormalnego jako Kabaret Piosenki Smutnej. Dla mnie bomba! Nim opublikuję inne, nowe piosenki z ostatniej sesji mojego rozrywkowego "Mistera z U.B." polecam 30 stopni w wykonaniu Mateusza i Zbyszka. A ja czekam na Was z czwartku na piątek o północy. Do usłyszenia.
03 września, 2009

Kazimiera

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:59
Przez Bydgoszczy jechałem w korku, który co rusz się korkował. W pewnym momencie sznur samochodów zatrzymał się na światłach. Mimo klimatyzacji byłem skołowany, znudzony i otumaniony podróżą podczas upału. To była zaledwie połowa drogi do domu, a mnie już marzył się chłodny zmierzch i zimne "coś" w ogrodzie. Gdy zobaczyłem zielone światło ruszyłem za terenową Toyotą i nie mam pojęcia jak to się stało, ale gdy usłyszałem krzyk Asi, było już za późno. Mimo wciśnięcia hamulców przód naszego samochodu dostał się pod zderzak Toyoty i dość mocno się zmarszczył. Była to moja trzecia stłuczka w życiu i pierwsza z mojej winy. Samochodem jeżdżę od trzydziestu lat. Toyocie nic się nie stało, lekko ją porysowałem na zderzaku, za to mój samochód wyglądał tak: po-wypadku Pani, która prowadziła Toyotę, nie zgodziła się na polubowne załatwienie sprawy i zażądała przyjazdu drogówki. Kosztowało mnie to mandat i sześć punktów karnych, że o innych stratach nie wspomnę. Na szczęście światła, choć się potłukły, nadal działały i nic, prócz zderzaka i maski, nie uległo awarii. Mogłem wrócić do domu o własnych, a właściwie samochodu, siłach. Uparta, i co tu ukrywać, niesympatyczna Pani miała za to chyba większy kłopot. Kiedy bardzo uprzejma policjantka oddawała mi dokumenty życząc dalszej, spokojnej podróży, jej równie sympatyczny kolega, szukał w Toyocie tabliczek znamionowych, bo coś mu się w papierach nie zgadzało. Ja też, chcąc pomóc, zajrzałem pod maskę terenówki Rava i tabliczek nie znalazłem. Pojęcia nie mam jak skończyła się ta sprawa, ale wiem, że gdyby owa Pani była bardziej ufna, jej mąż nie musiałby zdenerwowany pędzić na motorze na miejsce stłuczki. A tak musiał i być może dopiero jemu, choć na to nie wyglądało, udało się wyjaśnić wątpliwości policjanta. Nie czekając na dalszy rozwój sytuacji ruszyliśmy w drogę. Wracając do domu nie mogliśmy odżałować, że tak pechowo kończył się nasz cudowny, kilkudniowy wypad do Śremu, Kórnika, Turwi i Poznania. Wróciliśmy nie tylko z pięknym bagażem wspomnień i zdjęć, które będę chciał choć w części tu pokazać, ale też z najnowszymi nagraniami Andrzeja Donarskiego i jego nowej formacji. Nowa kapela z szacunku dla dorobku Andrzeja (wszak jego głos nierozerwalnie kojarzy się ze starą nazwą), nie chcąc się jednocześnie kłócić ze starym składem o to, kto i do czego ma większe prawa, przybrała nazwę MISTER z U.B. mister-z-ub-na-scenie fot. Hania Rogowska Niewtajemniczonym wyjaśniam, że nie są to nagrania z podsłuchów, a nazwa nie określa nikogo jako jawnego czy tajnego współpracownika służb. Nowa nazwa jest elementem nowego projektu, w którym wraz z Andrzejem, Przemkiem Śledziem (także, jak Andrzej, byłym członkiem kapeli Mr. Zoob), Beatą Polak - fantastyczną perkusistką i byłą członkinią zespołu Armia... beata-polak oraz kilkoma innymi, świetnymi poznańskimi muzykami, mam okazję również i ja uczestniczyć. Wiem, że tekstowo i literacko MISTERA mają wspomagać też (oprócz mnie) poznaniak Grzesiu Tomczak - poeta i jeden z najlepszych tekściarzy w Polsce, jak również utalentowany Stanisław Klawe z Warszawy. Co będzie dalej trudno dzisiaj przewidzieć, ale po tym, co słyszałem na próbach, a potem na koncercie, myślę, że powinno być dobrze. A o co chodzi z tytułową Kazimierą? Jakiś czas temu Andrzej Donarski przysłał mi muzyczkę z prośbą o dopisanie do niej tekstu. Siedziałem i głowiłem się nad tym kawałkiem dość długo. Niektórzy mówią, że mam jakiś taki mały dar, który pozwala mi słyszeć w muzyce tekst, którego nie ma, lecz tym razem pojawiał się w mojej głowie tylko klimat i kolor, a tematu i słowa żadnego znaleźć nie mogłem. Czułem, że jest w melodii ironia, w nucie kpina, a w całości jakaś złośliwość, ale nic więcej wyczytać nie zdołałem. Muzyka podobała mi się na tyle, że szybko zrodziła się zależność, która odrzucała kolejne propozycje, jakie przychodziły mi do głowy. Nic do siebie nie pasowało. Gdy chciałem już dać sobie spokój z pisaniem i włączyłem telewizor, na ekranie pojawiła się Kazimiera Szczuka. Ta super inteligentna, nieco tajemnicza i piękna kobieta miała właśnie dość ostre, publiczno-telewizyjne wystąpienie "antychłopskie". Ponieważ bardzo lubię Panią Kazimierę zacząłem słuchać. Zazwyczaj zgadzam się z poglądami naszej najlepszej feministki, ale tym razem poczułem się chłopskim szowinistą, bandytą i psem - choć nie pamiętam czy Pani Kazimiera tymi słowy mnie i moją płeć obrzuciła. Jeżeli nawet nie, to i tak było już za późno. Tekst leżał przede mną napisany z tytułem u góry : "Kazimiera" Oto nasza Kazimiera - jeszcze ciepłe nagranie zespołu MISTER z U.B. Jeżeli się Wam spodoba wyślijcie znajomym z pozdrowieniami ode mnie i całego zespołu MISTER z U.B. Mam nadzieję, że mój potłuczony samochód będzie dla Andrzeja Donarskiego i jego poznańskich przyjaciół takim samym symbolem, jakim dla szczęścia jest rozbity kieliszek.
26 sierpnia, 2009

Superdiabeł

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:16
          O niczym nie miałem pojęcia. Dziewczyna była piękna, inteligentna, wygadana i... patrzyła na mnie, jak dotąd żadna inna na świecie. Ona miała 23 lata, a ja byłem o dwa lata od niej starszy. Po trzech miesiącach zaglądania sobie w oczy postanowiliśmy zostać razem na zawsze. O tym, że się ożeniłem z "Superdiabłem" dowiedziałem się przypadkiem ze skrawka gazety, który wypadł z czarnego zeszytu. Zeszyt ten moja żona przechowywała w swoich szpargałach wśród sterty płyt i ciuchów.

super-diabel-1

          Z tego i z kilku innych wycinków prasowych wynikało, że mój Skarb, Kotek, Wena, Achna, Asia i Asiula, będąc nastoletnią uczennicą liceum, wzięła udział w ogólnopolskim konkursie prezenterów dyskotek i zakasowała tam wszystkich didżejów.

super-diabel

          Tego wszystkiego dowiedziałem się o swojej żonie, gdy Radek zaczął raczkować, a ja zupełnie gubiłem się w pomysłach, jak zapewnić nam przyszłość. Asia zapytana o tę, tajemną dla mnie, część jej życia, opowiedziała mi taką oto historię:
- Byłam szalona. Pełna energii, pomysłów i ideałów, iskrzyłam jak nóż na kole szlifierskim. Dyskoteki były wówczas w Polsce czymś zupełnie nieznanym. Były ciekawą i pachnącą "zachodem" nowinką. Niosły nową modę i otwierały nowe czasy. Pierwszą w Polsce dyskotekę w 1972 roku otworzył w sopockim Grand-Hotelu Franciszek Walicki i nazwał ją "Muzykoramą". Gwiazdami tamtej dyskoteki byli tacy didżeje jak: Marek Gaszyński - jeden z filarów muzycznego radia w Polsce, Piotr Kaczkowski, który wtedy nie był jeszcze tylko "głosem" Trójki, czy Jacek Bromski - późniejszy reżyser i szef filmowców, a wtedy nieśmiały debiutant za konsoletą. Był tam też i swoje płyty puszczał sam pomysłodawca i organizator - Franek Walicki. Kiedy pierwszy raz poszłam na tę dyskotekę, bałam się, że mnie nie wpuszczą, ale jakoś się udało. W wir tańca i muzyki wpadłam od razu. Do domu wróciłam skonana z postanowieniem, że ja też chcę puszczać ludziom muzykę, którą lubię. Miałam już wtedy całkiem niezłą kolekcję płyt. Na samym szczycie tego zbioru była oczywiście Janis Joplin. Gdy postanowiłam, że zostanę didżejem, to sam wiesz, nie mogło być inaczej. Kiedy w 1973 roku wygrałam ogólnopolski konkurs didżejów i zdobyłam ministerialne uprawnienia, to ci wszyscy "wielcy didżeje" stali się moimi kolegami po fachu. Było wspaniale. Uwielbiałam tę pracę. A potem zjawiłeś się ty z tymi swoimi piosenkami i wsiąkłam w ciebie i twoje życie, jak deszcz w suchą trawę. Ot i wszystko
          Gdy kilka dni temu Wojtek Korzeniewski - kiedyś manager "Kombi", a dziś uznany animator kultury - przysłał nam zaproszenie na uroczystość wręczenia Frankowi Walickiemu najwyższego odznaczenia Gloria Artis, Asia uznała, że tego spotkania odpuścić sobie nie może. Wszyscy wiedzą, że Franciszek Walicki jest legendą i ojcem chrzestnym polskiego rocka, że stworzył "Czerwono-Czarnych", "Niebiesko-Czarnych", że towarzyszył narodzinom Niemena i "Czerwonych Gitar", że pomagał urosnąć "Brekautom" i wielu, wielu innym. Niektórzy nawet wiedzą, że Walicki wymyślił nazwę "big beat" i napisał dziesiątki przebojów jako Jacek Grań. Mało kto jednak wie, że polskie dyskoteki też zaczęły się od niego. To Franciszek Walicki rozpętał w Polsce dyskotekową burzę. I za to Asia, która współpracowała z Frankiem w Agencji Artystycznej BART, zabierając z domu piętnaście róż, poszła Walickiemu
podziękować.

od-prawej-asia-chylinska-irena-santor-i-franek-walicki

          Jak widać na powyższym i poniższym zdjęciu Asia nie była tam sama. Wśród licznych gości była Irena Santor, był też Romuald Lipko z "Budki Suflera" i był Wojtek Fułek, jako przyjaciel odznaczonego, jako artysta i jako wiceprezydent Sopotu. Brylował Jan Kozłowski, jako marszałek województwa, i był też poeta oraz szef urzędu pomorskiej kultury - Adzik Zawistowski. Zaszczycił uroczystość prezes ZAiKS-u - Edward Pałłasz, a także wielu innych znanych i lubianych.

odznaczenie-franka-walickiego
fot. Anna Bohdziewicz
          Franciszek Walicki jest postacią wyjątkową. Takich ludzi nie spotyka się często. Każdy kto miał okazję stanąć na drodze popularnego Franka, ma pełne prawo uznawać siebie za człowieka bez reszty szczęśliwego.

asia-z-franciszkiem-walickim

          Także Asia jest postacią wyjątkową i ja, który stanąłem na jej drodze, uznaję się za człowieka bez reszty szczęśliwego. Przyznać jednak muszę, że mój "Superdiabeł" i mój Anioł Stróż w jednej osobie, choć lata lecą, wciąż potrafi być zjawiskiem krzykliwym. I nic nie poradzę, bo życie to jest Rock and Roll!
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY