28 listopada, 2009

Z Matką w stanach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:17
          Czasami nachodzą mnie takie stany, że tylko siąść i... siedzieć. Może to niepewność w pogodzie, a może brak tzw. siły przyzwyczajenia, że żyje się dotąd, dokąd ma się nadzieję. Bywa, że z takiej siedzącej niemocy napisze mi się kilka słów, które płowieją natychmiast, gdy poczują na sobie choćby odrobinę słońca.

olsztyn

          Mateusz Iwaszczyszyn jest człowiekiem, o którym ktoś powinien napisać książkę. Gitarzysta, który został leśnikiem, by jako taki zaszyć się w sosnowych gęstwinach sobieszewskiej wyspy i zakochać w młodej malarce, to znakomite tworzywo dla twórczyń literatury popularnej. Mateusza poznałem, gdy był już w Elwirze zakochany po uszy.
          Spotykając się w Olsztynie, wraz z grupą kolegów wymyślaliśmy program pt. "Ameryka, Ameryka", co w potocznym języku można było nazwać - Stany. Niby chodziło o Stany Zjednoczone Ameryki, a tak naprawdę szło o wszystkie nasze stany, z tym wojennym na czele, bo rzecz działa się na początku lat osiemdziesiątych.
Mateusz w dopiero co powstałym zespole był najważniejszym gitarzystą. Zespół przyjął nazwę "Kaczki z Nowej Paczki" chcąc się odróżnić od "Trzeciego Oddechu Kaczuchy", z którego się wywodził. Chyba od imienia Mateusz ma przydomek Matka. Na przydomek ten składają się też jego cechy charakteru i... wygląd. Z przekory mówiliśmy  -  Matka, bo wyglądał jak nasz ojciec. Było to prawie trzydzieści lat temu, a ja dzisiaj z całą odpowiedzialnością mogę rzec, że Mateusz się nic, a nic nie zmienił. Z tym, że dzisiaj my wyglądamy na własnych ojców. Chyba teoria względności się kłania. To zresztą nie jest istotne, bo ważna w Mateuszu jest jego dusza. Duszę Matka ma piękną, jak nie wiem co. Dla tej duszy warto go znać i zażywać. Mateusz jest bowiem jak lekarstwo, jak krople na spokój, na wewnętrzny ład i porządek. Jest jak wywar z ziół na wewnętrzną ciszę. Jakiś czas temu siedziałem sobie z Mateuszem w ogródku olsztyńskiej restauracji.

mateusz-iwaszczyszyn

          Może wtedy właśnie dałem Mateuszowi kartkę papieru, na której maznąłem wcześniej parę słów o stanach. Swoich stanach psychicznych, oczywiście. Nie pamiętam. W mojej pamięci z tamtego czasu pozostał obrazek pt. Matka przygotowujący się do koncertu wśród gitarzystów wielu.

mateusz-iwaszczyszyn-pierwszy-z-lewej

          Do głowy mi nie przyszło wówczas, że Iwaszczyszyn, jeden z trzech filarów kabaretu "Czyści jak łza" i lider "Kabaretu Piosenki Smootney" pochyli się za jakiś czas nad moimi stanami psychicznymi, odzwierciedlającymi ujemne skutki braku słońca i połączy się ze mną w muzyce. Tak się stało i niedawno otrzymałem przesyłkę z piosenką. Do naszkicowanych pospiesznie i nieuważnie słów Matka skreślił muzykę, a nawet tę muzykę okrasił swoim głosem. Może komuś nasza nowa piosenka wyda się zbyt surowym materiałem, który należy dopiero zacząć szlifować i po tym zabiegu pokazywać, ale mnie się podoba już tak jak jest. A Mateuszowe Uuu..., Lelele... i Wuwuwu..., to coś najpiękniejszego co ostatnio słyszałem. Posłuchajcie i Wy, moi drodzy internetowi podróżnicy: "Wycisza się we mnie cisza" A przy okazji należy dodać, że "złudzenia" na końcu tekstu zostały wypożyczone od Stefana Brzozowskiego z "Czerwonego Tulipana", którego niniejszym serdecznie pozdrawiam i życzę tylko słonecznych stanów.
20 listopada, 2009

Obława

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:00
          Jacek Kaczmarski nie znosił, gdy przyklejano mu znaczek barda Solidarności. Pamiętam jego zdumienie, gdy Alina Grabowska z Radia Wolna Europa, uświadamiając publikę zgromadzoną w kawiarnianych piwnicach Ratusza Staromiejskiego w Gdańsku, powiedziała: - On za Was cierpiał i walczył.
Był to chyba 1990 rok. Może epizod ten nie zostałby mi w pamięci, gdyby nie to, że publiczność w większej części składała się z osób, które jeszcze niedawno ukrywały się przed Służbą Bezpieczeństwa. Nie było Wałęsy, ale, o ile dobrze pamiętam, był Lech Kaczyński, obecny prezydent. Jacek powiódł wzrokiem po zgromadzonych, dostrzegł Bogdana Borysewicza, Bogdana Lisa i Jacka Merkla, którzy siedzieli najbliżej, odwrócił głowę do siedzącej obok koleżanki i cicho rzekł: - Co ty Alina, daj spokój.

jacek_kaczmarski

          Jacek znał swoją wartość, ale to nie skromność kazała mu trzymać się trochę z tyłu, gdy inni wypychali go do przodu. To raczej mądrość, której dowody można znaleźć niemal w każdej jego piosence, sprawiała, że dość skutecznie dystansował się od bieżących spraw. Połowiczna emigracja do Australii nie była ucieczką przed sobą, ani niepodległą ojczyzną. Moim zdaniem był to pomysł Jacka na zachowanie swojego stroju, gdy inni zdejmowali opozycyjne swetry i przebierali się w garnitury władzy. To nie był jego świat. Nie lubił tytułomanii i szufladkowania. Do zaszczytów też się nie łasił. W końcu sławne "Mury", choć są zapożyczoną piosenką, stały się polskim symbolem, a on chyba nie chciał w powszechnej pamięci być sprawcą legendy jednej piosenki i współtwórcą mitu.
          Nie tak dawno zespół Habakuk grający muzykę reggae wziął na warsztat piosenki Jacka i nagrał płytę pt. "A ty siej". Nie powiem, podobały mi się te nagrania. Nawet bardzo mi się podobały i z pewnością Jackowi też przypadłyby do gustu. A mimo to zastanawiałem się, ile w tych nagraniach jest potrzeby serca, a ile pomysłu komercyjnego. Tak czy inaczej, to już nie jest ważne, bo w efekcie, z dobrym skutkiem kolejne pokolenie posłuchało, a może się nawet zaprzyjaźniło z piosenkami, które są o czymś istotnym, co warto wiedzieć. Szczególnie, gdy się żyje w Polsce.

habakuk

          Zespół Habakuk Być może dzięki grupie Habakuk, a może dzięki rodzicom, którzy słuchali Kaczmarskiego w oryginale, w sercu młodego chłopaka z Łodzi, który lubi sobie czasem powymiatać na gitarze, zrodziła się potrzeba nagrania pewnej muzyki. Nagrał i nagranie przesłał swojemu znajomemu, Sławkowi Tychkowi - zdolnemu gitarzyście z Olsztyna. Sławek, młodszy brat mojego kumpla ze studiów, dokonanie młodego łodzianina przesłał mnie i oto jest nowa wersja utworu Kaczmarskiego. Jacek tę piosenkę też zapożyczył, tym razem od Wysockiego, ale to nie przeszkadza, bo tak jak "Mury", ta także będzie nam się zawsze kojarzyć z Kaczmarskim. Posłuchajcie gitarowej wersji piosenki pt. "Obława". Gitarzysta, to Marek Jabłoński, osiemnastolatek, na którego wołają MaroMaro.

maromaro

MaroMaro Pewnie zobaczymy i usłyszymy Marka za jakiś czas w składzie dobrej kapeli. Tego mu życzę, a póki co, to fajnie, że Jackowa nuta wciąż jest aktualna i brzmi już w trzecim pokoleniu. PS. Odchodząc od tematu chciałbym zachęcić do wejścia na stronę http://pokazywarka.pl/w727mk/ i obejrzenia niezwykłych zdjęć Gdyni.
11 listopada, 2009

Dezydery

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:40
          Szkolony był przez Prusaków do posłuszeństwa Berlinowi, lecz to Napoleon zawładnął jego młodzieńczą wyobraźnią. Z Napoleonem, jako jego oficer przyboczny, zamierzał Polskę do życia przywrócić.

napoleon-ranny-pod-ratyzbona-mal-c-gautherol-chlapowski-w-mundurze-szwolezera-widocznyz-profilu-po-prawej

          Gdy się zorientował (na obrazie powyżej widać go z profilu, w czako, po prawej stronie cesarza), że Napoleon chętnie z polskich rąk dla siebie siłę czerpie, lecz w zamian nic w nie włożyć nie chce, prosi o dymisję. Wraca do Ojczyzny i bierze się do roboty. W pracy i w majątku widzi siłę, która Polsce może pomóc. Jednak gdy trzeba... Do boju o wolność ojczyzny podrywa się jeszcze raz w czasie powstania listopadowego. Niestety, kiepski talent wojskowy Józefa Chłopickiego, który pełni funkcję dyktatora powstania i generała Antoniego Giełguda, który bezowocnie chce do powstania poderwać Litwę, niweczą zapał i pracę jednego z najwybitniejszych Polaków - Dezyderego Chłapowskiego.

dezydery-chlapowski

          Dzisiaj jest 11 listopada. Od rana w telewizji pełno Piłsudskiego, Paderewskiego i..., co mnie trochę w tym kontekście śmieszy, Kaczyńskiego. Wspomina się Kościuszkę, Wybickiego, Dąbrowskiego i innych, co to krew przelewali, co to o Polskę wołali i o Polskę walczyli. O Generale z Turwi nikt nie pamięta, choć on nie tylko szablą, ale i głową historię, świadomość i kulturę materialną Polski tworzył.
          Pisałem już kiedyś o Chłapowskim i o tym, że także dzięki jego pracy, zwycięski w powstaniu Poznań mógł przywitać Paderewskiego na wolnej polskiej ziemi. Gdyby więcej było nad Wisłą i Wartą takich Dezyderych, to nie tylko przed regionalną nazwą - Wielkopolska, ale przed całą nazwą państwa świat pisałby przymiotnik - gospodarna. Gospodarna Polska. Nie da się ukryć, że mamy teraz na to szansę, jak nigdy przedtem w historii. Jak ją wykorzystamy?
          Zajechałem latem do siedziby rodu Chłapowskich. Trafić bez mapy nie jest łatwo. Po drodze żadnych drogowskazów i tablic informacyjnych. Droga wąska, pełna dziur i wybojów. Dukt to chyba ostatniej klasy zadbania i odśnieżania. Na trzech miejscowych pytanych o drogę tylko jednemu nazwisko Chłapowskiego coś mówiło. Jadąc do Turwi zatrzymałem się po drodze w maleńkim Rąbinie, by w kościele...

kosciol-w-rabinie

... i obok niego pochylić głowę nad pamięcią i grobem Generała, który leży tam przy kościoła murze.

grob-dezyderego-chlapowskiego-przy-kosciele-w-rabiniu

Tak wygląda płyta na grobie tego, który za Polskę się nie tylko bił, ale który Polskę uczył myśleć, planować i pracować.

plyta-na-grobna-dezyderego-chlapowskiego

          Nie wszystkim jednak tacy imponują. Dla wielu z nas najlepszymi bohaterami są ci, którzy dużo gadać i obiecywać potrafią. Sprawni są by krew polską burzyć, a potem na darmo przelewać. Podłość wszystkim przypisywać, straszyć zamętem i spiskiem. Tacy, dla licznych wśród nas, są najlepsi. Tacy, co to nim pomyślą, już naród do zguby zapędzą i zatracą dla niejasnej swojej sławy. Tych, którzy rozsądnie prawią i dobrą drogą wiodą w małym poważaniu mają. Zdolnych i lepszych szyderstwem, kpiną, kłamstwem i pomówieniem traktują. Mądrych w zapomnienie chcą rzucić, pamięć o nich zatrzeć. Polska dziś jest wolna, a jak traktuje się tych, którzy dla niej, jeszcze nie tak dawno, swój wysiłek i czas poświęcali?
          Kilka kilometrów dalej na zachód, w zapuszczonym parku stoi dom rodu Chłapowskich. Ten późnobarokowy pałac, zbudowany około 1760 roku, do czasów II wojny światowej należał do potomków Dezyderego. W 1945 został rozgrabiony, a potem mianowany PGR-em. Może dzięki temu, że w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku zajęła go Polska Akademia Nauk, jeszcze istnieje.

palac-chlapowskiego-w-turwi

          Miło spojrzeć, zadumać się nad tymi, którzy tu kiedyś mieszkali, lecz by wejść trzeba najpierw wizytę telefonicznie zapowiedzieć. W Pałacu mieści się bowiem placówka badawcza Polskiej Akademii Nauk, która bada optymalizację produkcji rolniczej i zasady kształtowania krajobrazu rolniczego. Tyle i tylko tyle dowiedzieć możemy się z tablicy wbitej w trawnik.

tablica-informacyjna-w-turwi

          Tyle i nic więcej. Nic o wyjątkowości Dezyderego, o jego bitwach, powstaniach i wojnach, nic o tym jak uczył swoim przykładem i jaki miał wpływ na dalszy rozwój kraju. Do pałacu nie weszliśmy. Szkoda, że on tylko dla wybranych i tych przezornych z telefonem. Piękny, choć trochę zaniedbany, stary pałac z neogotycką kaplicą, którą Dezydery kazał wybudować, by bliżej mu było do sacrum...

kaplica-w-turwi

...stoi w zapuszczonym parku, który, jak wynika z tablicy, jest obiektem badań.

park-w-turwi

          To zapuszczenie ma nawet swój urok, ale czy godzi się zapuszczać krajobraz w domu tego, który ten krajobraz potrafił tworzyć i porządkować. Od strony parku pałac też się jeszcze nieźle trzyma...

palac-w-turwi-od-strony-parku

... mając jednak na uwadze to, że zabytki odrestaurowywane przez starych i nowych właścicieli nabierają wspaniałego blasku, nie da się uniknąć pytania, jak mógłby wyglądać pałac w Turwi, gdyby dostał się w ręce potomków Dezyderego? Niestety, potomek Dezyderego coś tam odzyskał z rodowego majątku i nieopodal, nad Wartą, prowadzi piękną stadninę koni, lecz Turwi mu nie oddali. Nie mogli? Nie chcieli?
          Pisałem w poprzednim wpisie o liście Andrzeja Seweryna. Czy to zbieg okoliczności, że zaraz po tym wpisie, 11 listopada, gdy zamyśliłem się nad naszą Niepodległą, przypomniał mi się Dezydery Chłapowski? W filmie "Najdłuższa Wojna Nowoczesnej Europy", w którym Dezyderego grał Krzysztof Kolberger, rolę Hipolita Cegielskiego zagrał właśnie Andrzej Seweryn. Wszystko z siebie wynika. Więc niech z naszej mądrości zawsze wynika wolność i niepodległość. A z naszej pracy bogactwo i dobro. Takie mam życzenia dla Rzeczpospolitej w dniu Jej urodzin.
07 listopada, 2009

List Andrzeja Seweryna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:37
          Wiadomo od dawna, że artystka Elżbieta Wojnowska jest niezwykle utalentowaną wokalistką. Kto zasłucha się w jej piosenkach może stracić poczucie czasu i rzeczywistości. Pamiętam, jak sam kiedyś bez opamiętania, wyszedłszy z koncertu, przewijałem w głowie, nie dający się uspokoić fragment jej wielkiej piosenki "Życie moje". By móc tak śpiewać jak Ela, Elżbieta w pracy musi być tyranem. Choć tego nie widać...

ela-wojnowska1
fot. Bartek Muracki
...to wszyscy, którzy z nią współpracowali potwierdzą, że jest pedantyczna do bólu i wymagająca niemal do przesady. Przed każdym koncertem wizyta u foniatry, niezliczone próby indywidualne i zespołowe, nerwy i przekonanie, że jak czegoś sama nie dopatrzy, to nie będzie, się nie stanie, się zawali. Niestety, często ma rację, więc dopatruje, dopina, pilnuje... Dzisiaj jedzie do Wrocławia, by zagrać kolejny koncert promujący znakomitą płytę "Świat wg Nohavicy", czyli piosenki Nohavicy po polsku. Słucham kawałków z tej płyty od ponad pół roku i nasłuchać się nie mogę. Rewelacja, choć nie do końca, bo jeden z wykonawców od reszty odstaje i to słychać. Ale ja nie o tym... Zdaje się, że to Ela powiedziała mi kiedyś - Wiesz, talent bez pracy jest czymś gorszym niż praca bez talentu. Ela ma wielu przyjaciół. Większość z nich to ludzie niezwykle pracowici, bardzo utalentowani i mądrzy. Mój ojciec o takich koligacjach mówił, że ciągnie swój do swego. Jest jeszcze jedna cecha, którą obdarzyłbym przyjaciół Elżbiety, tą cechą jest przyzwoitość. Kilka dni temu Ela przysłała mi list swojego przyjaciela Andrzeja Seweryna, z prośbą o rozpropagowanie.

ela-wojnowska-i-andrzej-seweryn

          Przeczytałem i pomyślałem, że dzięki takim postaciom, jak Andrzej Seweryn można wierzyć w ludzi. List oczywiście natychmiast rozesłałem znajomym. Niech się też utwierdzają w przyzwoitości. Tym, którzy się z listem do tej pory nie zetknęli przedstawiam go poniżej. Przeczytajcie koniecznie.
List otwarty do Fundacji Kino i Telewizji Kino Polska 02.11.2009 r.
Szanowni Państwo, Ponieważ informacja o przyznanej mi przez Państwa Nagrodzie Specjalnej była publiczna, nie mogę zareagować na nią jedynie prywatnym listem. Kopię mego listu otwartego przesyłam także Polskiej Agencji Prasowej. Chciałbym ustosunkować się do trzech fragmentów uzasadnienia decyzji jury. 1. Komunikat Fundacji Kino mówi ".....Nagrody Specjalne otrzymają - wybitni aktorzy, którzy w czasach PRL-u nie mogli być uhonorowani Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego z powodów politycznych......". Żałuję, że nie podajecie Państwo roku, w którym tej Nagrody nie otrzymałem i tytułu filmu, w którym brałem udział. Rozwiałoby to część wątpliwości, jakie wzbudziła we mnie Wasza decyzja. 2. Cytuję ciąg dalszy komunikatu : ".....Bywało również i tak, że w związku z aktywną działalnością antykomunistyczną aktorzy nie otrzymywali filmowych ról na miarę swojego talentu.....". Szanowni Państwo, nie pomniejszajcie odwagi polskich reżyserów filmowych. Angażowali do pracy kogo chcieli. Przykład udziału Haliny Mikołajskiej w "Barwach ochronnych" Krzysztofa Zanussiego jest tu najbardziej wymowny. To paradoksalne, ale ówcześni decydenci partyjni mieli mniej władzy w kwestiach obsadowych, niż dzisiejsi producenci filmowi, szczególnie w kinematografii zachodniej. Ja w tym okresie zagrałem m.in. w "Ziemi Obiecanej", "Albumie polskim", "Podziemnym przejściu", "Nocach i dniach", "Polskich drogach", "Granicy", "Bez znieczulenia", "Najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy", "Romanie i Magdzie", "Rodzinie Połanieckich", "Kung-fu", "Na Srebrnym Globie", czy "Dyrygencie". Do 1979 roku zagrałem w 50 Teatrach TVP, pracując z wybitnymi reżyserami polskimi m.in. Aleksandrem Bardinim, Januszem Majewskim, Jackiem Woszczerowiczem, Zygmuntem Hübnerem, Janem Świderskim, Jerzym Gruzą, Janem Bratkowskim, Ludwikiem René, Bohdanem Korzeniewskim, Janem Maciejewskim, Stanisławem Brejdygantem, Jerzym Domardzkim, czy z nieodżałowanym Januszem Warmińskim. Nie mogę zgodzić się więc z twierdzeniem, iż praca z tymi wybitnymi artystami nie była ?na miarę mojego talentu?. 3. I ostatni cytat komunikatu Fundacji: ??Andrzej Seweryn z powodu kontaktów z opozycją w czasach PRL nie dostał żadnej nagrody filmowej w Polsce?? Szanowni Państwo, obawiam się, że trudno byłoby udowodnić powyższe stwierdzenie. Rozumiem chyba Państwa intencje, ale nie mogę się z nimi zgodzić. Chcecie mnie bowiem nagrodzić nie za moją pracę, sztukę, rolę, ale za to, że wyraziłem kilkakrotnie publicznie mój negatywny stosunek do ówczesnego systemu politycznego. Po ukończeniu studiów zostałem zaangażowany przez Dyrektora Janusza Warmińskiego na etacie aktora w Teatrze Ateneum. Mimo kilkumiesięcznego pobytu w więzieniu m.in. za protest przeciwko wkroczeniu wojsk układu Warszawskiego do Czechosłowacji w sierpniu 1968 roku, nikomu nie przyszło do głowy wyrzucać mnie z teatru. W jakiś czas po powrocie do pracy zagrałem nawet w Teatrze Telewizji Polskiej u boku Zbigniewa Zapasiewicza i Jana Świderskiego, w sztuce, której autorem był ówczesny Prezes TVP, Włodzimierz Sokorski. Jak mógłbym przyjąć nagrodę, której uzasadnienie mówi o prześladowaniach mnie na polu artystycznym z powodów politycznych, skoro np. z paszportem służbowym PAGARTU (nie prywatnym, takiego nigdy nie miałem) odwiedziłem z teatrami lub ekipami filmowymi Francję, Włochy, Niemcy (RFN i NRD ), Mongolię, ówczesny Związek Radziecki, Węgry, Rumunię, Bułgarię, ówczesną Czechosłowację, Norwegię, czy Szwecję? Zdarzył mi się wprawdzie zakaz pracy w TVP i w POLSKIM RADIO pod koniec lat 70-tych, ale przecież nie byłem wyjątkiem. Czymże to zresztą było w porównaniu z prześladowaniem, również fizycznym, Haliny Mikołajskiej, wielkiej polskiej aktorki, członka Komitetu Obrony Robotników, z zakazem pracy w stosunku do reżysera Jerzego Markuszewskiego, czy aktora Macieja Rayzachera, z zakazem rozpowszechniania filmów takich twórców jak Jerzy Skolimowski, Andrzej Żuławski (zdjęcia do filmu "Na Srebrnym Globie" zostały wręcz przerwane, a część dekoracji i kostiumów spalona ), Ryszard Bugajski, czy Antoni Krauze, z pozbawieniem dyrekcji Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach Państwa Ireny i Tadeusza Byrskich, dyrekcji Teatru Narodowego Kazimierza Dejmka, z drastycznym przerwaniem prób "Złotej Czaszki" Juliusza Słowackiego w Puławskim Studio Teatralnym i likwidacją tego ciekawego przedsięwzięcia artystycznego, czy wreszcie z prześladowaniem zespołu Teatru Ósmego Dnia. Mógłbym cytować jeszcze wiele przykładów artystów, którzy nie mogli normalnie funkcjonować w tamtej rzeczywistości. Biorąc powyższe pod uwagę podjąłem decyzję o odmowie przyjęcia Waszej Nagrody Specjalnej. Jednocześnie pragnę wyrazić mój najgłębszy szacunek dla wielu polskich artystów, dyrektorów teatrów i reżyserów filmowych, którzy przez wiele lat walczyli o powiększenie obszaru wolności w Polsce, o zachowanie świadomości historycznej, obywatelskiej, moralnej. Często tę walkę wygrywali.
Z poważaniem
Andrzej Seweryn
02 listopada, 2009

Pamięć odchodzi najpóźniej?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:21
          Odchodząca pamięć zostawia po sobie bezbrzeżną pustkę w naszej codziennej, burej samotności. Zatrzymać pamięć - to zadanie niemal tak karkołomne jak próby zatrzymania czasu.
          Dzisiaj Zaduszki, dzień, w którym ludzie wspominają tych, którzy odeszli z tego świata. Gdy byłem małym dzieckiem, nie mieliśmy w Gdańsku ?swoich? grobów. Dopiero babcia Pelagia, mama mego ojca, swoją śmiercią sprawiła, że w Dzień Wszystkich Świętych mieliśmy dokąd pójść na cmentarz, choć dzień później, w Zaduszki zawsze było kogo wspominać, bo wielu po wojnie do domu nie wróciło. Potem czas robił swoje. Odchodzili dziadkowie, babcie, ciocie i przyjaciele. Dzisiaj prawie na każdym trójmiejskim cmentarzu mam kogoś bliskiego. Groby kreślą granice zasiedzeń w naszych Miejscach. Miejsce jest kokonem naszego przeżywania. W Miejscu się człowiek rodzi, w Miejscu człowiek jest, do Miejsca wraca i z Miejsca odchodzi.

miejsce

          Cykl odejść nigdy się nie kończy. Kilka dni temu, tuż przed Dniem Zmarłych, pożegnałem się z kolejnym członkiem mojej Rodziny - wujkiem Sławkiem, który dzieciństwo, nie z własnego wyboru, spędził na Syberii. Pamiętam, jak na rodzinnych zjazdach w latach pięćdziesiątych, właśnie on najszczerzej wpadał w zachwyt nad naszymi dziecięcymi popisami i chętnie obdarowywał nas złotówkami za przedszkolne wierszyki i piosenki. Pamiętam, że pamiętał o mojej prośbie, wypowiedzianej kiedyś niemal szeptem i przysłał mi z Ameryki dżinsy i piękną koszulę marki Lee. To były moje pierwsze dżinsy w życiu i pierwsza dżinsowa koszula. Takich gestów i takich rzeczy się nie zapomina.
          Rzeczy i miejsca zacierają z czasem kontury swego istnienia, płowieją, marnieją, a czasem giną lub umierają, jak ludzie. Jak Władysław Biega - mój wujek. Zostaje pamięć, która odchodzi najpóźniej.
          Niedawno pocztą mailową dostałem list: Witam i zapraszam na II Zaduszki Poetyckie do Śremu? to już niebawem, bo 12 listopada br. o 17.00 w Auli Jana Pawła II przy Parafii p.w. NSJ na Jezioranach. Będzie mi niezmiernie miło gościć w naszych progach oraz będzie też okazja do odwiedzin Rodziny. Ubiegłoroczną galę uświetnili moi przyjaciele: Piotr "Miki" Mikołajczak (autor muzyki do filmów m.in.: "Ławeczka", "Rozmowy nocą", juror programu "Droga do gwiazd"); Andrzej Ciborski (bard, kompozytor, autor tekstów, dziennikarz poznańskiego Radia Merkury). W tym roku również zaprosiłem Piotra Mikołajczaka, Andrzeja Ciborskiego oraz Tomka Wachnowskiego. Bardzo zależy mi na tym, by impreza weszła do corocznego kalendarza i wyszła poza Śrem. Pozdrawiam i jeszcze raz zapraszam. Zaproszenie podpisał Roman Krzysztofiak, zwolennik i propagator piosenek z tekstem, sympatyczny człowiek ze Śremu, którego poznałem przez Internet. Niestety, choć zaproszenie miłe, nie będę w tym roku mógł skorzystać. Wielka szkoda, bo Śrem...

ratusz-na-rynku-w-sremie

...to cudowne i urokliwe miasteczko, które bardzo wiele, za sprawą Asi, dla mnie znaczy. W miasteczku tym, które prawa miejskie nabyło już w 1253 roku, a które w 1416 roku odwiedził Władysław Jagiełło, i które przez wieki nad Wartą...

warta

...pełniło wartę nad jedną z najważniejszych przepraw rzecznych w Wielkopolsce, urodził się tata mojej żony - Michał Huss. Asia dzięki tej okoliczności spędziła w Śremie kilka szczęśliwych lat swojego dzieciństwa, pod czułą opieką babci i dziadka, który był dentystą. Połowę pierwszego piętra kamienicy, którą widać poniżej, zajmowało rodzinne mieszkanie i dziadkowy gabinet.

kamienica-w-sremie-pierwsze-pietro-dziadka-i-babci-asi

          Ta jedna z najokazalszych śremskich kamienic stoi na brzegu Warty. Gdy trzydzieści lat temu byłem tam pierwszy raz, wielkie wrażenie zrobił na mnie niesamowity widok z babcinego salonu i tarasu na leniwie toczącą się rzekę i żelazny most, którego już nie ma. Wrażenie pamiętam do dziś.

srem-na-starej-pocztowce

          Od dawna nie ma dziadka Brunona, a kilka lat temu odeszła babcia Maria. Wcześniej zmarła ciocia Felicja, która całe życie z dziadkami mieszkała. Mieszkanie nad Wartą zasiedlili nowi lokatorzy. W Śremie przez ostatnie lata rodzinny dyżur pełniła już tylko nauczycielka historii i harcmistrz w jednej osobie - ciocia Krysia, siostra ojca Asi. Czuwała nad rodzinną pamięcią wraz ze swoim mężem, lekarzem weterynarii Władkiem Gulczewskim. Ale w maju tego roku wujek Władek zmarł i pewnie dom po drugiej stronie rzeki też zmieni lokatora, bo wiadomo, że ciocia z domem i wielkim ogrodem sobie nie poradzi. Odchodzą ludzie, znikają rzeczy, a miejsca, które dla jednych umierają, na nowo rodzą się dla innych. Jak te nowe domy nad Wartą, naprzeciw starego Śremu.

srem-na-nowo

          Jak ten balkon w starej kamienicy stojącej przy jednej ze śremskich uliczek, który nie chciał ginąć w szarości.

sremski-balkon

          Daj Boże byśmy w przyszłym roku mogli pojechać do Śremu i choć przez moment popatrzeć na kawałek naszego życia, którego już nie ma, które przeminęło, a które wciąż stoi nad Wartą.

dom-babci-asi-nad-warta-w-sremie

          Daj Boże, by pamięć o ludziach, ich miejscach i rzeczach nie odchodziła za szybko.

PS. Dwie godziny temu usłyszałem w telewizji, że dzisiaj zmarł Krzysztof Kalukin, jeden z najlepszych operatorów i reżyserów filmów dokumentalnych. Miałem niezwykłą przyjemność z Krzyśkiem i jego żoną Basią Balińską przed laty współpracować. Krzysztof był specjalistą od utrwalania tego co przemija. Zawsze wiedział co zrobić, by pamięć zatrzymać, by się nie zacierała, nie ginęła i nie odchodziła za wcześnie. Mam nadzieję, że pamięć o Krzysztofie Kalukinie pozostanie we mnie długo. Żegnaj Mistrzu.
24 paĽdziernika, 2009

Magda, Olo i Polański

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:21
          Nad Romanem Polańskim właśnie przeciąga i grzmi potężna burza, która nadchodziła od dawna. Wystarczy włączyć dowolny "środek masowego rażenia", by w krótkim czasie dowiedzieć się, gdzie jest, a gdzie nie ma sprawiedliwości, co jest, a co nie jest godziwością. I tego, czy talent dany od Boga jest równoznaczny z rozgrzeszeniem absolutnym. Swoją drogą ciekawe, czy w Niebie, na Sądzie Ostatecznym można się powołać na przedawnienie? Nie jestem w stanie oceniać i porównywać systemów prawnych stosowanych w różnych częściach świata, ale nie podoba mi się, gdy za poglądy można być skazanym nawet na karę śmierci. Mało to takich krajów jeszcze? Nie podoba mi się także, gdy zbrodniarzy wojennych i politycznych zbirów czci się jak bohaterów. Przykładów na to znaleźć można pełno w historii każdego kraju, pod każdą szerokością geograficzną.
          Niespecjalnie lubię złoczyńców. Złodziej, bandyta, morderca, oszust i gwałciciel, to osobnicy, których w swoim pobliżu widzieć nie chcę. Pytanie jednak stawiam sobie również takie, czy głodne dziecko, gdy ukradnie coś do jedzenia, jest złodziejem? Oczywiście jest i nie jest równocześnie. Nie jest, bo... rodzina z marginesu, patologia, głód... itd. Nie jest, bo człowiek by żyć od zarania zabijał i kradł. Jest, bo prawo mówi, że kradzież to przestępstwo. A jednak nie zgadzam się na stosowanie prawa w zależności od czegokolwiek. A od polityki i układów przede wszystkim. Jak więc ocenić Polańskiego?
          Do sprawy Polańskiego mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony Polański to geniusz, a z drugiej normalny człowiek. Z jednej strony jest człowiekiem ciężko przez los pokrzywdzonym i jednocześnie hojnie nagrodzonym. Pracowity, ale też balangowicz. Pan i sługa życia w jednym. Ja sam przed sobą chcę uchodzić za przyzwoitego faceta, ale czy nie ma niczego, czego bym się wstydził? Czy nigdy nie zdarzyło mi się nic, czego nie chciałbym, za żadne skarby, powtórzyć? Oczywiście są grzeszki i grzechy. Jak je jednak ważyć? Czy zadośćuczynione i wybaczone nadal waży tyle samo, co zapomniane, lecz nie osądzone? Czy prawo ma duszę? Czy prawo bez duszy może dotyczyć ludzi, którzy, jak głosi każdy kościół na świecie, duszę mają?
          Te i inne myśli krążą mi po głowie po dzisiejszym przejrzeniu prywatnych zdjęć mojej przyjaciółki Magdy Potorskiej. Magda jest właścicielką dużej galerii sztuki w centrum Berlina. Zainteresowanym podaję adres: GALERIA der ORT BERLINER STR.165 10 715 Berlin-Wilmersdorf W swej berlińskiej galerii Magda propaguje sztukę polską. Namiętnie i nieustannie organizuje wystawy polskich artystów. Jakiś czas temu zorganizowała wystawę dzieł Aleksandra Sroczyńskiego...

olo-sroczynski

...artysty grafika mieszkającego obecnie w Kanadzie, reżysera filmów animowanych - i tak jak ja, przyjaciela Jacka Zwoźniaka. Właśnie u Jacka w domu, we Wrocławiu poznałem Ola. Było to lat temu prawie czterdzieści. Olo przyniósł do pooglądania swój fantastyczny zbiór erotycznych, niemal pornograficznych grafik. Nic lepszego i śmieszniejszego od tamtej pory "w tym temacie" nie widziałem. Na zdjęciu niżej Olo z Magdą Potorską (pierwsza z lewej) i Iwoną Zwoźniak (w środku) na wspomnianym wernisażu.

od-prawej-grazynka-slomka-dyr-destiwalu-filmland-polen-olo-sroczynski-iwonka-zwozniak-jerzyk-armata-i-magda-potorska

          Bywa, że Magda okrasi wernisaż jakimś koncertem i wtedy tacy jak ja też mogą się popisać. Magda, przy swojej niespożytej energii, potrafi nie tylko kojarzyć artystę z odbiorcą sztuki, ale również artystów z artystami i faktami artystycznymi, które się wokół nich tworzą. Tak było tego roku. Magda w swojej galerii zorganizowała pokaz malarstwa Jerzego Skolimowskiego, znanego głównie z reżyserowania filmów. Wernisaż odbywał się w lutym, w tym samym czasie, gdy w Berlinie toczyły się boje o laury Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Na Berlinale Wajda za swój film "Tatarak" odebrał nagrodę im. Alfreda Bauera za innowacyjność. Magda sprawiła, że przy okazji Andrzej Wajda...

andrzej-wajda-w-garerii-magdy-potorskiej-w-berlinie-2009r

... otworzył również wystawę swego kolegi po fachu i przyjaciela - Jerzego Skolimowskiego. Już temu wydarzeniu towarzyszyły tłumy, ale co się działo dzień później, gdy Magda "wyniuchawszy" tajną obecność w Berlinie Romana Polańskiego, którego także porwała do swojej galerii na spotkanie z przyjaciółmi z łódzkiej Filmówki, to trudno opisać.
Takim obrotem sprawy, jak wiem z relacji Magdy, zachwycony był Skolimowski, Wajda, Polański i wierny tłum gości Magdusiowej galerii.

jerzy-skolimowski-i-roman-polanski-w-galerii-magdy-potorskiej-berlin-2009r

          To niespodziewane, ledwie parę godzin wcześniej zapowiedziane spotkanie, wywołało sensację. Dziennikarze i ekipy filmowe z całego świata tłoczyły się w galerii i przed nią. Po takim wyczynie Magdy znajomi oniemieli. Cała reszta świata wrzeszczała z zachwytu. Ciekawe, czy ktoś wtedy myślał, by w imię sprawiedliwości zadzwonić po policję?


17 paĽdziernika, 2009

Sopockie Korzenie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:27
          Był taki czas, gdy Wojtek Korzeniewski "rządził" w trójmiejskim światku rock' n' rolla. Od tamtej pory jest managerem pierwszorzędnym i pierwszoligowym. Tego przesympatycznego dryblasa poznałem, gdy organizacyjnie przewodził grupie Kombi w czasach jej pierwszej młodości.

wojtek-korzeniewski-w-srodku-grzes-skawinski-z-lewej-a-waldek-tkaczyk-z-prawej
od lewej: Grzegorz Skawiński, Wojtek Korzeniewski, Waldek Tkaczyk

          Później, gdy współpracowałem z Agencją BART, a Wojtek z bratem Grzegorzem (sopockie Korzenie!) i Wieśkiem Śliwińskim prowadził własną agencję o nazwie Biuro Usług Promocyjnych - BUP w Sopocie, to bywało, że obu nam było po drodze i próbowaliśmy się jakoś dogadywać. Piękne czasy!
W 1989 roku Wojtek jako pierwszy w Europie Wschodniej sprywatyzował Festiwal w Sopocie i był jego prezydentem do roku 1993. Było to przełomowe wydarzenie na naszym festiwalowym podwórku, porównywalne z taką rewolucją, jak prywatyzacja Stoczni Gdańskiej, która nastąpiła dwadzieścia lat później.
          Od jakiegoś czasu obserwuję Korzenia, jak stara się w możliwie najlepszy sposób zabezpieczyć pamięć o muzycznym Sopocie i muzycznym Trójmieście w powojennych latach. Wszak Rudy Kot jest w Gdańsku, a Non Stop był w Sopocie i to w tych miejscach narodził się polski rock. Niedawno opisywałem święto Franka Walickiego, zorganizowane przez Wojtka, na którym Ojciec Polskiego Rocka został uhonorowany najwyższym odznaczeniem w dziedzinie kultury - orderem Gloria Artis.
Korzeniewski ma swój wkład w prawie każdą imprezę, która dzieje się ostatnimi czasy na Wybrzeżu, a organizowaną w celu chronienia rock' n' rollowej historii. Mogę się założyć, że to, iż w Krzywym Domku - projektu Szczepana Szotyńskiego - jest aleja poświęcona Frankowi Walickiemu, a także Agnieszce Osieckiej, stało się za jakąś przyczyną Korzeniewskiego.
          Kilka dni temu otrzymałem od Wojtka zaproszenie na uroczystość wręczenia nagród laureatom konkursu pt. "Wspomnienia Rówieśników Rock' n' Rolla", który zorganizowała Fundacja "Sopockie Korzenie" przy wsparciu Jana Kozłowskiego - marszałka województwa pomorskiego i jak zawsze pomocnego Wojtka Fułka - wiceprezydenta Sopotu, niezwykłego człowieka kultury. Wśród wielu laureatów znalazły się także dzieci z Fundacji "Dr Clown", które poprzez zabawę i śmiech pomagają innym, chorym, dzieciom przetrwać najgorsze chwile. Wojtek ma nadzieję, że muzyka rockowa, zwierająca nieskończoną ilość pozytywnej energii, również pomaga w biedzie.

wojtek-korzeniewski-i-dzieci-z-fundacji-dr-clown
Wojtek Korzeniewski z dziećmi Fundacji "Dr Clown".

          Zanim Korzeniewski przysłał zaproszenie, nieco wcześniej namawiał do udziału w konkursie. Nawet korciło mnie, by przypomnieć sobie to i owo, ale w ostateczności powiedziałem - pass. Przynajmniej w tym roku. Po wczorajszej fecie postanowiłem jednak, że za rok nie odmówię. A jak było wczoraj? W ratuszu miasta Sopot, o godzinie 17.00 w drzwiach przywitał mnie Wojtek Fułek z Wieśkiem Śliwińskim...

wojtek-fulek-w-rozmowie-z-wieskiem-sliwinskim
Od lewej: Wiesiek Śliwiński, Wojtek Fułek

          Następnie delektowałem się rozpoznawaniem nadmorskich legend, licznie zgromadzonych w sali plenarnej. Był polski beatles Jerzy Skrzypczyk z Czerwonych Gitar, był Sławek Łosowski - założyciel Kombi, był Kaziu Barlasz - wokalista Korby i Exodusu, był Grzesiu Skawiński z ONA i Kombi, był Andrzej Kalski - perkusista Cytrusa, był...

marek-karewicz
Marek Karewicz - w środku
          Marek Karewicz - kultowy, jak to się teraz mówi, fotograf kilku pokoleń rockowych muzyków, który zaprojektował około tysiąca płytowych okładek. Marek sam w sobie jest skarbnicą wiedzy o polskim rocku, chodzącą jego kroniką i encyklopedią. Kiedyś doprowadzał mnie do łez, gdy opowiadał środowiskowe anegdotki, plotki i dykteryjki podczas towarzyskich balang z niezapomnianym Markiem Kaszem. Marek Karewicz, którego wystawa portretów piosenkarskich sław uświetniła uroczystość, był wczoraj dla mnie najjaśniejszą sławą i gwiazdą polskiego rocka. Wracając do Wojtka i korzeni rocka, nie sposób zapomnieć o Jacku Rzehaku, menago TSA, który także bawił wczoraj w Sopocie, czy Marcinie Jacobsonie, który zaczynał od prowadzenia dyskotek w Żaku, by potem być managerem co świetniejszych polskich kapel, z SBB i Dżemem na czele. Wczoraj Marcin, wraz z Wojtkiem Korzeniewskim i Wojtkiem Fułkiem, wręczał nagrody laureatom, do których należał także Marek Gaszyński.

marek-gaszynski-przy-mikrofonie-z-tulu-z-prawej-wojtek-korzeniewski-z-lewej-marcin-jacobson
Od lewej: Marcin Jacobson, Marek Gaszyński, Wojtek Korzeniewski
          Marka Gaszyńskiego - dziennikarską sławę radia i "Wielkiej Gry" znają wszyscy, lecz mało kto pamięta, że jest on również autorem wielu popularnych niegdyś piosenek, w tym znakomitego "Snu o Warszawie", który śpiewał Czesław Niemen. Gaszyński na wczorajszą fetę przygotował zgrabną rymowankę o Sopocie, więc może znajdzie się kompozytor i będziemy mieli kolejny przebój - "Sen o Sopocie". Tymczasem laureaci ustawili się do zdjęcia...

laureaci-i-jurorzy-konkursu-wspomnienia-rowiesnikow-rock-n-rolla-pazdziernik-2009r

...po czym przyszedł czas na kiełbaskę z grilla w Operze Leśnej, gdzie zaprosił wszystkich Geniu Terlecki. Z Geniem swego czasu współpracowałem w Akademickim Centrum Kultury. Teraz, od wielu lat szefuje Bałtyckiej Agencji Artystycznej. W Operze czekała na mnie niespodzianka w osobie...

marek-prusakowski-w-operze-lesnej-pazdziernik-2009r

          Marka Prusakowskiego, który tym razem nie jako lekarz, lecz rockowy dziennikarz muzyczny brylował przy piwie. Jak z powyższego wynika Sopotowi potrzebne są korzenie, korzeniom Korzeniewski, a mnie Marek Prusakowski, bo bez niego coś ostatnio w żadnym wpisie obyć się nie mogę. Sopockie Korzenie wczorajszego dnia z pewnością jeszcze bardziej się ukorzeniły, więc Korzeniewskiemu Wojtkowi, rockowemu ogrodnikowi wypada pogratulować.
07 paĽdziernika, 2009

Na zmęczenie - widoki

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:45
          Kilka miesięcy temu wydawnictwo "Nowa Era", które para się wydawaniem książek dla szkół, zachciało uszczknąć dla swych celów nieco z mojej i Marka Prusakowskiego twórczości. Świadomość, że za sprawą piosenki "Liryk na jesień", zamieszczonej w podręczniku, mogę uprzykrzyć życie całemu pokoleniu gimnazjalistów, była na tyle nęcąca, iż zgodziłem się ochoczo i po trudnych pertraktacjach, które wlokły się ze względu na śmieszność zaproponowanego honorarium, podpisałem wreszcie coś w rodzaju umowy. Za niedługo małolactwo będzie wyzywać mnie od najgorszych i... będzie miało rację, bo nie ma nic gorszego dla młodej energii nastolatków, jak wysiadywać nad poetyckimi zapiskami faceta, któremu mało płacą.
Ponieważ w ostatnim czasie, prócz pertraktacji z "Nową Erą" i żmudnym wykonywaniem codziennych zajęć, przychodzi mi intensywnie skupiać uwagę także na kilku innych, życiowo bardzo ważnych sprawach, przeto od czasu do czasu odczuwam zmęczenie. Dawno odkryłem, że dobre widoki dobrze wpływają na dobre samopoczucie. Wczoraj niebo łaskawie uchyliło trochę słońca, więc wybrałem się na Kaszuby, w celu zaaplikowania sobie kilku pastylek dobrych widoków.

kaszuby-2009-jesien

Oto pierwszy z nich - widok z góry Wieżyca, którym leczyłem się na wstępie.

kaszuby-2009-widok-z-wiezycy-2

          Po zejściu z wieży widokowej snułem się trochę po szymbarskim lesie, zahaczyłem o sympatyczną wieś Gołubie i zakończyłem swój seans terapeutyczny przełykając widok jeziora Brodno Wielkie.

kaszuby-2009-jezbrodno-wlk

Wsiadając do samochodu, nie bacząc na to, że przedawkuję, zaaplikowałem sobie na zmęczenie jeszcze jeden widok...

kaszuby-2009-poczatekjesieni

... a potem, jak co roku, mogłem już tylko zaśpiewać sobie pod nosem modlitwę do jesieni, którą wydawnictwo ?Nowa Era? zamierza maltretować gimnazjalistów: -Nie strącaj jeszcze z drzewa liści W tych liściach najładniejsze dłonie Popielą oczy przetykane Jakby w gałęziach rozproszone...
30 września, 2009

Boh trojcu lubit

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:00
          Grzegorz Marchowski, przyjaciel, inżynier, kompozytor i bard w jednej osobie, gdy urodziło mu się trzecie dziecko, przyleciał do mnie szczęśliwy z okrzykiem na ustach - Boh trojcu lubit. Gdy urodziło mu się piąte dziecko, sławił doskonałość dzieła bożego w postaci dłoni, która ma pięć palców. Teraz sławić będzie księżyc, na dodatek zielony. Wczoraj Grześ przyniósł mi zaproszenie na koncert promocyjny swojej nowej płyty "Zielony Księżyc", którą stworzył wraz z Grażyną Orlińską, autorką sławnego przeboju o wsi Chałupy 

waldemar chyliński podczas koncertu z grzegorzem-marchowskim

          Ten z gitarą to ja, a przy mikrofonie stoi Grześ - koncert 2007r. Grzegorz jest świetnym melodykiem, a Pani Grażyna wrażliwą tekściarką, więc mimo iż płyty nie słyszałem, domniemywam, że rzecz będzie bardzo udana. Dlatego, kto może niech się wybierze na ten promocyjny koncert do sopockiego ratusza we wtorek 6 października o godzinie 19.00. Polecam!
          Skoro wiadomo, że Boh trojcu lubit, to ja dzisiaj chciałbym opowiedzieć o trój-wykonaniu pewnej piosenki, która jest prośbą trzech różnych osób do wątpiących i załamanych o niepłakanie. Będzie zatem to historia o historii. Opowieść o utworze "Nie płacz, nie trzeba tak" nie jest ani długa, ani zawiła, ani nadzwyczajna. Rzekłbym nawet, że jest tak zwyczajna, jak zwykły, szary dzień. W tym roku z żoną obchodziliśmy trzydziestą rocznicę ślubu. Przez te wszystkie lata, jak w każdym małżeństwie, bywało różnie. Nie powiem w jakich okolicznościach napisałem tekst do tej piosenki, bo to zbyt osobista sprawa, ale zdradzę, że powstał po burzliwej, małżeńskiej awanturze i jest do dzisiaj w naszym domu formą, która kończy spory, rodzajem przeprosin. Wystarczy, że powiem "...życie mi mówi, że cała ty, to wszystko co mam..." , a zaraz, nawet w nocy, zaczyna świecić słońce.
          Napisaliśmy z Andrzejem "Nie płacz...", gdy przygotowywaliśmy materiał na moją płytę "Słowa...". Niedawno okazało się, że piosenka po zmianie tempa znakomicie brzmi w wykonaniu zespołu rockowego. Oto ona - "Nie płacz, nie trzeba tak" - śpiewa MISTER z U.B

mister-z-ub
fot. Hania Rogowska
          Zadziwiające jest to, że w tym samym czasie, gdy rockman Andrzej Donarski siedział nad "Nie płacz, nie trzeba tak", Beata Bartelik na koncercie w Radio Gdańsk "odpaliła" tę piosenkę również - i ku mojemu zaskoczeniu skroiła ją z wprawą rockowej gwiazdy. Oto co mówi Beata facetowi, gdy ten podupada na duchu - "Nie płacz, nie trzeba tak"

beata-bartelik

          O tym, że Beata Bartelik zaskoczyła mnie wtedy ogromnie pisałem 28 czerwca tego roku we wpisie pt. "Karin, Beata i wujek Internet". Beata tak ma, że lubi zaskakiwać. Pewnie jeszcze nie raz to zrobi, więc już z góry jestem wdzięczny. By jednak Boh miał co lubić, przypomnę, że to ja, pierwszy, kilka lat temu, nagrałem tę wstrzymującą łzy przysięgę miłosną, którą powtarzam mojej Asi w każdej trudnej sytuacji życiowej. Kto takich nie ma? Aaa..., co tam będę gadać. Pewnie nie jeden, nie jednej, nie raz powinien, tak jak ja, zaśpiewać "Nie płacz, nie trzeba tak"

koncert-w-olsztynie-na-zamku

           Cieszyłbym się, gdyby piosenka ta w każdej rodzinie kończyła wszystkie małżeńskie niesnaski. Jeżeli nie macie jakiegoś innego, lepszego sposobu, to wybierzcie sobie jedną z tych trzech wersji piosenki "Nie płacz, nie trzeba tak" i... niech to będzie dla Was dwojga, ta trzecia... prawda, droga i nagroda, bo Boh trojcu lubit.
24 września, 2009

Wały zagrały

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:50
Póki my żyjemy... chciałoby się zaśpiewać po takim koncercie, w jakim miałem okazję i przyjemność uczestniczyć kilka dni temu. Dokładnie tydzień temu, w czwartek, zadzwonił jeden z moich przyjaciół i ściszonym głosem poinformował w wielkiej tajemnicy o koncercie "Wałów Jagiellońskich", który miał odbyć się jeszcze tego samego dnia, w studio Radia Gdańsk. - Reaktywacja - zapytałem. - I nagrywanie płyty - usłyszałem w odpowiedzi. To był chyba 1976 rok, Bazuna, albo podobny przegląd piosenki studenckiej. Rudi Schuberth, mój rówieśnik (urodził się 14 dni wcześniej) i jak później zauważyłem - przyjaciel, a także dobry kolega ze sceny, okazał się najjaśniejszą gwiazdą tamtej, żakowskiej nuty. Otoczony szybko przez krąg wyznawców już wtedy próbował składać jakiś taki prototyp "Wałów Jagiellońskich". rudi-i-prototyp-walow-jagielonskich1 Rudiego na powyższym zdjęciu łatwo rozpoznać można w młodzieniaszku, pierwszym z prawej, z gitarą w rękach i stylowych baczkach. Po tamtym koncercie los chciał, że noc spędziliśmy na jednej ławce, przy jednym stole i jednej beczce. Taki był początek, a potem spotykaliśmy się częściej, biorąc udział w tych samych przedsięwzięciach, festiwalach i koncertach. Gdy w 1978 roku odbierałem nagrodę w Krakowie, Wały odbierały równorzędną i nigdy nie było tak, by nie było nam po drodze. Nic dziwnego zatem, że na wieść o reaktywacyjnym koncercie, chwyciłem aparat i w czwartkowy wieczór, wśród około setki samych znajomych, siedziałem w dużym studio przy ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu. Punktualnie o 20.00 na scenie pojawił się Mistrz Schuberth z zespołem. rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r W składzie obecnych "Wałów Jagiellońskich" godne miejsce zajął między innymi, bardzo przeze mnie lubiany gitarzysta - Zbyszek Seroka z Olsztyna... rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-zbyszek-seroka Nowe aranżacje starych przebojów z nieśmiertelną "Córką rybaka" i nowe piosenki plażowo-polityczne, a przede wszystkim niezwykły humor i niesamowita energia Rudiego sprawiły, że dwugodzinny koncert przeleciał jak z bicza strzelił. Oto kilka ujęć leadera Rudiego w trakcie show: rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-1 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-6 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-3 rudi-i-waly-jagielonskie-17ix2009r-4 Każdy, kto widział kiedykolwiek Ryśka, jak się do niego zwraca żona i niektórzy przyjaciele, przyzna, że Rudi jest osobą stworzoną dla sceny. W ubiegły czwartek tę prawdę Schuberth potwierdził w całej rozciągłości i dobrze się stało, że wkrótce znowu będzie można usłyszeć o "Wałach Jagiellońskich". Oby Wały zawsze grały, a ludzie żyli weselej!!!
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY