28 lutego, 2010

Uroki miejsc na nowo odkrytych

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:52
          Gdy przy okazji ostatniej wizyty Donara (MISTER zU.B.) rozlewaliśmy do kieliszków wspomnienia, Andrzej w pewnej chwili rozczulił się nad swym dzieciństwem i jął wspominać Sopot swoich szczenięcych lat. Wyszło na jaw, że prócz magii sopockich zakamarków i tysiąca zdarzeń pamięta też, że na podwórku grał w nogę z naszym wspólnym znajomym i przyjacielem, Wojtkiem Fułkiem, który nadal mieszka w Sopocie i jest wiceprezydentem tego nadmorskiego kurortu.
          Chyba nie ma takich ludzi, którzy w swej duszy nie przechowywaliby uczuć i wrażeń, widoków i obrazów miejsc, czy wspomnień z wydarzeń, które w sposób szczególny utkwiły im w pamięci. Chyba nie ma takiego człowieka, w którym nie tkwiły by emocje związane z życiem rodzinnym, dzieciństwem, przyjaciółmi i znajomymi. Z pewnością nie ma na świecie ludzi pozbawionych związków emocjonalnych z własną rzeczywistością. Szczególnie tą, która ich wychowywała, kształtowała i uczyniła takimi, jakimi są. Chyba nie ma takich miejsc, które, gdy na nie odpowiednio spojrzeć, nie mają swego uroku i nie wiążą ludzkich uczuć. Trójmiasto takich miejsc ma aż nadto i jest jeszcze w tej niezwykłej Metropolii wiele nieodkrytych, przeuroczych zakamarków, ulic, a nawet dzielnic.
          Jak każdy i ja mam swoje magiczne zakątki, które nieodmiennie, gdy o nich tylko pomyślę budzą we mnie najszczersze uczucie sentymentu, by nie rzec miłości. W Gdańsku takim miejscem jest stara kamienica przy ul. Grunwaldzkiej 44, skąd pochodzą moje pierwsze na tym świecie wspomnienia, dom babci na Oruni przy ul. Przyjemnej, park Uphagena we Wrzeszczu, czy mały fiński domek cioci Jadzi niedaleko dawnego, wrzeszczańskiego lotniska. W Sopocie moje szczególne uczucia spacerują po peronie pociągów dalekobieżnych, a w Gdyni... Prócz basenu jachtowego w Gdyni i ulicy, przy której mieszkam, moje dobre myśli budzi dolny skrawek Orłowa Morskiego. O przyczynach tego stanu rzeczy pisałem prawie dwa lata temu. Wspomniałem wtedy o malarzu Suchanku i domu, w którym mieszkał, a który to dom przed rozbiórką wyglądał tak...

bialy-dwor-fotsmiech-przez-lzy

We wspomnianym wpisie znajdziecie zdjęcie z odbudowy, a właściwie rekonstrukcji domu, który powstał w 1926 r. według projektu Antoniego Jaworskiego, a którego właścicielami byli państwo Maciaszek. Dom nazwano Białym Dworem i tak wyglądał w tamtym czasie, gdy się nań patrzyło (zdjęcie poniżej) z orłowskiego klifu. To ten z prawej u góry...

bialy-dwor-u-gory-zdjeci-po-prawej

Gdy się człek chciał wtedy przespacerować, w kilka minut mógł zobaczyć Biały Dwór bliżej...

bialy-dwor-na-przebendowski-w-prawo-plazowa-1935r

... a nawet całkiem blisko. Z jednej strony pensjonat prezentował się tak...

gdynia_orlowo_biay_dwr_2_743

...a z drugiej tak.

gdynia_orlowo_biay_dwr_3_109

Niemcy w czasie wojny przerobili pensjonat Jana i Łucji Maciaszek na dom z mieszkaniami, który po wojnie stał się zwykłym budynkiem komunalnym. Nikt pewnie nie zwróciłby na ten obiekt uwagi, bo ani on ładny był, ani urokliwy, gdyby nie postać sławnego na Wybrzeżu malarza. O dawnej urodzie Białego Dworu przypomniano sobie dopiero, gdy firma deweloperska odkupiła dom od spadkobierców i zaplanowała w tym miejscu budowę apartamentowca. Po jakiejś dyskusji z chroniącymi pamięć mieszkańcami Orłowa, by deweloper zarobił i urok został zachowany, postanowiono wystawić dwa budynki. Ten od morza miał być rekonstrukcją Białego Dworu, a ten za nim nowoczesną wariacją na temat Białego Dworu. Wariacja, której nadano imię Villa Nova wyszła tak...

wariacja-na-temat-bialego-dworu

... a Biały Dwór wygląda teraz chyba lepiej niż przed wojną.

bialy-dwor

I wszystko było by pięknie, gdyby uroku na nowo odkrytego miejsca nie zakłócało zbyt bliskie spotkanie tych odległych architektur, bo od ulicy Przebendowskich wygląda to ciasno i bałaganiasto

bialy-dwor-i-waracja-na-jego-temat

Może ja się nie znam, ale coś tu nie jest tak. Nadzieja w tym, że się przyzwyczaję i na budowlany tłok w tym urokliwym zakątku nie będę zwracał uwagi, bo cóż to za problem, gdy tuż obok tego miejsca, ponad trzydzieści lat temu zmieniło się na lepsze i bardziej sensowne całe moje życie.


20 lutego, 2010

Milczenie ciszy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:41
          Oczywistym jest, że przeciwieństwem dźwięku jest cisza, a przeciwieństwem mówienia jest milczenie. Nasza dwunożność i umiejętność wypowiadania się za pomocą słów jest tym, co odróżnia nas od innych istot żywych. Nad tym, że chodzę wyprostowany zastanawiam się tylko wówczas, gdy myślę o godności i wtedy, gdy zaczyna mnie łupać w krzyżu. Nad mówieniem i słowami zastanawiam się o wiele częściej, co wcale nie znaczy, że lekceważę godność. Wręcz przeciwnie - lekceważę ból w krzyżu, zresztą ku strapieniu Asi.
Co myślę o słowach napisałem już kiedyś kontemplując powieść Stefana Chwina - Hanemann. Cenię słowa, ale z wiekiem zaczynam także cenić ich brak. Coraz częściej poważam i adoruję milczenie. Jestem człowiekiem rozmownym, by nie rzec - gadatliwym. Czy winne są temu geny, wychowanie, czy może moje jedynactwo, trudno wyrokować. Od dzieciństwa bałem się ciszy. Sprzyjała ona malowaniu się w mojej wyobraźni najokropniejszych obrazów. Budziła lęki i rodziła natręctwa. Najdrobniejszy, choćby najcichszy dźwięk pozwalał mi odnaleźć się w rzeczywistości i uspokoić. Jakiekolwiek wypowiedziane słowo, przerywające milczenie, wyprowadzało mnie z wrogiej ciszy i wiodło ku przestrzeniom bezpiecznego bytu. Bezgłośność ścierała moją jaźń w pył, który mógł zatracić się przy byle jakim, nagłym podmuchu zwykłego strachu.
Gdy z czasem zacząłem doceniać milczenie, które tworzyło ciszę, świat zaczął mi się układać w pewnym porządku, choć nie zawsze... Spotkałem kiedyś w Karkonoszach znajomego z Trójmiasta, który wyraził chęć powrotu ze mną nad morze. Ucieszyłem się sądząc, że wielogodzinne siedzenie za kierownicą w jego towarzystwie będzie o wiele przyjemniejsze, niż długa, samotna podróż przez cały kraj. Zapomniałem tylko o jednym - mój znajomy był znanym milczkiem. Koło Poznania, gdy odczułem pierwsze zmęczenie, poprosiłem kolegę, by dla własnego bezpieczeństwa, od czasu do czasu zagadał do mnie. - Dobra, dobra - odpowiedział - Zaraz będziemy w Poznaniu -poinformował i powrócił do stanu sprzed mojej prośby. Na niewiele zdały się moje zaczepki i próby zagajenia rozmowy. Na nic poszła chęć rozpętania dyskusji o dupie Maryni. Nawet moja ciekawość i pytania o zdrowie jego rodziny przydały się na tyle, że po kilku zdawkowych i uspakajających słowach naszą wspólną przestrzeń w samochodzie ponownie zdominował równomierny szum silnika i cicha muzyka sącząca się z radia.
Dopiero gdy wjeżdżaliśmy na trójmiejską obwodnicę mój przyjaciel z błyskiem i radością w oku, wyraźnie ożywiony krzyknął - O! Zaraz będziemy na miejscu! Ponieważ za moment faktycznie byliśmy już pod domem, dojeżdżając doń cało i zdrowo, to prawda o dźwięku wiodącym mnie na miejsce bezpiecznego bytu, jak najbardziej się potwierdziła.
         Wartość ciszy najbardziej zacząłem doceniać, gdy grałem w zespole. Przemieszczając się z miasta do miasta, przebywając bez przerwy w dużej i hałaśliwej grupie, koncertowałem i i próbowałem do trzech razy dziennie. Skrawki nadarzającej się w międzyczasie ciszy chłonąłem jak lekarstwo, a milczenie zdawało mi się być kwintesencją życia i najwyższą racją stanu. Pusta widownia czekająca na hałas...

cisza fot. W.Chyliński

...jawiła się oazą, w której rozparłszy się wygodnie, mogłem w myślach rzucać słowa na wiatr milczenia. Jednak pełną wartość ciszy poznałem dużo później.
Mając już swoje lata odkryłem nagle, że cisza i milczenie bywają często najlepszymi przyjaciółmi miłości. Choć nie podejmuję się w żaden sposób sformułować definicji tego uczucia, to wiem, że by kochać wcale nie trzeba mówić. Nie trzeba używać słów. O tym, że to wiem przypomniał mi niedawno Mateusz Iwaszczyszyn, który do mojego tekstu dopisał muzykę, nagrał i przysłał próbkę piosenki. Tak więc, gdy się drogi czytelniku zakochasz na zabój, to wiedz, że zawsze możesz zwrócić się do swej miłości tymi słowy:
Kochając mnie bez tchu 
Milczeniem do mnie mów/
Wzruszając się mnie wzrusz
Lecz nie używaj słów
I mów Ciągle mów
A mówiąc nie używaj słów

          Używanie tekstu tej piosenki w miłosnych rozmowach polecam szczególnie tym, którzy już nie pamiętają od kiedy się znają. Bywa, że sformułowana w piosence prośba działa.


14 lutego, 2010

Nic nie powstrzyma uczuć mych... w Walentynki

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:21
Posłuchaj
Chcę od dziś z Tobą być
Mieszkać Marzyć Kochać Śnić
Nic nie powstrzyma uczuć mych
Z Tobą być
Z Tobą śnić
Tobie oddać wszystkie te przyszłe nasze dni
Te o których Ty
Jeszcze nie wiesz nic
Jeszcze nie wiesz że
Ja i Ty to My...

róże fot. W.Chyliński

Zabiorę Cię ze sobą
Za lasy za góry
Do nieba wysoko
Za chmury
Zabiorę Cię ze sobą
W legendy i baśnie
Ukocham szczęśliwie
Aż zaśniesz
Mówi tak cały świat
Przeżyjemy tysiąc lat
I uda nam się tysiąc spraw
Ciszej mów
Szeptem mów
Co się zdarzy nam bez słów
W przyszłe nasze dni
Te o których Ty
Jeszcze nie wiesz nic
Jeszcze nie wiesz że
Ja i Ty to My

09 lutego, 2010

Haczyk

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:06
          Nie pisałem o tym wcześniej, ale los chciał, że prawie od roku żyliśmy w naszym domu bez towarzystwa psów. Szczególnie po śmierci Dory...

dora

...straciliśmy jakąkolwiek ochotę na nowego przyjaciela.
Już się prawie przyzwyczailiśmy do tej swoistej samotności, gdy oto nasz syn postanowił, że czas na zmiany oraz powrót do starych przyzwyczajeń i wartości. Nawet nie "pracował" nad nami zbyt długo. Gwoli prawdy rzec trzeba, że pierwsza złamała się Asia. Ja prawie do samego końca stawiałem opór mówiąc, że takiego psa jak Dora trudno będzie zastąpić. Gdy Asia z Radkiem wyruszali do schroniska "Promyk" w Gdańsku po psa, jedno było pewne - nasz nowy domownik i przyjaciel musi być amstafem.
         W latach siedemdziesiątych w Trójmieście powstał zespół Dr Hackenbush. Mimo że była to świetna kapela, szczęścia jej zabrakło i szerzej o niej słychać w Polsce nie było. Mijały lata i nagle słyszę od swojego dorosłego już syna, że jego ulubionym zespołem jest właśnie Dr Hackenbush. Ponieważ grało w tej formacji kilku moich znajomych, ucieszyłem się, że chłopaki grają do dzisiaj. Do dzisiaj jako Dr Hackebush, ale też grają jako Dr Huckenbush, gdy chcą trochę na scenie słownie pochuliganić. Choć, mówiąc delikatnie, mam ogromny dystans do takiej twórczości, to jednak starego, dobrego Dr Hackenbusha darzę sentymentem. Właśnie na cześć tamtego, kultowego zespołu Radek nowego psa postanowił nazwać Dr Hackenbushem, czyli w skrócie - Hakenem.
         Wybieranie psa trwało przez jakiś czas. Asia z Radkiem podróżowali do schroniska "Promyk" przez dwie kolejne niedziele i chodzili tam z różnymi psami na spacery, bacznie im się przyglądając. Wreszcie wybór padł na czarnego potwora. Haken, gdy pojawił się w domu, od razu zrobił na mnie duże wrażenie. Skamieniałem przy wejściu niemal tak samo, jak w dniu, w którym pierwszy zobaczyłem Dorę. Szybko się jednak okazało, że nasz nowy domownik jest, tak jak Dora - i jak chyba wszystkie amstafy - psem nadzwyczajnej łagodności. Choć może nie wygląda, to zapewniam, że w tym czarnym kłębku mieści się sama radość i...posłuszeństwo. Oto nasz Dr Hackenbush:

haczyk

          Przesiedział w schronisku piętnaście miesięcy. Nic poza tym pewnego o nim nie wiemy. Nikt go nie chciał, bo na pierwszy rzut oka chyba nie budził zaufania. To Asia go zauważyła, a po pierwszym spacerze przekonał się do niego Radek. Po trzech tygodniach nie oddałbym naszego Haczyka (tak go nazywam) za nic na świecie. Ma trzy lata i bez tresury, na którą Dora chodziła prawie rok, umie wszystko. Ktoś kiedyś świetnie go ułożył. Pewnie na zawsze zostanie dla nas zagadką, dlaczego taki kochany i dobrze wychowany pies został sam. Haczyk jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że można i należy w życiu liczyć na szczęście. A skoro o szczęściu...
         Gdy pisałem ostatnio o naszych zabiegach przy promocji "Miny Tyma..." zapomniałem dodać, że ukazał się w "Gazecie Wyborczej" materiał o tym, jak kręciliśmy teledysk. Proszę spojrzeć:

gazeta-wyborcza

          Poza tym nadal zachęcam do głosowania (linki w poprzednim wpisie). W Chicago, po raz wtóry, piosenka nasza zajęła pierwsze miejsce, a w Koszalinie przesunęła się na miejsce trzynaste Choć nie jestem wytrawnym słuchaczem radia udało mi się wczoraj w Trójce usłyszeć "Minę Tyma", którą zapowiedział Artur Andrus. Wiem od mojej australijskiej przyjaciółki, że dzisiaj nasza "Mina..." będzie miała premierę w australijskim radio i została zauważona wśród internetowej Polonii w Australii
          Trochę zimy latem im nie zaszkodzi. Wynika z tego wszystkiego tyle, że na życie dobrze jest mieć niezłego Haczyka, a wszystko się pięknie samo ułoży. Rozważcie to moi kochani internauci i odwiedźcie przy najbliższej okazji schronisko dla psów. Czeka tam na Was prawdziwe szczęście. Gwarantuję.


31 stycznia, 2010

A w Australii...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:25
          Styczeń zleciał szybciej niż śnieg z nieba. Stycznia już prawie nie ma, a śnieg leży i cholera wie, kiedy mu się znudzi. Jestem pewien, że większość blogerów zaczyna teraz swoje wpisy od obrazków i zdjęć zasypanych śniegiem lasów, pól, miast i wsi. Zima kiedyś sprzyjała chodzeniu do kina i nie zdarzyło się, by podczas śnieżnych i mroźnych miesięcy Kronika Filmowa, po pokazaniu spustu surówki i nowego traktora, nie dała kawałka pod tytułem "A w Australii...". To i ja dzisiaj dzięki zaprzyjaźnionej Australijce, Teresce T.  zaserwuję wszystkim lato. Państwo życzą? Proszę bardzo. Oto: A w Australii...

a-w-australii-lato-1

...a jakże ? Jest lato!

a-w-australii-lato-13

Jak jest u nas, każdy widzi, więc przechodzę do wydarzeń z ubiegłego tygodnia.
          Z dużym zaskoczeniem dowiedziałem się, że naszą piosenkę "Minę Tyma" zauważył obecny prezydent Olsztyna - dr inż. Piotr Grzymowicz, który na swoim prezydenckim blogu od niej zaczął swój wpis pt. "Nie od razu Kraków zbudowano". Choć rzecz sama w sobie jest o Olsztynie, to ja tytuł tego wpisu do siebie również biorę.
          MISTER zU.B. w połowie miesiąca m.in. dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy zagrał w Poznaniu i okolicach kilka koncertów...

mister-zub-koncert

i wystąpił w poznańskiej telewizji.

mister-zub-w-tv

          Okazało się też w ubiegłym tygodniu, że piosenka "Mina Tyma" jest na liście przebojów w polonijnym, chicagowskim radio. A wczoraj dowiedziałem się, że w przytomności i obecności Marka Niedźwieckiego nasza piosenka zajęła na tej liście pierwsze miejsce. Gdyby ktoś chciał pomóc naszej piosence za oceanem w utrzymaniu się na szczycie, to prosimy o zagłosowanie pod adresem: www.wietrzneradio.com
          Kolejna wieść przyszła z Koszalina. Tam "Mina Tyma" po dwóch tygodniach przebywania na liście przesunęła się z 25. miejsca na miejsce 19. Mam nadzieję, że moi internetowi goście nie omieszkają wesprzeć klubu Tęcza i jego prezesa, Ryszarda Ochódzkiego, głosując ochoczo pod adresem: www.radio.koszalin.pl na piosenkę "Mina Tyma". Odnotować też należy, że na YouTube teledysk z Donarem w Gdańsku po dwóch tygodniach oglądało już ponad 2000 osób*.
(* wpis 21 03 2013r:  po dwóch latach ktoś teledysk na Y.T. zlikwidował, ale znalazłem go  pod innym, nowym adresem)



 Niestety, nie wiem, ile osób ogląda go na Wrzucie, Pomorskiej.TV i innych stronach, ale wiem, że w Australii jest...

a-w-australii-lato-2

I u nas też będzie. Mimo globalnego ocieplenia.
24 stycznia, 2010

Nie lubię zimy...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:42
          Dzisiejszej nocy było co najmniej dwadzieścia stopni mrozu. Powietrze jak kryształ. Strach z domu wyjść. Śnieg wprawdzie nie pada, ale jeszcze kilka dni temu, po śnieżnej zawierusze, las za moim oknem wyglądał jak wykrochmalona pościel.

za-moim-oknem-zima

          Nie lubię zimy. Może gdybym był bogaty i potrafił jeździć na nartach, to... A tak, to zimno, nieprzyjemnie, na drogach ślisko, rachunki za gaz coraz bardziej słone i tylko patrzeć, co się zepsuje. Ani wyjść, ani się zielonym na słońcu ucieszyć, tylko czekać, czekać i czekać. W końcu przecież przejdzie. Nie lubię zimy, ale...
          W ubiegłym tygodniu, w środę, kilka minut po pierwszej, "Mina Tyma" miała swoją premierę w Trójce. Piosenka była motywem przewodnim audycji "Akademia Rozrywki", która mieści w sobie sławną "Powtórkę z rozrywki". Sądziłem, że była to nie tylko trójkowa, ale ogólnopolska premiera. Byłem w błędzie. Okazało się, że premiera odbyła się kilka dni wcześniej w Jedynce, tyle, że w programie nocnym. Tak się tymi wiadomościami ucieszyłem, że całkiem zapomniałem, iż w Gdańsku zima i to nie tylko z tego powodu, że zima.
          Kocham Gdańsk, ale czasami mam wrażenie, że czasami bez wzajemności. W latach osiemdziesiątych, gdy jako członek zespołu "Kaczki z Nowej Paczki" pracowałem dla warszawskich Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych, po godzinach, zdarzało mi się pisać scenariusze różnych programów, w tym telewizyjnych. Któregoś dnia we Wrzeszczu spotkał mnie pracownik gdańskiej telewizji, redaktor Sz. - Ja widzę - rzekł - że dla Warszawy się pracuje, a o Gdańsku zapomina. Ponieważ była to oczywista propozycja, wkrótce zaniosłem na ulicę Sobótki ( tam wtedy mieściła się gdańska TVP) scenariusz programu, który ewentualnie mógłby zostać zrealizowany w Gdańsku. Niestety, po kilku dniach redaktor Sz. oddał mi mój scenopis, wzruszył ramionami, a rozkładając ręce w geście bezradności, rzekł - To się nie nadaje. Niedługo potem ten sam scenariusz został zrealizowany w Warszawie dla I Programu TVP.
          Nie wspominałbym o tym, ale nim odbyła się premiera piosenki "Mina Tyma" na trójkowej antenie, przez znajomego (wciąż ta wiara w znajomości!) podrzuciłem ją do Radia Gdańsk. Pomyślałem, że się redaktorzy od muzyki ucieszą, bo piosenka na czasie, wesoła i optymistyczna, a na dodatek grana przez znakomitą kapelę. Po kilku dniach, w odpowiedzi na moje - I co - znajomy wzruszył ramionami w identyczny sposób, jak przed laty redaktor Sz.
No, cóż... Nie ukrywam, że poczułem się jak ten gość chodzący po...

chodzacy-po-lodzie

... Gdańsku. Ale co tam, gdy śnieżna zawierucha zasypie mi pogodę ducha, to nie lubię zimy i już.


21 stycznia, 2010

Solowy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:16
          Jacek Zwoźniak był Jackiem, do Kuby Wencla mówiło się Kuba, a Marka Ferdka wszyscy nazywali Solowym. Gdy kiedyś spytałem Jacka, skąd Marek ma ten pseudonim, Jacek odpowiedział:
- Nim zostaliśmy studenckim zespołem BABA, spotykaliśmy się we Wrocławiu, w trójkę, by sobie pograć Beatlesów. Marek zawsze grał solówki, bo był w tym najlepszy, to został Solowym.
          Poznałem ich w Łodzi, na pierwszej Yapie. Dzięki nim i razem z nimi pojechałem na swoją pierwszą, zawodową, dobrze zorganizowaną trasę koncertową po województwie zielonogórskim i okolicach. Kilka miesięcy potem byliśmy razem na XIV Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Zdobyli główna nagrodę. Kibicowałem im, gdy tego samego roku wygrali koncert debiutów w Opolu. Gościłem ich w Gdańsku i w Olsztynie. Bywałem częstym gościem u nich, we Wrocławiu

marek-ferdek-pierwszy-z-prawej-1077r-krakow
Marek Ferdek - pierwszy z prawej - Kraków 1977r.

Koncertowało się wtedy dużo. Nie zawsze za pieniądze. Czasami dla czystej radości przebywania z przyjaciółmi.

baba-1977-gdansk
Koncert na Bazunie. Gniew 1977r. Od lewej:Jacek, Solowy, Kuba fot. z archiwum Marka Skowronka

          Kiedyś z Jackiem, Kubą i Solowym wracałem z takiej właśnie imprezy, z Giełdy Piosenki w Szklarskiej Porębie. Nim dojechaliśmy do Wrocławia, zrobiło się nam niemożliwie głodno. Kuba zaprosił nas do siebie do domu, na ulicę Podchorążych, na wrocławskich Krzykach. W tramwaju Solowy wpadł na pomysł, by upiec kurczaka. W sklepie Solowy wybierał wielkiego kurczaka i odpowiednie przyprawy, a my piwo. Po godzinie oblizywaliśmy palce. Już nigdy potem żaden kurczak nie smakował mi tak, jak tamten, przyrządzony przez Solowego na Krzykach.
          Gdy zespół BABA popadł w twórczo-towarzyski kryzys, Kuba i Solowy założyli zespół B-Complex, do którego z czasem dołączył też Jacek. Razem było im najlepiej. W 1989 roku w wypadku samochodowym zginęli Jacek i Kuba. Solowy z koncertu w Bielsku-Białej do Wrocławia wracał wtedy pociągiem.
          Marek samotnie kontynuował, to co zaczął robić jeszcze z Kubą - nadal pisał muzykę do przedstawień teatralnych. Recenzje najczęściej były takie:
"...Muzyka Marka Ferdka, melodyjna, rytmiczna, lekka, nawiązująca stylem do niezapomnianych i dowcipnych kompozycji Kabaretu Starszych Panów, dobrze współbrzmi z poetyckim klimatem tekstu Milne'a. Odnotujmy świetne piosenki - co rzadkie dziś na scenie - śpiewane na żywo przez aktorów..."
          Ostatnio Solowy wznowił też działalność zespołu B- Complex. Wczoraj, późnym wieczorem, zadzwonił do mnie Jasiu Geras - kumpel, który towarzyszy nam i naszym piosenkom od bardzo dawna. Powiedział, że dwie godziny temu, w szpitalu (jak się później okazało - w domu), we Wrocławiu na raka zmarł Solowy. Takie wiadomości mają zawsze siłę wybuchającej bomby. Po takim telefonie siada człowiek na krześle jak ogłuszony i przewija chaotycznie w myślach obrazki z pamięci. Nagle pojawiają się w głowie strzępy dawnych rozmów, jakieś wspomnienia ze spotkań, z koncertów...

zespol-baba-od-prawej-kuba-wencel-marek-ferdek-i-jacek-zwozniak
Zespół BABA - w środku Marek Ferdek - Solowy

... jakieś fragmenty piosenek, daty i pytanie - Boże, kiedy ja go ostatni raz widziałem? Niestety, dawno. Marek, wraz żoną, był u nas jednym z pierwszych gości, gdy wybudowaliśmy z Asią dom w Gdyni. Potem już się nie składało. Szkoda.
Dzisiaj odnalazłem czarno-biały film z wesela, na którym naszymi gośćmi byli również oni, przyjaciele z zespołu BABA. Kręcony amatorską, trzęsąca się kamerą, niewyraźny film zatrzymał w pamięci także obraz Solowego.

marek-ferdek-1979-r-gdansk

Pewnie Jacek, Kuba i Solowy mają dzisiaj w niebie próbę, a nam zostaje tylko pięknie ich pamiętać. Cześć Solowy. Pozdrów chłopaków.
11 stycznia, 2010

MISTER zU.B. na YouTube

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:52
          Tak szybką, uprzejmą i miłą telewizję, jak PomorskaTV i tak sprawnego menago, jak Wojtek Korzeniewski rzadko się spotyka. Ledwie w ubiegłą środę nakręciliśmy z Andrzejem Donarskim kilkanaście scen na gdańskiej Starówce (patrz wpis niżej), a już od dzisiaj można zobaczyć gotowy teledysk. Paweł Piotrowski, twórca tego teledysku, wraz ze swoją ekipą uwinęli się w iście sprinterskim tempie i mimo, że nie wypaliły nagrania z koncertu w Poznaniu, teledysk jest już gotowy. Zobaczcie:



Mnie robi się weselej i cieplej mimo śnieżnej zawieruchy.

andrzej-donarski

Byle do wiosny. Oczywiście z aparatem ZORKA-5.
09 stycznia, 2010

Zima nawet dla przedszkolaków

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:59
          A to się porobiło. Dzięki Wojtkowi Korzeniewskiemu z fundacji "Sopockie Korzenie" przed zespołem MISTER zU.B. i naszą piosenką "Mina Tyma" otworzyła się nagle możliwość nakręcenie w Gdańsku teledysku. Andrzej Donarski dzieciństwo spędził w Sopocie i tu skończył podstawówkę, więc zainteresowanie tej fundacji karierą rockowego wokalisty wydało mi się naturalne i przyjazne. Kilka szybkich telefonów do Donara, który zjechał z Monachium i już, wraz z ekipą Pomorska-TV, podrygiwaliśmy w rytm piosenki na ulicach zmrożonego Gdańska.

ekipa-pomorskiej-tv

Donarski mimo zimna...

andrzej-donarski-mimo-zimna-teledysk

... i wczesnej pory...

zaczynamy-krecic-teledysk

...szybko wszedł w rolę nawiedzonego turysty...

mister-zub-z-zorka-andrzej-donarski-gdansk-styczen-2010

... i po chwili, wraz z moim aparatem Zorka tańczył przed Zieloną Bramą.

andrzej-donarski-z-aparatem-zorka-teledysk

Przed południem Starówka nie była oblegana przez turystów i miejscowych, więc tylko mróz nas ograniczał.

donar-i-neptun

Szczególnie miło się kręciło po drugiej stronie Motławy, na wyspie Ołowianka, gdzie do zdjęcia pozowali - od lewej: Sołdek, Donar i Żuraw.

od-lewej-soldek-donar-i-żuraw

Kilka planów szerokich, kilka bliskich, kilka amerykańskich, kilka dalszych, jakaś panorama, parę najazdów, kilka zbliżeń...

krecimy-teledysk-mister-zuba-nad-motlawa

Jeszcze jedno ujęcie...

teledysk-do-zimy-tyma-andrzej-donarski-przy-soldku

I już mogliśmy się przenieść do Wrzeszcza, gdzie na dachu Manhattanu, prawie o zmierzchu, kręciliśmy ostatnie sceny.

zdjecia-na-dachu-Manhattanu-we-wrzeszczu

         Dzisiaj i jutro MISTER zU.B. gra koncerty w Poznaniu i Gnieźnie, gdzie będą kręcone dalsze zdjęcia. Jest nadzieja, że nim skończy się zima "Mina Tyma..." będzie gotowa. W trakcie naszej pracy przy nowej piosence okazało się, że nie nadaje się ona dla wszystkich. W żadnym wypadku nie będzie jej wolno słuchać przedszkolakom. Pod presją tego argumentu wyrzuciliśmy słowo "podpieprzy" i zastąpiliśmy je...

 PS. Jutro w Mrągowie, podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, za przyczyną pewnej znajomej Zosi będzie licytowane nasze nowe nagranie wraz z listem od mnie i od zespołu, który dzisiaj do Mrągowa wysłałem. Trzymam kciuki za powodzenie "Miny Tyma." na tej licytacji i pozdrawiam ludzi z pięknego Mrągowa.
02 stycznia, 2010

Zima trzyma, a tu mina Tyma

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:15
          Witam wszystkich ciepło i przytulnie w tym całkiem nowiutkim roku. Udany Sylwester za nami, a przed nami czysta jak śnieg, perspektywa nowych wrażeń i doświadczeń. Oby przyjemnych!
          U nas 31 grudnia jest podwójnym świętem. Ostatniego dnia roku Asia ma urodziny. Choć początek karnawału potrafi tak zawrócić w głowie, że o wszystkim można zapomnieć, to jednak staramy się by każdy Sylwester w naszym domu zaczynał się od odśpiewania życzeń stu lat. Potem już na zmianę cieszymy się z nowego roku świata i nowego roku Asi. Nie mogło być inaczej i w tym roku, co to go od dwóch dni nie ma. Nim jednak przeflancowaliśmy się w Baninie, w uroczym towarzystwie naszych przyjaciół Możejków i Zielonkowskich na nową grządkę z numerem 2010, to po porannym "Sto lat" i wręczeniu Asi prezentów, zgodnie z tym, co napisałem w poprzednim wpisie, wycałowałem małżonkę pod jemiołą.

pod-jemiola

          Wśród wielu podarunków od rodziny, znalazł się też jeden od zespołu MISTER zU.B. W nocy z 30 na 31 grudnia Andrzej Donarski przysłał "jeszcze gorącą", nową piosenkę. Tekst tej piosenki powstał bardzo dawno temu i byłem pewny, że leży sobie spokojnie wśród innych rymowanek na dnie szuflady. Napisałem go po 123 obejrzeniu filmu "Rejs", w bardzo mroźny wieczór. Znalazłem się w śmiesznej sytuacji, prawie bez wyjścia. Miałem gdzieś wyjść, ale trzaskający mróz mnie od tego odwodził. Za to dzięki Rejsowi byłem mentalnie wciąż w towarzystwie Himilsbacha, Maklakiewicza i Tyma. Towarzystwo to podpowiedziało mi, jak wyjść w ogóle nigdzie nie wychodząc. Mając po ojcu aparat Zorkę-5 przestałem zwracać uwagę na mróz i stan ducha. Przez szybę zrobiłem światu parę zdjęć i poszedłem spać. Ponieważ od lat zachwyca mnie każda mina Tyma, to i treść piosenki sama się określiła.

stanislaw-tym

          Potem o tekście zapomniałem. Okazało się teraz, że jakiś czas temu, przy okazji kolejnej wizyty Donarskiego u mnie, przy kieliszku przyjacielskiej rozmowy podarowałem mu ten tekst i zupełnie tego nie zapamiętałem  Ot, uroki gadania przy gorzałeczce. Tuż przed końcem 2009 roku, w bardzo mroźny dzień grudnia, zespół Mister zU.B. zebrał się w Poznaniu i nagrał piosenkę. Ponieważ znowu zapowiadają zawieje śnieżne, więc polecam refren, który idzie tak:
"Gdy śnieżna zawierucha Podpieprzy ci pogodę ducha To weź aparat Zorkę 5 I trzaśnij parę zdjęć"
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY