13 kwietnia, 2010

Pieśń Odchodzenia i... plakat Katyń

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:07
          Wyjeżdżałem drogą z Gdańska na Warszawę, gdy w radio przerwano "Salon Polityczny Trójki" i podano komunikat o katastrofie. Jechałem na Mazury, by jak co roku pochylić się w Karolewie, niedaleko Kętrzyna, nad grobem Andrzeja Swacyny, muzyka i przyjaciela. Po drodze, w Olsztynie, miałem w planie odwiedzić kilka bliskich mi osób. Po południu, w Mrągowie, za sprawą Zosi Wojciechowskiej ze Stowarzyszenia "Zielone Dzieciaki", miałem uczestniczyć w uroczystości przekazania mrągowskiemu Hospicjum wielkiego daru, jaki za sprawą wielu moich przyjaciół, w tym wspomnianej Zosi, nadszedł ze Szwecji. Miał to być refleksyjny, ale radosny dzień. Nie był, choć mój plan, punkt po punkcie, cały się wypełnił.
          Wobec śmierci stajemy zupełnie bezradni. Wobec nieodwołalnie zakończonego życia nie ważą żadne poglądy, sądy i opinie. Nie istnieją państwa, narody, partie i granice. Jest tylko tragedia i brak słów... Wśród pól na Mazurach zobaczyłem samotny grób...

grob-wsrod-mazurskich-pol-fot-wchylinski1

         Widok tego pojedynczego grobu w mojej wyobraźni zaczął tworzyć płaszczyzny znaczeń, skojarzeń i symboli... Pojedyncza, jakaś dawna tragedia łączyła się samoistnie z prawie stoma, pojedynczymi tragediami, które w ubiegłą sobotę złożyły się na jedną, wielką tragedię narodową. Symbole się kojarzyły, lecz słowa pozostawały nie odkryte.

grob-wsrod-mazurskich-pol-ii-fot-wchylinski

         I oto, zaraz po powrocie do domu, znalazłem w swojej poczcie mailowej wiersz Szczepana Szotyńskiego, znakomitego artysty, prześwietnego architekta i cudownego człowieka, z którym dzieli mnie wiele, ale łączy jedno ? przyjaźń. Szczepan, nie wiedząc, a może domyślając się, że szukam, przysłał mi brakujące słowa:
PIEŚŃ ODCHODZENIA
Ucichły zaklęte ptaków nocne trele,
Zasnął Bóg i zamarł nad bezpańskim sterem,
Horyzont zanikł, cień skrzydło podwinął,
Siwe Mgły Szeolu na łowy znów płyną ***
Znowu przepłynęły, znów zadrżały chmury.
Ciężkie, przytłaczające, pełne gniewu.
Znów przez życie Śmierć przeszła.
Góry słyszą echo upiornego śpiewu.
Znów szalone płomienie zamiast lamp się palą.
Rozjaśniają wśród wycia ludzkie martwe twarze.
A słońce jak obol kręgiem drży w powietrzu,
Płacąc hurtem za dymy spopielałych marzeń.
Gdzieś za moją wyspą walą się katedry.
Gdzieś za moją wyspą na nieba ekranie,
Pieniądz błyska się i brzęczy.
Kręci się zaklęty. I błyska, i brzęczy, i kreci się nim stanie.
Tam niedaleko pieniądz brzmi, i czas od nowa śpiewa krwawą pieśń.
Odmierza każdą z ludzkich chwil.
Gdzieś niedaleko, blisko gdzieś.
Wiem, trzeba przeżyć każdą chwilę,
Choćby wstawała niczym zmora.
Mgła już za chwilę wzrośnie w siłę.
I umrze to co było wczoraj.
Z uporem wraca martwy brzęk.
Przyjdzie zapłacić za okruchy marzeń.
Ta chwila gdzieś obok, we mnie drżący lęk.
Prawda to czy miraż?.
Kto zmierzy jej miarę?
A tu słowo iskrzy rozsypanym szkłem,
Coraz prędzej, prędzej, kruche myśli kruszy.
Być może Mgła jest tą która jest. ?
Mimo to zamykam oczy, usta, uszy.
Jakże boli jak boli "został martwy gest"


PS W trzy dni po opublikowaniu powyższego wpisu, dostałem od Wojtka Fułka, wiceprezydenta Sopotu przesyłkę z plakatem Jacka Staniszewskiego 

 plakat-katyn

          Wojtek napisał: Waldek Jeśli chcesz, możesz ten plakat zawiesić na swojej stronie. To nasza wspólna akcja z autorem plakatu - Jackiem Staniszewskim. Jacek to sopocki artysta, grafik, muzyk, wykładowca na ASP i mój przyjaciel. Zrobił ten plakat w jedną noc w odruchu serca. Plakat wydrukował Urząd Miasta w Sopocie. Ten plakat spina bolesną klamrą tragiczne wydarzenia sprzed 70 lat w Katyniu ze świeżą raną dramatu, który połączył Polaków i wielu ludzi na całym świecie w poczuciu żałoby, straty, współczucia dla ofiar tragedii i nich rodzin oraz zwykłej ludzkiej solidarności. Pomysł Jacka Staniszewskiego jest formą pamięci o tych wydarzeniach i hołdem wobec poległych. Wojtek Dzięki Wojtku za pamięć.
08 kwietnia, 2010

Wanno-Warmińska Galaktyka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 01:09
         I po Świętach... W "lany poniedziałek" w Wysokich Obcasach - babskim dodatku do Gazety Wyborczej, leżąc w wannie na wznak zaczytałem się w "wypracowaniu" pt. "Zagraj to jeszcze raz". Artykuł był o czterech, znanych damach polskiej piosenki, a więc obiecujący. Ponieważ dwie z tych dam darzę przyjaźnią, to tym bardziej budził moje zainteresowanie i ogromny stopień ciekawości. Nic też dziwnego, że podczas lektury nie zważałem na wodę, która w przeciwieństwie do rosnącego stopnia mej czytelniczej uwagi, zmniejszała systematycznie swój stopień ciepła. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to świetne zdjęcie Grażyny Łobaszewskiej. Nigdy jeszcze nie widziałem portretu, który by tak znakomicie oddawał Grażki charakter i niesamowitą moc jej artystycznej natury. Patrząc na Grażynę w gazecie od razu usłyszałem wszystkie jej piosenki i przeboje. Niestety, z opowieści Grażyny, napisanej przez autorkę Gazety, nie dowiedziałem się właściwie nic ciekawego. Szkoda, bo mało jest kobiet, które tyle przeżyły i wiedzą o życiu to, co wie Grażyna.

grazyna-lobaszewska
fot. M.Redzisz i M.Bereżecka/Zorka Project

          Podobna historia dotyczy także następnej bohaterki świątecznego dodatku do Gazety - Eli Wojnowskiej. Ela też jest bliską memu sercu i duszy osobą. Niby wszystko w tej opowieści jest... Jest młodość i Częstochowa, Warszawa, KUL i historia sztuki, jest Andrzej Ibis Wróblewski i czas macierzyństwa, a jednak w tej Eli nie ma Eli, którą znam. Szkoda, że choć konterfekt Eli, który wykonano z równie wielkim kunsztem, nie śpiewa tak, jak śpiewa portret Łobaszewskiej. Szkoda, bo bym sobie też chętnie posłuchał.
         Trzecia rzecz, jaka przygwoździła moją uwagę, to fragment zwierzenia Steni Kozłowskiej, piosenkarki, która święciła tryumfy, gdy byłem dorastającym chłopcem. Może dlatego, że w tamtym czasie odkrywałem w sobie istnienie męskich pragnień, nie pamiętam repertuaru Steni Kozłowskiej, za to świetnie pamiętam jej biust, niezbyt skrywany w dekoltach.
Otóż gwiazda Stenia Kozłowska zwierzając się Gazecie z tego, że boli ją fakt nie puszczania jej piosenek w dzisiejszych mediach, powiedziała coś takiego: "...Za moich czasów teksty pisali poeci, piosenki miały melodię. A teraz? Piosenkarze piszą sobie sami muzykę i teksty. Jak można być tak zarozumiałym. Maryla Rodowicz się trzyma. Kora ma fajne piosenki, ale reszta. Co to jest za tekst:"Mój jest ten kawałek podłogi"..."
Pani Stenia pewnie nigdy nie przeczyta mojego wpisu, ale pozwolę się zwrócić bezpośrednio do niej, osobiście, bo a nuż...
Pani Steniu. Chętnie się z Panią zgodzę, że w pogoni za szmalem zalewa nas popowa szmira i tandeta, bez choćby cienia oryginalnej myśli, frazy, czy nuty. Chętnie też zgodzę się z Panią, że Maryla Rodowicz trzyma się świetnie i niech się tak trzyma jeszcze sto lat, bo tylko dzięki niej mam złudzenie, że czas stoi w miejscu. Kora także trzyma się znakomicie, ale powinna Pani wiedzieć, że teksty, które śpiewała i śpiewa w większości są jej autorstwa, i chwała jej za to. Szkoda jednak, że nie ma Pani pojęcia o czym jest piosenka zespołu Mr.Zoob, którą w 1984 roku zaśpiewał Andrzej Donarski, a która tak łatwo posłużyła Pani do wykazania się wrażliwością na słowo śpiewane. Dzisiaj Andrzej Donarski gra z zespołem, który uprościł nazwę i brzmi ona - MISTER z U.B. No, niech Pani pokombinuje...
Piosenka powstała w stanie wojennym i wystarczy się tylko przysłuchać pierwszym wersom, by wiedzieć co jest śpiewane. A refren (tu napiszę odwrotnie), że... nikt ma mi nie mówić co mam robić, bo mój jest ten kawałek podłogi... czyż nigdy nie dał Pani do myślenia? Nic Pani nie zrozumiała? Akurat nie mam powodów bronić tego tekstu, bom ani jego autorem, ani przyjacielem autora, ale są rzeczy, które powinno się rozumieć. Tym bardziej, gdy mówi się o sobie jako o osobie z tzw. branży.
         Zastanawiając się "Czy to walc", czy może jakieś inne tango zmarzłem kompletnie w tej mojej czytelniczej wannie, więc wylazłem i teraz wybieram się w kierunku Warmii i Mazur, gdzie mam nadzieję spotkać autorkę tegoż obrazu poniżej, który nosi tytuł: "Warmińska Galaktyka"...

warminska_galaktyka

          Ową znakomitą malarką jest Elwira Iwaszczyszyn, która wraz ze swoim mężem Mateuszem (Kabaret Czyści jak Łza) i ze Stefanem Brzozowskim (Czerwony Tulipan) będzie w Mrągowie specjalnym gościem Stowarzyszenia "Zielone Dzieciaki". Mam nadzieję, że i ja tam dotrę szczęśliwie, a nasze spotkanie, o którym nikt nie napisze w Wysokich Obcasach, będzie bardziej gorące, niż woda po lekturze tekstu w mojej ulubionej Gazecie Wyborczej.
26 marca, 2010

I bądź tu mądry...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:42
W poprzednim wpisie reklamowałem swego przyjaciela - Wojtka Fułka...

wojciech-fulek-sopot

...jako kandydata na prezydenta Sopotu w najbliższych, listopadowych wyborach. Uczyniłem to z wielką radością z powodów, które opisałem. Namawiałem czytelników mojej strony, by zabawili się w sondażu gdańskiej gazety i kliknęli z poparciem dla Wojtka, jeżeli się ze mną zgadzają. Wiem, że kilku przyjaciół dało się namówić i wzięło udział w tej zabawie. Zabawa zabawą, ale jak się okazało niektórym kandydatom w tej "piaskownicy" łopatki nie wystarczyły i postanowili swoją górkę z głosami na siebie usypać za pomocą normalnej koparko-spycharki. I tak kandydatowi Orłowskiemu, który ze średnim poparciem zajmował trzecie miejsce, nagle, podczas paru nocnych godzin przybyło 1200 głosów. Rozumiem, że można mobilizować krewnych i znajomych do uczestnictwa w zabawie, ale nająć do tego informatyków, czy nawet firmę, nie patrząc na skandal, jaki taki cud przyrostu wywoła, to już gruba przesada.
         Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jedna refleksja z tego wynika - kandydat Orłowski jest zdolny do wszystkiego i nawet nie zamierza tego ukrywać. To też jest jakaś konkretna informacja o kandydacie. Widząc jak zabawa zmienia się w farsę, choć zajmował w rankingu wciąż pierwsze miejsce, postanowił Wojtek poprosić gazetę o wycofanie swojej osoby z tegoż sondażu. Oto Wojtka oświadczenie z tą prośbą związane:

Szanowny Pan Maciej Wośko Redaktor Naczelny "Polska - Dziennik Bałtycki"

Szanowny Panie, Internetowe prawybory na Prezydenta Sopotu, zaproponowane przez Waszą Redakcję, przyjąłem początkowo jako sympatyczną zabawę dla czytelników Waszej gazety i internautów.. Wzbudziły one duże zainteresowanie i stały się ? przynajmniej dla mnie ? okazją do odnowienia wielu dawnych znajomości i nawiązania nowych kontaktów z osobami, którym los Sopotu nie jest obojętny. Mam jednak od dłuższego czasu przekonanie, iż dla niektórych kandydatów pragnienie wygranej w tej konkurencji stało się usprawiedliwieniem stosowania technik ?głosowania? których praktykowanie wykracza poza ramy ?przedwyborczej? zabawy; zostały one zauważone i skomentowane przez licznych uczestników forum. Uważam, że taka opinia jest tym bardziej stosowna, że od dłuższego czasu prowadzę w tym swoistym ?rankingu?. Dlatego, dziękując serdecznie wszystkim za oddane na mnie do tej pory głosy i liczne dowody wsparcia całych grup sopocian, proszę jednak o wycofanie z dniem dzisiejszym mojej osoby z tego głosowania. Wybory samorządowe są zbyt poważną sprawą, aby powierzyć je automatom cyberświata. To mieszkańcy Sopotu w bezpośrednim głosowaniu za jakiś czas zadecydują, komu będą chcieli powierzyć stery miasta na kolejne 4 lata. I to ich głosy będą najważniejsze. Wojciech FUŁEK PS. Zwracam się z prośbą o zamieszczenie mojego listu na stronach internetowych i podanie informacji o mojej rezygnacji, aby czytelnicy i osoby mnie wspierające nie czuli się zdezorientowani. Z góry serdecznie dziękuję. WF


          List Wojtka zamieszczam i ja, by swoim "zaglądaczom" rzecz wyjaśnić u źródła. Mimo, że poklikać sobie na Wojtka już nie można, to wszystko, co napisałem o jego zaletach jest aktualne. Podtrzymuję więc, że Wojtek ma same zalety i tylko jedną wadę - nie pcha się przed kamery. Dlatego, gdy coś się dobrego w Sopocie dzieje, to Wojtka w telewizji nie widać. Tak już, niestety, Fułek ma, że piersi do orderów nie wypina, choć dla Sopotu pracuje uparcie i skutecznie, jak nikt inny.

sopocka-uliczka

          Zapomniałbym, ma Wojtek jeszcze jedną wadę - jest bezpartyjny. Tyle, że to akurat w Sopocie może też być zaletą. No, i bądź tu mądry... Jasne jest więc, że Wojciech Fułek z zabawy w gazetowe prawybory zrezygnował i to, że nie zdecydował jeszcze, czy w normalnych wyborach samorządowych wystartuje. Ja na ten start Wojtka namawiał będę, bo wierzę, że je wygra. Tak, czy inaczej, Donar i ja nadal się bawimy w pisanie piosenki o Sopocie i wciąż namawiamy Wojtka, by się przyłączył.
18 marca, 2010

Rozumna miłość, czyli Wojtek Fułek na prezydenta Sopotu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:13
          W jednym z niedawnych wpisów wspomniałem, że przy okazji ostatniej wizyty Andrzeja Donara Donarskiego ( Mój jest ten kawałek podłogi, Mina Tyma i Kartka dla Waldka - MISTER zU.B.) u mnie w domu, w trakcie "nocnej Polaków rozmowy" wyszło na jaw, że Wojtek Fułek jest wspólnym naszym znajomym.
          Poznałem Wojtka w studenckim klubie "Łajba", a potem współpracowałem z nim w Akademickim Centrum Kultury i Bałtyckiej Agencji Artystycznej. Wojtek jako artysta, poeta, scenarzysta, a także pisarz, był i jest człowiekiem niezwykle uroczym i utalentowanym. Jednak największe wrażenie zawsze robiła na mnie jego skuteczność w pracy. Zazdrościłem mu tego niezwykłego opanowania i systematyczności. Facet z taką wyobraźnią, tak otwartą na pomysły głową i do tego pracowity do bólu, zawsze zasłużenie dochodził swego celu. Gdy został radnym rodzinnego i ukochanego Sopotu, wiedziałem, że wkrótce będzie w ekipie, która to miasto postawi na nogi, czyniąc zeń jedno z najpiękniejszych i niepowtarzalnych miejsc w Polsce. I tak się stało. To, że Sopot wygląda dziś jak wygląda, jest także zasługą Wojtka, który nieprzerwanie od 1998 roku jest tego miasta wiceprezydentem.

Sopot fot. W. Chyliński

          Andrzej z Wojtkiem poznali się, gdy byli dziećmi. Wojtek, jak już wspomniałem, w Sopocie się urodził, zaś Andrzej do Sopotu przyjechał na kilka lat swego, chwilami dość skomplikowanego dzieciństwa, które niedawno u mnie w domu tak wspominał: - Mówili na mnie Dyndal. Bo jak w szkole się przedstawiłem Donarski, to ktoś przeinaczył na Dyndalski. I tak zostało. Dyndal, a czasami Dyndała. Jak się będziesz z Wojtkiem widział, to go zapytaj, czy mnie pamięta. Powiedz mu, że mieszkałem na Fiszera, koło takiej kawiarenki i koło domu studenckiego Wyższej Szkoły Plastycznej. Graliśmy razem na podwórku w piłkę i takie tam różne gry hazardowe na drobniaki. Pamiętam jeszcze Jasia Wolfa i Włodka Paradowskiego. W tym akademiku grywaliśmy w ping-ponga. Mój tato grał wtedy na perkusji w Grand Hotelu. Kiedyś razem z Wojtkiem graliśmy w jednej drużynie piłkarskiej w mistrzostwach drużyn podwórkowych. Ja stałem na bramce. Chodziłem do SP nr 6, a Wojtek z tym Wolfem i Paradowskim do SP nr 10. Potem mieszkałem też na Chopina, na dole u państwa Kozłowskich. Sopot dla mnie jest najbardziej magicznym miejscem na ziemi. Toż ja w Sopocie wybiłem swoją pierwszą w życiu szybę. Takie rzeczy się pamięta, a wspomnienia z tamtych, szczenięcych lat, będą tkwiły we mnie do końca życia. Ech, ten Sopot...

krzywy-domek-sopot-fot.wchylinski

          Starałem się opowieść Andrzeja zapamiętać, by Wojtka przy okazji zapytać, gdy oto okazało się przedwczoraj, że Wojtek, co podejrzewałem już od jakiegoś czasu, jest stałym "zaglądaczem" na moją stronę. Przysłał mi maila, w którym m.in. napisał, że zastanawia się, czy wystartować w wyborach na prezydenta Sopotu. Spytał, co o tym myślę i czy ewentualnie wsparłbym go, w miarę swoich sił i pomysłów, w tym zamierzeniu. Nigdy się na Wojtku nie zawiodłem, więc głupio by było, gdyby on zawiódł się na mnie. Oczywiście, że pomogę - jak i gdzie tylko będę mógł. Napisał też, że na internetowej stronie "Dziennika Bałtyckiego" redakcja postanowiła zabawić się w sondaż, kto może wybory w Sopocie wygrać. Gdy wszedłem na wskazaną stronę, Wojtek już w tym prezydenckim rankingu prowadził, choć zwolennicy innych kandydatów nie próżnowali. Mimo że nie jestem mieszkańcem Sopotu i w prawdziwych wyborach nie będę mógł wziąć udziału, to kliknąłem, bo nie jest mi obojętne, kto będzie szefem miasta, które lubię, i w którym bywam często, nawet dwa razy dziennie. Nie jest to też obojętne sopocianinowi, komisarzowi Unii Europejskiej - Januszowi Lewandowskiemu, który tak pisze o Wojtku: "Sopot to kurort z duszą", a pielęgnuje ją od lat Wojciech Fułek. Bez Fułka byłoby na pewno mniej takiego Sopotu, jaki kochają mieszkańcy i goście z głębi Polski. Wojtek Fułek żyje Sopotem i sam użycza miastu swej artystycznej duszy!"

sopot-dom-zdrojowy

          Nie jest też Sopot obojętny Bogdanowi Borusewiczowi. O Sopocie, o Wojtku i o Wojtka pracy napisał tak: "Wojciecha Fułka poznałem w roku 1976, kiedy ktoś przyprowadził go do mojego sopockiego mieszkania jako licealistę ?z ideami?, zafascynowanego pieśniami Włodzimierza Wysockiego. W czasie stanu wojennego, kiedy się ukrywałem, Wojtek Fułek współredagował m.in. podziemne pisma wybrzeżowe: CDN oraz Przegląd Polityczny. Aresztowano go kiedyś z całą redakcją Przeglądu, m.in. razem z Donaldem Tuskiem. W latach 90-tych objawił się w Sopocie jako aktywny i energiczny samorządowiec, odnosząc jednocześnie liczne sukcesy zawodowe na innych polach. Od roku 1998 pełni funkcję wiceprezydenta Sopotu, odpowiedzialnego nie tylko za sztukę, kulturę i sport, z czym jest najczęściej kojarzony, ale również za sprawy budowlane i inwestycyjne oraz zagospodarowania przestrzennego. To on ? bez medialnego rozgłosu ? prowadzi takie strategiczne dla Sopotu inwestycje, jak przebudowa Opery Leśnej i nowa przystań jachtowa, rewitalizacja Dworku Sierakowskich, kompleks budynków komunalnych czy budowa Domu Seniora. Jest też uznanym znawcą dziejów miasta i wręcz jego kronikarzem, a dzisiejszy Sopot trudno wręcz sobie wyobrazić bez takich ludzi jak on. Bo Sopot potrzebuje ludzi z pasją, a do takich właśnie zaliczam Wojciecha Fułka."
Czyż trzeba lepszej rekomendacji? Poeta i artysta, który niczym zaczarowany ogrodnik pielęgnuje magię Sopotu, dba o to, co w nim najcenniejsze, a więc urok i wyjątkowość starego kurortu i...

sopocka uliczka-fot-wchylinski

... jest jednocześnie sprawnym menedżerem, znakomicie rozwijającym infrastrukturę miasta i prowadzącym nowe inwestycje. Ma Wojtek jeszcze jedną, wielką zaletę - świetnie pracuje w zespole, o czym sam mogłem się wielokrotnie przekonać.

wojciech-fulek

Dlatego, Drogi Internauto, Odwiedzaczu stały i przypadkowy, Przyjacielu i Znajomy, jeżeli mieszkasz w Sopocie, to weź to wszystko, co napisałem, pod uwagę i głosuj w wyborach na Fułka, a teraz czyś jest, czy nie sopociakiem, to kliknij w sondażu na Wojtka. i namawiaj znajomych sopocian, by w wyborach samorządowych głosowali na rozumną, wielką miłość do Sopotu, czyli na Wojciecha Fułka, jako najlepszego z najlepszych kandydatów na prezydenta tego niesamowitego miasta.

sopot-kamieniczka-przy-haffnera fot. W.Chyliński

A ja z Donarem napiszemy o niezwykłym Sopocie piosenkę. Może się Wojtku przyłączysz, nim po zwycięstwie, które wróżę, kompletnie zabraknie Ci czasu?
14 marca, 2010

Arogancja Aroganta

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:28
          Tytułowy środek stylistyczny, to trochę takie masło maślane, a jednak zawarta w tej zbitce energia może być niezłym ładunkiem wybuchowym. Arogancja, to pyszałkowata, bezczelna pewność siebie, powiązana z okazywaniem innym tego, że się z nimi nie liczy, że się ich lekceważy. Najczęściej przypisywana jest konkretnym osobom, ale o arogancji instytucji, prawa, bądź władzy też często można mówić.
          Czytam, jak zwykle, kilka książek na raz. Obecnie prócz pracy Marii Boguckiej "Anna Jagiellonka" i książki "Historia Partii Umiarkowanego Postępu /W Granicach Prawa/", którą napisał Jarosłav Hasek, moją uwagę najbardziej przykuwa pamiętnik gen. Władysława Andersa pt. "Bez Ostatniego Rozdziału - Wspomnienia z lat 1939-1946".
Wspomnienia Andersa są najlepszym przykładem, już nie tyle na arogancję jakieś jednej władzy, ale na bezczelną arogancję twórców historii świata, władców z trzech mocarstw, które tę historię tworzyły tylko dla siebie i tylko pod potrzeby - Rosji, Stanów Zjednoczonych i Anglii. Powie ktoś, że to właśnie jest polityka i będzie miał rację tyle, że co to za polityka? Okłamać, naobiecywać, wykorzystać, a potem udawać głupka. Najbardziej bolesna dla Polaków była arogancja Anglików, którzy swego wiernego sojusznika, walczącego z Niemcami od początku wojny, pozwolili rozebrać z terytoriów, a potem z obłudnym uśmiechem tłumaczyli, że będzie najlepiej, gdy Stalin urządzi im ojczyznę. Nie pomogły próby Generała, by przypomnieć ludziom Zachodu o ich obietnicach i zobowiązaniach. Nie pomogły spotkania i tłumaczenia w jak trudnej sytuacji są Polacy. Nie pomogły nalegania, by nie handlować Polską. Słuchali i nic nie słyszeli, jak podczas spotkania na froncie włoskim przed Linią Gotów, z członkiem angielskiego, wojennego rządu - Clementem Richardem Attlee, późniejszym premierem. Wszystko wzięło w łeb, bo arogancja Stalina spotkała się z arogancją Churchilla i Roosevelta.
Oczywiście można tę arogancję, jak w Rosji, nazwać geniuszem. Lepiej jednak - podłym świństwem.

general-anders-w-rozmowie-z-przyszlym-premierem-wielkiej-brytanii-clementem-richardem-attlee

          Czytając te wspomnienia przeraża arogancja aroganta Churchilla, który w imię trzymania tyłka Anglii na słońcu sprzeniewierzył się przyrzeczeniom i podpisanym traktatom, usuwając Polskę na wiele lat w mroźny cień Rosji. Ta mega arogancja, pod płaszczykiem polityki, kosztowała Polskę zastój cywilizacyjny i kompletną marginalizację na wiele, wiele lat. Że też Anglicy wciąż mają dobre samopoczucie?
         A co z naszą, domorosłą arogancją? Za czasów, gdy na wskutek arogancji trzech wielkich mocarstw taplaliśmy się w kałuży socjalizmu, nasze polskie chamstwo, miało się bardzo dobrze. Trudno zapomnieć tych, którzy decydowali jak mam żyć, gdzie mieszkać, czego się uczyć, co jeść, co czytać , myśleć i mówić. Nie zapomnę tych bab w urzędach, które "mogłyby, ale nie muszą, więc im się nie chce" i tej odzywki, gdy na wpół zgięty wchodziłem do urzędu - Nie widzi, że jem śniadanie. W piątek przyjdzie, ale rano, bo tu kolejki są.
          Nadejście nowego witałem także z nadzieją, że sczeźnie gdzieś ta powszechna pogarda dla drugiego człowieka. Od dwudziestu lat taplamy się w czystej wodzie rywalizacji i konkurencji, reguł, które arogancję powinny wbić głęboko w ziemię. A jednak... Często spotykamy, że lekarz w szpitalu, czy przychodni lekceważy pacjenta, ale gdy go spotka pod swoim prywatnym gabinetem, zmienia się w - jestem do usług. Miły, troskliwy, grzeczny, uczynny i co najważniejsze - z ignoranta zmienia się w fachowca. Wytłumaczyć to zjawisko jednak potrafię - KASA łeb schyla i uprzejmości uczy.
Staram się należeć do ludzi, którzy na prośby przyjaciół i znajomych reagują, okazując zainteresowanie i pomoc. A przynajmniej próbuję takim być. Nie zawsze mogę pomóc, ale gdy już się decyduję, to wszystko robię dwa razy lepiej, niż normalnie. Wszak to znajomy, wszak przyjaciel... Nie potrafię więc zrozumieć, gdy znajomych i przyjaciół, którzy przychodzą po pomoc i wcale nie chcą tej pomocy za darmo, odstawia się do najciemniejszego kąta. A już kompletnie nie rozumiem, gdy do niespiesznej pomocy dokłada się arogancję i impertynencję. Jak się czuje ktoś, kto płaci i musi znosić narowy niby znajomego "fachowca". Jest miło i grzecznie, dopóki trwają rozmowy. Sytuacja się zmienia, gdy wynagrodzenie za usługę jest już ustalone. Ten ktoś, niemal chwilę potem, okazuje jawne lekceważenie, gdy może poniży klienta w towarzystwie, wiecznie nie ma czasu, a na zwrócenie uwagi reaguje takim ładunkiem chamstwa, że przyzwoitego człowieka zatyka. Skąd to chamstwo? Cholera wie i poza cholerą nikt więcej.
          Mamy piec gazowy pewnej firmy. Gdy budowaliśmy dom i wszystko liczyliśmy dwa, a nawet trzy razy, to piec nie mógł być przecież Mercedesem w branży grzewczej. Był "Maluchem", więc tani. Nic też dziwnego, że co jakiś czas nawala. Problem z tymi awariami byłby mały, gdyby nie to, że w mieście jest tylko jeden serwis, a właściciel serwisu i serwisant w jednej osobie, polecony przez znajomych, chyba polubił nasz piec, bo przychodzi do niego kilka razy w roku. Za każdy przejazd życzy sobie więcej, niż chciałby taksówkarz, a gdy po godzinie grzebania w rurach i rurkach dojdzie, którą śrubkę należy dokręcić, wygłasza wykład na temat ogrzewania gazowego. Na naszą prośbę, by zrobił raz, a dobrze, nie reaguje. Rachunek za to za każdym razem jest tak wysoki, że robi się zimno. Na zwróconą uwagę, iż za wykład płacić nie chcemy, bo pogadać to sobie sami umiemy, nasz polecony fachowiec sięga po argument chamstwa, że on może przecież nie przyjeżdżać, nikt mu łachy nie robi, to w końcu on tu jest fachowcem i się zna, a takich jak my, to on ma w dupie i... wtedy, wstyd się przyznać, ale to my pokorniejemy i my schylamy głowę. Nie chcemy jeszcze wymieniać pieca, a fachowiec w całym Trójmieście jest jeden. Stojąc więc w sytuacji braku wyjścia płacimy, nie zważając na chamskie odzywki. On wychodzi, a my zaczynamy marzyć, iż będzie kiedyś tak, że nasz piec się rozwali do końca, a my będziemy mieli trochę zbędnej gotówki. Asia mówi wtedy - A gdy będziemy kupować nowy piec, to bez żadnych znajomych i poleceń, I najpierw sprawdzimy ile jest w mieście serwisów. A potem "...popłyniemy daleko, jeszcze dalej niż te obłoki. Pokłonimy się nowym rzekom, odkryjemy nowe zatoki..."


jeziorak-sierpien-2008-r-213

          Brak wyjścia jest tym co żywi każdą arogancję. Tak było w Teheranie i Jałcie, tak jest w sprawach dzisiejszych. Tak jest, gdy polegasz na niby przyjaciołach i tak jest, gdy w całym mieście tylko jeden gość ma licencję na to, by naprawić twój piec. Niby wiem to od dawna, a jednak przeciw chamstwu nie umiem nic poradzić, gdy nie można się trzymać od niego na odpowiednią odległość.
          By nie kończyć tych dzisiejszych dywagacji w smutnym nastroju, to tym, którzy czytali moje ostatnie wpisy i obserwowali rozwój sytuacji z piosenką "Mina Tyma", pragnę donieść, że po pięciu tygodniach przebywania na pierwszym miejscu listy przebojów w polonijnym radio w Chicago piosenka spadła na drugie, potem na trzecie miejsce, by wczoraj znowu powrócić na szczyt, Także w Koszalinie od dwóch tygodni "Mina Tyma" okupuje pierwsze miejsce. Andrzej Donarski wysłał "Minę..." tylko do tych dwóch rozgłośni. Teraz trochę żałujemy, że się bardziej do pocztowych powinności nie przyłożyliśmy. "Mina Tyma czyli Zima Trzyma" wciąż trzyma mimo, że wiosna już tuż, tuż. 
06 marca, 2010

Bujanie starej panny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:50
         Dzisiaj, przy porannej kawie zauważyłem, że prócz ponownie mroźnej aury, natrętnie zajmuje mnie myśl o tym, czy i jak można zmieniać pędzącą w przyszłość rzeczywistość? Problem odwracania, bądź przekierowania losu, który ponoć zapisany jest w gwiazdach, pewnie naszedł mnie z tej racji, że końca zimy nie widać, a ja jestem ssakiem ciepłolubnym. Swego czasu znajomy marynarz opowiedział mi historię pewnej starej panny. Rzecz działa się w latach siedemdziesiątych, niestety, ubiegłego już wieku. Stara panna, jak spojrzeć na to z mojej dzisiejszej perspektywy, nie była jeszcze taka stara, choć swoje lata już miała tyle, że nie najlepiej spędzone. Miała za to sporo gotówki i jeszcze więcej czasu wolnego, jak to u zamożnych starych panien bywa. Nikt nie znał źródła tego posiadania, no, może prócz stanu posiadania w nadmiarze wolnego czasu, ale w końcu staropanieństwo było uznawane wtedy jeszcze za rzecz przykrą, więc nikt nie dociekał, ciesząc się, że w ogóle kobieta bez mężczyzny coś posiada. Jak się łatwo domyśleć, nasza stara panna w nadmiarze nie posiadała tylko urody, która skupiała by uwagę ssaków samców, a jej samej umilała życie podczas siedzenia przed lustrem. Będąc w tej komfortowej i jednocześnie kłopotliwej sytuacji bohaterka marynarskiej opowieści postanowiła w ramach istniejących możliwości zmienić los na tyle, na ile się da, ale tak, by choć trochę dostosować go do swoich skromnych, kobiecych potrzeb. Polska Żegluga Morska w Szczecinie i Polskie Linie Oceaniczne w Gdyni były kiedyś armatorami, że ho...ho... Każdy z nich posiadał wielką flotę handlową i pływał po morzach i oceanach świata z sukcesem, jak twierdziła propaganda tegoż sukcesu, wielkim.

radzionkow

          Najdłuższe były rejsy do Chin i Wietnamu, które trwały nawet pół roku. Na każdym statku do dyspozycji armatora była jedna, bądź dwie kabiny, zwane pasażerskimi. Kto chciał zażyć długiej, morskiej podróży i poczuć klimat conradowskich powieści mógł wykupić sobie taka kabinę i płynąć, gdzie dusza zapragnie. Z tej właśnie możliwości skorzystała nasza panna i wykupiła kabinę na statku, który wybierał się w podróż. - Przez pierwszy tydzień nikt nie zwracał na nią specjalnej uwagi - opowiadał matros - tyle ją widzieliśmy, co w messie, gdy zasiadała do obiadu obok kapitana, o ile kapitan raczył na obiad przyjść. Gdy z Północnego przeszliśmy na Atlantyk i zaczęło robić się ciepło, naszą pasażerkę coraz częściej mogliśmy spotkać na pokładzie, opalającą swe, no... nie będę ci kitu wstawiał, marne wdzięki. W drugim tygodniu rejsu pękł bosman, który kilka lat wcześniej owdowiał. Po miesiącu najprzystojniejsi oficerowie, łącznie z kapitanem, nie mogli się nadziwić, gdzie mieli oczy, gdy pasażerka mustrowała w macierzystym porcie. Po dwóch miesiącach wszyscy chodzili oczadziali, a po trzech gotowi byli do samczych bójek, byle zaskarbić sobie choć odrobinę życzliwości panny, która na lądzie była stara.
          Jak widać można sprawić, by los był łaskawszy. Trzeba być jednak zamożnym i znaleźć trochę wolnego czasu. A co zrobić, gdy z kasą krucho, a lenistwo umysłowe sprawia, że czas jest kwestią otwartą? Jak pokazuje dzisiejszy dzień i kongres partyjny w Poznaniu można zapisać się do PiSu i popłynąć...

za-rufa

Trzeba tylko wiedzieć, czy na pewno się chce, by rejs na statku, na którym kapitan, nie wiadomo z jakiego powodu dwoi się w oczach, był rejsem o jakim marzyła, zmieniająca swą rzeczywistość stara panna. Myślę, że wątpliwa przyjemność z tego być może, nie mówiąc już o bezpieczeństwie podróży. Przecież na końcu każdego bujania zawsze jest port, w którym trzeba pewnym krokiem zejść na ląd i... przeliczyć zmarszczki w jakimś stabilnym lustrze.
28 lutego, 2010

Uroki miejsc na nowo odkrytych

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:52
          Gdy przy okazji ostatniej wizyty Donara (MISTER zU.B.) rozlewaliśmy do kieliszków wspomnienia, Andrzej w pewnej chwili rozczulił się nad swym dzieciństwem i jął wspominać Sopot swoich szczenięcych lat. Wyszło na jaw, że prócz magii sopockich zakamarków i tysiąca zdarzeń pamięta też, że na podwórku grał w nogę z naszym wspólnym znajomym i przyjacielem, Wojtkiem Fułkiem, który nadal mieszka w Sopocie i jest wiceprezydentem tego nadmorskiego kurortu.
          Chyba nie ma takich ludzi, którzy w swej duszy nie przechowywaliby uczuć i wrażeń, widoków i obrazów miejsc, czy wspomnień z wydarzeń, które w sposób szczególny utkwiły im w pamięci. Chyba nie ma takiego człowieka, w którym nie tkwiły by emocje związane z życiem rodzinnym, dzieciństwem, przyjaciółmi i znajomymi. Z pewnością nie ma na świecie ludzi pozbawionych związków emocjonalnych z własną rzeczywistością. Szczególnie tą, która ich wychowywała, kształtowała i uczyniła takimi, jakimi są. Chyba nie ma takich miejsc, które, gdy na nie odpowiednio spojrzeć, nie mają swego uroku i nie wiążą ludzkich uczuć. Trójmiasto takich miejsc ma aż nadto i jest jeszcze w tej niezwykłej Metropolii wiele nieodkrytych, przeuroczych zakamarków, ulic, a nawet dzielnic.
          Jak każdy i ja mam swoje magiczne zakątki, które nieodmiennie, gdy o nich tylko pomyślę budzą we mnie najszczersze uczucie sentymentu, by nie rzec miłości. W Gdańsku takim miejscem jest stara kamienica przy ul. Grunwaldzkiej 44, skąd pochodzą moje pierwsze na tym świecie wspomnienia, dom babci na Oruni przy ul. Przyjemnej, park Uphagena we Wrzeszczu, czy mały fiński domek cioci Jadzi niedaleko dawnego, wrzeszczańskiego lotniska. W Sopocie moje szczególne uczucia spacerują po peronie pociągów dalekobieżnych, a w Gdyni... Prócz basenu jachtowego w Gdyni i ulicy, przy której mieszkam, moje dobre myśli budzi dolny skrawek Orłowa Morskiego. O przyczynach tego stanu rzeczy pisałem prawie dwa lata temu. Wspomniałem wtedy o malarzu Suchanku i domu, w którym mieszkał, a który to dom przed rozbiórką wyglądał tak...

bialy-dwor-fotsmiech-przez-lzy

We wspomnianym wpisie znajdziecie zdjęcie z odbudowy, a właściwie rekonstrukcji domu, który powstał w 1926 r. według projektu Antoniego Jaworskiego, a którego właścicielami byli państwo Maciaszek. Dom nazwano Białym Dworem i tak wyglądał w tamtym czasie, gdy się nań patrzyło (zdjęcie poniżej) z orłowskiego klifu. To ten z prawej u góry...

bialy-dwor-u-gory-zdjeci-po-prawej

Gdy się człek chciał wtedy przespacerować, w kilka minut mógł zobaczyć Biały Dwór bliżej...

bialy-dwor-na-przebendowski-w-prawo-plazowa-1935r

... a nawet całkiem blisko. Z jednej strony pensjonat prezentował się tak...

gdynia_orlowo_biay_dwr_2_743

...a z drugiej tak.

gdynia_orlowo_biay_dwr_3_109

Niemcy w czasie wojny przerobili pensjonat Jana i Łucji Maciaszek na dom z mieszkaniami, który po wojnie stał się zwykłym budynkiem komunalnym. Nikt pewnie nie zwróciłby na ten obiekt uwagi, bo ani on ładny był, ani urokliwy, gdyby nie postać sławnego na Wybrzeżu malarza. O dawnej urodzie Białego Dworu przypomniano sobie dopiero, gdy firma deweloperska odkupiła dom od spadkobierców i zaplanowała w tym miejscu budowę apartamentowca. Po jakiejś dyskusji z chroniącymi pamięć mieszkańcami Orłowa, by deweloper zarobił i urok został zachowany, postanowiono wystawić dwa budynki. Ten od morza miał być rekonstrukcją Białego Dworu, a ten za nim nowoczesną wariacją na temat Białego Dworu. Wariacja, której nadano imię Villa Nova wyszła tak...

wariacja-na-temat-bialego-dworu

... a Biały Dwór wygląda teraz chyba lepiej niż przed wojną.

bialy-dwor

I wszystko było by pięknie, gdyby uroku na nowo odkrytego miejsca nie zakłócało zbyt bliskie spotkanie tych odległych architektur, bo od ulicy Przebendowskich wygląda to ciasno i bałaganiasto

bialy-dwor-i-waracja-na-jego-temat

Może ja się nie znam, ale coś tu nie jest tak. Nadzieja w tym, że się przyzwyczaję i na budowlany tłok w tym urokliwym zakątku nie będę zwracał uwagi, bo cóż to za problem, gdy tuż obok tego miejsca, ponad trzydzieści lat temu zmieniło się na lepsze i bardziej sensowne całe moje życie.


20 lutego, 2010

Milczenie ciszy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:41
          Oczywistym jest, że przeciwieństwem dźwięku jest cisza, a przeciwieństwem mówienia jest milczenie. Nasza dwunożność i umiejętność wypowiadania się za pomocą słów jest tym, co odróżnia nas od innych istot żywych. Nad tym, że chodzę wyprostowany zastanawiam się tylko wówczas, gdy myślę o godności i wtedy, gdy zaczyna mnie łupać w krzyżu. Nad mówieniem i słowami zastanawiam się o wiele częściej, co wcale nie znaczy, że lekceważę godność. Wręcz przeciwnie - lekceważę ból w krzyżu, zresztą ku strapieniu Asi.
Co myślę o słowach napisałem już kiedyś kontemplując powieść Stefana Chwina - Hanemann. Cenię słowa, ale z wiekiem zaczynam także cenić ich brak. Coraz częściej poważam i adoruję milczenie. Jestem człowiekiem rozmownym, by nie rzec - gadatliwym. Czy winne są temu geny, wychowanie, czy może moje jedynactwo, trudno wyrokować. Od dzieciństwa bałem się ciszy. Sprzyjała ona malowaniu się w mojej wyobraźni najokropniejszych obrazów. Budziła lęki i rodziła natręctwa. Najdrobniejszy, choćby najcichszy dźwięk pozwalał mi odnaleźć się w rzeczywistości i uspokoić. Jakiekolwiek wypowiedziane słowo, przerywające milczenie, wyprowadzało mnie z wrogiej ciszy i wiodło ku przestrzeniom bezpiecznego bytu. Bezgłośność ścierała moją jaźń w pył, który mógł zatracić się przy byle jakim, nagłym podmuchu zwykłego strachu.
Gdy z czasem zacząłem doceniać milczenie, które tworzyło ciszę, świat zaczął mi się układać w pewnym porządku, choć nie zawsze... Spotkałem kiedyś w Karkonoszach znajomego z Trójmiasta, który wyraził chęć powrotu ze mną nad morze. Ucieszyłem się sądząc, że wielogodzinne siedzenie za kierownicą w jego towarzystwie będzie o wiele przyjemniejsze, niż długa, samotna podróż przez cały kraj. Zapomniałem tylko o jednym - mój znajomy był znanym milczkiem. Koło Poznania, gdy odczułem pierwsze zmęczenie, poprosiłem kolegę, by dla własnego bezpieczeństwa, od czasu do czasu zagadał do mnie. - Dobra, dobra - odpowiedział - Zaraz będziemy w Poznaniu -poinformował i powrócił do stanu sprzed mojej prośby. Na niewiele zdały się moje zaczepki i próby zagajenia rozmowy. Na nic poszła chęć rozpętania dyskusji o dupie Maryni. Nawet moja ciekawość i pytania o zdrowie jego rodziny przydały się na tyle, że po kilku zdawkowych i uspakajających słowach naszą wspólną przestrzeń w samochodzie ponownie zdominował równomierny szum silnika i cicha muzyka sącząca się z radia.
Dopiero gdy wjeżdżaliśmy na trójmiejską obwodnicę mój przyjaciel z błyskiem i radością w oku, wyraźnie ożywiony krzyknął - O! Zaraz będziemy na miejscu! Ponieważ za moment faktycznie byliśmy już pod domem, dojeżdżając doń cało i zdrowo, to prawda o dźwięku wiodącym mnie na miejsce bezpiecznego bytu, jak najbardziej się potwierdziła.
         Wartość ciszy najbardziej zacząłem doceniać, gdy grałem w zespole. Przemieszczając się z miasta do miasta, przebywając bez przerwy w dużej i hałaśliwej grupie, koncertowałem i i próbowałem do trzech razy dziennie. Skrawki nadarzającej się w międzyczasie ciszy chłonąłem jak lekarstwo, a milczenie zdawało mi się być kwintesencją życia i najwyższą racją stanu. Pusta widownia czekająca na hałas...

cisza fot. W.Chyliński

...jawiła się oazą, w której rozparłszy się wygodnie, mogłem w myślach rzucać słowa na wiatr milczenia. Jednak pełną wartość ciszy poznałem dużo później.
Mając już swoje lata odkryłem nagle, że cisza i milczenie bywają często najlepszymi przyjaciółmi miłości. Choć nie podejmuję się w żaden sposób sformułować definicji tego uczucia, to wiem, że by kochać wcale nie trzeba mówić. Nie trzeba używać słów. O tym, że to wiem przypomniał mi niedawno Mateusz Iwaszczyszyn, który do mojego tekstu dopisał muzykę, nagrał i przysłał próbkę piosenki. Tak więc, gdy się drogi czytelniku zakochasz na zabój, to wiedz, że zawsze możesz zwrócić się do swej miłości tymi słowy:
Kochając mnie bez tchu 
Milczeniem do mnie mów/
Wzruszając się mnie wzrusz
Lecz nie używaj słów
I mów Ciągle mów
A mówiąc nie używaj słów

          Używanie tekstu tej piosenki w miłosnych rozmowach polecam szczególnie tym, którzy już nie pamiętają od kiedy się znają. Bywa, że sformułowana w piosence prośba działa.


14 lutego, 2010

Nic nie powstrzyma uczuć mych... w Walentynki

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:21
Posłuchaj
Chcę od dziś z Tobą być
Mieszkać Marzyć Kochać Śnić
Nic nie powstrzyma uczuć mych
Z Tobą być
Z Tobą śnić
Tobie oddać wszystkie te przyszłe nasze dni
Te o których Ty
Jeszcze nie wiesz nic
Jeszcze nie wiesz że
Ja i Ty to My...

róże fot. W.Chyliński

Zabiorę Cię ze sobą
Za lasy za góry
Do nieba wysoko
Za chmury
Zabiorę Cię ze sobą
W legendy i baśnie
Ukocham szczęśliwie
Aż zaśniesz
Mówi tak cały świat
Przeżyjemy tysiąc lat
I uda nam się tysiąc spraw
Ciszej mów
Szeptem mów
Co się zdarzy nam bez słów
W przyszłe nasze dni
Te o których Ty
Jeszcze nie wiesz nic
Jeszcze nie wiesz że
Ja i Ty to My

09 lutego, 2010

Haczyk

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:06
          Nie pisałem o tym wcześniej, ale los chciał, że prawie od roku żyliśmy w naszym domu bez towarzystwa psów. Szczególnie po śmierci Dory...

dora

...straciliśmy jakąkolwiek ochotę na nowego przyjaciela.
Już się prawie przyzwyczailiśmy do tej swoistej samotności, gdy oto nasz syn postanowił, że czas na zmiany oraz powrót do starych przyzwyczajeń i wartości. Nawet nie "pracował" nad nami zbyt długo. Gwoli prawdy rzec trzeba, że pierwsza złamała się Asia. Ja prawie do samego końca stawiałem opór mówiąc, że takiego psa jak Dora trudno będzie zastąpić. Gdy Asia z Radkiem wyruszali do schroniska "Promyk" w Gdańsku po psa, jedno było pewne - nasz nowy domownik i przyjaciel musi być amstafem.
         W latach siedemdziesiątych w Trójmieście powstał zespół Dr Hackenbush. Mimo że była to świetna kapela, szczęścia jej zabrakło i szerzej o niej słychać w Polsce nie było. Mijały lata i nagle słyszę od swojego dorosłego już syna, że jego ulubionym zespołem jest właśnie Dr Hackenbush. Ponieważ grało w tej formacji kilku moich znajomych, ucieszyłem się, że chłopaki grają do dzisiaj. Do dzisiaj jako Dr Hackebush, ale też grają jako Dr Huckenbush, gdy chcą trochę na scenie słownie pochuliganić. Choć, mówiąc delikatnie, mam ogromny dystans do takiej twórczości, to jednak starego, dobrego Dr Hackenbusha darzę sentymentem. Właśnie na cześć tamtego, kultowego zespołu Radek nowego psa postanowił nazwać Dr Hackenbushem, czyli w skrócie - Hakenem.
         Wybieranie psa trwało przez jakiś czas. Asia z Radkiem podróżowali do schroniska "Promyk" przez dwie kolejne niedziele i chodzili tam z różnymi psami na spacery, bacznie im się przyglądając. Wreszcie wybór padł na czarnego potwora. Haken, gdy pojawił się w domu, od razu zrobił na mnie duże wrażenie. Skamieniałem przy wejściu niemal tak samo, jak w dniu, w którym pierwszy zobaczyłem Dorę. Szybko się jednak okazało, że nasz nowy domownik jest, tak jak Dora - i jak chyba wszystkie amstafy - psem nadzwyczajnej łagodności. Choć może nie wygląda, to zapewniam, że w tym czarnym kłębku mieści się sama radość i...posłuszeństwo. Oto nasz Dr Hackenbush:

haczyk

          Przesiedział w schronisku piętnaście miesięcy. Nic poza tym pewnego o nim nie wiemy. Nikt go nie chciał, bo na pierwszy rzut oka chyba nie budził zaufania. To Asia go zauważyła, a po pierwszym spacerze przekonał się do niego Radek. Po trzech tygodniach nie oddałbym naszego Haczyka (tak go nazywam) za nic na świecie. Ma trzy lata i bez tresury, na którą Dora chodziła prawie rok, umie wszystko. Ktoś kiedyś świetnie go ułożył. Pewnie na zawsze zostanie dla nas zagadką, dlaczego taki kochany i dobrze wychowany pies został sam. Haczyk jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że można i należy w życiu liczyć na szczęście. A skoro o szczęściu...
         Gdy pisałem ostatnio o naszych zabiegach przy promocji "Miny Tyma..." zapomniałem dodać, że ukazał się w "Gazecie Wyborczej" materiał o tym, jak kręciliśmy teledysk. Proszę spojrzeć:

gazeta-wyborcza

          Poza tym nadal zachęcam do głosowania (linki w poprzednim wpisie). W Chicago, po raz wtóry, piosenka nasza zajęła pierwsze miejsce, a w Koszalinie przesunęła się na miejsce trzynaste Choć nie jestem wytrawnym słuchaczem radia udało mi się wczoraj w Trójce usłyszeć "Minę Tyma", którą zapowiedział Artur Andrus. Wiem od mojej australijskiej przyjaciółki, że dzisiaj nasza "Mina..." będzie miała premierę w australijskim radio i została zauważona wśród internetowej Polonii w Australii
          Trochę zimy latem im nie zaszkodzi. Wynika z tego wszystkiego tyle, że na życie dobrze jest mieć niezłego Haczyka, a wszystko się pięknie samo ułoży. Rozważcie to moi kochani internauci i odwiedźcie przy najbliższej okazji schronisko dla psów. Czeka tam na Was prawdziwe szczęście. Gwarantuję.


NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY