05 maja, 2010

Wykolejona Kolej

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:28
          Od rana wszyscy mówią i piszą o Kolei, która nie jeździ, bo nie zapłaciła za tory innej Kolei, która z kolei nie ma zamiaru tej wykolejonej Kolei utrzymywać. Przeszedłbym obok tego problemu zupełnie obojętnie, gdyż od lat nie korzystam z usług tych, co na torach, gdyby nie pewna historia, która zdarzyła się w mojej rodzinie kilka dni temu. - Panie naczelniku - zaczęła moja Mama - pracowałam prawie czterdzieści lat, jako nauczycielka, z czego sporo ponad dwadzieścia lat w przedszkolu PKP, którego byłam dyrektorem. Odchodziłam na kolejową emeryturę ze Złotym Krzyżem Zasługi i Kawalerskim Krzyżem Orderu Odrodzenia Polski. Przyszłam dzisiaj Pana zapytać, czy Kolej ma jakiś fundusz socjalny dla swoich emerytów, bo od dwudziestu pięciu lat, odkąd jestem na emeryturze, nikt z PKP o mnie nie pamięta i... Fakt, to smutne - przerwał Mamie naczelnik w Dyrekcji Kolei w Gdańsku - ale musi Pani wiedzieć, że tamta Kolej już nie istnieje. Kolej, którą Pani pamięta podzieliła się i jest teraz wiele różnych Kolei. Wszyscy opiekują się emerytami, ale my jesteśmy od nieruchomości, a Pani była w dziale socjalnym. Socjalny został zlikwidowany i nikt go nie odziedziczył. Stąd o Pani nikt... - tu naczelnik zawiesił głos nie bardzo wiedząc jak skończyć zdanie i wszystkim nam siedzącym przy biurku naczelnika od razu zrobiło się zwyczajnie i po ludzku przykro. Najbardziej przykro było mojej Mamie. Różne jej koleżanki, a szczególnie te z przyzakładowych przedszkoli i żłobków, za grosze, a czasem nawet za darmo, z "Solidarnością" i innymi organizacjami branżowymi jeżdżą po całej Europie, bony na Święta dostają, na kawki są zapraszane, a Mama może sobie, najwyżej szufladę otworzyć i rzucić okiem na te dwa świecące kawałki blachy ze wstążką, z których kiedyś była taka dumna.
Naczelnik próbował się uśmiechać i nawet kazał dzwonić, bo może coś się zmieni, ale chyba sam w to nie wierzył, bo pożegnał się z nieukrywaną ulgą, co nas, wychodzących na kiedyś zadbany korytarz pięknego kiedyś budynku, jeszcze bardziej zasmuciło

gdansk-blednik1916-i-budynek-dyrekcji-kolei

         W drodze powrotnej do domu pocieszałem, jak umiałem moją osiemdziesięciodwuletnią Mamę, przypominając, że z tym zapominaniem nie jest tak źle, bo zapominając o człowieku zapomnieli też o zniżce na przejazdy koleją, której ciągle Mamie nikt nie zabrał, tak jak zabrali kiedyś wszystkie inne dodatki. - A gdzie ja jeżdżę? - zapytała zachmurzona Mama. I to był ten właściwy moment, w którym każdy rozsądny syn uruchomiłby tzw. "Rodzinny Funduszu Socjalny". Tak i ja, mając się za rozsądnego przedstawiłem Mamie pewien pomysł. Humor mojej Rodzicielki poprawiał się z minuty na minutę i gdy dojeżdżaliśmy do Sopotu, gdzie zamierzaliśmy pójść na kawę do Centrum Haffnera i...

mama-w-sopocie

... na dworzec kolejowy, po marsowej minie nie było śladu. W ramach Funduszu, w dworcowej kasie kupiliśmy bilet do Zakopanego w wagonie sypialnym. A co? Niech sobie Mama wiosnę w maju umili widokiem gór i szmerem górskiego potoku, zamiast zastanawiać się nad marnością systemu zarządzania pamięcią w okazałym, lecz zaniedbanym budynku DOKP przy ulicy Dyrekcyjnej w Gdańsku. Bilet i moje solenne zapewnienie, że pod Giewontem wszystko będzie załatwione i będzie czekało na Mamy przyjazd, sprawiło, że przykrość sprzed godziny przepadła już zupełnie bezpowrotnie. Wiosenna pogoda, która po Monciaku słońcem sprowadziła nas prawie nad samo morze, też miała swój wkład w nasz humor. Gdy wróciliśmy do domu, okazało się, że z wiosny cieszy się również Haczyk, który witał nas rozkoszując się nowym legowiskiem na świeżej trawie.

haczyk-1

Spójrzcie tylko na to psie spojrzenie i na te psie miny, a zrozumiecie dlaczego tak bardzo wszyscy jesteśmy zakochani w naszym nowym przyjacielu.

haki

Gdy wiosna wschodzi w ogrodzie, to tak, jak rok temu i jak dwa lata temu, i jak trzy lata temu...

stokrotki

...stokrotki rozkwitają też na moim blogu. Z wiosną człowiek wpada w taki nastrój, że kłopoty siedmiomiesięcznej zimy łatwo puszcza w niepamięć. A niech tam... Najważniejsze jednak jest to, że nie tyle wiosna i lato nas radują, i nie tyle jesień z zimą straszy, co cieszy fakt, że "Rodzinny Fundusz Socjalny" działa. I oby działał, bo w życiu z Koleją, można się tylko... przejechać i wykoleić.
          Wieczorem w gazecie czytałem o "potrzebie wychowania młodzieży w duchu patriotycznym" i zacząłem się zastanawiać, czy większym patriotą jest ten, co z flagą w ręku czci narodowe klęski ganiając po mieście, a radosne Święto 3 Maja co roku zaczyna i kończy z wieńcem przy Grobie Nieznanego Żołnierza, czy może ten, który sprawi, że pociągi zaczną normalnie i punktualnie jeździć po torach, a nie po pragnieniach przed sklepem monopolowym. Odjazd.
29 kwietnia, 2010

Tfu-rcy?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:13
          Długo się zastanawiałem, czy na swoim blogu, miejscu osobliwie prywatnym, by nie rzec... intymnym, publikować tfurczość tfurców, którzy chcą innym za wzorce moralne służyć i wzorce zachowań ustalać.
Zaczęło się cztery dni po katastrofie, gdy większość narodu zasnuta smutkiem przeżywała żałobę po tragicznej śmierci dziewięćdziesięciorga i sześciorga Polaków. Pierwszy, jak mi się wydaje, w żałobę strzelił socjolog z literackim zacięciem Krasnodębski, który w swym eseju, opublikowanym 14 kwietnia w dzienniku Rzeczpospolita, dość dosadnie określił, kto do smutku prawo ma, a kto go nie ma. Nie dość, że nie zauważył nikogo poza prezydentem Kaczyńskim wartym narodowej żałoby, to jeszcze do tych, którzy prawa do smutku nie mają zwrócił się w te słowy:
I wy miejcie odwagę, pozostańcie sobą. Już zaczęliście dzielić łupy i dobierać się do szaf. Zróbcie kolejne "Szkło kontaktowe", wyśmiejcie tę śmierć, wypijcie małpki. Zaproście Palikota i Niesiołowskiego. Krzyczcie: "cham" i "dureń", i "były prezydent Lech Kaczyński". Wyśmiewajcie i drwijcie. Bądźcie sobą. Gardzę wami. Jestem dumny, że Go znałem.
          Tego samego dnia do głosu socjologa przyłączył się satyryk Wolski, znany kiedyś z legendarnego już magazynu radiowego Programu III Polskiego Radia "Sześćdziesiąt minut na godzinę". Byłem fanem tej audycji i z przykrością od lat obserwuję, jak jeden z jej znamienitych autorów rozmienia talent na coraz to gdzie indziej lokowane polityczne sympatie (za PRL-u był nawet sekretarzem POP PZPR-u) i poglądy. On również, w czwartym dniu żałoby, choć ja dostałem ten tekst dzień wcześniej, pozwolił sobie w Gazecie Polskiej na taki oto wierszyk (rżnąc zresztą z Tuwima):
Prawdę mając na ustach, a kłamstwo w kieszeni,/  Będąc zgodni ze stadem, z rozumem w konflikcie, / Dzisiaj lekko pobledli i trochę strapieni / Jeśli chcecie coś zrobić, to przynajmniej milczcie! / Nie potrzeba łez waszych, komplementów spóźnionych. / Waszej czerni, powagi, szkoda słów - nie ma co, / Dzisiaj chcemy zapomnieć wszystkie wasze androny / Wasze kpiny i żarty wylewane przez szkło.  /Bo pamięta poeta, zapamięta też naród Wasze jady sączone bez ustanku, dzień w dzień,  / Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru... / Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień! / Od Okęcia przez Centrum, tętnicami Warszawy, Alejami, Miodową i Krakowskim Przedmieściem / Jedzie kondukt żałobny taki skromny choć krwawy, / A kraj czuje - Prezydent znowu jest w swoim mieście. / Jego wielkość doceni lud w mądrości zbiorowej / Nie potrzeba milczenia mącić fałszu złą nutą, / Na kolana łajdaki sypać popiół na głowę! / Dziś możecie Go uczcić tylko wstydu minutą!
            W dzień po żałobie z wełnistych i ciężkich chmur poezji spłynął wiersz agitacyjny Rymkiewicza Jarosława Marka, któremu pieniądze (nagroda Gazety Wyborczej - Nike), w przeciwieństwie do poglądów, nie śmierdzą. I słusznie, bo duch duchem, polityka polityką, a ciało ma swoje wymagania. Rymkiewicz w swym dziele analizuje sytuację geopolityczną, pochyla się nad rozdarciem i niedolą Polski, powołuje się na proroków i tajemnice przodków, by z patosem zakończyć, bo:
"... - tu patosu trzeba / Ja tu mówię o sprawie odwiecznego losu / Co zrobicie? - pytają nas teraz przodkowie / I nikt na to pytanie za nas nie odpowie / To co nas podzieliło ... to się już nie sklei / Nie można oddać Polski w ręce jej złodziei / Którzy chcą ją nam ukraść i odsprzedać światu / Jarosławie! Pan jeszcze coś jest winien Bratu! / Dokąd idziecie? / Z Polską co się będzie działo? / O to nas teraz pyta to spalone ciało / I jest tak że Pan musi coś zrobić w tej sprawie / Niech się Pan trzyma... Drogi Panie Jarosławie
          I Wolski, i Krasnodębski, i Rymkiewicz w formie jak wyżej, "dopraszali się", by ci o innych poglądach zamilkli (choć nikt się nie odzywał), by nie udawali głupków w żałobie, nie kradli Polski i wzgardzeni pozostali sobą. Tak pewnie zrozumiał to autor tekstów piosenek zespołu Lady Pank - Andrzej Mogielnicki. Poglądów nie zmienił, głowy popiołem nie posypał i gdy żałoba się skończyła, odwinął się temu od "karlenia" i temu od "gardzenia". Tekst Mogielnickiego przysłano mi również 24 kwietnia i jak się za chwilę okaże, na tym się nie skończyło. Początkowo zastanawiałem się czy przesłać go dalej, czy ze względu na względy tego nie czynić. Pomyślałem jednak, że skoro socjologowi wolno, satyrykowi wolno i poecie wolno, to czemu nie ma być wolno tekściarzowi, który w ilości odbiorców swojej twórczości zawsze bił na głowę satyryka, że o socjologu i poecie nie wspomnę. Kliknąłem "Prześlij" i... od pewnej, gdańskiej literatki dostało mi się od razu, jakbym to ja "Epitafium wawelskie" napisał. Przy okazji dowiedziałem się, że owa literatka znała osobiście prezydenta Kaczyńskiego i jest oburzona. Poczułem się zawstydzony, jak żarówka w słońcu, że nie znałem prezydenta Kaczyńskiego i na dodatek go nie lubiłem.

zarowka-w-sloncu

          W chwilę potem "walnął" we mnie swą opinią - że obrzydliwe teksty rozsyłam - całkiem zacny facet, który kiedyś walczył w Hali Olivii na Festiwalu Piosenki Zakazanej o wolność słowa. A tekst Mogielnickiego był taki:
EPITAFIUM WAWELSKIE
Żył tak jak zginął, całkiem przypadkiem / Historii będąc zaledwie świadkiem / Za całe swoje mając zasługi / Że jest ten drugi / Piął się i puszył, płynął na fali / Tak się nabzdyczył, tak się przechwalił / Aż narodowi udzielił rady: Spieprzajcie dziady! / Sam jednak spieprzył - i to dosłownie / Ciągnąc za sobą krwawe pochodnie / I zostawiając spadek niemały - Nowe podziały. / Aż któryś syknął: Co nam tam Havel/ Mamy większego: Dać go na Wawel! / Cud uczynimy na miarę bytu - Z gówna do mitu. / Lud swe objawił czucia najszczersze / Poeci słuszne skrobnęli wiersze / I do wieczności płynie w zaloty / Trumna miernoty

          Literatce nie odpisałem, ale z Zacnym zacząłem korespondować, bo go lubię. Wyjaśniałem i tłumaczyłem się jak dziecko, gdy nadeszła, także pocztą mailową, praca gdyńskiego satyryka Zbigniewa-200gram-Szymańskiego, która powaliła mnie na kolana i kompletnie zakręciła. Zakręcony jąłem zastanawiać się nad kondycją polskiego pióra i granicami rozsądku, ale skoro Zacny walczył o wolność słowa, z której korzystać może socjolog, satyryk, poeta i tekściarz z Warszawy, to czemu 200gram znad morza ma nie móc? Może i on. Oto co może gdynianin Szymański:
Epitafium Mogielnickiego
Żył tak jak pisał. / Wciąż perskie oko,/  Puszczał do władzy, zaszedł wysoko. / Piął się i puszył, płynął na fali, / Aż się przeraził, że dinozaury / Wymrą, chyba, że będą trzymały / Z tymi, u których umysł się skarlił. / Z budki suflera "Wyborczej" płyną / Rady jak słuszną zostać padliną: "Gównem posmaruj swoje wierszyki / A obdarzymy Ciebie pomnikiem. / Pośmiertną płytą z Twymi tekstami, / Będziemy uszy żyjących ranić". Siedzi więc, skrobie tekst Mogielnicki, / Czas szybko płynie, koniec już bliski. / Wie, wobec wielkich jest tylko pyłkiem / A chce mieć od nich większą mogiłkę, / Więc, co z "Gazety" jemu suflują / Wpisuje w kajet, już oklaskują / Jego wyborcze elit miernoty, / Za parę w gównie skąpanych złotych. / Umarł tak jak żył, życiem bakterii. / Żegnali go wierni lecz mierni. / Miernota nawet w grobie się puszy, / Bo nie chce nawet bakterii ruszyć, / Robak targany odrazą szczerą: "Nie ruszę tego, tu, mniej niż zero" / "Przechodniu, życie nie jest loterią, / Jeśli chcesz przetrwać, zostań bakterią. / Choć masz mnie w dupie, ja mam grób śliczny, W nim "g" zaschnięte - Twój Mogielnicki. 

          Skoro socjolog, skoro satyryk, skoro poeta, skoro tekściarz i skoro 200 gram... to na koniec ja:
I tak to ślinę tocząc żałobną
Tfu-rcy tforzą tfu-rczość wyborną.
Ważąc proporcje, drodzy Państwo,
Wskażcie po czyjej stronie tu draństwo.
24 kwietnia, 2010

Siedlisko - Uroczysko

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:41
          Siedliska, uroczyska, czarowne zakątki, magiczne miejsca... Każdy ma takie punkty na mapie, które go olśniewają, inspirują, przynoszą ukojenie i radość. Które z powrotu do nich czynią święto. Wszyscy mamy w sobie coś z bociana, który z każdym wiosennym przylotem do gniazda przynosi nadzieję na nowe życie. Takiego bociana zauważyłem na początku kwietnia w miejscu, które chciałbym dzisiaj pokazać.

bocian-w-puszczy-boreckiej

          Kilkanaście lat temu jeden facet, który świetnie znał Mazury, bo Mazurem był, znalazł drugiemu facetowi piękne, opuszczone miejsce wśród mazurskich pól, z ruiną gospodarstwa po środku, ale za to z Puszczą Borecką za płotem.

w-tle-puszcza-borecka

         We dwóch zaczęli ruinom przywracać (nie pierwszy raz zresztą, bo jeszcze kilka takich miejsc Mazur, o którym mowa, odkrył) mazurski wygląd i wszystko byłoby pięknie, gdyby ten Mazur nagle nie umarł. Tym Mazurem był Andrzej Swacyna, mój przyjaciel, którego grób w Karolewie co roku, na początku kwietnia odwiedzam, i którego często tu wspominam. W tym roku, w dziesiątą rocznicę śmierci, odwiedziłem Andrzeja wraz ze Zbyszkiem Rojkiem, który przez wiele lat z nami koncertował.

zbyszek-rojek-na-grobie-andrzeja-swacyny

          Po wizycie na cmentarzu pojechaliśmy do miejsca, o którym nie można powiedzieć inaczej, jak urocze siedlisko. Wśród wielu rzeczy, które Andrzej zostawił było też to siedlisko - uroczysko. Andrzej je wyszukał dla Sławka Słupskiego, przyjaciela nas obu.

siedlisko

          Jak co roku zebraliśmy się w gronie przyjaciół, by wśród wspomnień móc także nacieszyć się sobą, póki jeszcze żyjemy. Przy kominku, jadle i napitku rozmowy ciągnęły się niemal do rana. Poranek przywitał nas słońcem, więc wybrałem się zobaczyć, co zmieniło się od mego ostatniego pobytu, kilka lat temu. Niby nic...

dom-s

...a jednak nie dało się nie zauważyć prześwietnej huśtawki w ogrodzie...

ogrodowa-hustawka

... kamiennego, ogrodowego fotela. w którym można odpoczywać za karę...

ogrodowy-fotel

... czy zwierząt, których wcześniej tu nie było...

owce

          Wśród przyjaciół, jak co roku, był też Romek Trębski, jeden z mieszkańców naszego "sławnego" pokoju 806 w akademiku przy Żołnierskiej w Olsztynie. Tylko on i ja zostaliśmy z tamtej lokatorskiej listy. Od dawna nie ma już na świecie poety Jacka Karaszewskiego, satyryka Jacka Zwoźniaka i gitarzysty Andrzeja Swacyny. Może właśnie o nich rozmawiał Zbyszek Rojek z Romkiem zaraz po śniadaniu...

od-lewej-zbyszek-rojek-i-romek-trebski

W południe przyszedł czas się pożegnać, więc Ci którzy wcześniej nie wyjechali, ustawili się na ganku do wspólnej fotografii. Ja też.

2010-04-11_1-przyjaciele-andrzeja

         Dobrze jest mieć przyjaciół, których dobrze się wspomina. Dobrze jest mieć przyjaciół, którzy mają co wspominać. Dobrze jest mieć przyjaciół.
19 kwietnia, 2010

Przerost formy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:13
          Zgadzam się zupełnie z Agnieszką Holland, gdy mówi, że będąc w Ameryce patrzy na sprawy w Polsce z pewnego dystansu i widzi w naszym przeżywaniu tragedii przerost formy nad treścią - "...Kiedy w tę pamiętną sobotę czytałam w internecie o niebywałej reakcji w Polsce, o powszechnym smutku i cierpieniu zwykłych ludzi, polityków i dziennikarzy, byłam poruszona. Ale potem zmieniło się to w stan chroniczny. Nie było umiaru w tym przeżywaniu żałoby..."
          Katastrofa pod Smoleńskiem i tragiczna śmierć dziewięćdziesięciu sześciu osób, w tym wielu dostojników państwowych z Prezydentem na czele, jest wydarzeniem w polskiej historii bez precedensu. Poza ukrzyżowaniem Chrystusa, który - jak głosi Pismo - umarł dla naszego zbawienia, nie przychodzi mi do głowy żadna tragedia, która miałaby jakiś sens. Ani w katastrofie w kopalni, w której ginie kilkudziesięciu górników, ani w tragedii w Tybecie, czy Brazylii, jak i w śmierci pojedynczego człowieka w wypadku samochodowym, nie widzę sensu. To właśnie brak sensu powoduje, że każda tragedia, nim ją oswoimy, przeraża. Tym niemniej, gdy już ochłoniemy i stan spraw nieco się nam ułoży, emocje opadną, to powinniśmy umieć zachować umiar w manifestacji i obnoszeniu się z nie zawsze szczerym bólem.
          Wczoraj Andrzej Sikorowski z grupy "Pod Budą" w TVN żałował, że przez tydzień, w większości mediów więcej było sztucznie wstrząśniętych gadających głów i płaczących dziennikarzy, niż muzyki poważnej, która narodowej tragedii dodawałaby powagi i dostojeństwa. Zgadzam się z nim. Nigdy nie byłem zwolennikiem Pana Prezydenta, ani tego co czynił jako głowa państwa. Był prezydentem Polski, ale nie był, niestety, prezydentem wszystkich Polaków. Nie sympatyzowałem z polityką jaką uprawiał, obawiałem się idei kolejnej Rzeczpospolitej, którą wraz z bratem propagował i martwiła mnie wizja państwa zaszczutych obywateli, a jednak wieść o śmierci Lecha Kaczyńskiego, tak jak i wieść o śmierci pozostałych rodaków uczestniczących w tej katastrofie, była dla mnie wielkim wstrząsem i przykrością . Nie oznacza to jednak, że po opadnięciu pierwszych emocji, nie widziałem jak wzbiera fala formy, która w końcu zalała i utopiła treść. Gdy w trzy dni po katastrofie "nieznany" autor wymyślił, że Wawel...

wawel t

...to najlepsze miejsce na grób dla Prezydenta, choć nigdy tam żaden prezydent nie był chowany, złapałem się za głowę.
          Całkowicie zgadzam się z Andrzejem Wajdą, że królewski zamek na wawelskim wzgórzu, to nie jest adekwatna forma dla treści, jaką uosabiał sobą Pan Prezydent. Początkowo nie za bardzo rozumiałem, kto i dlaczego chce wśród królów dynastycznych i królów polskich serc położyć całkiem przeciętnego Prezydenta R.P. - Prezydenta, który po wyborczym zwycięstwie, jak posłuszny kapral meldował własnemu bratu wykonanie zadania, i który później, jak się można domyślać, bez woli, zgody i decyzji brata nie czynił niczego. Kto i dlaczego miał taki pomysł łatwo więc zgadnąć, trudniej jednak zrozumieć sekretarza polskiego Papieża, kardynała Dziwisza, który na ten pomysł przystał. Kardynał nie przyznając się do autorstwa "zwalał", a to na rodzinę Kaczyńskich, a to na "wielu", którzy dzwonili, a to (bodajże ustami rzecznika kurii) na rząd i Sejm, niezdarnie jednocześnie przekonując, że Prezydent zginął śmiercią bohaterską.
          Dla mnie bohaterską śmiercią ginie ten, kto ginie z wyboru i męstwa. Bohaterską śmiercią jest ta śmierć, która służy wartościom ogólnoludzkim, narodowym, bądź ta, która służy dobru drugiego człowieka. By zginąć bohatersko, prócz męstwa i odwagi, trzeba mieć wybór: walczę o wolność lub poddaję się, skaczę do rzeki za tonącym, albo odwracam głowę w drugą stronę. Ginę, bo zaryzykowałem swoje życie, by ratować życie innych, albo zostaję w domu i siedząc wygodnie w fotelu zdaję się na telewizyjne relacje. Gdzie w tej katastrofie był wybór? W czym objawiło się bohaterstwo Pana Prezydenta?
Niestety, po raz kolejny przekonałem się, że Kościół w Polsce jest zwyczajnym, choć niewybieralnym, a przez to też nieusuwalnym i nie kontrolowanym przez naród, uczestnikiem gry politycznej. Dotarła do mnie także druga prawda, że w teatrze życia nie należy wychodzić z roli sługi, choćby bożego, gdy się nie potrafi zagrać roli pana.
13 kwietnia, 2010

Pieśń Odchodzenia i... plakat Katyń

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:07
          Wyjeżdżałem drogą z Gdańska na Warszawę, gdy w radio przerwano "Salon Polityczny Trójki" i podano komunikat o katastrofie. Jechałem na Mazury, by jak co roku pochylić się w Karolewie, niedaleko Kętrzyna, nad grobem Andrzeja Swacyny, muzyka i przyjaciela. Po drodze, w Olsztynie, miałem w planie odwiedzić kilka bliskich mi osób. Po południu, w Mrągowie, za sprawą Zosi Wojciechowskiej ze Stowarzyszenia "Zielone Dzieciaki", miałem uczestniczyć w uroczystości przekazania mrągowskiemu Hospicjum wielkiego daru, jaki za sprawą wielu moich przyjaciół, w tym wspomnianej Zosi, nadszedł ze Szwecji. Miał to być refleksyjny, ale radosny dzień. Nie był, choć mój plan, punkt po punkcie, cały się wypełnił.
          Wobec śmierci stajemy zupełnie bezradni. Wobec nieodwołalnie zakończonego życia nie ważą żadne poglądy, sądy i opinie. Nie istnieją państwa, narody, partie i granice. Jest tylko tragedia i brak słów... Wśród pól na Mazurach zobaczyłem samotny grób...

grob-wsrod-mazurskich-pol-fot-wchylinski1

         Widok tego pojedynczego grobu w mojej wyobraźni zaczął tworzyć płaszczyzny znaczeń, skojarzeń i symboli... Pojedyncza, jakaś dawna tragedia łączyła się samoistnie z prawie stoma, pojedynczymi tragediami, które w ubiegłą sobotę złożyły się na jedną, wielką tragedię narodową. Symbole się kojarzyły, lecz słowa pozostawały nie odkryte.

grob-wsrod-mazurskich-pol-ii-fot-wchylinski

         I oto, zaraz po powrocie do domu, znalazłem w swojej poczcie mailowej wiersz Szczepana Szotyńskiego, znakomitego artysty, prześwietnego architekta i cudownego człowieka, z którym dzieli mnie wiele, ale łączy jedno ? przyjaźń. Szczepan, nie wiedząc, a może domyślając się, że szukam, przysłał mi brakujące słowa:
PIEŚŃ ODCHODZENIA
Ucichły zaklęte ptaków nocne trele,
Zasnął Bóg i zamarł nad bezpańskim sterem,
Horyzont zanikł, cień skrzydło podwinął,
Siwe Mgły Szeolu na łowy znów płyną ***
Znowu przepłynęły, znów zadrżały chmury.
Ciężkie, przytłaczające, pełne gniewu.
Znów przez życie Śmierć przeszła.
Góry słyszą echo upiornego śpiewu.
Znów szalone płomienie zamiast lamp się palą.
Rozjaśniają wśród wycia ludzkie martwe twarze.
A słońce jak obol kręgiem drży w powietrzu,
Płacąc hurtem za dymy spopielałych marzeń.
Gdzieś za moją wyspą walą się katedry.
Gdzieś za moją wyspą na nieba ekranie,
Pieniądz błyska się i brzęczy.
Kręci się zaklęty. I błyska, i brzęczy, i kreci się nim stanie.
Tam niedaleko pieniądz brzmi, i czas od nowa śpiewa krwawą pieśń.
Odmierza każdą z ludzkich chwil.
Gdzieś niedaleko, blisko gdzieś.
Wiem, trzeba przeżyć każdą chwilę,
Choćby wstawała niczym zmora.
Mgła już za chwilę wzrośnie w siłę.
I umrze to co było wczoraj.
Z uporem wraca martwy brzęk.
Przyjdzie zapłacić za okruchy marzeń.
Ta chwila gdzieś obok, we mnie drżący lęk.
Prawda to czy miraż?.
Kto zmierzy jej miarę?
A tu słowo iskrzy rozsypanym szkłem,
Coraz prędzej, prędzej, kruche myśli kruszy.
Być może Mgła jest tą która jest. ?
Mimo to zamykam oczy, usta, uszy.
Jakże boli jak boli "został martwy gest"


PS W trzy dni po opublikowaniu powyższego wpisu, dostałem od Wojtka Fułka, wiceprezydenta Sopotu przesyłkę z plakatem Jacka Staniszewskiego 

 plakat-katyn

          Wojtek napisał: Waldek Jeśli chcesz, możesz ten plakat zawiesić na swojej stronie. To nasza wspólna akcja z autorem plakatu - Jackiem Staniszewskim. Jacek to sopocki artysta, grafik, muzyk, wykładowca na ASP i mój przyjaciel. Zrobił ten plakat w jedną noc w odruchu serca. Plakat wydrukował Urząd Miasta w Sopocie. Ten plakat spina bolesną klamrą tragiczne wydarzenia sprzed 70 lat w Katyniu ze świeżą raną dramatu, który połączył Polaków i wielu ludzi na całym świecie w poczuciu żałoby, straty, współczucia dla ofiar tragedii i nich rodzin oraz zwykłej ludzkiej solidarności. Pomysł Jacka Staniszewskiego jest formą pamięci o tych wydarzeniach i hołdem wobec poległych. Wojtek Dzięki Wojtku za pamięć.
08 kwietnia, 2010

Wanno-Warmińska Galaktyka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 01:09
         I po Świętach... W "lany poniedziałek" w Wysokich Obcasach - babskim dodatku do Gazety Wyborczej, leżąc w wannie na wznak zaczytałem się w "wypracowaniu" pt. "Zagraj to jeszcze raz". Artykuł był o czterech, znanych damach polskiej piosenki, a więc obiecujący. Ponieważ dwie z tych dam darzę przyjaźnią, to tym bardziej budził moje zainteresowanie i ogromny stopień ciekawości. Nic też dziwnego, że podczas lektury nie zważałem na wodę, która w przeciwieństwie do rosnącego stopnia mej czytelniczej uwagi, zmniejszała systematycznie swój stopień ciepła. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to świetne zdjęcie Grażyny Łobaszewskiej. Nigdy jeszcze nie widziałem portretu, który by tak znakomicie oddawał Grażki charakter i niesamowitą moc jej artystycznej natury. Patrząc na Grażynę w gazecie od razu usłyszałem wszystkie jej piosenki i przeboje. Niestety, z opowieści Grażyny, napisanej przez autorkę Gazety, nie dowiedziałem się właściwie nic ciekawego. Szkoda, bo mało jest kobiet, które tyle przeżyły i wiedzą o życiu to, co wie Grażyna.

grazyna-lobaszewska
fot. M.Redzisz i M.Bereżecka/Zorka Project

          Podobna historia dotyczy także następnej bohaterki świątecznego dodatku do Gazety - Eli Wojnowskiej. Ela też jest bliską memu sercu i duszy osobą. Niby wszystko w tej opowieści jest... Jest młodość i Częstochowa, Warszawa, KUL i historia sztuki, jest Andrzej Ibis Wróblewski i czas macierzyństwa, a jednak w tej Eli nie ma Eli, którą znam. Szkoda, że choć konterfekt Eli, który wykonano z równie wielkim kunsztem, nie śpiewa tak, jak śpiewa portret Łobaszewskiej. Szkoda, bo bym sobie też chętnie posłuchał.
         Trzecia rzecz, jaka przygwoździła moją uwagę, to fragment zwierzenia Steni Kozłowskiej, piosenkarki, która święciła tryumfy, gdy byłem dorastającym chłopcem. Może dlatego, że w tamtym czasie odkrywałem w sobie istnienie męskich pragnień, nie pamiętam repertuaru Steni Kozłowskiej, za to świetnie pamiętam jej biust, niezbyt skrywany w dekoltach.
Otóż gwiazda Stenia Kozłowska zwierzając się Gazecie z tego, że boli ją fakt nie puszczania jej piosenek w dzisiejszych mediach, powiedziała coś takiego: "...Za moich czasów teksty pisali poeci, piosenki miały melodię. A teraz? Piosenkarze piszą sobie sami muzykę i teksty. Jak można być tak zarozumiałym. Maryla Rodowicz się trzyma. Kora ma fajne piosenki, ale reszta. Co to jest za tekst:"Mój jest ten kawałek podłogi"..."
Pani Stenia pewnie nigdy nie przeczyta mojego wpisu, ale pozwolę się zwrócić bezpośrednio do niej, osobiście, bo a nuż...
Pani Steniu. Chętnie się z Panią zgodzę, że w pogoni za szmalem zalewa nas popowa szmira i tandeta, bez choćby cienia oryginalnej myśli, frazy, czy nuty. Chętnie też zgodzę się z Panią, że Maryla Rodowicz trzyma się świetnie i niech się tak trzyma jeszcze sto lat, bo tylko dzięki niej mam złudzenie, że czas stoi w miejscu. Kora także trzyma się znakomicie, ale powinna Pani wiedzieć, że teksty, które śpiewała i śpiewa w większości są jej autorstwa, i chwała jej za to. Szkoda jednak, że nie ma Pani pojęcia o czym jest piosenka zespołu Mr.Zoob, którą w 1984 roku zaśpiewał Andrzej Donarski, a która tak łatwo posłużyła Pani do wykazania się wrażliwością na słowo śpiewane. Dzisiaj Andrzej Donarski gra z zespołem, który uprościł nazwę i brzmi ona - MISTER z U.B. No, niech Pani pokombinuje...
Piosenka powstała w stanie wojennym i wystarczy się tylko przysłuchać pierwszym wersom, by wiedzieć co jest śpiewane. A refren (tu napiszę odwrotnie), że... nikt ma mi nie mówić co mam robić, bo mój jest ten kawałek podłogi... czyż nigdy nie dał Pani do myślenia? Nic Pani nie zrozumiała? Akurat nie mam powodów bronić tego tekstu, bom ani jego autorem, ani przyjacielem autora, ale są rzeczy, które powinno się rozumieć. Tym bardziej, gdy mówi się o sobie jako o osobie z tzw. branży.
         Zastanawiając się "Czy to walc", czy może jakieś inne tango zmarzłem kompletnie w tej mojej czytelniczej wannie, więc wylazłem i teraz wybieram się w kierunku Warmii i Mazur, gdzie mam nadzieję spotkać autorkę tegoż obrazu poniżej, który nosi tytuł: "Warmińska Galaktyka"...

warminska_galaktyka

          Ową znakomitą malarką jest Elwira Iwaszczyszyn, która wraz ze swoim mężem Mateuszem (Kabaret Czyści jak Łza) i ze Stefanem Brzozowskim (Czerwony Tulipan) będzie w Mrągowie specjalnym gościem Stowarzyszenia "Zielone Dzieciaki". Mam nadzieję, że i ja tam dotrę szczęśliwie, a nasze spotkanie, o którym nikt nie napisze w Wysokich Obcasach, będzie bardziej gorące, niż woda po lekturze tekstu w mojej ulubionej Gazecie Wyborczej.
26 marca, 2010

I bądź tu mądry...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:42
W poprzednim wpisie reklamowałem swego przyjaciela - Wojtka Fułka...

wojciech-fulek-sopot

...jako kandydata na prezydenta Sopotu w najbliższych, listopadowych wyborach. Uczyniłem to z wielką radością z powodów, które opisałem. Namawiałem czytelników mojej strony, by zabawili się w sondażu gdańskiej gazety i kliknęli z poparciem dla Wojtka, jeżeli się ze mną zgadzają. Wiem, że kilku przyjaciół dało się namówić i wzięło udział w tej zabawie. Zabawa zabawą, ale jak się okazało niektórym kandydatom w tej "piaskownicy" łopatki nie wystarczyły i postanowili swoją górkę z głosami na siebie usypać za pomocą normalnej koparko-spycharki. I tak kandydatowi Orłowskiemu, który ze średnim poparciem zajmował trzecie miejsce, nagle, podczas paru nocnych godzin przybyło 1200 głosów. Rozumiem, że można mobilizować krewnych i znajomych do uczestnictwa w zabawie, ale nająć do tego informatyków, czy nawet firmę, nie patrząc na skandal, jaki taki cud przyrostu wywoła, to już gruba przesada.
         Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jedna refleksja z tego wynika - kandydat Orłowski jest zdolny do wszystkiego i nawet nie zamierza tego ukrywać. To też jest jakaś konkretna informacja o kandydacie. Widząc jak zabawa zmienia się w farsę, choć zajmował w rankingu wciąż pierwsze miejsce, postanowił Wojtek poprosić gazetę o wycofanie swojej osoby z tegoż sondażu. Oto Wojtka oświadczenie z tą prośbą związane:

Szanowny Pan Maciej Wośko Redaktor Naczelny "Polska - Dziennik Bałtycki"

Szanowny Panie, Internetowe prawybory na Prezydenta Sopotu, zaproponowane przez Waszą Redakcję, przyjąłem początkowo jako sympatyczną zabawę dla czytelników Waszej gazety i internautów.. Wzbudziły one duże zainteresowanie i stały się ? przynajmniej dla mnie ? okazją do odnowienia wielu dawnych znajomości i nawiązania nowych kontaktów z osobami, którym los Sopotu nie jest obojętny. Mam jednak od dłuższego czasu przekonanie, iż dla niektórych kandydatów pragnienie wygranej w tej konkurencji stało się usprawiedliwieniem stosowania technik ?głosowania? których praktykowanie wykracza poza ramy ?przedwyborczej? zabawy; zostały one zauważone i skomentowane przez licznych uczestników forum. Uważam, że taka opinia jest tym bardziej stosowna, że od dłuższego czasu prowadzę w tym swoistym ?rankingu?. Dlatego, dziękując serdecznie wszystkim za oddane na mnie do tej pory głosy i liczne dowody wsparcia całych grup sopocian, proszę jednak o wycofanie z dniem dzisiejszym mojej osoby z tego głosowania. Wybory samorządowe są zbyt poważną sprawą, aby powierzyć je automatom cyberświata. To mieszkańcy Sopotu w bezpośrednim głosowaniu za jakiś czas zadecydują, komu będą chcieli powierzyć stery miasta na kolejne 4 lata. I to ich głosy będą najważniejsze. Wojciech FUŁEK PS. Zwracam się z prośbą o zamieszczenie mojego listu na stronach internetowych i podanie informacji o mojej rezygnacji, aby czytelnicy i osoby mnie wspierające nie czuli się zdezorientowani. Z góry serdecznie dziękuję. WF


          List Wojtka zamieszczam i ja, by swoim "zaglądaczom" rzecz wyjaśnić u źródła. Mimo, że poklikać sobie na Wojtka już nie można, to wszystko, co napisałem o jego zaletach jest aktualne. Podtrzymuję więc, że Wojtek ma same zalety i tylko jedną wadę - nie pcha się przed kamery. Dlatego, gdy coś się dobrego w Sopocie dzieje, to Wojtka w telewizji nie widać. Tak już, niestety, Fułek ma, że piersi do orderów nie wypina, choć dla Sopotu pracuje uparcie i skutecznie, jak nikt inny.

sopocka-uliczka

          Zapomniałbym, ma Wojtek jeszcze jedną wadę - jest bezpartyjny. Tyle, że to akurat w Sopocie może też być zaletą. No, i bądź tu mądry... Jasne jest więc, że Wojciech Fułek z zabawy w gazetowe prawybory zrezygnował i to, że nie zdecydował jeszcze, czy w normalnych wyborach samorządowych wystartuje. Ja na ten start Wojtka namawiał będę, bo wierzę, że je wygra. Tak, czy inaczej, Donar i ja nadal się bawimy w pisanie piosenki o Sopocie i wciąż namawiamy Wojtka, by się przyłączył.
18 marca, 2010

Rozumna miłość, czyli Wojtek Fułek na prezydenta Sopotu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:13
          W jednym z niedawnych wpisów wspomniałem, że przy okazji ostatniej wizyty Andrzeja Donara Donarskiego ( Mój jest ten kawałek podłogi, Mina Tyma i Kartka dla Waldka - MISTER zU.B.) u mnie w domu, w trakcie "nocnej Polaków rozmowy" wyszło na jaw, że Wojtek Fułek jest wspólnym naszym znajomym.
          Poznałem Wojtka w studenckim klubie "Łajba", a potem współpracowałem z nim w Akademickim Centrum Kultury i Bałtyckiej Agencji Artystycznej. Wojtek jako artysta, poeta, scenarzysta, a także pisarz, był i jest człowiekiem niezwykle uroczym i utalentowanym. Jednak największe wrażenie zawsze robiła na mnie jego skuteczność w pracy. Zazdrościłem mu tego niezwykłego opanowania i systematyczności. Facet z taką wyobraźnią, tak otwartą na pomysły głową i do tego pracowity do bólu, zawsze zasłużenie dochodził swego celu. Gdy został radnym rodzinnego i ukochanego Sopotu, wiedziałem, że wkrótce będzie w ekipie, która to miasto postawi na nogi, czyniąc zeń jedno z najpiękniejszych i niepowtarzalnych miejsc w Polsce. I tak się stało. To, że Sopot wygląda dziś jak wygląda, jest także zasługą Wojtka, który nieprzerwanie od 1998 roku jest tego miasta wiceprezydentem.

Sopot fot. W. Chyliński

          Andrzej z Wojtkiem poznali się, gdy byli dziećmi. Wojtek, jak już wspomniałem, w Sopocie się urodził, zaś Andrzej do Sopotu przyjechał na kilka lat swego, chwilami dość skomplikowanego dzieciństwa, które niedawno u mnie w domu tak wspominał: - Mówili na mnie Dyndal. Bo jak w szkole się przedstawiłem Donarski, to ktoś przeinaczył na Dyndalski. I tak zostało. Dyndal, a czasami Dyndała. Jak się będziesz z Wojtkiem widział, to go zapytaj, czy mnie pamięta. Powiedz mu, że mieszkałem na Fiszera, koło takiej kawiarenki i koło domu studenckiego Wyższej Szkoły Plastycznej. Graliśmy razem na podwórku w piłkę i takie tam różne gry hazardowe na drobniaki. Pamiętam jeszcze Jasia Wolfa i Włodka Paradowskiego. W tym akademiku grywaliśmy w ping-ponga. Mój tato grał wtedy na perkusji w Grand Hotelu. Kiedyś razem z Wojtkiem graliśmy w jednej drużynie piłkarskiej w mistrzostwach drużyn podwórkowych. Ja stałem na bramce. Chodziłem do SP nr 6, a Wojtek z tym Wolfem i Paradowskim do SP nr 10. Potem mieszkałem też na Chopina, na dole u państwa Kozłowskich. Sopot dla mnie jest najbardziej magicznym miejscem na ziemi. Toż ja w Sopocie wybiłem swoją pierwszą w życiu szybę. Takie rzeczy się pamięta, a wspomnienia z tamtych, szczenięcych lat, będą tkwiły we mnie do końca życia. Ech, ten Sopot...

krzywy-domek-sopot-fot.wchylinski

          Starałem się opowieść Andrzeja zapamiętać, by Wojtka przy okazji zapytać, gdy oto okazało się przedwczoraj, że Wojtek, co podejrzewałem już od jakiegoś czasu, jest stałym "zaglądaczem" na moją stronę. Przysłał mi maila, w którym m.in. napisał, że zastanawia się, czy wystartować w wyborach na prezydenta Sopotu. Spytał, co o tym myślę i czy ewentualnie wsparłbym go, w miarę swoich sił i pomysłów, w tym zamierzeniu. Nigdy się na Wojtku nie zawiodłem, więc głupio by było, gdyby on zawiódł się na mnie. Oczywiście, że pomogę - jak i gdzie tylko będę mógł. Napisał też, że na internetowej stronie "Dziennika Bałtyckiego" redakcja postanowiła zabawić się w sondaż, kto może wybory w Sopocie wygrać. Gdy wszedłem na wskazaną stronę, Wojtek już w tym prezydenckim rankingu prowadził, choć zwolennicy innych kandydatów nie próżnowali. Mimo że nie jestem mieszkańcem Sopotu i w prawdziwych wyborach nie będę mógł wziąć udziału, to kliknąłem, bo nie jest mi obojętne, kto będzie szefem miasta, które lubię, i w którym bywam często, nawet dwa razy dziennie. Nie jest to też obojętne sopocianinowi, komisarzowi Unii Europejskiej - Januszowi Lewandowskiemu, który tak pisze o Wojtku: "Sopot to kurort z duszą", a pielęgnuje ją od lat Wojciech Fułek. Bez Fułka byłoby na pewno mniej takiego Sopotu, jaki kochają mieszkańcy i goście z głębi Polski. Wojtek Fułek żyje Sopotem i sam użycza miastu swej artystycznej duszy!"

sopot-dom-zdrojowy

          Nie jest też Sopot obojętny Bogdanowi Borusewiczowi. O Sopocie, o Wojtku i o Wojtka pracy napisał tak: "Wojciecha Fułka poznałem w roku 1976, kiedy ktoś przyprowadził go do mojego sopockiego mieszkania jako licealistę ?z ideami?, zafascynowanego pieśniami Włodzimierza Wysockiego. W czasie stanu wojennego, kiedy się ukrywałem, Wojtek Fułek współredagował m.in. podziemne pisma wybrzeżowe: CDN oraz Przegląd Polityczny. Aresztowano go kiedyś z całą redakcją Przeglądu, m.in. razem z Donaldem Tuskiem. W latach 90-tych objawił się w Sopocie jako aktywny i energiczny samorządowiec, odnosząc jednocześnie liczne sukcesy zawodowe na innych polach. Od roku 1998 pełni funkcję wiceprezydenta Sopotu, odpowiedzialnego nie tylko za sztukę, kulturę i sport, z czym jest najczęściej kojarzony, ale również za sprawy budowlane i inwestycyjne oraz zagospodarowania przestrzennego. To on ? bez medialnego rozgłosu ? prowadzi takie strategiczne dla Sopotu inwestycje, jak przebudowa Opery Leśnej i nowa przystań jachtowa, rewitalizacja Dworku Sierakowskich, kompleks budynków komunalnych czy budowa Domu Seniora. Jest też uznanym znawcą dziejów miasta i wręcz jego kronikarzem, a dzisiejszy Sopot trudno wręcz sobie wyobrazić bez takich ludzi jak on. Bo Sopot potrzebuje ludzi z pasją, a do takich właśnie zaliczam Wojciecha Fułka."
Czyż trzeba lepszej rekomendacji? Poeta i artysta, który niczym zaczarowany ogrodnik pielęgnuje magię Sopotu, dba o to, co w nim najcenniejsze, a więc urok i wyjątkowość starego kurortu i...

sopocka uliczka-fot-wchylinski

... jest jednocześnie sprawnym menedżerem, znakomicie rozwijającym infrastrukturę miasta i prowadzącym nowe inwestycje. Ma Wojtek jeszcze jedną, wielką zaletę - świetnie pracuje w zespole, o czym sam mogłem się wielokrotnie przekonać.

wojciech-fulek

Dlatego, Drogi Internauto, Odwiedzaczu stały i przypadkowy, Przyjacielu i Znajomy, jeżeli mieszkasz w Sopocie, to weź to wszystko, co napisałem, pod uwagę i głosuj w wyborach na Fułka, a teraz czyś jest, czy nie sopociakiem, to kliknij w sondażu na Wojtka. i namawiaj znajomych sopocian, by w wyborach samorządowych głosowali na rozumną, wielką miłość do Sopotu, czyli na Wojciecha Fułka, jako najlepszego z najlepszych kandydatów na prezydenta tego niesamowitego miasta.

sopot-kamieniczka-przy-haffnera fot. W.Chyliński

A ja z Donarem napiszemy o niezwykłym Sopocie piosenkę. Może się Wojtku przyłączysz, nim po zwycięstwie, które wróżę, kompletnie zabraknie Ci czasu?
14 marca, 2010

Arogancja Aroganta

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:28
          Tytułowy środek stylistyczny, to trochę takie masło maślane, a jednak zawarta w tej zbitce energia może być niezłym ładunkiem wybuchowym. Arogancja, to pyszałkowata, bezczelna pewność siebie, powiązana z okazywaniem innym tego, że się z nimi nie liczy, że się ich lekceważy. Najczęściej przypisywana jest konkretnym osobom, ale o arogancji instytucji, prawa, bądź władzy też często można mówić.
          Czytam, jak zwykle, kilka książek na raz. Obecnie prócz pracy Marii Boguckiej "Anna Jagiellonka" i książki "Historia Partii Umiarkowanego Postępu /W Granicach Prawa/", którą napisał Jarosłav Hasek, moją uwagę najbardziej przykuwa pamiętnik gen. Władysława Andersa pt. "Bez Ostatniego Rozdziału - Wspomnienia z lat 1939-1946".
Wspomnienia Andersa są najlepszym przykładem, już nie tyle na arogancję jakieś jednej władzy, ale na bezczelną arogancję twórców historii świata, władców z trzech mocarstw, które tę historię tworzyły tylko dla siebie i tylko pod potrzeby - Rosji, Stanów Zjednoczonych i Anglii. Powie ktoś, że to właśnie jest polityka i będzie miał rację tyle, że co to za polityka? Okłamać, naobiecywać, wykorzystać, a potem udawać głupka. Najbardziej bolesna dla Polaków była arogancja Anglików, którzy swego wiernego sojusznika, walczącego z Niemcami od początku wojny, pozwolili rozebrać z terytoriów, a potem z obłudnym uśmiechem tłumaczyli, że będzie najlepiej, gdy Stalin urządzi im ojczyznę. Nie pomogły próby Generała, by przypomnieć ludziom Zachodu o ich obietnicach i zobowiązaniach. Nie pomogły spotkania i tłumaczenia w jak trudnej sytuacji są Polacy. Nie pomogły nalegania, by nie handlować Polską. Słuchali i nic nie słyszeli, jak podczas spotkania na froncie włoskim przed Linią Gotów, z członkiem angielskiego, wojennego rządu - Clementem Richardem Attlee, późniejszym premierem. Wszystko wzięło w łeb, bo arogancja Stalina spotkała się z arogancją Churchilla i Roosevelta.
Oczywiście można tę arogancję, jak w Rosji, nazwać geniuszem. Lepiej jednak - podłym świństwem.

general-anders-w-rozmowie-z-przyszlym-premierem-wielkiej-brytanii-clementem-richardem-attlee

          Czytając te wspomnienia przeraża arogancja aroganta Churchilla, który w imię trzymania tyłka Anglii na słońcu sprzeniewierzył się przyrzeczeniom i podpisanym traktatom, usuwając Polskę na wiele lat w mroźny cień Rosji. Ta mega arogancja, pod płaszczykiem polityki, kosztowała Polskę zastój cywilizacyjny i kompletną marginalizację na wiele, wiele lat. Że też Anglicy wciąż mają dobre samopoczucie?
         A co z naszą, domorosłą arogancją? Za czasów, gdy na wskutek arogancji trzech wielkich mocarstw taplaliśmy się w kałuży socjalizmu, nasze polskie chamstwo, miało się bardzo dobrze. Trudno zapomnieć tych, którzy decydowali jak mam żyć, gdzie mieszkać, czego się uczyć, co jeść, co czytać , myśleć i mówić. Nie zapomnę tych bab w urzędach, które "mogłyby, ale nie muszą, więc im się nie chce" i tej odzywki, gdy na wpół zgięty wchodziłem do urzędu - Nie widzi, że jem śniadanie. W piątek przyjdzie, ale rano, bo tu kolejki są.
          Nadejście nowego witałem także z nadzieją, że sczeźnie gdzieś ta powszechna pogarda dla drugiego człowieka. Od dwudziestu lat taplamy się w czystej wodzie rywalizacji i konkurencji, reguł, które arogancję powinny wbić głęboko w ziemię. A jednak... Często spotykamy, że lekarz w szpitalu, czy przychodni lekceważy pacjenta, ale gdy go spotka pod swoim prywatnym gabinetem, zmienia się w - jestem do usług. Miły, troskliwy, grzeczny, uczynny i co najważniejsze - z ignoranta zmienia się w fachowca. Wytłumaczyć to zjawisko jednak potrafię - KASA łeb schyla i uprzejmości uczy.
Staram się należeć do ludzi, którzy na prośby przyjaciół i znajomych reagują, okazując zainteresowanie i pomoc. A przynajmniej próbuję takim być. Nie zawsze mogę pomóc, ale gdy już się decyduję, to wszystko robię dwa razy lepiej, niż normalnie. Wszak to znajomy, wszak przyjaciel... Nie potrafię więc zrozumieć, gdy znajomych i przyjaciół, którzy przychodzą po pomoc i wcale nie chcą tej pomocy za darmo, odstawia się do najciemniejszego kąta. A już kompletnie nie rozumiem, gdy do niespiesznej pomocy dokłada się arogancję i impertynencję. Jak się czuje ktoś, kto płaci i musi znosić narowy niby znajomego "fachowca". Jest miło i grzecznie, dopóki trwają rozmowy. Sytuacja się zmienia, gdy wynagrodzenie za usługę jest już ustalone. Ten ktoś, niemal chwilę potem, okazuje jawne lekceważenie, gdy może poniży klienta w towarzystwie, wiecznie nie ma czasu, a na zwrócenie uwagi reaguje takim ładunkiem chamstwa, że przyzwoitego człowieka zatyka. Skąd to chamstwo? Cholera wie i poza cholerą nikt więcej.
          Mamy piec gazowy pewnej firmy. Gdy budowaliśmy dom i wszystko liczyliśmy dwa, a nawet trzy razy, to piec nie mógł być przecież Mercedesem w branży grzewczej. Był "Maluchem", więc tani. Nic też dziwnego, że co jakiś czas nawala. Problem z tymi awariami byłby mały, gdyby nie to, że w mieście jest tylko jeden serwis, a właściciel serwisu i serwisant w jednej osobie, polecony przez znajomych, chyba polubił nasz piec, bo przychodzi do niego kilka razy w roku. Za każdy przejazd życzy sobie więcej, niż chciałby taksówkarz, a gdy po godzinie grzebania w rurach i rurkach dojdzie, którą śrubkę należy dokręcić, wygłasza wykład na temat ogrzewania gazowego. Na naszą prośbę, by zrobił raz, a dobrze, nie reaguje. Rachunek za to za każdym razem jest tak wysoki, że robi się zimno. Na zwróconą uwagę, iż za wykład płacić nie chcemy, bo pogadać to sobie sami umiemy, nasz polecony fachowiec sięga po argument chamstwa, że on może przecież nie przyjeżdżać, nikt mu łachy nie robi, to w końcu on tu jest fachowcem i się zna, a takich jak my, to on ma w dupie i... wtedy, wstyd się przyznać, ale to my pokorniejemy i my schylamy głowę. Nie chcemy jeszcze wymieniać pieca, a fachowiec w całym Trójmieście jest jeden. Stojąc więc w sytuacji braku wyjścia płacimy, nie zważając na chamskie odzywki. On wychodzi, a my zaczynamy marzyć, iż będzie kiedyś tak, że nasz piec się rozwali do końca, a my będziemy mieli trochę zbędnej gotówki. Asia mówi wtedy - A gdy będziemy kupować nowy piec, to bez żadnych znajomych i poleceń, I najpierw sprawdzimy ile jest w mieście serwisów. A potem "...popłyniemy daleko, jeszcze dalej niż te obłoki. Pokłonimy się nowym rzekom, odkryjemy nowe zatoki..."


jeziorak-sierpien-2008-r-213

          Brak wyjścia jest tym co żywi każdą arogancję. Tak było w Teheranie i Jałcie, tak jest w sprawach dzisiejszych. Tak jest, gdy polegasz na niby przyjaciołach i tak jest, gdy w całym mieście tylko jeden gość ma licencję na to, by naprawić twój piec. Niby wiem to od dawna, a jednak przeciw chamstwu nie umiem nic poradzić, gdy nie można się trzymać od niego na odpowiednią odległość.
          By nie kończyć tych dzisiejszych dywagacji w smutnym nastroju, to tym, którzy czytali moje ostatnie wpisy i obserwowali rozwój sytuacji z piosenką "Mina Tyma", pragnę donieść, że po pięciu tygodniach przebywania na pierwszym miejscu listy przebojów w polonijnym radio w Chicago piosenka spadła na drugie, potem na trzecie miejsce, by wczoraj znowu powrócić na szczyt, Także w Koszalinie od dwóch tygodni "Mina Tyma" okupuje pierwsze miejsce. Andrzej Donarski wysłał "Minę..." tylko do tych dwóch rozgłośni. Teraz trochę żałujemy, że się bardziej do pocztowych powinności nie przyłożyliśmy. "Mina Tyma czyli Zima Trzyma" wciąż trzyma mimo, że wiosna już tuż, tuż. 
06 marca, 2010

Bujanie starej panny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:50
         Dzisiaj, przy porannej kawie zauważyłem, że prócz ponownie mroźnej aury, natrętnie zajmuje mnie myśl o tym, czy i jak można zmieniać pędzącą w przyszłość rzeczywistość? Problem odwracania, bądź przekierowania losu, który ponoć zapisany jest w gwiazdach, pewnie naszedł mnie z tej racji, że końca zimy nie widać, a ja jestem ssakiem ciepłolubnym. Swego czasu znajomy marynarz opowiedział mi historię pewnej starej panny. Rzecz działa się w latach siedemdziesiątych, niestety, ubiegłego już wieku. Stara panna, jak spojrzeć na to z mojej dzisiejszej perspektywy, nie była jeszcze taka stara, choć swoje lata już miała tyle, że nie najlepiej spędzone. Miała za to sporo gotówki i jeszcze więcej czasu wolnego, jak to u zamożnych starych panien bywa. Nikt nie znał źródła tego posiadania, no, może prócz stanu posiadania w nadmiarze wolnego czasu, ale w końcu staropanieństwo było uznawane wtedy jeszcze za rzecz przykrą, więc nikt nie dociekał, ciesząc się, że w ogóle kobieta bez mężczyzny coś posiada. Jak się łatwo domyśleć, nasza stara panna w nadmiarze nie posiadała tylko urody, która skupiała by uwagę ssaków samców, a jej samej umilała życie podczas siedzenia przed lustrem. Będąc w tej komfortowej i jednocześnie kłopotliwej sytuacji bohaterka marynarskiej opowieści postanowiła w ramach istniejących możliwości zmienić los na tyle, na ile się da, ale tak, by choć trochę dostosować go do swoich skromnych, kobiecych potrzeb. Polska Żegluga Morska w Szczecinie i Polskie Linie Oceaniczne w Gdyni były kiedyś armatorami, że ho...ho... Każdy z nich posiadał wielką flotę handlową i pływał po morzach i oceanach świata z sukcesem, jak twierdziła propaganda tegoż sukcesu, wielkim.

radzionkow

          Najdłuższe były rejsy do Chin i Wietnamu, które trwały nawet pół roku. Na każdym statku do dyspozycji armatora była jedna, bądź dwie kabiny, zwane pasażerskimi. Kto chciał zażyć długiej, morskiej podróży i poczuć klimat conradowskich powieści mógł wykupić sobie taka kabinę i płynąć, gdzie dusza zapragnie. Z tej właśnie możliwości skorzystała nasza panna i wykupiła kabinę na statku, który wybierał się w podróż. - Przez pierwszy tydzień nikt nie zwracał na nią specjalnej uwagi - opowiadał matros - tyle ją widzieliśmy, co w messie, gdy zasiadała do obiadu obok kapitana, o ile kapitan raczył na obiad przyjść. Gdy z Północnego przeszliśmy na Atlantyk i zaczęło robić się ciepło, naszą pasażerkę coraz częściej mogliśmy spotkać na pokładzie, opalającą swe, no... nie będę ci kitu wstawiał, marne wdzięki. W drugim tygodniu rejsu pękł bosman, który kilka lat wcześniej owdowiał. Po miesiącu najprzystojniejsi oficerowie, łącznie z kapitanem, nie mogli się nadziwić, gdzie mieli oczy, gdy pasażerka mustrowała w macierzystym porcie. Po dwóch miesiącach wszyscy chodzili oczadziali, a po trzech gotowi byli do samczych bójek, byle zaskarbić sobie choć odrobinę życzliwości panny, która na lądzie była stara.
          Jak widać można sprawić, by los był łaskawszy. Trzeba być jednak zamożnym i znaleźć trochę wolnego czasu. A co zrobić, gdy z kasą krucho, a lenistwo umysłowe sprawia, że czas jest kwestią otwartą? Jak pokazuje dzisiejszy dzień i kongres partyjny w Poznaniu można zapisać się do PiSu i popłynąć...

za-rufa

Trzeba tylko wiedzieć, czy na pewno się chce, by rejs na statku, na którym kapitan, nie wiadomo z jakiego powodu dwoi się w oczach, był rejsem o jakim marzyła, zmieniająca swą rzeczywistość stara panna. Myślę, że wątpliwa przyjemność z tego być może, nie mówiąc już o bezpieczeństwie podróży. Przecież na końcu każdego bujania zawsze jest port, w którym trzeba pewnym krokiem zejść na ląd i... przeliczyć zmarszczki w jakimś stabilnym lustrze.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY