26 września, 2010

Wrzesień uniesień

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:05
          Uniesienia są wspaniałą formą stanów psychicznych, dzięki którym, i wraz z którymi możemy czuć się szczęśliwi. Unosimy się w duszy całą swoją osobą i lekko, lekko, leciuteńko odpływamy od złych słów, krzywych spojrzeń, ostrych gestów. Unosimy się nad byle czym, nad byle kim i byle jakim. Odpływamy w przestrzeń przyjazną, spokojną i miłą.
Skończyło się lato, kończy się wrzesień i tylko patrzeć, jak zaczniemy kichać do wtóru siąpiącego, coraz bardziej marznącego deszczu. W naszej rodzinie przełom lata i jesieni, to czas uniesień. Najczęściej miłych. Wrzesień, to czas imienin mojego syna, czas moich urodzin, czas urodzin mojej Mamy i rocznica ślubu. Wszystko to we wrześniu. 31 lat temu, nie za górami, nie za lasami, ale całkiem blisko miejsca, w którym piszę te słowa, dwoje zaskoczonych, ale bardzo w sobie zakochanych ludzi, nie mając grosza przy duszy, za to mając nadzieję i marne widoki na przyszłość, postanowiło 22 września złożyć sobie ślub. Chodziło w nim o to, by oboje wyznali przed urzędnikiem, a potem przed Bogiem, że są świadomi tego, co robią, i że nie opuszczą się, aż do śmierci. Różnie dzisiaj na tę świadomość można patrzeć, ale w nieopuszczaniu się i zakochaniu trwają.

slub-22-ix-1979r-gdynia

Panną Młodą tamtego dnia była Asia, a ja byłem jej wybrańcem. Po roku nasza rodzinka wyglądała już tak:

rok-pozniej

          Urodziny, niestety coraz częściej zaczynają się od przykrej konstatacji, że czas szybko leci. Radzę sobie z tym tak, że wbijam między swoje myśli i tę, iż czas i jego pomiar, to wymysł człowieka, a człowiek niekoniecznie zawsze ma rację. Ot, takie samooszukiwanie się. Imieniny natomiast, których w rodzinie mojego ojca w ogóle się nie obchodziło, to trochę takie dziwne święto. Związane z imieniem patrona, dość przypadkowo przypisywane jest solenizantowi. Moja Mama chciała dać mi na imię Rysiek, ale Tata, podpiwszy sobie przed pójściem do Urzędu, zamiast żony, posłuchał jej siostry, która właśnie wylewała łzy nad "Trędowatą" i za jej radą kazał w rubryce imię syna zapisać:Waldemar. Nie lubię tego imienia, choć mam świadomość, że ten przypadek i tak obszedł się ze mną łaskawie. Mój szalony dziadek swego syna, a mego wuja, ochrzcił imieniem Alfons, wprawiając w konfuzję i kłopoty dwa następne pokolenia spadkobierców swojego nazwiska.
          Tak więc zgodnie z pomorską tradycją nikt moich imienin nie obchodził, aż do czasu, gdy podrosłem. Mając dziesięć lat zacząłem domagać się tych obchodów. Czego to człowiek nie zrobi, by się jeszcze raz w roku wyróżnić i wzbogacić na prezentach? Od tamtej pory, choć skromnie, obchodzimy wszystko, co się da i o czym sobie przypomnimy. Wrzesień jest więc u nas miesiącem pocałunków i podarunków. We wrześniu bardziej, niż w innych miesiącach roku, jesteśmy dla siebie milsi i przyjemniejsi. A, że jesień jest także porą ukochanych przez moją rodzinę wypadów do lasu po grzyby, to...

bory-tucholskie-1

Kaszuby i Kociewie czekają. Niewielkim nakładem czasu i drogi możemy się bardzo szybko w Borach Tucholskich i kaszubskich kniejach szczęśliwie unosić nad szczodrobliwością przyrody. Po jakimś czasie, pogodnie zmęczeni, przysiadamy na zydlach i podziwiamy prezenty, jakie nam las zgotował.

grzybobranie-2010

Gdy obrodzi w grzyby, nasze uniesienia w leśnych ostępach nie mają końca. I nawet strach przed sromotnikiem przy zbieraniu kani nie jest w stanie nam tego uniesienia zepsuć.

grzybobranie-2010-kanie

          Uniesienia jednak nie zawsze wiodą nas do nieba. Czasami wręcz odwrotnie. Na wieść o czymś, lub o kimś unosi nas w przeciwną stronę, do piekła. Mnie, mimo tych wszystkich pięknych rodzinnych uniesień, uniosło we wrześniu też zło. Zostawmy szczegóły, może kiedyś o tym napiszę. Teraz wiem tyle, że przez Złego uniosłem się w złych myślach, by po raz kolejny w swym życiu ze zdumieniem odkryć fakt, iż wykonywany przez kogoś zawód, to często jest kompletny zawód. Zawiodłem się. Na szczęście łatwo wytrącam się z takich uniesień przechodząc w stan codziennych złudzeń, a stamtąd już blisko do uniesień szczęśliwych. Ech, ten wrzesień.
19 września, 2010

Smak w Sopocie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:29
Dzieckiem będąc jeździłem z rodzicami "do Sopot" na spacery i do Włocha na lody. W Sopocie w latach osiemdziesiątych pracowałem jakiś czas w Bałtyckiej Agencji Artystycznej. Randki z dziewczynami, z którymi umawiałem się w Sopocie zawsze wychodziły i były udane. Jedno, co mi się nie wyszło, a bardzo kiedyś chciałem, to nie udało mi się zamieszkać w Sopocie. Rekompensuję sobie tę stratę tym, że dwa razy dziennie przez Sopot przejeżdżam, jadąc do pracy i z pracy. Z tej racji czuję się prawie jak sopocianin i kiedy wybieram się na spacer, to po Sopocie chodzę, jak po swoim. sopocka-latarnia Lubię Sopot. Od lat podziwiam zmiany i rosnącą urodę tego miasta. Interesuję się Sopotem tym bardziej, że w ekipie, która te zmiany spowodowała był mój przyjaciel - Wojtek Fułek. Był, bo za odwagę, przyzwoitość i uczciwość stracił pracę i już nie jest. Jako wiceprezydent, wraz z Jackiem Karnowskim tworzył bardzo zgrany zespół, który dobrze rządził miastem. Nic też dziwnego, że gdy Karnowski popadł w kłopoty i ogłosił, że w kolejnych wyborach nie weźmie udziału, to Wojtek zaczął rozważać swoją kandydaturę na prezydenta miasta. Kto nie chciałby kontynuować pracy, która jest pasją i przyjemnością? Jak wielu, tak i ja nie bardzo wierzę w prokuratorskie zarzuty stawiane Karnowskiemu. Moim zdaniem oskarżenie jest cienkie, jak bibułka w chińskim latawcu i wydumane, jak wiersz grafomana. Ubolewać tylko można, że Karnowski nie zna się na ludziach, skoro zadawał się z takim typem, jak ten Julke. Towarzystwo, w którym się człowiek obraca, to może nawet nie tyle kwestia wiedzy, przyzwoitości, czy kultury, to kwestia smaku. Niestety, tego smaku Karnowskiemu zabrakło. Może ten brak sprawił, że - jak głosi plotka - Karnowski z Fułkiem świetnie współpracowali, ale wielkimi przyjaciółmi nie byli. Karnowski z pewnością zasługuje na pomnik w Sopocie, ale czy na kolejną kadencję? Myślę, że człowiek, który nie waży swoich słów i obietnic, który wykorzystuje katastrofę smoleńską, by łamać zasady, nie powinien pchać się na afisz. To może nie tyle kwestia prawa, co kwestia smaku. Z niesmakiem obserwowałem niedawne manewry Platformy Obywatelskiej nad takim nieudzieleniem poparcia Karnowskiemu, by jak najbardziej to poparcie zapewnić. Nie przypuszczałem, że lubiany przeze mnie premier potrafi w jednym zdaniu jednocześnie chwalić zasady i negować je. Czymże była mowa Donalda Tuska o odmowie poparcia PO dla Karnowskiego z jednoczesnym zapewnieniem o dobrych i ciepłych uczuciach, jakie będzie miał premier dla tegoż Karnowskiego w dniu wyborów? To nie tylko obłuda, to kompletny brak smaku. Myślę że ten pogięty taniec Nowaka z Tuskiem na sopockim parkiecie będzie miał skutek odwrotny do zamierzonego. Będzie tak, jak w jakimś wywiadzie powiedział Wojtek - Karnowskiemu to nie pomoże, a Platformie zaszkodzi. Wspieram Fułka i trzymam za niego kciuki. Niewiele poza tym mogę, ale napisałem dla Sopotu piosenkę i wstąpiłem do Wojtkowego ruchu - "Kocham Sopot". Wszystkich przyjaciół, jakich mam w Sopocie będę namawiał, by na Wojtka głosowali. Warto, bo ten facet ma to coś, czego inni nie mają. malgosia-i-wojtek-fulkowie-fot-bartkowiak fot. Bartkowiak Prócz pięknej żony, zgranej rodziny, miłości do Sopotu i niezwykłej osobowości, posiada Wojtek dobry smak. A to, choć w życiu bywa takie ważne, jak się okazuje niezbyt jest powszechne.
11 września, 2010

Szczęście niepojęte

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:07
Co jakiś czas łapię się na tym, że na widok kogoś, kto odwiedza mój dom krzyczę - O szczęście niepojęte! Zwrot ten został mi jeszcze z czasów, gdy jako nieopierzone chłopię biegałem na ul. Czarną we Wrzeszczu do kościoła na religię. Tam w formie śpiewanej wryto mi w pamięć strofę "... O szczęście niepojęte, Bóg sam odwiedza mnie...". Jak się dołoży do tego mądrość ludową, że "Gość w dom, Bóg w dom", to mój okrzyk na powitanie jest całkiem wytłumaczalny i na miejscu. Czyżby? Niepojęte, to niezrozumiałe, nie dające się ogarnąć ani rozumem, ani uczuciami, ani żadnymi zmysłami, jakimi człowiek dysponuje. Skoro tak, to o jakim szczęściu mowa? Czyżby istniało szczęście, które się czuje nie czując? Rozum mi podpowiada, że takiego szczęścia nie ma, a wspomnienia z Pierwszej Komunii jakoś nie chcą się z tym pogodzić - w końcu dostałem zegarek. Nie było to szczęście niepojęte, bo Andrzej Lewandowski dostał wyścigówkę, ale zegarek to też coś. Od tamtej pory mogłem się już starzeć i jeśli wierzyć księdzu, zbliżać się do Boga. I pomyśleć - dzięki głupiemu, ruskiemu zegarkowi nieskończoność i nieśmiertelność zaczęły w głowie trzecioklasisty znaczyć jedno i to samo, stając się zarazem osią problemu, który sprowadzić można do prostego pytania - co ja tu robię, po co i co dalej? Ciekawe jakie pytania zadawał sobie Andrzej patrząc na rower? Tak, więc szczęście niepojęte w praktyce nie istnieje i, co tu gadać, oszukuję każdego gościa, choć autentycznie cieszę się na jego widok, o ile jest to gość zapowiedziany. Gdy na przykład widzę Karola Maciejewskiego... karol-maciejewski-fot-roza-lincer to moje szczęście jest jednak pojęte, choć ogromne. Być może byłoby niepojęte, gdybym go nie widział i z tego powodu się cieszył, ale wtedy należałoby mnie odstawić na badania do psychiatry. I w ten sposób doszedłem do tego, o co mi od samego początku chodziło. Według mnie ten, kto czuje szczęście niepojęte, to albo ma zepsuty zegarek, albo nigdy nie jeździł na wyścigówce, albo nie zna nikogo takiego, jak Karol i nie może go do siebie zaprosić. Bo gdy Karol w dom, to... Tu mógłbym zakończyć swoje dywagacje, lecz wczoraj, gdy siedziałem przed telewizorem, medialnie i niezapowiedzianie odwiedził mnie Jarosław Kaczyński. Już chciałem krzyknąć - O szczęście..., ale przypomniałem sobie o ułomności dalszego ciągu tego okrzyku. Jednak im dłużej patrzyłem na obrazki sprzed krzyża na Krakowskim Przedmieściu i z jakiegoś zlotu wyznawców Jarosława, uświadamiałem sobie coraz bardziej, że... obroncy-krzyza-przed-palacem-prezydenckim-fot-robert-kowalewski-agencja-gazeta szczęście niepojęte chyba jednak istnieje. Myśli, oczy i ręce zwrócone w kierunku Guru... PIS POD PAŁACEM PREZYDENCKIM świadczyły o tym, że rację miała siostra zakonna, gdy mówiła mi przed pierwszą spowiedzią, że jak się wyspowiadam, to poczuję takie szczęście niepojęte, że z kościoła do domu, około 2 kilometrów, będę biegł szybciej niż zwykle i wcale się nie zasapię. Biegłem, by to sprawdzić i nie tylko się zasapałem, ale na dodatek spociłem. Wtedy brak odczuwania w sobie szczęścia niepojętego zwaliłem na kiepską pamięć i zapomnienie przy spowiedzi jakiegoś grzechu, ale teraz nic mnie nie tłumaczy. Gdy widzę w oczach tłumu przy Kaczyńskim, to co widzę, to oczywistym jest, że istnieje coś takiego, jak szczęście niepojęte. Wie to, po spowiedzi u Kaczyńskiego, również posłanka Elżbieta Jakubiak, która ze szczęścia niepojętego wprost zaniemówiła. Tak, więc moja teoria w całości bierze w łeb. Wystarczy, że w Warszawie zbierze się grupa starszych pań, które chyba nie mają kochających rodzin, mężów, dzieci, wnuków, za to mają dużo czasu i jeszcze więcej strachu przed życiowym rozliczeniem i tym, co nieuniknione..., przewodnia-sila-narodu a już wszędzie dookoła zaczyna unosić się narodowo-kościelno-pisowskie szczęście. Szczęście to niepojęte.... O, Jezu wspomóż łaską.
04 września, 2010

Jesień?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:07
Gdy prezes Kaczyński na rocznicowym zjeździe Solidarności w Gdyni przekracza kolejny próg politycznego obłędu, a honoru narodu i historycznej prawdy broni kobieta - Henryka Krzywonos, ja, wbrew logice, uparcie trzymam się myśli, że wszystko jest w porządku. Że odgórne ułożenie rzeczy i spraw pozostaje zachowane. Że to, iż przyszło dzisiaj ochłodzenie, to zwykła kolej rzeczy, a nie kolejna anomalia. Prostym rymem się przekonuję - przyszedł wrzesień przywlókł jesień Jeszcze niedawno, bo wiosną, park przy pałacu Kurczaka wyglądał tak: staw-w-parku-ii A lada dzień wyglądał będzie tak: staw-w-parku-i I nic się na to nie poradzi. Żaden syty Głódź na biskupim tronie chcący swoim wiernym zabrać rozsądek, a mieszkańcom Trójmiasta część oliwskiego parku, żaden Śniadek przekonujący Polaków, że stoi na czele apolitycznej organizacji, żaden Macierewicz z oczami trąconymi szaleństwem i tezą o morderstwie pod Smoleńskiem, i żaden inny zaczadzony mistyk, wieszcz, czy nawet lewitujący w oparach absurdu dyrektor Radia Maryja nie zatrzyma upływu czasu i nie wmówi mi, że jesień nie stoi u drzwi. A skoro stoi, to jestem przygotowany. drzewo-na-zime Z zaostrzoną siekierą przymierzam się do pieńków zgromadzonych za domem. Gdyby tak móc, jak te pieńki porąbać i spalić też naszą powszednią i świąteczną głupotę, małość, podłość i zawiść... Jeszcze nie czuć zapachu dymu z kaszubskich kartoflisk. Jeszcze z drzew liści deszcz na ziemię nie opadł, nie spłynął. Jeszcze chłód na dobre nie przeciągnął mnie po plecach, a już, coraz częściej zerkam w kierunku naszego uśpionego, zimnego kominka, którego, niczym Cerber Styksu, strzeże Haczyk, zwany też czasami Heńkiem. haczyk-czeka-na-jesien1 I tylko patrzeć, jak przy ogniu przytulę się do Asi, a gdyby smutna czegoś była, to jej wymruczę coś o dwóch kotach. I dalej mi wtedy od domowego ogniska polityczni szaleńcy, frustraci i zbawiciele narodu! Może już dzisiaj rozpalić? Zimno idzie po nogach i politycy jakoś nisko latają. Jesień?
29 sierpnia, 2010

Hel

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:53
          Rano wypłynąć, wieczorem wrócić... Latem to frajda.

morze

          Każde miejsce ma swój niepowtarzalny klimat. Umieć wczuć się w klimat miejsca jest rzeczą nie tylko przyjemną, ale wysoce pożądaną. To trochę tak, jak znać się na ludziach i intuicyjnie wyczuwać ich charakter, osobowość, intencje i zamiary. \
Niedawno w knajpce przy plaży spotkałem się ze znajomym. W trakcie rozmowy o innym, wspólnym znajomym przyszło mi do głowy, że ludzie dzielą się na tych, którzy siedząc nad morzem zastanawiają się nad tym  kim sami są wobec bezkresu i nieskończoności i na tych, którzy pytają - po jaką cholerę komuś tyle tej wody, a jednocześnie ogarniając horyzont kombinują, jak i za ile można by to kupić.
Znajomy siedząc tyłem do morza interesował się moimi sprawami, które w tamtym momencie wcale mnie nie obchodziły. Gapiąc się na morze za jego plecami bardziej niż rozmową zainteresowany byłem kawowym zapachem przedwieczornej bryzy, a obgadywany znajomy pewnie gdzieś tam kupował Giewont. Tak, czy inaczej wszyscy byliśmy nieobecni. Obecny był tylko klimat.

wydmy-fot-wchylinski

Więc... Rano wypłynąć i odwiedzić Hel, zjeść tam obiad, a wieczorem na powrót zawinąć do portu w Gdyni, to frajda, o ile potrafi się łowić niepowtarzalne klimaty i trafi na przyzwoitego kucharza. Bardzo dawno temu Hel wyglądał tak:

hel-najdawniej

W latach trzydziestych ubiegłego wieku tak:

hel-dawniej

W ubiegłym tygodniu, mniej więcej to samo miejsce w Helu wyglądało tak:

tonacy-w-straganach-i-tandecie-hel-2010-fpt-wchylinski

i tak:

ulwiejska-hel

i tak:

hel

          Po krótkim spacerze deptakiem, czyli ulicą Wiejską, w dobrej z pozoru, a tak naprawdę marnej knajpce zjedliśmy mało atrakcyjny obiad i otoczeni "niepowtarzalnym", tandetnym, chińskim klimatem sławnej, polskiej, nadmorskiej miejscowości, powróciliśmy do domu. Miejsca i ludzie tracą klimat lub go zyskują w zależności od okoliczności i tematu. Zastanawiam się do dzisiaj, czy warto latem płynąć na Hel?
21 sierpnia, 2010

Nieobiektywnie z obiektywem w Gdyni i Orłowie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:42
          Gdy zakładałem tę stronę w internecie, chodziło o to, by zebrać razem do kupy to, co mi się zachowało w szpargałach i zakurzonych pudłach. Dość szybko zorientowałem się, że samo zgromadzenie starych zdjęć, nagrań i tekstów nie wystarczy. Należało jeszcze zrobić coś z pamięcią i kronikarską chęcią utrwalania tego, co się wydarzyło kiedyś i wydarza teraz. Zacząłem na swojej stronie prowadzić blog. Wszak skoro żyję - pomyślałem - to tym doświadczeniem należy się dzielić z innymi, również przez życie doświadczanymi. Jednak samo słowo pisane mi nie wystarczało. Postanowiłem to, o czym piszę ilustrować zdjęciami. Nie zajmując się nigdy fotografią i nie mając o niej najmniejszego pojęcia, dość szybko odkryłem, że pstrykanie zdjęć sprawia mi dużą przyjemność. Onegdaj pisałem o swoim spotkaniu z fotografikiem, dziennikarzem, znawcą historii Gdyni i wielkim jej orędownikiem, a także prezesem Towarzystwa Przyjaciół Orłowa - Sławkiem Kitowskim. Wśród wielu spraw, o których rozmawialiśmy była i ta, która dotyczyła mojego stosunku do Gdyni.

gdynia-skwer-kosciuszki-fot-wchylinski

          Chodziło wtedy o to, że ja, choć od dziesiątków lat związany jestem z Gdynią zamieszkaniem i rodziną, wciąż czuję się gdańszczaninem. Jedynie Orłowo jest mi bliskie i budzi żywe uczucia. Sławek rzekł na to, że mało Gdynię lubię, bo jej nie znam.
- Poruszasz się - powiedział - na trasie między Orłowem, a Gdańskiem, to skąd masz Gdynię znać? Weź aparat, przejdź się po centrum, po Skwerze Kościuszki, zajrzyj do portu, wdrap się na Kamienną Górę, zrób parę zdjęć, a kiedy popatrzysz na Gdynię przez obiektyw, to ujrzysz ją bardzo przyjazną, ładną i ciekawą.

redlowski-brzeg-w-gdyni-fot-w-chylinski

Faktycznie - przyznałem mu rację - mieszkając na granicy z Sopotem, pracuję w Gdańsku. Będąc obywatelem Trójmiasta i trójmieszczaninem z krwi i kości, z trzech miast tworzących jedno, najmniej zdjęć mam z Gdyni.
Od tamtej rozmowy minęły dwa lata. Pamiętając o recepcie Sławka, zacząłem dbać o to, by w Gdyni mieć przy sobie aparat. I rzeczywiście, patrząc przez obiektyw widzi człowiek to, co normalnie mu umyka. Fotografując miasto można się w Gdyni równie szybko zakochać, jak w Gdańsku, czy Sopocie. "Łapiąc" ujęcia łatwiej dać się oczarować. Pstrykając poniższe zdjęcie chciałem uwiecznić Sea Tower, a dopiero w domu, przy komputerze zorientowałem się, że przy tym jednym "pstryku" nałożyły się na siebie dwa symbole Gdyni - stary i nowy.

gdynia-symbole-fot-w-chylinski

A jak uroczo wygląda podróbka historii, której w tym miejscu nigdy nie było, która tutaj się nigdy nie wydarzyła...

gdynia-atrakcje-fot-w-chylinski

Czyż nie piękny jest też taki widok...

dar-mlodziezy-fot-w-chylinski

I tak powoli, dzięki Sławkowi Kitowskiemu stałem się także fanem Gdyni. Ponieważ ani na moment nie odkochałem się w Orłowie, to przeczytawszy dwa tygodnie temu w Gazecie Wyborczej, w dodatku Moja Gdynia artykuł Sławka pt. "W Orłowie i Kolibkach nie wszystko gra", postanowiłem poprzeć go niemal w całej rozciągłości. Moje wsparcie ukazało się dzisiaj, w tej samej gazecie pt. "O Orłowo trzeba zadbać". Ponieważ redakcja gazety materiał mój zilustrowała zdjęciem z plażowego spektaklu "Zorba", które niewiele mówi o istocie sprawy, to ja pokażę inną część tego, o czym pisałem. Urocze wejście na Promenadę Królowej Marysieńki wyglądało dzisiaj rano bardzo korzystnie. Przewiewnym ciepłem zachęcało do relaksu i spaceru. Z zaproszenia skorzystałem.

promenada-krolowej-marysienki

Po kilku krokach spotykałem ks.Zawackiego, z którym można się było poklepać lub sfotografować.

orlowo-kszawacki-fot-waldemar-chylinski

Założę się, że turyści, którzy z pomnikiem robią sobie zdjęcia, już po powrocie do domu nie pamiętają czyj to pomnik. Nie lepiej takie miejsca pozostawiać alejkom, drzewom , ptakom, krzewom , trawie i spacerom?

planty-w-orlowie-fot-waldemar-chylinski

Stało się. Choć według mnie park na pomniku nie zyskał, to mam nadzieję, że może i nie stracił, a ja się przyzwyczaję. Szkoda tylko, że nie zauważyłem nigdzie, by przed upamiętnieniem postaci ks.Zawackiego w ten sposób i w tym miejscu, ktoś próbował publicznie na ten temat dyskutować. Sobiepaństwo? Układ? Moja nieuwaga? Chcąc zachować ideę tego bloga - nie zapominając o teraźniejszości pamiętać o przeszłości, ze starego pudła wygrzebałem zdjęcie orłowskich plant, czy jak kto woli - Promenady Królowej Marysieńki, sprzed czterdziestu lat.

orlowo-planty-poczatek-lat-siedemdziesiatych

Ależ ten świat się zmienia. A czas jak leci?
15 sierpnia, 2010

Las

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:33
          W ramach krótkiego wypoczynku od zajęć obowiązkowych i od gęstniejącego lasu krzyży w prasie, radio i telewizji, udałem się wraz z małżonką do prawdziwego lasu. Pojechaliśmy na jeden dzień do Borów Tucholskich.

droga-w-borach-tucholskich-fot-w-chylinski

          W Borach było nam tak pięknie i dobrze, jak tylko może być dobrze i pięknie latem w lesie. Zaszyliśmy się w kniei i wcale nie chciało nam się z niej wychodzić. Mieliśmy jednak tego dnia, prócz uczty leśnej, w planach także wizytę u wczasujących przyjaciół.

bory-tucholskie-2010-i-fot-waldemar-chylinski

          Postanowiliśmy odwiedzić Krzysia i Elę Kowalkowskich w Ocyplu, kociewskiej miejscowość położonej nad malowniczym jeziorem o tej samej nazwie. Uznaliśmy, że najprzyjemniej i najprościej będzie, jak skrócimy sobie drogę ze Starej Kiszewy, pod którą chłonęliśmy uroki lata, do tegoż Ocypla jadąc przez las. Oczywiście zabłądziliśmy, ale dzięki temu odkryliśmy kilka pięknych miejsc, w tym kanał rzeki Wdy.

kanal-wdy

          Ze sporym opóźnieniem trafiliśmy wreszcie do Ocypla i w towarzystwie Krzysia, Eli i ich wnuka spędziliśmy kilka miłych godziny nad popołudniowym jeziorem.

z-krzysiem-kowalkowski-i-jego-wnukiem-nad-jezocypel-2010-fot-ela-kowalkowska
fot. Ela Kowalkowska
          Po powrocie z lasu do domu znowu ujrzeliśmy medialny las krzyży i kilkadziesiąt "prawdziwków", które zapamiętale krzyczały - hańba! Faktycznie, hańba - pomyślałem patrząc na te grzyby i zacząłem przed rodziną sławić prawdziwego prawdziwka...

prawdziwek-fot-asia-chylinska

... którego znalazłem przy leśnej drodze. Mając do wyboru lasy i prawdziwki, zdecydowanie wybieram te leśne. PS. Zaprzyjaźniona z zespołem MISTER z U.B. trójmiejska młodzież skrzyknęła się przez internet i zrobiła teledysk do piosenki "Pięknie w Sopocie". Można go zobaczyć klikając na adres: http://www.youtube.com/watch?v=h5Z206mgkzI&feature=player_embedded
11 sierpnia, 2010

Zwyczajnie, ot tak...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:20
          Niedawno pisałem o tym, że w łeb wzięły plany mojego ze Zbyszkiem Szukalskim wyjazdu na Giełdę Piosenki do Szklarskiej Poręby. Cóż, zdarza się. Przeciw kartom losu czasami lepiej swoich kart nie wykładać, więc odżałowałem, zapomniałem i już. Aż tu nagle...
          Pisząc wtedy o planach, które nie wychodzą napisałem, jak się okazało prorocze, acz banalne zdanie, że "...Szkoda, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...". I rzeczywiście. Sprawdziło się. Zamiast do Szklarskiej Poręby Zbyszek...

zbyszek-szukalski

...zabrał większość swojego zespołu do Lubawy i tam wystąpił na III Festiwalu Piosenki Innej.
          Już kiedyś, gdzieś spotkałem się z nazwą tego festiwalu, bo pamiętam, że zastanawiałem się nad inwencją twórczą organizatorów w wymyślaniu nazw dla swoich imprez. Festiwale i przeglądy piosenki z tzw.tekstem przybierają imiona: "Piosenki Prawdziwej", "Piosenki Literackiej", "Piosenki Poetyckiej", "Piosenki Artystycznej", "Poezji Śpiewanej", "Piosenki Autorskiej", "Piosenki Aktorskiej" (nota bene pierwszy festiwal tej piosenki wygrała "aktorka" Ela Adamiak, która śpiewała m.in. piosenki z moimi tekstami), "Piosenki Osobistej", czy PZPR, czyli Piaseczyński Zlot Piosenki Różnej. Można także wystąpić w "Poetycko-Muzycznej Bitwie pod Gorlicami", albo na Ogólnopolskich Spotkaniach Recytatorów i Śpiewających Poezję "Amor sprawił...".
          Zbyszek zapakował do gitarowego pokrowca nasze wspólne piosenki, z których część powstała czterdzieści lat temu, a część całkiem niedawno i wraz ze znakomitym gitarzystą ( specjalistą od gry flamenco) Robertem Słuckim i Dominiką Franiak, dziewczyną o głosie miłym, ciepłym i przyjaznym, o co dzisiaj trudno, pojechał do Lubawy, by zwyczajnie, ot tak zaśpiewać nasze piosenki inne. Z przyczyn od siebie nie zależnych, czyli tzw, innych przyczyn do Lubawy nie pojechał z zespołem Wojtek Brzyski, gitarzysta solowy.

wolny-przedzial-zbyszka-szukalskiego

          Gdy zadzwonił telefon siedziałem na leśnej polanie w pobliżu wsi Krokowa. Niemal zaniemówiłem, gdy Zbyszek poinformował mnie, że nazwał swój zespół "Wolny Przedział", wystąpił z nim i zwyciężył, a potem prócz jednej z pięciu głównych nagród, wygrał także, wraz z zespołem dla Dominiki nagrodę w postaci udziału w finale tegorocznego Festiwalu Piosenki Studenckiej. Ja wygrałem XV Festiwal Piosenki Studenckiej w Krakowie w 1978 roku i oto, po prawie trzydziestu pięciu latach za sprawą Dominiki piosenki spod mojej ręki znowu zabrzmią w Rotundzie. Zwyczajnie, ot tak.

dominika-franiak1
fot.K. Perużyńska
          Nie wiem, co Dominika wybierze dla siebie na tę okazję, ale może wśród piosenek, które w Krakowie zaśpiewa, będzie i ta - "Zwyczajnie, ot tak..."
04 sierpnia, 2010

Kowalkowski cd.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:36
Po upałach, które w naszym ogrodzie z lubością spędzałem w towarzystwie Asinych floksów wiechowatych... ogrod przyszło wreszcie ochłodzenie. Z dużą satysfakcją, co zdarza się rzadko, obserwowałem, jak nad moim domem zbierają się ciężkie chmury zapowiadające burze i ulewne deszcze. zbieraja-sie-chmury-fot-w-chylinski Przyszedł czas, by bez poczucia utraty ładnej pogody zadumać się nad złośliwością przyjaciół i znajomych. Nie minął miesiąc, jak Kochana Lucha podarowała mi swoją najnowszą książkę, o której pisałem jeden wpis wcześniej, a tu puk, puk.. i nowa niespodzianka. Krzysztof Kowalkowski, inżynier z wykształcenia, a historyk z zamiłowania... krzysiek-kowalkowski1 też chwali się nową pozycją w swoim dorobku. Ludzie - pomyślałem - co wy robicie? Przecież mój leniwy potok czasu nie może być narażony na ośmieszającą mnie górską bystrość strumienia Waszej twórczości. Od kiedy na pisanie nowych tekstów piosenek trzeba mnie uparcie namawiać, a zachęty Szczepana Szotyńskiego i Krzysia Kowalkowskiego, bym ruszył z dalszą treścią opowieści "Widłąg", na nic się zdają, to nie robi mi się zbyt komfortowo, gdy na swoje lenistwo patrzę z perspektywy dokonań innych. Szczepan także zadziwił mnie niedawno zbiorem swoich nowych, świetnych tekstów i jeszcze lepszych rysunków. rys-szczepan-szotynski Zainteresowanych odsyłam na stronę Szczepana - www.szotynski.pl A wracając do moich chmurnych, burzowo-deszczowych kompleksów, zazdrości, lenistwa i zawiści, to... Krzyś Kowalkowski, od chwili, gdy w latach dziewięćdziesiątych odnalazł w sobie piękną pasję do opisywania historii kociewskich miast i wsi, nie ustaje w pracy i wysiłku, by opisać cały swój rodzimy region. Najnowsza, dziewiąta książka z tej serii nosi tytuł: "Z dziejów gminy Kaliska oraz wsi do niej należących". Dla przeciętnego czytelnika taka monografia to może i nic wielkiego, chociaż to 600 stron, ale jak w słowie wstępnym pisze prof. Uniwersytetu Gdańskiego Józef Arno Włodarski: "...Historia „małych Ojczyzn” jest częścią historii regionalnej i tym samym wpisuje się znakomicie w dzieje Polski. Od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, wkrótce po przemianach ustrojowo-gospodarczych, w trudnym okresie transformacji można było zaobserwować trend do pisania na nowo dziejów małych miejscowości i osad, a trudu tego podejmowali się nie tylko zawodowi historycy, ale i miejscowi kronikarze, a także pasjonaci historii. Różny był oczywiście ciężar gatunkowy tych dzieł – od popularnonaukowych po profesjonalnie przygotowane monografie" i dalej "...U progu trzeciego tysiąclecia niełatwo budować we wspólnej Europie mosty między historyczną przeszłością a teraźniejszością, ale to właśnie pomorskie cnoty, takie jak gospodarność, solidność i odpowiedzialność miały wpływ na pozytywne przemiany zachodzące na terenie gminy Kaliska. Wsie należące do gminy Kaliska są postrzegane przez ich mieszkańców jako część ich mikrokosmosu, który niewątpliwie na swój sposób kochają; bowiem pokochać to znaczy także poznać i zrozumieć. Właśnie temu służy wydanie monografii, na którą już dziś jest duże społeczne zapotrzebowanie. Książki podobnie jak ludzie żyją własnym życiem – ta monografia także..." I to jest szczera prawda, że pokochać to tyle co poznać i zrozumieć. Książki Krzyśka znakomicie się do tego nadają, więc gdy zauważycie gdzieś taką księgę... kaliska_1 to zastanówcie się, czy nie warto się zakochać. Bo, gdy beztrosko jedziecie na wakacje, bądź na grzyby w Bory Tucholskie, a potem wracacie i mówicie, że jesteście zakochani w przyrodzie i pejzażu Kociewia, to albo to tylko zwykłe zauroczenie i "pierwsza miłość od pierwszego wejrzenia", którą porzucicie po pierwszej nocy, albo... czytaliście już książki Kowalkowskiego. A poza tym wszystko po staremu. Szaleńcy w Warszawie w bezsensownym uporze "bronią" krzyża, ukazując całą bezradność państwa wobec chciwego wszystkiego, a jednocześnie beztroskiego wobec państwa Kościoła i bezradność Kościoła wobec swoich oszalałych wiernych. W Sejmie nadal PISzczy mysz głupoty, która chce ryczeć jak lew, a ja coraz bardziej i bardziej popieram posła Palikota. Zdaje się, że on jeden wie, rozumie i chce zmienić coś na lepsze w tej naszej polskiej, mentalnej biedzie.
22 lipca, 2010

Co się stało?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:33
Upał, upał, upał... Chyba nikt nie pamięta takiego lata. Siedem miesięcy zimy, nagła, acz spóźniona wiosna, potem powódź i... lato. Lato, o jakim można tylko marzyć. Marzyć i cieszyć się nim, o ile ma się za plecami las, a przed sobą morze, jezioro, czy choćby staw. No, i urlop. W czasach mojej studenckiej młodości na przełomie lipca i sierpnia, przez kilka lat z rzędu, pakowałem się i wyjeżdżałem na Ogólnopolski Przegląd Studenckiej Piosenki Turystycznej do Szklarskiej Poręby. Tam, w Bazie "Pod Ponurą Małpą", w namiocie i towarzystwie przepięknych ludzi spędzałem "...trzy, może nawet cztery dni...", śpiewając i bawiąc się znakomicie. Choć poniższe zdjęcie, na którym od lewej widać: Rybę - Rybiewskiego, mnie z gitarą, Stasia Wawrykiewicza i Elę Adamiak, przedstawia inną imprezę, to pochodzi z tamtych czasów i w pełni klimat tego, o czym piszę, oddaje.

studenckie-granie-od-lewej-ryba-w-chylinski-stas-wawrykiewicz-i-ela-adamiak

Na Giełdę jeszcze raz wpadłem na początku lat dziewięćdziesiątych. Był to jednorazowy wypad w Karkonosze. Pojechałem do Szklarskiej pokazać synowi, gdzie to tata, zanim mamę poznał, śpiewająco poznawał życie. Całodobowe granie na łące przy huczącej Kamiennej rzece, Radkowi nie bardzo się podobało. Ze słuchawkami na uszach katował się hip-hopem, za nic mając występy Wolnej Grupy Bukowiny, czy Jurka Filara, z którym urocze poranki, po strudzonych, prześpiewanych i przegranych nocach, na wspomnieniach mi przechodziły.

od-lewej-wchylinski-i-jerzy-filar

Kilka "wpisów" wcześniej napisałem, że czasy Szklarskiej Poręby przypomniał mi niedawno Zbyszek Szukalski przynosząc zgrabną melodię, do której sprawiłem tekst. Piosenka, dedykowana ś.p. Markowi Ferdkowi, jest moim, cichym, choć pewnie trochę też gorzkim pytaniem do wszystkich i do nikogo, o to - "Co się stało"? Mieliśmy ze Zbyszkiem i jego zespołem pojechać w tym roku do Szklarskiej Poręby i spróbować zaśpiewać naszą nową piosenkę, która w całej swej nowości bardzo przypomina mi tamto stare, turystyczne granie. Zbyszek, człowiek niezwykle sumienny i pracowity mocno wziął się do roboty i po kilku próbach zespołu...

zespol-zbyszka-szukalskiego

...w którym miejsce Ani Szukalskiej, siostry Zbyszka śpiewającej w zespole przed laty, zajęła Dominika - przemiła farmaceutka z ładnym głosem, zaprosił mnie na robocze nagranie do małego, gdyńskiego studia. Tak mnie jakoś klimat piosenki podkręcił, że poprosiłem Zbyszka o możliwość zaśpiewania jej w duecie z Dominiką. Zaśpiewałem z biegu, jak to mówią, raz i już. Mało dbałem o poprawność i czystość nagrania. Mieliśmy wszak jeszcze nad piosenką podumać. Kto myślał wtedy o tym, że plany mają to do siebie, iż czasem szlag je trafia? Nasz plan szlag trafił, ale jest ślad po piosence, w której maczałem swoje palce i głos. Niestety, choć jestem "Szarym Łosiem", co w nomenklaturze bywalców Giełdy czyni mnie kimś w rodzaju zasłużonego dla..., to jednak na Giełdę do Bazy "Pod Ponurą Małpą" w tym roku znowu nie pojadę. Szkoda, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie wyszło z wyjazdem, ale tu i teraz możecie, Moi Drodzy Internetowi Czytelnicy, posłuchać piosenki, której na Giełdzie nie zaśpiewam. Tylko nie pytajcie - Co się stało? Zapisane dzień później: Jeżeli jest ktoś wśród czytelników tej strony, kto wybiera się w tym roku na Giełdę i podoba mu się piosenka "Co się stało?", to śmiało, może sobie ją w Szklarskiej zaśpiewać. Jedyny warunek - proszę przedtem pozdrowić giełdowiczów od Zbyszka i ode mnie. Dzięki.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY