24 paĽdziernika, 2010

Antynikotynowa piosenka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:48
Niedawno przekonałem się, że moje pisanie nie zupełnie idzie na marne. W kwietniu 2008 roku opisałem jak przed pięciu laty rzuciłem palenie. Miałem nadzieję, że moja historia przyda się komuś do rozważań, a może nawet pomoże w podjęciu decyzji. Przez ponad dwa lata nie doczekałem się jednak żadnego znaku, że kogoś swoim wpisem zachęciłem do rzucenia palenia.

papierosy_sa_do_dupy

plakat Andrzeja Pągowskiego
Tymczasem okazało się kilka dni temu, że moje wspomnie o walce z dymkiem posłużyło znajomej z Facebooka do napisania piosenki. Na tekst piosenki składają się fragmenty wspomnianego, blogowego wpisu. Muzykę stworzyła wykonawczyni, która na dodatek zaśpiewała piosenkę przed kamerą swojego komputera, bym i ja mógł posłuchać. Lidia Rolek, bo tak nazywa się kompozytorka i wykonawczyni antynikotynowej piosenki zgodziła się bym nagranie video tejże piosenki umieścił na swojej stronie. Wybaczcie słabość techniczną nagrania i tremę artystki, bo nie to jest najważniejsze w tym utworze. Wartością jest fakt, że blogowe pisanie w przesympatyczny sposób można przerobić na piosenkę i zaśpiewać ją, potwierdzając przy tej okazji, że papierosy są do dupy. Żeby nie wiem co myśleć, mówić, robić i czuć, to zawsze lepiej jest nie palić. Lepiej pisać piosenki i śpiewać je. Dzięki Lidio. Miło mi przedstawić Lidię i jej domową twórczość, której Lidia nadała tytuł - Rozmowa z Waldemarem Chylińskim. No, to pogadajmy i posłuchajmy.
16 paĽdziernika, 2010

Jesienna niespodzianka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:15
          Prawie rok temu, bo w styczniu pisałem, że nie lubię zimy. Wychłodzony zimą i stosunkami ludzkimi pisałem m.in. o problemach jakie onegdaj miałem z realizacją pewnego pomysłu na program telewizyjny. Napisałem: W latach osiemdziesiątych...zdarzało mi się pisać scenariusze różnych programów, w tym telewizyjnych. Któregoś dnia we Wrzeszczu spotkał mnie pracownik gdańskiej telewizji, redaktor Sz. - Ja widzę - rzekł - że dla Warszawy się pracuje, a o Gdańsku zapomina. Ponieważ była to oczywista propozycja, wkrótce zaniosłem na ulicę Sobótki scenariusz programu, który mógłby być zrealizowany w Gdańsku. Jednym z utworów tego pomysłu miała być sympatyczna, choć trochę gorzka, piosenka ?Każdego dnia?. Niestety, po kilku dniach redaktor Sz. oddał mi mój scenopis, wzruszył ramionami, a rozkładając ręce w geście bezradności, rzekł - To się nie nadaje. Zaraz potem ten sam scenariusz został zrealizowany w Warszawie, dla I Programu TVP.
          Zapomniałem w tamtym wpisie dodać, że po przyjściu do domu, na drugiej stronie scenariusza znalazłem ocenę mojej pracy w postaci odręcznej notatki, którą sporządził ówczesny dyrektor TVP Gdańsk. Była krótka i dosadna: "Do dupy". Redaktor Sz. powiedział mi jakiś czas później, że to "do dupy", to była ocena, jaką mi wystawił nie dyrektor ośrodka telewizji, ale jego żona, która uważała się z najlepszą tekściarkę na Wybrzeżu. Niestety, nazwiska tej pani już nie pamiętam, choć sytuację dość dobrze. Scenariusz, o którym mowa przedstawiał sześć piosenek wykonywanych w większości przez Beatę Bartelik.

beata-bartelik

          W nagraniach Beacie towarzyszył student ostatniego roku, a może już nawet wtedy prawnik, uzdolniony muzyk i wokalista - Mariusz Ejsmont. Jedna z piosenek tego programu nie poszła w zapomnienie i do dziś można ją w eterze, jak to się kiedyś mówiło, usłyszeć. Ja też o niej wielokrotnie wspominałem. Chodzi o piosenkę, którą napisałem do muzyki Kazimierza Lewandowskiego - "Sen na pogodne dni"
          Nie wspominałbym po raz kolejny, gdyby nie przypadek. Majka, znajoma z Facebooka podesłała mi link do czegoś, o czym myślałem, że nie istnieje. Moją kasetę VHS z tym czymś, dwadzieścia dwa lata temu zniszczył tanim, słodkim i lepkim winem, w szale uwielbienia dla Beaty, kolega Olaf Meler, skądinąd znakomity, acz kompletnie niespełniony kabareciarz.
Teraz, dzięki linkowi od Majki kliknąłem sobie lekko palcem na lewy klawisz myszy i zobaczyłem na YouTube oryginalny fragment tamtego programu, teledysk piosenki - "Sen na pogodne dni"
          Gdy tylko ujrzałem pierwsze obrazki swojego scenariusza, w którego realizacji brałem udział, od razu ruszyła lawina wspomnień. Jak teraz, była jesień. Była Warszawa, kolejka WKD i strasznie zaniedbany, ale z niezłym klimatem dworek w zapuszczonym parku, gdzieś zaraz za Ursynowem. Był, nieżyjący już, Krzysiek Bukowski, który reżyserował i był znakomity Andrzej Witkowski, który redagował. To Andrzej sprawił, że wszystko to mogło się stać. Pamiętam, że po skończeniu pracy nad programem byłem nadzwyczaj szczęśliwy. Piosenki były udane, obrazki śliczne, a ludzie piękni i dobrzy.
          Teraz, jak wtedy szczęście w mojej duszy rozlewało się szerokim strumieniem, aż do chwili, gdy przeczytałem, kto ten teledysk miał i umieścił na YouTubie. Umieściła go tam 15 czerwca Beata Bartelik. - A to zołza - pomyślałem - Mieszka dwie ulice dalej, widzę się z nią czasami częściej niż dalszą rodziną, a ona trzyma w ukryciu coś, o czym ja sądzę, że nie istnieje. I w tym momencie usłyszałem frazę, w której saksofon Tomka Szukalskiego zamienił się miejscem w solówce z gitarą Krzysia Jarkowskiego. - A nich tam - rzekłem cicho i puściłem sobie jeszcze raz.


10 paĽdziernika, 2010

Chwile nie do zapomnienia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:16
Są w życiu każdego człowieka chwile, których się nie zapomina. Jakiś czas temu, pod jednym z moich wpisów w "Codziennościach" swój komentarz zamieściła Adrianna Godlewska. Jak się później okazało, komentarz ten nie był tak zupełnie przypadkowy. Prócz zbliżonych poglądów na życie, mamy z Adą także wspólnych przyjaciół, do których zalicza się m.in. znakomity lekarz, artysta i dziennikarz - Marek Prusakowski. Zdarzyło mi się kiedyś, na początku lat osiemdziesiątych, być gościem w domu Adrianny Godlewskiej, do którego zaprosił mnie mistrz Wojciech Młynarski, prywatnie mąż aktorki. Życie lubi robić niespodzianki i zawarta przez internet, na nowo znajomość z Adrianną Godlewską wczoraj miała swój piękny ciąg dalszy. W ramach promocji książki "Życie, kochanie i gotowanie" Ada zawitała do Trójmiasta. Jej pierwsza książka "Jestem, po prostu jestem" narobiła, jak do mnie dotarło, sporo towarzyskiego zamieszania, ale nie miałem okazji jej czytać. Do wczoraj. ksiazki-a-godlewskiej Wczoraj w maleńkiej księgarnio-kawiarence Fikcja we Wrzeszczu odbył się wieczór autorski Adrianny Godlewskiej. wieczor-autorski-ady-godlewskiej-001 Przez to, że w Sopocie tworzą się od dawna cholerne korki, a wczoraj były jeszcze bardziej cholerne, to dotarłem do Fikcji mocno spóźniony. Mimo to udało mi się dostać obie książki i w towarzystwie licznych gości, wśród których byli też Gosia i Marek Prusakowscy, posłuchać czytanych przez Adę fragmentów najnowszego dzieła. Autorka przypomniała też wczoraj o tym, że jest również znakomitą aktorką i piosenkarką. Pięknie zaśpiewała kilka wspaniałych piosenek. Oczywiście, były to literackie "perełki", które wyszły spod pióra Wojciecha Młynarskiego. Takich wieczorów, jak wczorajszy się nie zapomina. Choć książki już miałem, to bałem się, że ulecą mi piosenki. Okazało się, że nie ulecą. Przy książce "Jestem, po prostu jestem" znalazłem płytę. Słuchałem jej przez całą powrotną drogę do domu. Dzięki tym piosenkom nastrój wczorajszego spotkania pewnie wróci do mnie jeszcze nie raz wieczor-autorski-ady-godlewskiej-002 Na koniec wieczoru Ada zaprosiła mnie do Żaka na koncert swojego syna Jasia, który także bawił wczoraj w Gdańsku. Niestety, nie mogłem skorzystać z zaproszenia. Szkoda, bo pomysł "Młynarski plays Młynarski", o którym od wiosny jest głośno, wydaje się wielce interesujący. Tym bardziej ciekawy, że wraz z Janem Młynarskim, który gra na perkusji i śpiewa piosenki swojego taty, występuje też niezwykle utalentowana piosenkarka Gaba Kulka. Liczę na to, że taka okazja się jeszcze powtórzy, choć wiem, że żadne chwile nie będą nigdy powtarzane. Wszystko na świecie trwa tylko raz. Napisałem to kiedyś w piosence "O chwilach", którą skomponowała i śpiewa do dzisiaj Ela Adamiak. Ja tę piosenkę też nagrałem, bo są chwile nie do zapomnienia. Z pewnością nie do zapomnienia będzie dla mnie także wczorajsze spotkanie z Adrianną Godlewską.
03 paĽdziernika, 2010

Zyga, Rysiek, Krzysiek, Szczepan i ja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:47
Prawie trzydzieści lat temu, u sąsiadów na imieninach poznałem budowlańca z duszą gitarzysty basowego. Mieszkałem wtedy w wieżowcu na gdańskim Przymorzu. Zyga był szwagrem solenizanta Krzysia, który mieszkał dwa piętra wyżej. Od słowa do słowa, od kieliszka do kieliszka i dowiedziałem, że poza pracą na budowie Zygę kręci muzyka - Nie ciebie jednego - pomyślałem i wyznanie zlekceważyłem. Okazało się jednak, że ta pasja, choć nienasycona, nie chodzi głodna. Zyga, gdy kończył kierownikować budowie, zaczynał grać na basówce. Grywał w różnych kapelach na Wybrzeżu. Nawet czas jakiś grał w zespole Trzy Korony, który to zespół w 1970 roku założył Krzysztof Klenczon po rozstaniu się z Czerwonymi Gitarami. krzysztof-klenczon1 Krzysztof Klenczon Zdarzają się takie piękne spotkania, na które przychodzimy rutynowo zasnuci mgłą codzienności, a wychodzimy oczarowani spotkanymi, niezwykłymi ludźmi. I świat nagle cały jest w kolorach. I świat nagle ma święto. Wychodzimy z poczuciem niedosytu i chcemy, by dopiero co zawarta znajomość trwała nadal. Tak rodzą się przyjaźnie. Solenizant też nie ukrywał, że prócz wykonywania zawodu inżyniera i urzędnika w magistracie, nosi w sobie duszę badacza dziejów - ze szczególnym uwzględnieniem historii Kociewia i Kaszub. Pisałem o nim niedawno, to Krzysztof Kowalkowski. Wracając do Zygi. Zadzwonił do mnie kilka dni temu i powiedział, że z Australii przyjeżdża Grzegorz Andrian, kumpel z Trzech Koron. Mają kręcić film o Klenczonie, więc będzie też gitarzysta Grzegorz Łapa Nogowski. - Przy tej okazji - powiedział - chcemy razem coś sobie muzycznie przypomnieć i pokombinować. od-lewej-grzegorz-nogowski-i-zygmunt-staruszkiewicz na zdjęciu od lewej:Grzegorz Łapa Nogowski i Zygmunt Staruszkiewicz Szukał starych nagrań i pytał, czy mógłbym pomóc. Przekazałem jego prośbę Piotrkowi Janosikowi Jagielskiemu, który pracuje w radio, z nadzieją, że może on coś znajdzie. W tym czasie zespół, do którego dołączył syn Zygi, Kuba Staruszkiewicz - jeden z najlepszych dzisiaj w Polsce perkusistów - z nostalgią i pietyzmem odkurzał w pamięci i na próbach stare kawałki. trzy-korony-po-latach-na-perkusji-kuba-syn-zygmunta-staruszkiewicza1 na zdjęciu od lewej: Kuba Staruszkiewicz, Grzegorz Andrian i Zygmunt Staruszkiewicz Wielkie było moje zdziwienie, gdy Janosik po kilku dniach poszukiwań znalazł coś, czego nie szukał, a mianowicie zapomnianą przez wszystkich piosenkę, do której napisałem tekst, muzykę zaś wymyślił Waldek Wiśniewski, klawiszowiec z Naszej Basi Kochanej. Tę piosenkę zaśpiewał i nagrał Zyga. Wczoraj po południu, sto metrów od wieżowca, w którym kiedyś mieszkałem, w dawnym osiedlowym Samie, zamienionym na piękną kręgielnię i restaurację Soprano, odbyła się uroczystość 60. urodzin Krzysztofa Kowalkowskiego i 35. rocznica, jego z Elą, szczęśliwego pożycia małżeńskiego. solenizanci-ela-i-krzysztof-kowalkowscy-1 W restauracji Soprano prócz budowlańca Zygi, który gra na basie i wielu gości z rodziny solenizantów - Eli i Krzysia, był wczoraj także Rysiek Krawczyk. Rysiek jest dzisiaj współwłaścicielem dużej, gdańskiej kancelarii prawnej. Nie widziałem go lata całe, a on przecież też mieszkał i balował kiedyś z nami we wspomnianym wieżowcu na Przymorzu. Nie zapomniałem o tym, bo Rysiek, tak jak i reszta, po pracy ma swoją "jazdę". Wieczorem, zamiast szlafroka wyciąga z szafy pięknego Gibsona i daje sobie coś pod palce z Nalepy, czy Hendrixa. I był wczoraj z nami też mistrz i przyjaciel nas wszystkich- Szczepan Szotyński. Urzekł mnie opowieścią o estetyce wnętrz. Szczepan, gdy odrywa się od architektury, zaczyna pisać wiersze i krótkie traktaty literackie. Czyni to, często nie przerywając malowania, które również jest pożywieniem dla jego duszy. Żal było wychodzić, tym bardziej, że rzadko spotykamy się wraz z żonami. A co z piosenką? Piosenka powstała w 1989 roku, w czasie, gdy Polacy zaczęli uparcie i od podstaw budować kapitalizm. Wśród łóżek polowych, udających sklepy i otwartych bagażników, udających hurtownie, kręcili się panowie zwani cinkciarzami. W nowej sytuacji oni pierwsi potrafili się odnaleźć. Najpierw zakładali kantory wymiany walut, a potem prawdziwe hurtownie, fabryki i stacje telewizyjne. Nasza zapomniana piosenka opowiada o tamtych, pionierskich czasach i oczywiście nosi tytuł - "Kantor Wymiany" Kiedyś różne rzeczy się robiło. Takie, związane ze swoim czasem piosenki też, choć, czy dzisiaj już nie ma cwaniaków...?
26 września, 2010

Wrzesień uniesień

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:05
          Uniesienia są wspaniałą formą stanów psychicznych, dzięki którym, i wraz z którymi możemy czuć się szczęśliwi. Unosimy się w duszy całą swoją osobą i lekko, lekko, leciuteńko odpływamy od złych słów, krzywych spojrzeń, ostrych gestów. Unosimy się nad byle czym, nad byle kim i byle jakim. Odpływamy w przestrzeń przyjazną, spokojną i miłą.
Skończyło się lato, kończy się wrzesień i tylko patrzeć, jak zaczniemy kichać do wtóru siąpiącego, coraz bardziej marznącego deszczu. W naszej rodzinie przełom lata i jesieni, to czas uniesień. Najczęściej miłych. Wrzesień, to czas imienin mojego syna, czas moich urodzin, czas urodzin mojej Mamy i rocznica ślubu. Wszystko to we wrześniu. 31 lat temu, nie za górami, nie za lasami, ale całkiem blisko miejsca, w którym piszę te słowa, dwoje zaskoczonych, ale bardzo w sobie zakochanych ludzi, nie mając grosza przy duszy, za to mając nadzieję i marne widoki na przyszłość, postanowiło 22 września złożyć sobie ślub. Chodziło w nim o to, by oboje wyznali przed urzędnikiem, a potem przed Bogiem, że są świadomi tego, co robią, i że nie opuszczą się, aż do śmierci. Różnie dzisiaj na tę świadomość można patrzeć, ale w nieopuszczaniu się i zakochaniu trwają.

slub-22-ix-1979r-gdynia

Panną Młodą tamtego dnia była Asia, a ja byłem jej wybrańcem. Po roku nasza rodzinka wyglądała już tak:

rok-pozniej

          Urodziny, niestety coraz częściej zaczynają się od przykrej konstatacji, że czas szybko leci. Radzę sobie z tym tak, że wbijam między swoje myśli i tę, iż czas i jego pomiar, to wymysł człowieka, a człowiek niekoniecznie zawsze ma rację. Ot, takie samooszukiwanie się. Imieniny natomiast, których w rodzinie mojego ojca w ogóle się nie obchodziło, to trochę takie dziwne święto. Związane z imieniem patrona, dość przypadkowo przypisywane jest solenizantowi. Moja Mama chciała dać mi na imię Rysiek, ale Tata, podpiwszy sobie przed pójściem do Urzędu, zamiast żony, posłuchał jej siostry, która właśnie wylewała łzy nad "Trędowatą" i za jej radą kazał w rubryce imię syna zapisać:Waldemar. Nie lubię tego imienia, choć mam świadomość, że ten przypadek i tak obszedł się ze mną łaskawie. Mój szalony dziadek swego syna, a mego wuja, ochrzcił imieniem Alfons, wprawiając w konfuzję i kłopoty dwa następne pokolenia spadkobierców swojego nazwiska.
          Tak więc zgodnie z pomorską tradycją nikt moich imienin nie obchodził, aż do czasu, gdy podrosłem. Mając dziesięć lat zacząłem domagać się tych obchodów. Czego to człowiek nie zrobi, by się jeszcze raz w roku wyróżnić i wzbogacić na prezentach? Od tamtej pory, choć skromnie, obchodzimy wszystko, co się da i o czym sobie przypomnimy. Wrzesień jest więc u nas miesiącem pocałunków i podarunków. We wrześniu bardziej, niż w innych miesiącach roku, jesteśmy dla siebie milsi i przyjemniejsi. A, że jesień jest także porą ukochanych przez moją rodzinę wypadów do lasu po grzyby, to...

bory-tucholskie-1

Kaszuby i Kociewie czekają. Niewielkim nakładem czasu i drogi możemy się bardzo szybko w Borach Tucholskich i kaszubskich kniejach szczęśliwie unosić nad szczodrobliwością przyrody. Po jakimś czasie, pogodnie zmęczeni, przysiadamy na zydlach i podziwiamy prezenty, jakie nam las zgotował.

grzybobranie-2010

Gdy obrodzi w grzyby, nasze uniesienia w leśnych ostępach nie mają końca. I nawet strach przed sromotnikiem przy zbieraniu kani nie jest w stanie nam tego uniesienia zepsuć.

grzybobranie-2010-kanie

          Uniesienia jednak nie zawsze wiodą nas do nieba. Czasami wręcz odwrotnie. Na wieść o czymś, lub o kimś unosi nas w przeciwną stronę, do piekła. Mnie, mimo tych wszystkich pięknych rodzinnych uniesień, uniosło we wrześniu też zło. Zostawmy szczegóły, może kiedyś o tym napiszę. Teraz wiem tyle, że przez Złego uniosłem się w złych myślach, by po raz kolejny w swym życiu ze zdumieniem odkryć fakt, iż wykonywany przez kogoś zawód, to często jest kompletny zawód. Zawiodłem się. Na szczęście łatwo wytrącam się z takich uniesień przechodząc w stan codziennych złudzeń, a stamtąd już blisko do uniesień szczęśliwych. Ech, ten wrzesień.
19 września, 2010

Smak w Sopocie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:29
Dzieckiem będąc jeździłem z rodzicami "do Sopot" na spacery i do Włocha na lody. W Sopocie w latach osiemdziesiątych pracowałem jakiś czas w Bałtyckiej Agencji Artystycznej. Randki z dziewczynami, z którymi umawiałem się w Sopocie zawsze wychodziły i były udane. Jedno, co mi się nie wyszło, a bardzo kiedyś chciałem, to nie udało mi się zamieszkać w Sopocie. Rekompensuję sobie tę stratę tym, że dwa razy dziennie przez Sopot przejeżdżam, jadąc do pracy i z pracy. Z tej racji czuję się prawie jak sopocianin i kiedy wybieram się na spacer, to po Sopocie chodzę, jak po swoim. sopocka-latarnia Lubię Sopot. Od lat podziwiam zmiany i rosnącą urodę tego miasta. Interesuję się Sopotem tym bardziej, że w ekipie, która te zmiany spowodowała był mój przyjaciel - Wojtek Fułek. Był, bo za odwagę, przyzwoitość i uczciwość stracił pracę i już nie jest. Jako wiceprezydent, wraz z Jackiem Karnowskim tworzył bardzo zgrany zespół, który dobrze rządził miastem. Nic też dziwnego, że gdy Karnowski popadł w kłopoty i ogłosił, że w kolejnych wyborach nie weźmie udziału, to Wojtek zaczął rozważać swoją kandydaturę na prezydenta miasta. Kto nie chciałby kontynuować pracy, która jest pasją i przyjemnością? Jak wielu, tak i ja nie bardzo wierzę w prokuratorskie zarzuty stawiane Karnowskiemu. Moim zdaniem oskarżenie jest cienkie, jak bibułka w chińskim latawcu i wydumane, jak wiersz grafomana. Ubolewać tylko można, że Karnowski nie zna się na ludziach, skoro zadawał się z takim typem, jak ten Julke. Towarzystwo, w którym się człowiek obraca, to może nawet nie tyle kwestia wiedzy, przyzwoitości, czy kultury, to kwestia smaku. Niestety, tego smaku Karnowskiemu zabrakło. Może ten brak sprawił, że - jak głosi plotka - Karnowski z Fułkiem świetnie współpracowali, ale wielkimi przyjaciółmi nie byli. Karnowski z pewnością zasługuje na pomnik w Sopocie, ale czy na kolejną kadencję? Myślę, że człowiek, który nie waży swoich słów i obietnic, który wykorzystuje katastrofę smoleńską, by łamać zasady, nie powinien pchać się na afisz. To może nie tyle kwestia prawa, co kwestia smaku. Z niesmakiem obserwowałem niedawne manewry Platformy Obywatelskiej nad takim nieudzieleniem poparcia Karnowskiemu, by jak najbardziej to poparcie zapewnić. Nie przypuszczałem, że lubiany przeze mnie premier potrafi w jednym zdaniu jednocześnie chwalić zasady i negować je. Czymże była mowa Donalda Tuska o odmowie poparcia PO dla Karnowskiego z jednoczesnym zapewnieniem o dobrych i ciepłych uczuciach, jakie będzie miał premier dla tegoż Karnowskiego w dniu wyborów? To nie tylko obłuda, to kompletny brak smaku. Myślę że ten pogięty taniec Nowaka z Tuskiem na sopockim parkiecie będzie miał skutek odwrotny do zamierzonego. Będzie tak, jak w jakimś wywiadzie powiedział Wojtek - Karnowskiemu to nie pomoże, a Platformie zaszkodzi. Wspieram Fułka i trzymam za niego kciuki. Niewiele poza tym mogę, ale napisałem dla Sopotu piosenkę i wstąpiłem do Wojtkowego ruchu - "Kocham Sopot". Wszystkich przyjaciół, jakich mam w Sopocie będę namawiał, by na Wojtka głosowali. Warto, bo ten facet ma to coś, czego inni nie mają. malgosia-i-wojtek-fulkowie-fot-bartkowiak fot. Bartkowiak Prócz pięknej żony, zgranej rodziny, miłości do Sopotu i niezwykłej osobowości, posiada Wojtek dobry smak. A to, choć w życiu bywa takie ważne, jak się okazuje niezbyt jest powszechne.
11 września, 2010

Szczęście niepojęte

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:07
Co jakiś czas łapię się na tym, że na widok kogoś, kto odwiedza mój dom krzyczę - O szczęście niepojęte! Zwrot ten został mi jeszcze z czasów, gdy jako nieopierzone chłopię biegałem na ul. Czarną we Wrzeszczu do kościoła na religię. Tam w formie śpiewanej wryto mi w pamięć strofę "... O szczęście niepojęte, Bóg sam odwiedza mnie...". Jak się dołoży do tego mądrość ludową, że "Gość w dom, Bóg w dom", to mój okrzyk na powitanie jest całkiem wytłumaczalny i na miejscu. Czyżby? Niepojęte, to niezrozumiałe, nie dające się ogarnąć ani rozumem, ani uczuciami, ani żadnymi zmysłami, jakimi człowiek dysponuje. Skoro tak, to o jakim szczęściu mowa? Czyżby istniało szczęście, które się czuje nie czując? Rozum mi podpowiada, że takiego szczęścia nie ma, a wspomnienia z Pierwszej Komunii jakoś nie chcą się z tym pogodzić - w końcu dostałem zegarek. Nie było to szczęście niepojęte, bo Andrzej Lewandowski dostał wyścigówkę, ale zegarek to też coś. Od tamtej pory mogłem się już starzeć i jeśli wierzyć księdzu, zbliżać się do Boga. I pomyśleć - dzięki głupiemu, ruskiemu zegarkowi nieskończoność i nieśmiertelność zaczęły w głowie trzecioklasisty znaczyć jedno i to samo, stając się zarazem osią problemu, który sprowadzić można do prostego pytania - co ja tu robię, po co i co dalej? Ciekawe jakie pytania zadawał sobie Andrzej patrząc na rower? Tak, więc szczęście niepojęte w praktyce nie istnieje i, co tu gadać, oszukuję każdego gościa, choć autentycznie cieszę się na jego widok, o ile jest to gość zapowiedziany. Gdy na przykład widzę Karola Maciejewskiego... karol-maciejewski-fot-roza-lincer to moje szczęście jest jednak pojęte, choć ogromne. Być może byłoby niepojęte, gdybym go nie widział i z tego powodu się cieszył, ale wtedy należałoby mnie odstawić na badania do psychiatry. I w ten sposób doszedłem do tego, o co mi od samego początku chodziło. Według mnie ten, kto czuje szczęście niepojęte, to albo ma zepsuty zegarek, albo nigdy nie jeździł na wyścigówce, albo nie zna nikogo takiego, jak Karol i nie może go do siebie zaprosić. Bo gdy Karol w dom, to... Tu mógłbym zakończyć swoje dywagacje, lecz wczoraj, gdy siedziałem przed telewizorem, medialnie i niezapowiedzianie odwiedził mnie Jarosław Kaczyński. Już chciałem krzyknąć - O szczęście..., ale przypomniałem sobie o ułomności dalszego ciągu tego okrzyku. Jednak im dłużej patrzyłem na obrazki sprzed krzyża na Krakowskim Przedmieściu i z jakiegoś zlotu wyznawców Jarosława, uświadamiałem sobie coraz bardziej, że... obroncy-krzyza-przed-palacem-prezydenckim-fot-robert-kowalewski-agencja-gazeta szczęście niepojęte chyba jednak istnieje. Myśli, oczy i ręce zwrócone w kierunku Guru... PIS POD PAŁACEM PREZYDENCKIM świadczyły o tym, że rację miała siostra zakonna, gdy mówiła mi przed pierwszą spowiedzią, że jak się wyspowiadam, to poczuję takie szczęście niepojęte, że z kościoła do domu, około 2 kilometrów, będę biegł szybciej niż zwykle i wcale się nie zasapię. Biegłem, by to sprawdzić i nie tylko się zasapałem, ale na dodatek spociłem. Wtedy brak odczuwania w sobie szczęścia niepojętego zwaliłem na kiepską pamięć i zapomnienie przy spowiedzi jakiegoś grzechu, ale teraz nic mnie nie tłumaczy. Gdy widzę w oczach tłumu przy Kaczyńskim, to co widzę, to oczywistym jest, że istnieje coś takiego, jak szczęście niepojęte. Wie to, po spowiedzi u Kaczyńskiego, również posłanka Elżbieta Jakubiak, która ze szczęścia niepojętego wprost zaniemówiła. Tak, więc moja teoria w całości bierze w łeb. Wystarczy, że w Warszawie zbierze się grupa starszych pań, które chyba nie mają kochających rodzin, mężów, dzieci, wnuków, za to mają dużo czasu i jeszcze więcej strachu przed życiowym rozliczeniem i tym, co nieuniknione..., przewodnia-sila-narodu a już wszędzie dookoła zaczyna unosić się narodowo-kościelno-pisowskie szczęście. Szczęście to niepojęte.... O, Jezu wspomóż łaską.
04 września, 2010

Jesień?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:07
Gdy prezes Kaczyński na rocznicowym zjeździe Solidarności w Gdyni przekracza kolejny próg politycznego obłędu, a honoru narodu i historycznej prawdy broni kobieta - Henryka Krzywonos, ja, wbrew logice, uparcie trzymam się myśli, że wszystko jest w porządku. Że odgórne ułożenie rzeczy i spraw pozostaje zachowane. Że to, iż przyszło dzisiaj ochłodzenie, to zwykła kolej rzeczy, a nie kolejna anomalia. Prostym rymem się przekonuję - przyszedł wrzesień przywlókł jesień Jeszcze niedawno, bo wiosną, park przy pałacu Kurczaka wyglądał tak: staw-w-parku-ii A lada dzień wyglądał będzie tak: staw-w-parku-i I nic się na to nie poradzi. Żaden syty Głódź na biskupim tronie chcący swoim wiernym zabrać rozsądek, a mieszkańcom Trójmiasta część oliwskiego parku, żaden Śniadek przekonujący Polaków, że stoi na czele apolitycznej organizacji, żaden Macierewicz z oczami trąconymi szaleństwem i tezą o morderstwie pod Smoleńskiem, i żaden inny zaczadzony mistyk, wieszcz, czy nawet lewitujący w oparach absurdu dyrektor Radia Maryja nie zatrzyma upływu czasu i nie wmówi mi, że jesień nie stoi u drzwi. A skoro stoi, to jestem przygotowany. drzewo-na-zime Z zaostrzoną siekierą przymierzam się do pieńków zgromadzonych za domem. Gdyby tak móc, jak te pieńki porąbać i spalić też naszą powszednią i świąteczną głupotę, małość, podłość i zawiść... Jeszcze nie czuć zapachu dymu z kaszubskich kartoflisk. Jeszcze z drzew liści deszcz na ziemię nie opadł, nie spłynął. Jeszcze chłód na dobre nie przeciągnął mnie po plecach, a już, coraz częściej zerkam w kierunku naszego uśpionego, zimnego kominka, którego, niczym Cerber Styksu, strzeże Haczyk, zwany też czasami Heńkiem. haczyk-czeka-na-jesien1 I tylko patrzeć, jak przy ogniu przytulę się do Asi, a gdyby smutna czegoś była, to jej wymruczę coś o dwóch kotach. I dalej mi wtedy od domowego ogniska polityczni szaleńcy, frustraci i zbawiciele narodu! Może już dzisiaj rozpalić? Zimno idzie po nogach i politycy jakoś nisko latają. Jesień?
29 sierpnia, 2010

Hel

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:53
          Rano wypłynąć, wieczorem wrócić... Latem to frajda.

morze

          Każde miejsce ma swój niepowtarzalny klimat. Umieć wczuć się w klimat miejsca jest rzeczą nie tylko przyjemną, ale wysoce pożądaną. To trochę tak, jak znać się na ludziach i intuicyjnie wyczuwać ich charakter, osobowość, intencje i zamiary. \
Niedawno w knajpce przy plaży spotkałem się ze znajomym. W trakcie rozmowy o innym, wspólnym znajomym przyszło mi do głowy, że ludzie dzielą się na tych, którzy siedząc nad morzem zastanawiają się nad tym  kim sami są wobec bezkresu i nieskończoności i na tych, którzy pytają - po jaką cholerę komuś tyle tej wody, a jednocześnie ogarniając horyzont kombinują, jak i za ile można by to kupić.
Znajomy siedząc tyłem do morza interesował się moimi sprawami, które w tamtym momencie wcale mnie nie obchodziły. Gapiąc się na morze za jego plecami bardziej niż rozmową zainteresowany byłem kawowym zapachem przedwieczornej bryzy, a obgadywany znajomy pewnie gdzieś tam kupował Giewont. Tak, czy inaczej wszyscy byliśmy nieobecni. Obecny był tylko klimat.

wydmy-fot-wchylinski

Więc... Rano wypłynąć i odwiedzić Hel, zjeść tam obiad, a wieczorem na powrót zawinąć do portu w Gdyni, to frajda, o ile potrafi się łowić niepowtarzalne klimaty i trafi na przyzwoitego kucharza. Bardzo dawno temu Hel wyglądał tak:

hel-najdawniej

W latach trzydziestych ubiegłego wieku tak:

hel-dawniej

W ubiegłym tygodniu, mniej więcej to samo miejsce w Helu wyglądało tak:

tonacy-w-straganach-i-tandecie-hel-2010-fpt-wchylinski

i tak:

ulwiejska-hel

i tak:

hel

          Po krótkim spacerze deptakiem, czyli ulicą Wiejską, w dobrej z pozoru, a tak naprawdę marnej knajpce zjedliśmy mało atrakcyjny obiad i otoczeni "niepowtarzalnym", tandetnym, chińskim klimatem sławnej, polskiej, nadmorskiej miejscowości, powróciliśmy do domu. Miejsca i ludzie tracą klimat lub go zyskują w zależności od okoliczności i tematu. Zastanawiam się do dzisiaj, czy warto latem płynąć na Hel?
21 sierpnia, 2010

Nieobiektywnie z obiektywem w Gdyni i Orłowie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:42
          Gdy zakładałem tę stronę w internecie, chodziło o to, by zebrać razem do kupy to, co mi się zachowało w szpargałach i zakurzonych pudłach. Dość szybko zorientowałem się, że samo zgromadzenie starych zdjęć, nagrań i tekstów nie wystarczy. Należało jeszcze zrobić coś z pamięcią i kronikarską chęcią utrwalania tego, co się wydarzyło kiedyś i wydarza teraz. Zacząłem na swojej stronie prowadzić blog. Wszak skoro żyję - pomyślałem - to tym doświadczeniem należy się dzielić z innymi, również przez życie doświadczanymi. Jednak samo słowo pisane mi nie wystarczało. Postanowiłem to, o czym piszę ilustrować zdjęciami. Nie zajmując się nigdy fotografią i nie mając o niej najmniejszego pojęcia, dość szybko odkryłem, że pstrykanie zdjęć sprawia mi dużą przyjemność. Onegdaj pisałem o swoim spotkaniu z fotografikiem, dziennikarzem, znawcą historii Gdyni i wielkim jej orędownikiem, a także prezesem Towarzystwa Przyjaciół Orłowa - Sławkiem Kitowskim. Wśród wielu spraw, o których rozmawialiśmy była i ta, która dotyczyła mojego stosunku do Gdyni.

gdynia-skwer-kosciuszki-fot-wchylinski

          Chodziło wtedy o to, że ja, choć od dziesiątków lat związany jestem z Gdynią zamieszkaniem i rodziną, wciąż czuję się gdańszczaninem. Jedynie Orłowo jest mi bliskie i budzi żywe uczucia. Sławek rzekł na to, że mało Gdynię lubię, bo jej nie znam.
- Poruszasz się - powiedział - na trasie między Orłowem, a Gdańskiem, to skąd masz Gdynię znać? Weź aparat, przejdź się po centrum, po Skwerze Kościuszki, zajrzyj do portu, wdrap się na Kamienną Górę, zrób parę zdjęć, a kiedy popatrzysz na Gdynię przez obiektyw, to ujrzysz ją bardzo przyjazną, ładną i ciekawą.

redlowski-brzeg-w-gdyni-fot-w-chylinski

Faktycznie - przyznałem mu rację - mieszkając na granicy z Sopotem, pracuję w Gdańsku. Będąc obywatelem Trójmiasta i trójmieszczaninem z krwi i kości, z trzech miast tworzących jedno, najmniej zdjęć mam z Gdyni.
Od tamtej rozmowy minęły dwa lata. Pamiętając o recepcie Sławka, zacząłem dbać o to, by w Gdyni mieć przy sobie aparat. I rzeczywiście, patrząc przez obiektyw widzi człowiek to, co normalnie mu umyka. Fotografując miasto można się w Gdyni równie szybko zakochać, jak w Gdańsku, czy Sopocie. "Łapiąc" ujęcia łatwiej dać się oczarować. Pstrykając poniższe zdjęcie chciałem uwiecznić Sea Tower, a dopiero w domu, przy komputerze zorientowałem się, że przy tym jednym "pstryku" nałożyły się na siebie dwa symbole Gdyni - stary i nowy.

gdynia-symbole-fot-w-chylinski

A jak uroczo wygląda podróbka historii, której w tym miejscu nigdy nie było, która tutaj się nigdy nie wydarzyła...

gdynia-atrakcje-fot-w-chylinski

Czyż nie piękny jest też taki widok...

dar-mlodziezy-fot-w-chylinski

I tak powoli, dzięki Sławkowi Kitowskiemu stałem się także fanem Gdyni. Ponieważ ani na moment nie odkochałem się w Orłowie, to przeczytawszy dwa tygodnie temu w Gazecie Wyborczej, w dodatku Moja Gdynia artykuł Sławka pt. "W Orłowie i Kolibkach nie wszystko gra", postanowiłem poprzeć go niemal w całej rozciągłości. Moje wsparcie ukazało się dzisiaj, w tej samej gazecie pt. "O Orłowo trzeba zadbać". Ponieważ redakcja gazety materiał mój zilustrowała zdjęciem z plażowego spektaklu "Zorba", które niewiele mówi o istocie sprawy, to ja pokażę inną część tego, o czym pisałem. Urocze wejście na Promenadę Królowej Marysieńki wyglądało dzisiaj rano bardzo korzystnie. Przewiewnym ciepłem zachęcało do relaksu i spaceru. Z zaproszenia skorzystałem.

promenada-krolowej-marysienki

Po kilku krokach spotykałem ks.Zawackiego, z którym można się było poklepać lub sfotografować.

orlowo-kszawacki-fot-waldemar-chylinski

Założę się, że turyści, którzy z pomnikiem robią sobie zdjęcia, już po powrocie do domu nie pamiętają czyj to pomnik. Nie lepiej takie miejsca pozostawiać alejkom, drzewom , ptakom, krzewom , trawie i spacerom?

planty-w-orlowie-fot-waldemar-chylinski

Stało się. Choć według mnie park na pomniku nie zyskał, to mam nadzieję, że może i nie stracił, a ja się przyzwyczaję. Szkoda tylko, że nie zauważyłem nigdzie, by przed upamiętnieniem postaci ks.Zawackiego w ten sposób i w tym miejscu, ktoś próbował publicznie na ten temat dyskutować. Sobiepaństwo? Układ? Moja nieuwaga? Chcąc zachować ideę tego bloga - nie zapominając o teraźniejszości pamiętać o przeszłości, ze starego pudła wygrzebałem zdjęcie orłowskich plant, czy jak kto woli - Promenady Królowej Marysieńki, sprzed czterdziestu lat.

orlowo-planty-poczatek-lat-siedemdziesiatych

Ależ ten świat się zmienia. A czas jak leci?
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY