28 listopada, 2010

Owoc tworzenia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:49
          W Gdyni spadł pierwszy śnieg. Choć ulegam urodzie i zmienności pór roku, to daruję sobie dzisiaj fotkę z widokiem zaśnieżonych dachów sąsiednich domów. Pewnie wielu blogowiczów takie fakty ilustruje gustownymi ujęciami śnieżnego puchu, ale ja nie muszę. Korci mnie natomiast, by podzielić się odkryciem ślicznego zdjęcia syna mojego znajomego, Zeusa Pierwszego, które znalazłem na jego profilu, na Facebooku.

syn-zeusa-pierwszego fot. Zeus Pierwszy
          Mam nadzieję, że każda twórczość człowieka przynosić będzie tak piękne owoce. Zainteresowanych powiadamiam też, że mój recital w Caffe Anioł w Gdyni się odbył. Dzięki niemu dowiedziałem się, po latach, że wciąż lubię śpiewać swoje piosenki. Wszystkim, którzy byli, a szczególnie Basi, która specjalnie na ten koncert przyjechała z Warszawy, serdecznie dziękuję.

20 listopada, 2010

Prezes nie dojechał.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:18
         Byliśmy na zabawie w zaprzyjaźnionej szkole żeńskiej, bo handlowej. My byliśmy ze szkoły męskiej, bo z Technikum Budowy Okrętów. Był początek lat siedemdziesiątych. Hendrix był królem, Black Sabbath, Deep Purple, Jethro Tull i Led Zeppelin szalały w radio Luxembourg i... w sali gimnastycznej zaprzyjaźnionej szkoły. Podrygiwaliśmy w takt muzyki, puszczanej z płyt przemycanych przez marynarzy, mierząc wzrokiem co ładniejsze koleżanki, gdy nagle Manson, czyli kolega Henryk C., postanowił pokazać, że mimo conradinowskiego munduru, w głębi duszy jest absolutnym hipisem, dzieckiem-kwiatem i pacyfistą. Rzucił się na ziemię i w dziwnych konwulsjach tarzał swój kadłub i członki po parkiecie, potrząsając do rytmu głową. Chyba tylko my rozumieliśmy mowę jego ciała i nikt poza nami, bo nagle zapaliło się światło i dyrektor zaprzyjaźnionej szkoły brutalnie wyprowadził Mansona poza jej mury, inaczej mówiąc wyrzucił go na zbity pysk. W geście solidarności i oburzenia również opuściliśmy zaprzyjaźnioną, żeńską szkołę średnią, która przestała być zaprzyjaźniona.

moja-klasa-w-conradinum

Nauczycielka, która jako opiekun, w zastępstwie naszej wychowawczyni, była na tej zabawie z nami, następnego dnia w Dzienniku umieściła uwagę, że uczeń Henryk C. upił się na zabawie. Gdy z chorobowego do pracy wróciła nasza wychowawczyni i przeczytała wspomnianą uwagę, wbiła oczy w kurczącego się w ławce Mansona i wyglądała tak, jakby chciała go zamordować. W tym momencie siedzący w ostatnim rzędzie Gomuła, zwany czasami Mułem, podniósł rękę. - Tak Michał - spytała profesor Zofia R. - czy chciałbyś coś wyjaśnić? - Chciałem tylko powiedzieć, pani psor, że to nieprawda. -Tak? - zaciekawiła się Zofia R. i wyraźnie było widać, jak na jej wzburzone, niczym sztormowe morze oblicze wpływa okręt nadziei, który na swych żaglach niesie wieść, że to jakaś pomyłka, że to nie możliwe, by w jej klasie, ktoś mógł się tak skandalicznie zachować na zabawie. - Mów Michale - rzekła, czekając na dobre wiadomości - Powiedz, że to nieprawda. - To nieprawda, pani psor, Manson nie upił się na zabawie, on upił się przed zabawą, a na zabawę przyszedł już kompletnie pijany.
           Tak jak wtedy, tak i teraz uśmialiśmy się z tej historii do łez, gdy na kameralnym spotkaniu dawnych kumpli z Conradinum, przed kilkoma dniami wspominaliśmy stare czasy. Patrząc na zdjęcie można by sądzić, że to było zwyczajne spotkanie paru znajomych. Może przyjaciół?

spotkanie-vd-tbo
fot. Zbyszek Szefka
Ot, przysiedli przy stole, zjedli kanapki, napili się wódki, pogadali o starych i nowych czasach, ważnych i nieważnych sprawach. I w samej istocie rzeczy było to spotkanie starych, dobrych przyjaciół. Był Piękny Lolo, był Szarik, był Męska, był Lutek, był Maniek, byli też:Szefka, Pragert i Detlaff, którzy dzięki niepospolitości swoich nazwisk, przezwisk się nie dorobili, był Galuś i ja, Chyła. Nie było Prezesa Płaczka, który z Wielkopolski pisał ostatnio, że dzięki mojemu blogowi może częściej odwiedzać rodzinne strony w Orłowie. Nie było Koczisa, nie było Szczechuli, nie było Trampka i nie było Hansa i Jarzyny. Nie było jeszcze kilku innych kolegów. Szkoda. Wieczór udał się nam nadzwyczajnie, bo nad naszym spotkaniem przez cały czas fruwał piękny anioł dobrego, jak dotąd, losu.

szarik-i-maniek
fot. Zbyszek Szefka
           Poznaliśmy się, będąc jeszcze dziećmi, bo co to jest mieć piętnaście lat. Na pięć lat związała nas szkolna ława i klasa Vd - rocznik 1968- 1973. Gdy zdawaliśmy maturę i egzaminy zawodowe byliśmy już facetami, jak się patrzy. Przed nami rozciągało się bezbrzeżne, zdawać by się mogło, pole życia, za nami zostawała młodzieńczość, a my ubrani w nadzieję i wyposażeni w bezinteresowne przyjaźnie kolegów ruszyliśmy na podbój życia i... niewieścich serc. Jakież to wszystko wydawało się proste, jasne i przyjemne. Minęły lata...

od-lewej-lutek-piekny-lolo-i-meska
fot. Zbyszek Szefka
           W sopockiej kawiarni z satysfakcją stwierdziliśmy, że los był dla nas łaskawy. Mamy dobre rodziny, domy, stanowiska, firmy i jeszcze, jako takie zdrowie. By szczęścia nie było za mało, to mamy jeszcze, od czasu do czasu, siebie i takie wieczory jak ten ostatni. Chłopaki poprosili bym coś zagrał i zaśpiewał. Nie byłem przygotowany, więc się trochę opierałem i wtedy przysiadł się do mnie Detlaff, który w Jastarni jest jednym z najlepszych szyprów.

pragert-chyla-i-detlaff
fot. Zbyszek Szefka
- Wiesz, słyszałem w radio, jak twoje piosenki puszczali. Ty mi powiedz - zaczął - Czy ty, tak w domu, to jeszcze bierzesz czasami gitarkę i pośpiewasz sobie trochę? Ot tak, dla siebie, nie dla pieniędzy? - Bo ja wiem - zacząłem się zastanawiać i zrobiło mi się głupio- chyba już nie. - No, to dobrze, bo to jak u mnie. Wiesz, mnie ryby też już całkiem obrzydły - rzekł zadowolony Kazimierz i wychylił strzemiennego, gdyż właśnie zajechała po niego żona. Zrobiło się późno, a do Jastarni daleko. Przyjaźń, szczególnie ta rzadka, bezinteresowna, taka, która służy pomocą, nie oczekując rewanżu, to w dzisiejszych czasach rzecz nieczęsta.
Zaśpiewałem kolegom kilka swoich piosenek i na następnym spotkaniu zaśpiewam znowu. Może Prezes dojedzie? Nim to jednak nastąpi posłuchajcie, jak stary, dobry przebój o przyjaźni - You've got a friend - Jamesa Taylora & Carole King śpiewa Beata Bartelik, która przysłała mi to nagranie dopiero co, jako prezent bez okazji...

beata-bartelik-na-scenie
fot z archiwum B.B.

...za to w imię przyjaźni. Za przyzwoleniem artystki przekazuję go Wam. W imię przyjaźni. Wystarczy zawołać, jak śpiewa Beata, by się dowiedzieć, że się ma przyjaciela.



Do zawołania, do zobaczenia.

PS. 24 listopada w "Caffe Anioł" w Gdyni o godzinie 19.00, wraz z Beatą Bartelik i Adamem Drągiem mam nadzieję wystąpić i z przyjemnością zaśpiewać kilka swoich starych piosenek. Zapraszam.
15 listopada, 2010

Kto podkręcił Wąsa?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:00
          Dzisiaj w trójmiejskim dodatku do Gazety Wyborczej felietonista Marek Wąs zaatakował Wojtka Fułka, kandydata na prezydenta Sopotu. Pierwszą, największą bombę Wąs umieścił już w tytule - "Fułek obraża bezdomnych". Potem odpalił kilka drobniejszych ładunków wybuchowych, by na końcu rzucając granatem zaczepnym domagać się w imieniu bezdomnych przeprosin. Red.Wąs pisze, że podczas debaty kandydatów na prezydenta Sopotu, Jacek Karnowski zarzucił Fułkowi i jego Komitetowi Wyborczemu "Kocham Sopot", że ten ma w swych szeregach kandydatkę na radną, która postawiła sobie za cel dążenie "...do usunięcia z centrum miasta osób z marginesu społecznego, alkoholików i osób bezdomnych, dążenie do przeniesienia poza ścisłe centrum miasta np. stołówek i jadłodajni dla osób bezdomnych...".
          Wojtek Fułek odpowiedział, że "..."Nie jest wizytówką miasta jadłodajnia na ul. Podjazd i trzeba zrobić wszystko, żeby stamtąd zniknęła...".
         Z powyższej odpowiedzi red.Wąs wysnuwa wniosek, że Fułek pogardza bezdomnymi ludźmi. Dość karkołomny to wniosek, ale red.Wąs brnie dalej i sam sobie podkładając nogę, zadaje pytanie - "...Chce pan "zrobić wszystko, żeby zniknęli"? ..."
         Dla nikogo, kto czyta mój blog, nie jest tajemnicą, że Wojtka Fułka uważam za niezwykle przyzwoitego człowieka i raduję się z tego, że cieszyć się mogę jego przyjaźnią. Choć nie jestem rzeczywistym mieszkańcem Sopotu, to mentalnym jestem z pewnością, bo uwielbiam to miasto. Dlatego też, gdy red.Wąs chce wraz z Jackiem Karnowskim rozstrzelać Wojtka za niezręczne sformułowanie z ulotki wyborczej jednej z kandydatek, to ja się na taką egzekucję nie godzę. Ulica Podjazd to mała, urokliwa, wąska i kręta uliczka w samym centrum Sopotu. Łączy główną arterię Trójmiasta z popularnym Monciakiem. Mało kto będąc w Sopocie nie przeszedł się po niej, lub nie przejechał.
ulpodjazd-w-sopocie
fot.delfin_pl

         Bezdomni, biedni i głodni żyją wśród nas w każdym mieście w Polsce i dla każdego miasta są bolesnym problemem. Dla kurortu Sopot również. Jeżeli więc red. Wąs pyta Fułka, czy ten chce by bezdomni zniknęli, to ja za Wojtka odpowiadam - Tak, niech znikną. Niech nie będzie biedy, głodu i bezdomnych. Jak śpiewał Tadeusz Woźniak, "... niech nam będzie jak najlepiej, by łaskawie czas uciekał. Bądźmy spokojni i zawsze godni..." Być może red.Wąs, gdy zaprasza do domu gości, to nim zapyta ich jak się czują, najpierw opowiada im o tym, co go boli i gdzie go swędzi, a potem proponuje herbatę, ale to chyba nie jest najlepsza recepta na prowadzenie tzw. otwartego domu. Myślę, że nie ma takiego miasta w naszym kraju, którego władze chciałyby w centrum urządzać miejsca, którymi się nie ma co szczycić. Jak sądzę, po przeczytaniu felietonu w G.W. red.Wąs jest wprost przeciwnego zdania - z tym, co boli nie należy walczyć. Wręcz przeciwnie, zamiast zaradzać należy się chwalić - o, patrzcie u nas nawet bieda jest najlepsza! Może i jest to jakiś sposób na promocję miasta, ale ja wolę te bardziej tradycyjne formy reklamy.
          Pan Wąs, wyraźnie stronniczy dziennikarz, podkręca atmosferę przedwyborczą i nie można mu z tego czynić zarzutu, bo człek z czegoś żyć musi. Szkoda tylko, że strawa którą gotuje w gazecie jest tak bardzo przepieprzona.

08 listopada, 2010

Dinosaurus BOOMus

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:10
         Jakoś tak jest, że gdy człowiek otworzy swoją szkatułkę ze wspomnieniami, to zaraz innym pamięć też wieka szkatuł uchyla. Łańcuch wspomnień, który każdego nowego dnia, dzięki niebiosom, wciąż jeszcze skuwamy o nowe zdarzenia, łączy nas w tak zwanej wspólnocie losu.
          Gdy w ostatnim wpisie przypomniała mi się piosenka Jacka Rutkowskiego, to okazało się, że uruchomiłem też pamięć Darka Dziadkiewicza, który wraz z Januszem Lipińskim założył kiedyś sławną grupę BOOM. Pisałem o zespole BOOM w czerwcu 2009 roku. Dzisiaj rano Darek przysłał mi maila. W swej nieskromności nie ukrywam, że sprawił mi tym przyjemność. List dotyczy historii i osób mi bliskich, więc przytaczam go w całości, wraz z załącznikami: 
Cześć Waldku Zaczytałem się znowu w Twoim blogu.To współczesne Kroniki Prusa :-) Odnalazłem Twój wpis i dopiero teraz, jako "prawilny" emeryt czasem żonglujący swobodnie, poczytałem komentarze. Poza tym uświadomiłem sobie, że posiadam jedno bezcenne zdjęcie. Jest to zdjęcie Leszka Golańskiego ze mną. Występujemy na nim jako kabaret Szpikulec, chyba w warszawskim REMONCIE, gdzieś około 1972 roku. Leszek jest autorem piosenek Boomu pt. "Jak dobrze mi " i "Jak przygoda, to przygoda". Wspominałeś o nim, gdy pisałeś o Boomie. Jak widać image robiliśmy na zasadzie drobnego kontrastu. Ja kompletny luzak, a Leszek ceniący stary, dobry kabaret Dudek, full of elegance. Zresztą co tu gadać, Leszek taki był w obejściu.

kabaret-szpikulec-leszekgolanski-i-darekdziadkiewicz-1972

Później pamiętam, że kiedyś na występie w Stodole (już tej nowej - w salce na górze) z dużym zaciekawieniem obserwował nas z pierwszego rzędu Lucek Radzikowski. Lucek słynął z tego, że nigdy nie puszczał pawia. Ale nie chciałbym Ci demonstrować, na czym to polegało. .... no to już wiesz ... tak, na tym :-) Ciekawe, salkę mieliśmy wypełnioną po brzegi i... applause. Sami się dziwiliśmy, bo w zasadzie dopiero zaczynaliśmy i jeszcze robiliśmy różne eksperymenty  by wyselekcjonować repertuar, a tu Lucek w pierwszym rzędzie z miną nietęgą i do tego ten applause. Do dziś nie wiem skąd ten ówczesny sukces, ale co tam. Ważne, że się podobało. No, Luckowi może mniej. OK. Drugie zdjęcie , to moje pierwsze bliskie spotkanie III-go rodzaju z Giełdą - Bogatynia.

bogatynia-osgpt-pierwszy-kontakt-darka-ze-srodowiskiem

Z wojska wyciągnął mnie Kafarski - guru Giełdy w Szklarskiej Porębie , qrde, nie jestem pewien, czy to był 72 r ??? Chyba tak, chyba też 1972 rok. A potem to już był Boom i zupełny odlot. Teraz to my jesteśmy prehistoryczni. No i popatrz, taka zbitka dinosaurus boomus dookoła ostatniego podobno zachowanego plakatu grupy.

dinosuaurus-boomus-azaliz-oniz-to

Na zdjęciu z lewej Darek Dziadkiewicz, z prawej Janusz Lipiński To ze spotkania na 35-lecie Klubu BOOM , o czym kiedyś Ci pisałem. Spotkanie na 35-lecie Klubu BOOM (nawet J.Wołek na moment zawitał). organizowałem razem z Izą Jastrzębską.

we_did_it_joy_of_success

Po BOOMie Iza związana była z Lonstarem w "Country Family". Ba, w swoim czasie to była country'owa Fisrt Lady w Polszcze! Wciąż z niej jest niezwykle witalna i inteligentna babka. Ma niesamowity talent lingwistyczny - zna kilka języków, w tym płynnie węgierski! Na spotkaniu byli także ludzie, niekoniecznie grający, czy śpiewający, ale tacy, z którymi razem ten Klub i atmosferę zrobiliśmy. W pół roku - teatr, studio piosenki, kabaret, chór, a nieco później Grupa BOOM. Spowodowalismy tym dreszcz niepokoju dość dumnych klubowiczów z wiodacej prym wtedy w stolicy STODOŁY. Oj, dużo by pisać.
Pogodności, póki co Darek BOOM Dziadkiewicz

         I "to by było na tyle" o klubie "Boom", w którym powstał kiedyś zespół BOOM, gdyby nie konieczność wspomnienia przy okazji Dnia Zmarłych przepięknej - Anii Łenckiej.

nagrobek-ani-lenckiej

Jej grób znajduje się w katolickiej części prawosławnego Cmentarza Wolskiego.

grob-ani

Gdybyście kiedyś przypadkiem znaleźli się w pobliżu, to i ode mnie pokłońcie się Aniołowi z zespołu Boom.

03 listopada, 2010

Lato z ptakami odchodzi

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:07
          Przekomarzając się z jesienią, natknąłem się w swej pamięci na fakt, który mi uświadomił, że w tych dniach mija 39 rocznica pierwszej Bazuny. Za rok Bazuna obchodzić będzie okrągły jubileusz! Cóż za wspomnienie... Przecież to od Bazuny zaczęła się moja przygoda z piosenką. Będąc jeszcze uczniem szkoły średniej, z miną "starszaka", zachęcany przez mojego sąsiada, a jednocześnie piosenkarza studenckiego - Grzegorza Marchowskiego, w tłumie, równie jak ja przejętych ludzi, pchałem się ile sił, by wejść do Żaka i zająć choćby najgorsze miejsce na widowni.
Niezorientowanym podaję, że w Klubie Studentów Wybrzeża "Żak" w Gdańsku, który przed II wojną światową był siedzibą Wysokiego Komisarza Ligii Narodów, a przed pierwszą wojną wyglądał tak...

zak-przed-ii-wojna-swiatowa

...w dniach 5-7.11.1971 roku odbył się I Ogólnopolski Turystyczny Przegląd Piosenki Studenckiej "Bazuna". Nazwa wzięła się od kaszubskiej, pasterskiej trąbity podobnej zupełnie do tych, jakich używano w Karpatach. To, że w nazwie Przegląd był Turystyczny osłabiało czujność cenzury, która w utworach o wędrowaniu zagrożenia dla Polski Ludowej nie widziała, o ile to wędrowanie nie kojarzyło się z emigracją. Piosenka zaś była Studencka i dzięki temu w repertuarze wielu wykonawców wyśpiewujących swój szacunek dla przyrody mogły się także znaleźć piosenki pod hasłem - Tak nam tu dobrze, że dobrze nam tak.
To chyba na tamtej, pierwszej Bazunie ujawnił się jajcarski talent Krzysztofa Piaseckiego, który występował w duecie z Krzysiem Szczuckim pod nazwą "Brylantowe Spinki". Śpiewali wówczas prześmieszną piosenkę o autostopie. Sala balowa Wielkiego Komisarza zamieniona na turystyczną polanę nie mieściła gości. Dla "niepomieszczonych" wyrósł zatem las...rusztowań.

publicznosc-na-pierwszej-bazunie

         Tego lasu też było mało, bo przed Żakiem i tak pozostał niezadowolony tłum ludzi, który tam stał bez nadziei na wejście do środka. W nowych czasach budynek Żaka studentom zabrano i dzisiaj w tym miejscu urzęduje Prezydent i Rada Miasta Gdańska.

_nowy_ratusz_dawny_klub_studentow_wybrzeza_zak

          Klub dostał nową siedzibę, ale w mojej pamięci Żak tkwi i tkwił będzie na starym miejscu. Gdy czasem w TV oglądam obrady Rady Miasta, to mam wrażenie, że nie są to żadne obrady, ale kolejna premiera nowego teatru, czy kabaretu. Złośliwcy twierdzą, że się nie mylę.
          Wracając jednak do jesieni i pierwszej Bazuny... Jest jeszcze jeden powód moich dzisiejszych wspomnień. Grabiąc pożółkłe liście pamięci i przeglądając kartki w swoim archiwum natknąłem się na wycięty skądś, stary artykuł o Jacku Rutkowskim.

jacek-rutkowski

         Jacek od dawna należy do czołówki biznesmenów w Polsce. Amica jest tylko jedną z wielu marek, którymi Jacek zarządza i które posiada. Przeciętnemu Polakowi Rutkowski kojarzy się zapewne z klubem Lech Poznań, którego jest właścicielem. Mnie zaś będzie się zawsze kojarzył z Żakiem i Bazuną, z Giełdą Piosenki w Szklarskiej Porębie, z dobrą whisky, a nade wszystko z piosenką. Mało kto wie, że Jacek pisał kiedyś piosenki. To właśnie on jest autorem pięknych słów napisanych do niezwykle popularnej w kręgach "wędrowców" piosenki - "Lato z ptakami odchodzi"

Lato z ptakami odchodzi
Wiatr skręca liście w warkoczach
Dywanem pokrywa szlaki
Szkarłaty wiesza na zboczach
Przyobleka myśli w kolory
W liści złoto, buków purpurę
w ogniu letnie wspomnienia
Idę wymachując kosturem

ref.
Idę w górach cieszyć się życiem
Oddać dłoniom halnego włosy
W szelest liści wsłuchać się pragnę
W odlatujących ptaków głosy

Słony pot czuję w ustach
Dzień spracowany ucieka
Anioł zapala gwiazdy
drogę człowieka
Już niedługo rozpalę ogień
Na rozległej górskiej polanie
Już niedługo szałas zielony
Wśród dostojnych buków powstanie

ref.
Idę w górach cieszyć się życiem
Oddać dłoniom halnego włosy
W szelest liści wsłuchać się pragnę
W odlatujących ptaków głosy

          Jacek napisał tę piosenkę wraz z prześwietnym melodykiem Adamem Cichockim. Adam przed pierwszą Bazuną stworzył w Poznaniu zespół Efemerydy, który widać na poniższym zdjęciu.

gina-komasa-i-adam-cichocki-na-pierwszej-bazunie

          Na tamtej Bazunie Efemerydy były bezkonkurencyjne, a ich piosenka została Rajdową Piosenką Roku. Mogę się założyć, że gdyby dziś ktoś chciał przeprowadzić plebiscyt na najbardziej znaną i najczęściej śpiewaną turystyczną piosenką w Polsce, to na samym szczycie znalazłaby się piosenka "Lato z ptakami odchodzi"". Lato z ptakami, a jesień... Jesień z deszczem...
24 paĽdziernika, 2010

Antynikotynowa piosenka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:48
Niedawno przekonałem się, że moje pisanie nie zupełnie idzie na marne. W kwietniu 2008 roku opisałem jak przed pięciu laty rzuciłem palenie. Miałem nadzieję, że moja historia przyda się komuś do rozważań, a może nawet pomoże w podjęciu decyzji. Przez ponad dwa lata nie doczekałem się jednak żadnego znaku, że kogoś swoim wpisem zachęciłem do rzucenia palenia.

papierosy_sa_do_dupy

plakat Andrzeja Pągowskiego
Tymczasem okazało się kilka dni temu, że moje wspomnie o walce z dymkiem posłużyło znajomej z Facebooka do napisania piosenki. Na tekst piosenki składają się fragmenty wspomnianego, blogowego wpisu. Muzykę stworzyła wykonawczyni, która na dodatek zaśpiewała piosenkę przed kamerą swojego komputera, bym i ja mógł posłuchać. Lidia Rolek, bo tak nazywa się kompozytorka i wykonawczyni antynikotynowej piosenki zgodziła się bym nagranie video tejże piosenki umieścił na swojej stronie. Wybaczcie słabość techniczną nagrania i tremę artystki, bo nie to jest najważniejsze w tym utworze. Wartością jest fakt, że blogowe pisanie w przesympatyczny sposób można przerobić na piosenkę i zaśpiewać ją, potwierdzając przy tej okazji, że papierosy są do dupy. Żeby nie wiem co myśleć, mówić, robić i czuć, to zawsze lepiej jest nie palić. Lepiej pisać piosenki i śpiewać je. Dzięki Lidio. Miło mi przedstawić Lidię i jej domową twórczość, której Lidia nadała tytuł - Rozmowa z Waldemarem Chylińskim. No, to pogadajmy i posłuchajmy.
16 paĽdziernika, 2010

Jesienna niespodzianka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:15
          Prawie rok temu, bo w styczniu pisałem, że nie lubię zimy. Wychłodzony zimą i stosunkami ludzkimi pisałem m.in. o problemach jakie onegdaj miałem z realizacją pewnego pomysłu na program telewizyjny. Napisałem: W latach osiemdziesiątych...zdarzało mi się pisać scenariusze różnych programów, w tym telewizyjnych. Któregoś dnia we Wrzeszczu spotkał mnie pracownik gdańskiej telewizji, redaktor Sz. - Ja widzę - rzekł - że dla Warszawy się pracuje, a o Gdańsku zapomina. Ponieważ była to oczywista propozycja, wkrótce zaniosłem na ulicę Sobótki scenariusz programu, który mógłby być zrealizowany w Gdańsku. Jednym z utworów tego pomysłu miała być sympatyczna, choć trochę gorzka, piosenka ?Każdego dnia?. Niestety, po kilku dniach redaktor Sz. oddał mi mój scenopis, wzruszył ramionami, a rozkładając ręce w geście bezradności, rzekł - To się nie nadaje. Zaraz potem ten sam scenariusz został zrealizowany w Warszawie, dla I Programu TVP.
          Zapomniałem w tamtym wpisie dodać, że po przyjściu do domu, na drugiej stronie scenariusza znalazłem ocenę mojej pracy w postaci odręcznej notatki, którą sporządził ówczesny dyrektor TVP Gdańsk. Była krótka i dosadna: "Do dupy". Redaktor Sz. powiedział mi jakiś czas później, że to "do dupy", to była ocena, jaką mi wystawił nie dyrektor ośrodka telewizji, ale jego żona, która uważała się z najlepszą tekściarkę na Wybrzeżu. Niestety, nazwiska tej pani już nie pamiętam, choć sytuację dość dobrze. Scenariusz, o którym mowa przedstawiał sześć piosenek wykonywanych w większości przez Beatę Bartelik.

beata-bartelik

          W nagraniach Beacie towarzyszył student ostatniego roku, a może już nawet wtedy prawnik, uzdolniony muzyk i wokalista - Mariusz Ejsmont. Jedna z piosenek tego programu nie poszła w zapomnienie i do dziś można ją w eterze, jak to się kiedyś mówiło, usłyszeć. Ja też o niej wielokrotnie wspominałem. Chodzi o piosenkę, którą napisałem do muzyki Kazimierza Lewandowskiego - "Sen na pogodne dni"
          Nie wspominałbym po raz kolejny, gdyby nie przypadek. Majka, znajoma z Facebooka podesłała mi link do czegoś, o czym myślałem, że nie istnieje. Moją kasetę VHS z tym czymś, dwadzieścia dwa lata temu zniszczył tanim, słodkim i lepkim winem, w szale uwielbienia dla Beaty, kolega Olaf Meler, skądinąd znakomity, acz kompletnie niespełniony kabareciarz.
Teraz, dzięki linkowi od Majki kliknąłem sobie lekko palcem na lewy klawisz myszy i zobaczyłem na YouTube oryginalny fragment tamtego programu, teledysk piosenki - "Sen na pogodne dni"
          Gdy tylko ujrzałem pierwsze obrazki swojego scenariusza, w którego realizacji brałem udział, od razu ruszyła lawina wspomnień. Jak teraz, była jesień. Była Warszawa, kolejka WKD i strasznie zaniedbany, ale z niezłym klimatem dworek w zapuszczonym parku, gdzieś zaraz za Ursynowem. Był, nieżyjący już, Krzysiek Bukowski, który reżyserował i był znakomity Andrzej Witkowski, który redagował. To Andrzej sprawił, że wszystko to mogło się stać. Pamiętam, że po skończeniu pracy nad programem byłem nadzwyczaj szczęśliwy. Piosenki były udane, obrazki śliczne, a ludzie piękni i dobrzy.
          Teraz, jak wtedy szczęście w mojej duszy rozlewało się szerokim strumieniem, aż do chwili, gdy przeczytałem, kto ten teledysk miał i umieścił na YouTubie. Umieściła go tam 15 czerwca Beata Bartelik. - A to zołza - pomyślałem - Mieszka dwie ulice dalej, widzę się z nią czasami częściej niż dalszą rodziną, a ona trzyma w ukryciu coś, o czym ja sądzę, że nie istnieje. I w tym momencie usłyszałem frazę, w której saksofon Tomka Szukalskiego zamienił się miejscem w solówce z gitarą Krzysia Jarkowskiego. - A nich tam - rzekłem cicho i puściłem sobie jeszcze raz.


10 paĽdziernika, 2010

Chwile nie do zapomnienia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:16
Są w życiu każdego człowieka chwile, których się nie zapomina. Jakiś czas temu, pod jednym z moich wpisów w "Codziennościach" swój komentarz zamieściła Adrianna Godlewska. Jak się później okazało, komentarz ten nie był tak zupełnie przypadkowy. Prócz zbliżonych poglądów na życie, mamy z Adą także wspólnych przyjaciół, do których zalicza się m.in. znakomity lekarz, artysta i dziennikarz - Marek Prusakowski. Zdarzyło mi się kiedyś, na początku lat osiemdziesiątych, być gościem w domu Adrianny Godlewskiej, do którego zaprosił mnie mistrz Wojciech Młynarski, prywatnie mąż aktorki. Życie lubi robić niespodzianki i zawarta przez internet, na nowo znajomość z Adrianną Godlewską wczoraj miała swój piękny ciąg dalszy. W ramach promocji książki "Życie, kochanie i gotowanie" Ada zawitała do Trójmiasta. Jej pierwsza książka "Jestem, po prostu jestem" narobiła, jak do mnie dotarło, sporo towarzyskiego zamieszania, ale nie miałem okazji jej czytać. Do wczoraj. ksiazki-a-godlewskiej Wczoraj w maleńkiej księgarnio-kawiarence Fikcja we Wrzeszczu odbył się wieczór autorski Adrianny Godlewskiej. wieczor-autorski-ady-godlewskiej-001 Przez to, że w Sopocie tworzą się od dawna cholerne korki, a wczoraj były jeszcze bardziej cholerne, to dotarłem do Fikcji mocno spóźniony. Mimo to udało mi się dostać obie książki i w towarzystwie licznych gości, wśród których byli też Gosia i Marek Prusakowscy, posłuchać czytanych przez Adę fragmentów najnowszego dzieła. Autorka przypomniała też wczoraj o tym, że jest również znakomitą aktorką i piosenkarką. Pięknie zaśpiewała kilka wspaniałych piosenek. Oczywiście, były to literackie "perełki", które wyszły spod pióra Wojciecha Młynarskiego. Takich wieczorów, jak wczorajszy się nie zapomina. Choć książki już miałem, to bałem się, że ulecą mi piosenki. Okazało się, że nie ulecą. Przy książce "Jestem, po prostu jestem" znalazłem płytę. Słuchałem jej przez całą powrotną drogę do domu. Dzięki tym piosenkom nastrój wczorajszego spotkania pewnie wróci do mnie jeszcze nie raz wieczor-autorski-ady-godlewskiej-002 Na koniec wieczoru Ada zaprosiła mnie do Żaka na koncert swojego syna Jasia, który także bawił wczoraj w Gdańsku. Niestety, nie mogłem skorzystać z zaproszenia. Szkoda, bo pomysł "Młynarski plays Młynarski", o którym od wiosny jest głośno, wydaje się wielce interesujący. Tym bardziej ciekawy, że wraz z Janem Młynarskim, który gra na perkusji i śpiewa piosenki swojego taty, występuje też niezwykle utalentowana piosenkarka Gaba Kulka. Liczę na to, że taka okazja się jeszcze powtórzy, choć wiem, że żadne chwile nie będą nigdy powtarzane. Wszystko na świecie trwa tylko raz. Napisałem to kiedyś w piosence "O chwilach", którą skomponowała i śpiewa do dzisiaj Ela Adamiak. Ja tę piosenkę też nagrałem, bo są chwile nie do zapomnienia. Z pewnością nie do zapomnienia będzie dla mnie także wczorajsze spotkanie z Adrianną Godlewską.
03 paĽdziernika, 2010

Zyga, Rysiek, Krzysiek, Szczepan i ja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:47
Prawie trzydzieści lat temu, u sąsiadów na imieninach poznałem budowlańca z duszą gitarzysty basowego. Mieszkałem wtedy w wieżowcu na gdańskim Przymorzu. Zyga był szwagrem solenizanta Krzysia, który mieszkał dwa piętra wyżej. Od słowa do słowa, od kieliszka do kieliszka i dowiedziałem, że poza pracą na budowie Zygę kręci muzyka - Nie ciebie jednego - pomyślałem i wyznanie zlekceważyłem. Okazało się jednak, że ta pasja, choć nienasycona, nie chodzi głodna. Zyga, gdy kończył kierownikować budowie, zaczynał grać na basówce. Grywał w różnych kapelach na Wybrzeżu. Nawet czas jakiś grał w zespole Trzy Korony, który to zespół w 1970 roku założył Krzysztof Klenczon po rozstaniu się z Czerwonymi Gitarami. krzysztof-klenczon1 Krzysztof Klenczon Zdarzają się takie piękne spotkania, na które przychodzimy rutynowo zasnuci mgłą codzienności, a wychodzimy oczarowani spotkanymi, niezwykłymi ludźmi. I świat nagle cały jest w kolorach. I świat nagle ma święto. Wychodzimy z poczuciem niedosytu i chcemy, by dopiero co zawarta znajomość trwała nadal. Tak rodzą się przyjaźnie. Solenizant też nie ukrywał, że prócz wykonywania zawodu inżyniera i urzędnika w magistracie, nosi w sobie duszę badacza dziejów - ze szczególnym uwzględnieniem historii Kociewia i Kaszub. Pisałem o nim niedawno, to Krzysztof Kowalkowski. Wracając do Zygi. Zadzwonił do mnie kilka dni temu i powiedział, że z Australii przyjeżdża Grzegorz Andrian, kumpel z Trzech Koron. Mają kręcić film o Klenczonie, więc będzie też gitarzysta Grzegorz Łapa Nogowski. - Przy tej okazji - powiedział - chcemy razem coś sobie muzycznie przypomnieć i pokombinować. od-lewej-grzegorz-nogowski-i-zygmunt-staruszkiewicz na zdjęciu od lewej:Grzegorz Łapa Nogowski i Zygmunt Staruszkiewicz Szukał starych nagrań i pytał, czy mógłbym pomóc. Przekazałem jego prośbę Piotrkowi Janosikowi Jagielskiemu, który pracuje w radio, z nadzieją, że może on coś znajdzie. W tym czasie zespół, do którego dołączył syn Zygi, Kuba Staruszkiewicz - jeden z najlepszych dzisiaj w Polsce perkusistów - z nostalgią i pietyzmem odkurzał w pamięci i na próbach stare kawałki. trzy-korony-po-latach-na-perkusji-kuba-syn-zygmunta-staruszkiewicza1 na zdjęciu od lewej: Kuba Staruszkiewicz, Grzegorz Andrian i Zygmunt Staruszkiewicz Wielkie było moje zdziwienie, gdy Janosik po kilku dniach poszukiwań znalazł coś, czego nie szukał, a mianowicie zapomnianą przez wszystkich piosenkę, do której napisałem tekst, muzykę zaś wymyślił Waldek Wiśniewski, klawiszowiec z Naszej Basi Kochanej. Tę piosenkę zaśpiewał i nagrał Zyga. Wczoraj po południu, sto metrów od wieżowca, w którym kiedyś mieszkałem, w dawnym osiedlowym Samie, zamienionym na piękną kręgielnię i restaurację Soprano, odbyła się uroczystość 60. urodzin Krzysztofa Kowalkowskiego i 35. rocznica, jego z Elą, szczęśliwego pożycia małżeńskiego. solenizanci-ela-i-krzysztof-kowalkowscy-1 W restauracji Soprano prócz budowlańca Zygi, który gra na basie i wielu gości z rodziny solenizantów - Eli i Krzysia, był wczoraj także Rysiek Krawczyk. Rysiek jest dzisiaj współwłaścicielem dużej, gdańskiej kancelarii prawnej. Nie widziałem go lata całe, a on przecież też mieszkał i balował kiedyś z nami we wspomnianym wieżowcu na Przymorzu. Nie zapomniałem o tym, bo Rysiek, tak jak i reszta, po pracy ma swoją "jazdę". Wieczorem, zamiast szlafroka wyciąga z szafy pięknego Gibsona i daje sobie coś pod palce z Nalepy, czy Hendrixa. I był wczoraj z nami też mistrz i przyjaciel nas wszystkich- Szczepan Szotyński. Urzekł mnie opowieścią o estetyce wnętrz. Szczepan, gdy odrywa się od architektury, zaczyna pisać wiersze i krótkie traktaty literackie. Czyni to, często nie przerywając malowania, które również jest pożywieniem dla jego duszy. Żal było wychodzić, tym bardziej, że rzadko spotykamy się wraz z żonami. A co z piosenką? Piosenka powstała w 1989 roku, w czasie, gdy Polacy zaczęli uparcie i od podstaw budować kapitalizm. Wśród łóżek polowych, udających sklepy i otwartych bagażników, udających hurtownie, kręcili się panowie zwani cinkciarzami. W nowej sytuacji oni pierwsi potrafili się odnaleźć. Najpierw zakładali kantory wymiany walut, a potem prawdziwe hurtownie, fabryki i stacje telewizyjne. Nasza zapomniana piosenka opowiada o tamtych, pionierskich czasach i oczywiście nosi tytuł - "Kantor Wymiany" Kiedyś różne rzeczy się robiło. Takie, związane ze swoim czasem piosenki też, choć, czy dzisiaj już nie ma cwaniaków...?
26 września, 2010

Wrzesień uniesień

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:05
          Uniesienia są wspaniałą formą stanów psychicznych, dzięki którym, i wraz z którymi możemy czuć się szczęśliwi. Unosimy się w duszy całą swoją osobą i lekko, lekko, leciuteńko odpływamy od złych słów, krzywych spojrzeń, ostrych gestów. Unosimy się nad byle czym, nad byle kim i byle jakim. Odpływamy w przestrzeń przyjazną, spokojną i miłą.
Skończyło się lato, kończy się wrzesień i tylko patrzeć, jak zaczniemy kichać do wtóru siąpiącego, coraz bardziej marznącego deszczu. W naszej rodzinie przełom lata i jesieni, to czas uniesień. Najczęściej miłych. Wrzesień, to czas imienin mojego syna, czas moich urodzin, czas urodzin mojej Mamy i rocznica ślubu. Wszystko to we wrześniu. 31 lat temu, nie za górami, nie za lasami, ale całkiem blisko miejsca, w którym piszę te słowa, dwoje zaskoczonych, ale bardzo w sobie zakochanych ludzi, nie mając grosza przy duszy, za to mając nadzieję i marne widoki na przyszłość, postanowiło 22 września złożyć sobie ślub. Chodziło w nim o to, by oboje wyznali przed urzędnikiem, a potem przed Bogiem, że są świadomi tego, co robią, i że nie opuszczą się, aż do śmierci. Różnie dzisiaj na tę świadomość można patrzeć, ale w nieopuszczaniu się i zakochaniu trwają.

slub-22-ix-1979r-gdynia

Panną Młodą tamtego dnia była Asia, a ja byłem jej wybrańcem. Po roku nasza rodzinka wyglądała już tak:

rok-pozniej

          Urodziny, niestety coraz częściej zaczynają się od przykrej konstatacji, że czas szybko leci. Radzę sobie z tym tak, że wbijam między swoje myśli i tę, iż czas i jego pomiar, to wymysł człowieka, a człowiek niekoniecznie zawsze ma rację. Ot, takie samooszukiwanie się. Imieniny natomiast, których w rodzinie mojego ojca w ogóle się nie obchodziło, to trochę takie dziwne święto. Związane z imieniem patrona, dość przypadkowo przypisywane jest solenizantowi. Moja Mama chciała dać mi na imię Rysiek, ale Tata, podpiwszy sobie przed pójściem do Urzędu, zamiast żony, posłuchał jej siostry, która właśnie wylewała łzy nad "Trędowatą" i za jej radą kazał w rubryce imię syna zapisać:Waldemar. Nie lubię tego imienia, choć mam świadomość, że ten przypadek i tak obszedł się ze mną łaskawie. Mój szalony dziadek swego syna, a mego wuja, ochrzcił imieniem Alfons, wprawiając w konfuzję i kłopoty dwa następne pokolenia spadkobierców swojego nazwiska.
          Tak więc zgodnie z pomorską tradycją nikt moich imienin nie obchodził, aż do czasu, gdy podrosłem. Mając dziesięć lat zacząłem domagać się tych obchodów. Czego to człowiek nie zrobi, by się jeszcze raz w roku wyróżnić i wzbogacić na prezentach? Od tamtej pory, choć skromnie, obchodzimy wszystko, co się da i o czym sobie przypomnimy. Wrzesień jest więc u nas miesiącem pocałunków i podarunków. We wrześniu bardziej, niż w innych miesiącach roku, jesteśmy dla siebie milsi i przyjemniejsi. A, że jesień jest także porą ukochanych przez moją rodzinę wypadów do lasu po grzyby, to...

bory-tucholskie-1

Kaszuby i Kociewie czekają. Niewielkim nakładem czasu i drogi możemy się bardzo szybko w Borach Tucholskich i kaszubskich kniejach szczęśliwie unosić nad szczodrobliwością przyrody. Po jakimś czasie, pogodnie zmęczeni, przysiadamy na zydlach i podziwiamy prezenty, jakie nam las zgotował.

grzybobranie-2010

Gdy obrodzi w grzyby, nasze uniesienia w leśnych ostępach nie mają końca. I nawet strach przed sromotnikiem przy zbieraniu kani nie jest w stanie nam tego uniesienia zepsuć.

grzybobranie-2010-kanie

          Uniesienia jednak nie zawsze wiodą nas do nieba. Czasami wręcz odwrotnie. Na wieść o czymś, lub o kimś unosi nas w przeciwną stronę, do piekła. Mnie, mimo tych wszystkich pięknych rodzinnych uniesień, uniosło we wrześniu też zło. Zostawmy szczegóły, może kiedyś o tym napiszę. Teraz wiem tyle, że przez Złego uniosłem się w złych myślach, by po raz kolejny w swym życiu ze zdumieniem odkryć fakt, iż wykonywany przez kogoś zawód, to często jest kompletny zawód. Zawiodłem się. Na szczęście łatwo wytrącam się z takich uniesień przechodząc w stan codziennych złudzeń, a stamtąd już blisko do uniesień szczęśliwych. Ech, ten wrzesień.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY