09 kwietnia, 2011

Taniec z...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:23
          Tydzień temu zabawiłem u Małgosi i Szczepana Szotyńskich, w ich domu i pracowni. Świetnie nam się gadało, tylko nie pamiętam, jak i kiedy wróciłem do siebie. Nazajutrz Szczepan przysłał mi swój rysunek...

taniec-rys-szczepan-szotynski

...a ja do dzisiaj zachodzę w głowę, czy to prezent z dobroci serca artysty, czy też metaforyczna recenzja mojej wizyty? Tak, czy inaczej rysunek bardzo mi się podoba. Nie będąc znawcą tematu od dawna podziwiam lekkość, z jaką Szczepanowi ręka myśli na papierze rysuje. Ale czy to trzeba się znać, by móc podziwiać? A przy okazji rysunku i tańca...
Po sławnej dyskusji Donalda Tuska z artystami ubawił mnie rysunek Andrzeja Mleczki...

taniec-z

Uśmiałem się do łez. Mleczko śmieszy mnie niezmiennie od czasu, gdy poznałem go na Famie trzydzieści kilka lat temu. Choć widuję go już tylko w telewizji, mogę przysiąc, że nic a nic od tamtej Famy się nie zmienił. Wciąż fechtuje tym samym ozdrowieńczym i precyzyjnym humorem, którym trafia zawsze w samo sedno. Aż chciałoby się powiedzieć, że to artyści artystom... Ja także, patrząc na sopockie wybory samorządowe, straciłem serce do Platformy Donalda Tuska i jestem teraz jak ta sierota. I tak się zastanawiam - tańczyłem już, czy dopiero zatańczę?


02 kwietnia, 2011

Guru

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:12
         26 marca, swoje siedemdziesiąte urodziny obchodził niezwykły poeta piosenki, wybitny autor kabaretowy, świetny tłumacz ballad najlepszych bardów świata, a przy tym sam charyzmatyczny bard, piosenkarz i postać legendarna. Przyjaciel wielkich, średnich i małych - Wojciech Młynarski.
          Nie ma chyba nikogo w Polsce komu nazwisko-firma - Wojciech Młynarski - nie mówiłoby nic. Polacy przez dziesiątki lat masowo kupowali produkty tej firmy i kupują je do dzisiaj. Firma Młynarski od lat wypuszcza na rynek tylko taki towar, który czyni z ludzi zachwyconych konsumentów. Młynarski oświeca, wykpiwa, poucza, przytyka, bawi i wzrusza. Dla mnie zawsze był i będzie wielkim i niedoścignionym Mistrzem. Z Panem Wojtkiem wiążą mnie także osobiste wspomnienia. Dobre wspomnienia. To on był przewodniczącym jury, gdy w Krakowie w 1978 roku zdobywałem swoją pierwszą, bardzo ważną, artystyczną nagrodę. To on, niby ot tak sobie, podrzucał mi czasem rady, które potem okazywały się zbawiennymi receptami na życie i bycie.
          Niedawno, czyniąc porządki na strychu otworzyłem zakurzony karton ze zdjęciami. Gdzieś na jego dnie znalazłem stare zdjęcie, a na nim twarz trochę jakby zaskoczonego Wojciecha Młynarskiego. Pojęcia nie mam kto i gdzie je zrobił? Pojęcia nie mam, jak znalazło się w moich zbiorach? Cieszę się jednak, że to zdjęcie, z jakiejś garderoby w jakimś teatrze, a może klubie, zrobione pewnie na początku lat siedemdziesiątych, znalazło się u mnie i mogę dzisiaj, ten nieznany światu konterfekt Mistrza z okazji jego jubileuszu przedstawić wszystkim za pomocą moich Codzienności:

wojciech-mlynarski

          Panie Wojtku, niech przychylne Panu dotąd niebosa nadal nad Pańską dziedziną roztaczają ciepłą i piękną pogodę. Niech w Pańskim sadzie owoce zawsze rodzą się najlepsze. Niech wena Pana nie opuszcza nigdy, a Pańska mądrość i radość niech się mnożą. Wraz ze wszystkimi przyjaciółmi słuchającymi Pańskich piosenek i czytającymi moje cotygodniowe "Codzienności" życzymy miłości i zdrowia. Waldek Chyliński z Asią, Radkiem i Kasią


27 marca, 2011

Trzy razy dobrze i Trzy Korony

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:16
          Dobrze jest w słoneczną, marcową niedzielę wychynąć z domu i w nadmorskim szkwale głowę przewietrzyć. Dobrze jest nawdychać się rześkości i napatrzeć na widok, a potem skonstatować, że wiosna jest już tuż, tuż...

wiosna-w-orlowie

          Dobrze jest niekiedy przekonać się, że ta moja pisanina w "Codziennościach" jest komuś potrzebna i do czegoś się przydaje. Choć statystyki potwierdzają, że kilkaset osób dziennie tu zagląda, miewam nierzadkie chwile zwątpienia w to swoje internetowe "dzieło". "...pisz, pisz, pisz, bo dobrze się czyta..." napisał do mnie przyjaciel, dziennikarz i pisarz z Olsztyna - Tadeusz Prusiński, po tym, jak przeczytał nową części "Widłąga".

tadziu-prusinski

          To jak tu nie pisać, gdy opinii takich zbieram więcej? Dobrze jest też, gdy okazuje się, że dzięki mojej tu pisaninie ktoś kogoś odnajduje i dowiaduje się rzeczy, o których wcześniej nie miał pojęcia. Pisałem wiele o przyjaciołach z Warszawy i ich zespole BOOM, który w latach siedemdziesiątych w moim środowisku był niezwykle popularny. Nawet specjalnie dla tego zespołu założyłem w "Codziennościach" podstronę BOOM, gdzie wszystko, co wiem i mam w archiwach jest wyłożone. Jakież było moje zaskoczenie, gdy kilka dni temu napisała do mnie, nieznana mi wcześniej osoba i zadała kilka pytań o Anię Łencką. Ania była solistką w Boomie. Jej niebiańska uroda i anielski głos, a także piosenki, które śpiewała z zespołem, to wszystko sprawiało, że nikt wobec zjawiska o nazwie BOOM nie pozostawał obojętny.

Ania Łencka i Darek Dziadkiewicz

          Osoba, o której wspomniałem chciała znać szczegóły z życia Ani, których ja nie znałem, więc skontaktowałem ją z członkami dawnego Boomu. Darek Dziadkiewicz, który przejął korespondencję przesłał i mnie zdjęcia, których nie miałem i króciutką piosenkę "Chmiel", która zupełnie uszła z mojej pamięci. Skoro w ciągu jednego tygodnia za sprawą ludzi, internetu i aury może być trzy razy dobrze, to czego jeszcze chcieć? Jest po trzykroć dobrze i... Trzy Korony Zygmunt Staruszkiewicz, przyjaciel, co to z nim nie jedną noc... przegadałem, członek zespołu Trzy Korony podesłał mi przed chwilą coś, co bez wątpienia będzie ciekawym wydarzeniem.

zyga-staruszkiewicz-w-trzech-koronach

          Gitarzysta z Trzech Koron - Grzegorz Adrian przywiózł z Australii ścieżkę dźwiękową piosenki Krzysztofa Klenczona i zespołu Trzy Korony. Piosenka ta nigdy nie ujrzała światła dziennego i nigdy nie miała premiery. Tu, w Trójmieście do głosu Krzysztofa zespół niedawno dograł nowe brzmienie. Od dzisiaj można posłuchać zrobionej na nowo, starej, a nigdy nie wydanej piosenki Trzech Koron. Utwór do słów Andrzeja Jastrzębca-Kozłowskiego, który skomponował Klenczon nosi tytuł " Popatrz prawdzie w oczy". Jest dobrze. Po trzykroć dobrze!


19 marca, 2011

Wpadki nie tylko red. Katki

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:00
         Od początku niech będzie jasne: "Gazeta Wyborcza" jest dziennikiem, który czytam codziennie, od pierwszego dnia, od pierwszego numeru, od 1989r. Nie jest jedyną gazetą, którą czytam, ale jedyną, którą codziennie kupuję. Lubię "Gazetę Wyborczą". Niestety, w mojej gazecie codziennie znajduję dodatek "Gazeta Wyborcza -Trójmiasto". Niezbyt to dobry dodatek, niewiele ciekawego w nim o Trójmieście i najczęściej moja lektura tych kilku stron kończy się na przejrzeniu tytułów. I... kosz.
         Może nie miałbym nawet pretensji, gdyby nie fakt, że od pewnego czasu redaktorzy trójmiejskiego dodatku uparli się, by mnie wnerwiać. Zaczęło się od szczęścia, jak mi się wydawało, a właściwie od zdjęcia, które zrobiłem Andrzejowi Donarskiemu ( MISTER z U.B.) w Gdańsku podczas kręcenia teledysku. Telewizja "pomorska TV", która realizowała klip z Andrzejem, za moją zgodą wykorzystała je w Gazecie. Powiedziano mi, że to będzie ich materiał reklamowy. Był to jednak normalny materiał prasowy, nigdzie nie oznaczony jako reklama. Choć zgodziłem się, że "pomorska TV" nie musi mi nic płacić, to jednak nie było mowy o tym, by można było to zdjęcie (obok) wykorzystać, bez podania nazwiska autora. Pal już licho honoraria. Skoro trójmiejska Gazeta na takie "drobnostki", jak prawa autorskie nie zwraca uwagi, ta niech im będzie. Sądziłem, że to przypadek, błąd w sztuce, ot i wszystko, ale nie... Gdy zacząłem dodatek przeglądać pod kątem spraw, na których się trochę znam, i o których trochę wiem, zobaczyłem, że niechlujstwo i stronniczość, to cechy stałe dodatku. Gdyby nie materiały red. Aleksandry Kozłowskiej, nie warto by do "Gazety Wyborczej -Trójmiasto" chyba w ogóle zaglądać. Dotąd najjaskrawszym dla mnie przykładem tego, co napisałem był artykuł red. Wąsa, który ukazał się w trakcie kampanii wyborczej do samorządu w Sopocie. Nie minęło pół roku, a kolejny kwiatek z trójmiejskiej łączki "Gazety Wyborczej" odrzucił mnie swym zapachem. Redaktor Wąs i jego opinie, to mały pikuś przy tym, czego dokonał jego redakcyjny kolega, red. Katka. Kilka dni temu na pierwszej stronie trójmiejskiej Wyborczej przeczytałem materiał red. Katki, z którego wynikało, że Wojciech Fułek oszukiwał i robotę miał będzie prokurator.

ile-zaplacil-fulek

Ani jedno zdanie z tezy, że Komitet Fułka oszukiwał nie jest prawdziwe. Redaktor Katka rzucił na Fułka podejrzenie o nieuczciwość tylko dlatego, że nie umie czytać sprawozdań. Ponoć pomyliły mu się cyfry i rubryki. Ja w to nie wierzę, bo w takim razie Katka, jako dziennikarz w Gazecie powinien być już skończony, a nie jest. Przez dobę Wojciech Fułek - przewodniczący Rady Miasta Sopot, chodził w infamii i dla wielu, za sprawą red. Katki i "Gazety Wyborczej - Trójmiasto", pewnie nadal okryty jest hańbą. Wszak tytuł grzmiał, błyskał i trąbił na całe Trójmiasto. Kto zauważył, że na drugi dzień ukazało się "wyjaśnienie" z wątpliwymi przeprosinami?
Znajdźcie je...

strona-druga-i-trzecia-gw

Trzy razy przeglądałem Gazetę nim je zobaczyłem na samym dole drugiej strony, maleńkie, w rogu, ledwo widoczne, po prawej
stronie...

wyjasnienie

Wstyd "Gazeto Wyborcza - Trójmiasto". Wstyd!

12 marca, 2011

Na prośbę Szczepana, Krzysia i kilku przyjaciół jeszcze

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:59
          Napominany przez Szczepana Szotyńskiego, poganiany przez Krzysztofa Kowalkowskiego i kilku przyjaciół jeszcze obiecałem , że moja opowieść "Widłąg" będzie miała ciąg dalszy. Właśnie dzisiaj dopisałem do niej kilka stroniczek. Oto fragment:
"W przeciwieństwie do Włodka, Andrzej nie miał najmniejszych kłopotów w nauce. Włodek za to, jak mówiła moja mama, miał diabła za skórą. Jeżeli nawet, to był to dość atrakcyjny diabeł, bo z Włodkiem zabawy i wypady do miasta rzadko były nudne. Silny blondyn o niebieskich oczach naturę miał mocno wiercącą się i niespokojną. Łobuzował dość chętnie i często. Nie raz i nie dwa wracał skądś pobity. W przeciwieństwie do Andrzeja nie starał się być sprawiedliwym. Wszystko, co było dobre dla niego musiało być dobre dla wszystkich. Nie miał wyrzutów sumienia. Nawet, gdy zbroił na tyle, że dostawał lanie, przyjmował to bez żalu. Zdawało się, że kara była częścią ceny za ciekawe życie, które chciał wieść, i którą to cenę znał od początku.

grunwaldzka-44

          Był z tych, którzy z upodobaniem rozwijali w sobie złe skłonności. Chciał rządzić i choć nie miał mądrości i rozsądku swojego siostrzeńca, to jednak na podwórku stawiał na swoim. Nie zawsze zyskiwał wśród nas posłuch, jednak często na Włodka zawołanie zbiegaliśmy na dwór, by wspierać go w zamiarach. Miał też dryg do handlu. Wciąż coś wymieniał i zamieniał. Potem kupował i sprzedawał. Do dziś wspominam, jak oddałem mu najlepszą, bambusową wędkę ojca za piętnaście minut pojeżdżenia na wrotkach, które on, jak się potem okazało, wypożyczył na dwa dni od kogoś z ulicy Sobótki za zdjęcie gołej baby..."
          Skoro ciąg dalszy nastąpił, to czytajcie Widłąg dalej, od "Kominka", bo od tego rozdziału opowieść snuje swój ciąg dalszy.

05 marca, 2011

Kochana Pani Lucha

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:50
          Wczoraj po południu usłyszałem: "Dzisiaj rano, w wieku 85 lat zmarła w Gdańsku Lucyna Legut - aktorka, pisarka, malarka."

lucyna-legut-2010r-w-domu

          Tyle suchy komunikat. - Niemożliwe, jak to - zapytałem, nie wierząc i spojrzałem na zdjęcie, które nie tak dawno przysłała mi mailem. Choć znaliśmy się wiele lat niezwykłość tej znajomości była dla mnie zawsze oczywista. Kochana Pani Lucha była najpiękniejszym przykładem na to, że na sukces nigdy nie jest za późno. Z aktorstwem rozstała się jakiś czas temu, ale pisała, wydawała i malowała niemal do ostatnich dni życia. Rozjaśniała świat cudownym poczuciem humoru, którym zawsze chciałem się zarazić i nigdy mi się to nie udawało. Imponowała pracowitością i talentem. Bóg w talenty obdarzył ją hojnie, a ona umiała z nich korzystać. Uwielbiała ze swej pracy czynić radość i się nią dzielić. Mamy w domu jej książki i obrazy. Teraz one będą nam o niej przypominać. Wielokrotnie przechodziliśmy na "ty", ale jakoś niezręcznie było mi się do niej zwracać tak bezceremonialnie, więc zwracałem się - Kochana Pani Lucho.

lucyna-legut-i-waldek-chylinski

          O znajomości z Lucyną Legut pisałem tutaj wiele razy i aż mi się wierzyć nie chce, że teraz będę mógł pisać o niej już tylko wspomnienia. Wielka szkoda, bo jej życiowej werwy i poczucia humoru nikt i nic nie zastąpi. Gdy podarowała nam "Aniołka na nocniku" śmiałem się kilka dni i do dzisiaj się uśmiecham za każdym razem, gdy przechodzę obok niego w drodze do łazienki.

aniolek-lucyny-legut

Podarowała mi też inny obraz swego pędzla - "Damę z pawiem"...

dama-z-pawiem-lucyny-legut

...który wisi u mnie w pokoju. Zakwitające drzewo i rajski ptak, a na różowych obłokach dama... Zawsze wiedziałem, że w tej rajskiej nadziei, pod drzewem życia, to ona jest damą, Kochana Pani Lucha. Na koniec, Kochana Lucho wiedz, że te wszystkie chwile z Tobą są i będą nie do zapomnienia. Do zobaczenia.

26 lutego, 2011

Zamrożona i odmrożona piosenka o cyckach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:39
          Pierwej tej zimy śnieżnie było, teraz mroźnie jest. Skuło lodem Zatokę Gdańską i niektórzy, ku oburzeniu współobywateli i mediów, ryzykując nie tylko swoim życiem, urządzają sobie po morzu spacery.

spacer-po-zatoce-gdanskiej-luty-20114-fot-andrzej-z-wwwtrojmistopl
fot. Andrzej z www.trójmiasto.pl

          Czytałem kiedyś, bodajże w gdańskim dwumiesięczniku "30 Dni", że gdy Bałtyk w dawnych latach zamarzał, to i do Szwecji konnym zaprzęgiem jeżdżono, zatrzymując się po drodze dla ogrzania, w stawianych co kilkadziesiąt kilometrów na zamarzniętym morzu, oberżach. A wędrówki zimą z Gdańska do Helu po lodzie były ponoć rzeczą drzewiej zwyczajną. Działo się tak dawno temu, kiedy lód nie był jeszcze produktem kiepskiej jakości przeznaczonym do jednorazowego użytku.
          Siedzę w domu i kończę czytać ciekawą, ciepłą i słoneczną powieść Ewy Gogolewskiej-Domagały pt. "Blondie$". Ewę, jeszcze jako Ewę Domagałę, poznałem w latach siedemdziesiątych na festiwalu w Krakowie. Była jego laureatką. Potem ta piękna dziewczyna o niezwykłym głosie gdzieś mi się na długie lata zapodziała. Gdzie była i co robiła w dużej mierze wyjaśnia jej książka, którą czyta się znakomicie. Czytam więc sobie o ciepłych krajach i tęsknię za wiosną. Czasem, gdy słońce przysiądzie na dachu mojego domu, zaczynają skraplać się sople wiszące nad oknem. Każda kropla z sopla, to moja uciecha.

zima-na-dachu

          Tak, jak uciechą było nagranie, które ostatnio dostałem. W tym samym czasie, kiedy poznałem Ewę Domagałę, poznałem w gdańskim Żaku śpiewające rodzeństwo - Anię i Zbyszka Szukalskich. Urok Ani i upór Zbyszka sprawił, że wkrótce potem, wraz z Markiem Prusakowskim napisałem dla Ani kilka piosenek. Wśród tych piosenek była, niby troszkę erotyczna rzecz pt. "Nie ze mną". Teraz rzecz tę odmroził i nagrał podczas koncertu w klubie Kwadratowa nowy zespół Zbyszka - Wolny Przedział. Tak dzisiaj, jak i wtedy piosenka traktowała o kobiecych priorytetach, zdrowym rozsądku i zimnych kalkulacjach. Mówiła, i mówi o tym, że często w kontakcie z kobietą mężczyzna nie ma szans. Przegra nawet z sukienką. Chłop może się zakochać, zauroczyć, wpaść w miłość po uszy, a i tak na ratunek nikt mu nie przyjdzie. Taki los wyślizganego. Stąd zresztą podobieństwo treści piosenki do sytuacji na zamarzniętej Zatoce Gdańskiej. W obu przypadkach człowiek zostaje na... lodzie. Siedzę więc w domu, palę w kominku, czytam książkę, słucham piosenki i...

kominek

próbuję sobie przypomnieć, jak to właściwie było, i czy było? Ze mną, czy nie ze mną?

PS. Moje wyjaśnienie treści piosenki "Nie ze mną" nie ma oczywiście nic wspólnego z tym, o czym tak naprawdę jest ta piosenka. 

20 lutego, 2011

W Paryżu, w Sopocie...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:53
          Za dawnych czasów, gdy I sekretarz był królem, a PZPR królową Polski, wyjazd za granicę był marzeniem, najczęściej niespełnionym. O tym, że w snuciu marzeń o podróży np. do Paryża nie byłem sam, wiedziałem tak samo dobrze, jak to, że komuniści chcą ruszyć z posad bryłę świata. Dzięki Bogu nie ruszyli, ale też i ja nigdzie nie pojechałem. Ostatnio podczas lektury książki Adrianny Godlewskiej "Jestem, Po po prostu Jestem" dowiedziałem się o jej marzeniach z Paryżem związanych. Z tym, że Ada, mimo kłód rzucanych jej pod nogi, swe marzenia spełniała. Wyjeżdżała do Paryża wielokrotnie i jak się miałem okazję przekonać, francuskim włada równie pięknie, jak polskim, z tym, że gdy mówi po francusku, to prócz słów słychać w jej mowie jeszcze miłość do tego języka i wszystkiego co francuskie.
Ja w tamtych czasach zamiast starać się o wyjazd na stolicy francuskiej bulwary, napisałem o swoim marzeniu piosenkę. Muzykę do marzenia skomponował Zbyszek Rojek (na zdjęciu z 1974r,), nawet nagrał ją na płytę dla firmy MTJ. Piosenka nosi tytuł "W Paryżu nocą" i znajduje się na podstronie "Nagrania"

zbyszek-rojek-1974

         A potem piosenka była sobie bytem niewykorzystanym, aż kiedyś, w 1994 roku olsztyński, amatorski zespół KOTY, na jakimś przeglądzie typu: "Mikrofon dla wszystkich" naszą piosenką wywalczył sobie główny laur. Gdy wszystko się pięknie w Polsce pozmieniało i gdy bez problemów mogłem już pojechać do Paryża, to okazało się, że wcale mi się nie chce. Był taki wieczór latem, gdym zasiedział się w ogródku przytulnej knajpki w Sopocie i popijając nienachalnie gapiłem się na coraz bardziej krzywe dzieło mego przyjaciela Szotyńskiego Szczepana. Wtedy przyszło mi do głowy, że Paryż Paryżem, ale ja tu, całkiem pod nosem, na dodatek w każdej chwili i o każdej porze mogę mieć swój kawałek bulwaru, baru i hotelu, w którym pełno jest złotej muzyki. Wszak Sopot nocą na Monciaku, jak nic stawał się z każdą chwilą moim Paryżem.

krzywy_domek_noca_sopot-fot-robinia-bloxpl
fot.robinia.blox.pl
Wrona mi tylko jakoś nie pasowała... Zadzwoniłem do Zbyszka i zapytałem, czy przy wolnej chwili nie zaśpiewałby i nie nagrał u siebie w domu tego kawałka jeszcze raz, zmieniając słowo Paryż na Sopot. - I z tej wrony - poprosiłem - mewę mi zrób. Po jakimś czasie Zbyszek przysłał mi MP-3, którą nagrał wraz Mateuszem Iwaszczyszynem, jako kabaret Piosenki Smoothney. Nie do końca się zgadzam, że piosenka jest smoothna, ale przecież z powodu różnicy zdań nie będę namawiał Matusza, by wyrzekł się nazwy. Przesłuchałem demo, tylko dla mnie zrobione i okazało się, że w Sopocie i wszędzie indziej może być jak w Paryżu. Nie być, czy być w Paryżu - to dzisiaj jest tylko kwestia wyobraźni. 
12 lutego, 2011

Ostrzeżenie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:01
         Zobaczyłem wczoraj w telewizji, jak sekretarz Karola Wojtyły, kardynał Dziwisz, wręcza dziennikarzowi TVN coś, co przypominało broszkę, w której podobno umieszczona została kropla krwi i kawałek szaty polskiego papieża. Dziennikarz TVN posłużył kardynałowi z Krakowa za listonosza do Roberta Kubicy. Natknąłem się na tę informację tuż po tym, jak wysłuchałem na żywo konferencji prasowej lekarza, który ostatecznie poskładał naszego kierowcę i powiedział, że wszystko poszło świetnie, choć na rezultaty trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Oczywiście jasnym jest, że wręczenie podarunku z krwi i szaty musiało nastąpić dużo wcześniej. Zanim ogłoszono, że ze zdrowiem Kubicy jest lepiej. Najpierw pomyślałem, że choć to trochę makabryczne, to jednak, jako objaw troski, dość przyzwoite. Potem mi zaświtało, że gdy po pierwszej operacji było już jasne, iż Kubica przeżyje, taki podarunek przysporzy Kościołowi sympatii. I dobrze. Wszyscy się martwimy, więc Kościół ze swoimi owieczkami i baranami też ma prawo się troszczyć. A nie? Trzecia jednak myśl, jaka mi przyszła do głowy, była taka, że kardynał Dziwisz wykalkulował sobie, iż dość tanim kosztem wyreżyseruje cud. W wieczornych dziennikach TVP podawano już informację, że Dziwisz przekazał relikwie na prośbę Kubicy.
Tak, czy inaczej, Kubica wkrótce wyzdrowieje i będzie można głosić, że miał w tym swój udział Jan Paweł II. Po jakimś czasie nikt nie będzie pamiętał o lekarzu cudotwórcy i świetnym, małym, prowincjonalnym szpitaliku we Włoszech, a spora część naszego społeczeństwa, utwierdzana przez księży, zapamięta, iż to J.P.II sprawił, że Kubica wstał i poszedł. I jak się ma do tego komunikat

na tabliczce niżej:

ostrzezenie
fot. z netu
         I co teraz powie Jacek Kleyff, który rozbawił mnie w radio Tok-FM podczas audycji o cudach Jana Pawła II, gdy powiedział , że on też wierzy w cuda, niekoniecznie za sprawą J.P.II, ale wierzy, bo to cud, że znalazł wczoraj klucze, które zgubił trzy lata wcześniej.
04 lutego, 2011

Całkiem szybki Wolny Przedział

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:21
        Skąd wzięła się nazwa - nie wiem. Założyciel zespołu też nie do końca potrafi to wytłumaczyć. O co więc chodzi z tą nazwą? Jaka to kolej, jaki przedział, w jakim wagonie, w jakim pociągu - nie wiadomo. Wiadomo tylko, że jest wolny - Wolny Przedział.

wolny-przedzial-fot-b-radziszewska
fot.Barbara Radziszewska
          Nazwa brzmi jak zaproszenie, bo jak wolny, to od razu chce się wejść i siadać. W przedziale chyba najlepiej siedzi się przy oknie, więc jak się już usiądzie, to się chce jechać i patrzeć. Jechać, to w podróż. Dokąd? Jak podróż, to stukot kół, jak stukot kół, to rytm, jak rytm, to muzyka. Jak do muzyki dodamy słowa, to piosenka na drogę gotowa. Jak gotowa, to jechać, patrzeć i słuchać. Nawet się nie zorientowałem, ale od jakiegoś czasu, jako autor jadę w Wolnym Przedziale, diabli widzą gdzie.
          O założycielu zespołu Zbyszku Szukalskim i jego pomysłach już pisałem. Z opisanych wcześniej wydarzeń wynika, że dwóm starym kumplom przyszło do głowy, by, jak przed laty, jeszcze raz coś razem napisać. Gdy już powstała jedna piosenka, to raz, dwa, trzy i... nie wiedzieć kiedy powstały cztery nowe. Zbyszek do tych nowych piosenek dołożył kilka starych, zaprosił na próby kilka osób i dość szybko, to muzyczne ciasto urosło na tyle, że mógł z niego wypiec całkiem dobry zespół - Wolny Przedział. Nie udałoby się to jednak bez Ani Judyckiej - wokalistki o charakternym i stylowym głosie, która zastąpiła Dominikę Franiak, bez Arlety Rusieckiej - dziewczyny, której śpiew zachwyca i zniewala, a przede wszystkim bez Roberta Słuckiego, tego samego, który pomógł mi niedawno wybrać i kupić gitarę.

robert-slucki-fotisak
fot. isak
         Robert jest świetnym gitarzystą, muzykiem, który nasze piosenki wysmakował, dosolił, dopieprzył, ładnie przystroił i podał na muzycznej tacy jako całkiem smaczne potrawy. Jest ich dziesięć. Na każde z tych dań jest przepis i każda z tych potraw ma swoją historię. Kiedyś chciałbym te historie opowiedzieć, więc dzisiaj załączam tylko jedną z nich. Tekst, jak się łatwo zorientować, traktuje o nadopiekuńczości. W pierwotnej, oryginalnej wersji, słowa piosenki opowiadały o nadtroskliwej kobiecie, która chłopa swym matkowaniem doprowadzała do szału, ale w życiu bywa też tak, że to chłop na kobitę nadmiernie chucha i dmucha. O takim właśnie chłopie dzisiejszą piosenkę, która swą medialną premierę miała dwa dni temu w radiowej Trójce, śpiewa bardzo przystojna kobitka - Ania Judycka. Oczywiście wszelka zbieżność faktów i podobieństw do osób rzeczywistych jest w tej piosence kompletnie przypadkowa chyba, że... Muzykę napisał Zbyszek Szukalski, a tekst jest mój. Piosenka ( patrz Nagrania), którą śpiewa zespół Wolny Przedział opatrzona została tytułem: "Sweter włóż". Miłej podróży.

PS. Więcej o zespole można się dowiedzieć na stronie: www.wolnyprzedzial.pl 
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY