07 sierpnia, 2011

Jutro popłyniemy...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:56

Jest taka sympatyczna piosenka do tekstu Gałczyńskiego, która zaczyna się od słów: Jutro popłyniemy daleko, jeszcze dalej niż te obłoki. Pokłonimy się nowym brzegom, odkryjemy nowe zatoki. Podśpiewywałem ją dzisiaj pod nosem podczas spaceru, jaki z Asią zafundowaliśmy sobie w południe. Odwiedziliśmy basen jachtowy w Gdyni, skąd nie raz i nie dwa miałem okazję wychodzić w morze i płynąć z przyjaciółmi "...jeszcze dalej niż te obłoki...".

asia

Dzisiaj chciałem zobaczyć, jak idą roboty przy wschodniej kei, a gapiąc się w niebieską dal, namarzyć do syta na jakiś czas. Roboty mają się dobrze, a z marzeniami... - sami zobaczcie.

wiatr-i-woda-gdynia-2011-030

Z marzeniami trudno było sobie poradzić przy takiej obfitości luksusu, jaki stoi w Gdyni.

wiatr-i-woda-gdynia-2011-007

 Oglądałem od dziobu, od burty i od rufy.

wiatr-i-woda-gdynia-2011-008

Aż się chciało zamustrować i chociaż chwilkę poczuć się, jak... No właśnie - jak?

wiatr-i-woda-gdynia-2011-011

Kiedyś byłem żeglarskim fanatykiem, ale z wiekiem trochę mi to przechodzi...

wiatr-i-woda-gdynia-2011-012

Robię się coraz bardziej tolerancyjny i coraz bardziej wygodny. Oczywiście nic mi nie zastąpi wiatru w żaglach i nie ma nic bardziej przykrego, jak ryk potężnego silnika na wodzie, to jednak czasami chciałoby się usłyszeć "... morza szum, wiatru śpiew..." z pokładu takiego jachtu

wiatr-i-woda-gdynia-2011-013

... i zobaczyć oddalający się brzeg powabnej Gdyni...

jeszcze-dalej-niz

... by przed sobą poczuć smak przygody i... wygody. Marzenia są za darmo, a życie wciąż jeszcze pełne jest niespodzianek, więc może jutro "...odkryjemy nowe zatoki..." PS Dla prowadzonej przez Teresę Drozdę "Strefy Piosenki" napisałem w ubiegłym tygodniu coś o wirusie w Wolnym Przedziale Kto ciekaw, zapraszam.

30 lipca, 2011

Rozstania

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:03
Wiele razy myślałem o tym, jak zachowam się, gdy przyjdzie mi stanąć twarzą w twarz z prawdą ostateczną? Czy w nieodwracalnej sytuacji zagrożenia życia poradzę sobie z emocjami? Zastanawiałem się, czy mój naturalny optymizm wystarczy, by w obliczu groźnej choroby utrzymać mnie w nadziei przetrwania? Nie umiałem sobie nigdy na to odpowiedzieć, bo odpowiedź zapewne przyjdzie dopiero z zagrożeniem. Zbyszka Rojka poznałem w 1977 roku w Olsztynie. Szybko zostaliśmy przyjaciółmi. Łatwo nam się było zaprzyjaźnić, gdyż obydwaj interesowaliśmy się muzyką, a szczególnie piosenką. Zbyszek był multiinstrumentalistą. Gdy z Andrzejem Swacyną zaczęliśmy próbować program, wkrótce dołączył do nas Zbyszek, grał na gitarze basowej. Stworzyliśmy trio i dość szybko zdobyliśmy kilka głównych nagród na studenckich przeglądach i festiwalach.

od-lewej-zbyszek-rojek-waldek-chylinski-i-andrzej-swacyna-otwarta-proba-w-olsztynie-1978r
na zdjęciu: próba naszego zespołu.

Zbyszek Rojek pierwszy od lewej W 1979 roku rozstaliśmy się. Wróciłem do Trójmiasta, a Zbyszek z Andrzejem Janeczką, moim kolegą ze studiów i sąsiadem z akademika, założył Trzeci Oddech Kaczuchy. Grając na festiwalu w Krakowie, a potem w Opolu ich zespół odniósł ogromny sukces zdobywając najwyższe laury.

trzeci-oddech-kaczuchy-w-opolu
na zdjęciu:Trzeci Oddech Kaczuchy w Opolu.

Zbyszek Rojek pierwszy od lewej Niestety, w tym składzie popularne Kaczuchy dość szybko przestały istnieć. Andrzej wyprowadził się do Łodzi i zabrał ze sobą nazwę oraz Maję Piwońską, która z nimi śpiewała. Zbyszek zebrał resztę chłopaków, którzy grali w zespole i po powrocie do Olsztyna założył nowy ansambl. Napisał do mnie wtedy list z propozycją współpracy, zgodziłem się i dołączyłem do zespołu, któremu Zbyszek wymyślił już nazwę - Kaczki z Nowej Paczki. Nasze drogi zeszły się ponownie.

kaczki-z-nowej-paczki-pierwszy-sklad
na zdjęciu: Kaczki z Nowej Paczki, Zbyszek Rojek drugi od lewej

Stworzyliśmy kapelę muzyczno-kabaretową, która po kilku miesiącach ciężkiej pracy także zaczęła odnosić sukcesy. Wiele głównych nagród na kilku festiwalach, stała audycja w radiowej Trójce, kilka programów telewizyjnych i nagranie płyty, która okazała się "Złotą Płytą", to miara sukcesu tamtego, pierwszego składu zespołu Kaczki z Nowej Paczki. W 1985 roku rozstałem się ze Zbyszkiem znowu. W dość burzliwych okolicznościach nie do końca przez nas zawinionych, bardzo się pokłóciliśmy. Po dwóch latach Zbyszek przyjechał do mojego domu i rozmawialiśmy do rana. Wyjaśniliśmy sobie wszystko i rano znowu byliśmy przyjaciółmi. W kwietniu 2000r., pożegnaliśmy na cmentarzu w Karolewie Andrzeja Swacynę. Zbyszek podszedł do mnie po pogrzebie i powiedział - Nigdy już z Andrzejkiem nie zagramy. To ostateczny koniec naszego tria. Szkoda Później widywaliśmy się ze Zbyszkiem częściej. Zachowałem zdjęcie z benefisu Zbyszka w Olsztynie, który odbył się w 2005r.

u-rojka-na-benefisie-olsztyn-2004
na zdjęciu: Zbyszek siedzi w fotelu

W ubiegłym roku bawiliśmy się w zmianę tekstu piosenki "W Paryżu nocą". Dzięki Mateuszowi Iwaszczyszynowi doszło nawet do domowego nagrania piosenkii, którą stworzyliśmy wiele lat temu. W kwietniu odwiedziliśmy razem grób Andrzeja.

zbyszek-rojek-na-grobie-andrzeja-swacyny-10-kwietnia-2010
ma zdjęciu:Zbyszek Rojek nad grobem Andrzeja Swacyny

Niedawno Zbyszek został dziadkiem. Tak się cieszył z tego wydarzenia, że przyjaciele już na drugi dzień po urodzinach wnuka wiedzieli jak Piotruś wygląda, ile waży i że podobny jest do... dziadka.

2011-06-15_piotrus-i-dziadek_zbyszek-rojek
na zdjęciu Zbyszek Rojek z wnuczkiem Piotrusiem

Niewiele ponad miesiąc temu, bo 13 czerwca Zbyszek z Asią przyszli na mój koncert.

asia-i-zbyszek-rojek-w-olsztynie-13-czerwca-2011-028

Na zdjęciu:Asia i Zbyszek Rojkowie

Zbyszek był już poważnie chory i czekał na operację. Uderzyło mnie w nim to, jak bardzo był pogodny, spokojny i ufny. Wierzył w dobry obrót swoich spraw i miał niczym nie zmąconą nadzieję na powrót do zdrowia. Podziwiałem go za tę pewność siebie i optymizm, którym zarażał innych. Wyjechałem z Olsztyna przekonany, że Zbyszek z chorobą wygra. Rozmawiałem z nim kilka dni temu, był dobrej myśli, choć ciężko mu się mówiło. Umówiliśmy się na kolejną rozmowę za kilka dni. Już nie pogadamy. Wczoraj Zbyszek przegrał swoją walkę o życie. Znowu rozstaliśmy się na jakiś czas. Do zobaczenia Zbyszku.
PS Pogrzeb Zbyszka Rojka odbędzie się w środę 3 sierpnia w Olsztynie; godz. 12:45 wystawienie zwłok w kaplicy przy szpitalu MSZ ul. Mariańska 4; godz. 13:15 msza w kościele NSPJ ul. Kopernika 47; ok. godz. 14:00 cmentarz komunalny przy ul. Poprzecznej 9, Aleja Zasłużonych. PS 2 ( 4.08.11r.) 

pozegnanie-zbyszka-rojka ...można zobaczyć 
22 lipca, 2011

Bardowie z Bardówką w lesie ( *relacja pod wpisem)

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:05
Na początki ubiegłego wieku mieszkańcy Wrzeszcza, wśród wzgórz morenowych otaczających Gdańsk, znaleźli uroczą dolinkę. Idąc za przykładem Sopotu, który w podobnym miejscu ulokował Operę Leśną, w pięknych, naturalnych warunkach wrzeszczańskich lasów wrzeszczanie też zbudowali sobie teatr. Teatr ten, zwany Leśnym obchodzi w tym roku swoje stulecie. Na początku ubiegłego wieku Teatr w lesie wyglądał tak:

teatr-lesny

Po wojnie miejsce to zostało zapomniane i zapuszczone. Dopiero niedawno, bo pod koniec lat dziewięćdziesiątych, obecnym mieszkańcom mojej rodzinnej dzielnicy Gdańska udało się je zrekonstruować...

teatr-lesny-fot-agnes-only
fot.agnes-only

... i za sprawą Katarzyny Burakowskiej, szefowej klubu Winda na nowo ożywić. Od tamtej pory Teatr Leśny, położony tuż obok ulicy Jaśkowa Dolina, letnią porą znowu przyciąga liczne gromady widzów. Grałem na tej leśnej scenie w 2003 roku wraz z Wojtkiem Staroniewiczem, Maćkiem Grzywaczem i jeszcze kilkoma, wspaniałymi muzykami, koncert, na który złożyły się piosenki z mojej, świeżo wydanej wtedy płyty "Słowa...". W ubiegłym roku byłem tam, mimo fatalnej pogody, na bardzo udanym, jazzowym koncercie Krysi Stańko.

teatr-lesny-czerwiec-2010

Jutro, 23 lipca o godz 19.00 w Teatrze Leśnym, w ramach Łagodnych Spotkań Muzycznych odbędzie się koncert, w którym wystąpi Grzegorz Marchowski, przesympatyczny bard, od którego zaczęła się moja przygoda z piosenką. Napisałem kiedyś dla Grzesia wiele tekstów i do dzisiaj śpiewam wiele piosenek, które Grześ skomponował. Wystąpi też Duśka Staroniewicz. Miałem niedawno okazję jurorować z Dusią na festiwalu szantowym, to znakomita tekściarka...

duska-staroniewicz

... i "bardówka", a do tego siostra Wojtka Staroniewicza - jednego z najlepszych saksofonistów w Polsce. Będzie również czystej krwi bard nad bardy, legendarny twórca "Ballady o Krzyżowcu" - Mirek Hrynkiewicz. Mirek wystąpi w towarzystwie równie legendarnego w światku bardów i bardówek (po części dzięki balladom Mirka) Stasia Wawrykiewicza, jak i prześwietnego Bogusia Jackowskiego z rodziną. Ja także wystąpię i spróbuję przypomnieć publiczności i sobie kilka swoich starych piosenek. Mam nadzieję, że pogoda dopisze i każdy kto przyjdzie znajdzie coś dla siebie, bo prócz wymienionych wystąpi też z recitalem znakomita aktorka Ewa Błaszczyk. Zapraszam serdecznie. PS 1 O Teatrze Leśnym w ubiegłym roku pisałem także tutaj * PS 2 dopisane 24 lipca 2011r. Internet wciąż mnie zaskakuje. Okazało się przed chwilą, że to, o czym pisałem powyżej i co działo się zaledwie parę godzin temu, można już obejrzeć. Dusia Staroniewicz, która odnalazła nagrania z wczorajszego koncertu, mój występ skomentowała na Facebooku w następujący sposób: Za każdym razem jak słucham Waldka znowu jestem zaczarowana. I zawsze prosiłam Cię na Salonach abyś zaśpiewał ? Ptakom na drzewach?. I zawsze mogłam słuchać od nowa od nowa Twoje poetyckie piosenki. Dusia Dzięki Dusiu, ani krzty nie przesadzę, gdy zrewanżuję się pisząc, że Twojego koncertu słuchałem równie zaczarowany. Mój występ, a także Dusi i innych artystów ( materiał nie montowany) zobaczyć można pod adresem: http://www.popler.tv/Winda/31254#31254
15 lipca, 2011

Zamyślony proces twórczy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:14
          Zdrowa zazdrość, to budujące i motywujące uczucie. Nie jest mi ono obce, więc zawsze bardzo się cieszę, gdy wiatr sukcesu zawieje w żagle przyjaciół. Tak było też, gdy niedawno w telewizji oglądałem sprawozdanie z...
          Szczepana Szotyńskiego, zaprzyjaźnionego architekta i artystę, który wraz z cudowną małżonką Małgorzatą zaprojektował całą masę ciekawych budynków i budowli udało mi się sfotografować, gdy...

szcepan-szotynski-w-swojej-pracowni-1 szcepan-szotynski-w-swojej-pracowni-2 szcepan-szotynski-w-swojej-pracowni-3 szczepan-szotynski-w-swojej-pracowni-4

...zamyślił się w procesie twórczym, pracując nad kolejnym projektem architektonicznym. Kto nie wie, niech wie, że dzięki zamyśleniom Szczepana w pracowni Szotyńskich rodzą się takie pomysły, jak choćby Krzywy Domek...

krzywy-domek

... niekonwencjonalne bryły kościołów, hoteli, domów, a nawet wież widokowych. Jeżeli lato spędzać będziecie nad morzem w okolicach Trójmiasta, to warto wiedzieć, że wieże widokowe w Gniewinie i na Kolibkach wyszły spod myśli, a raczej zamyślenia Szczepana i ręki architektów z pracowni, którą prowadzi Małgosia.
Z zamyślenia urodziła się też, otwarta niedawno przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, sopocka marina jachtowa...

marina-w-sopocie

... której budowę rok temu fotografowałem z plaży i wyglądała tak:

budowa-mariny-w-sopocie-2010r

a teraz tak:

marina
fot.K. Misztal

          Marina w Sopocie zaprojektowana została przez pracownię Szotyńskich wraz z "Budmorsem Consulting" i jak widać współpraca ta dała znakomite rezultaty. Po Monciaku, Molo, Operze Leśnej, czy Krzywym Domku będziemy mieli kolejny, najczęściej fotografowany obiekt w Sopocie - Marinę. I dobrze. Skłonny jestem na koniec wysnuć taką oto myśl - wystarczy się mądrze zamyślić, a cuda i cudeńka same się w głowie pięknie ułożą. Brawo Małgosiu! Brawo Szczepanie!
09 lipca, 2011

Gdzie ta keja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:16
Fajnie wieczór wczoraj spędziłem... Bycie jurorem dla mnie to nie pierwszyzna. Jednak po raz pierwszy miałem okazję jurorować na festiwalu szantowym. Po raz dwunasty odbywał się on w Gdańsku, jako Szanty pod Żurawiem. Festiwal ten towarzyszy zlotowi żaglowców Baltic Sail, który od piętnastu lat króluje latem na gdańskiej Motławie.

szanty-pod-zurawiem-gdansk-8-07-2011r

Dzięki ojcu żeglarstwo mam we krwi, ale szanta jakoś mnie dotąd omijała. Oczywiście znałem kilka żeglarskich evergreenów, które w ostatnich latach wbijał mi do głowy przyjaciel mój i kapitan jachtowy - Leszek Szczechula, lecz aż do wczoraj, z ruchem szantowym jakoś nie było mi po drodze. Wczoraj nastąpił w mej niezmienności przełom. Na zaproszenie Michała Juszczakiewicza - aktora, reżysera i organizatora szantowego festiwalu (na zdjęciu poniżej Michał z żoną)...

szanty-pod-zurawiem-gdansk-8-07-2011r-michal-juszczakiewicz-z-zona fot.W.Chylinski

... którego znałem dotąd z programu "Od przedszkola do Opola", zasiadłem w jury gdańskiego festiwalu, w towarzystwie nieocenionej Dusi Staroniewicz i... Jurka Porębskiego. O ile Dusię znam już całe wieki, o tyle Jurka widziałem wczoraj pierwszy raz. Jurek jest autorem najsławniejszego w polskim światku żeglarskim muzycznego pytania - Gdzie ta keja? "Cztery piwka" czy "Portowa tawerna", to inne jego piosenki z wierzchołka szantowych list przebojów.

szanty-pod-zurawiem-gdansk-8-07-2011r-jerzy-porebski

Jerzy, będąc doktorem oceanografii życie spędził na morzu wśród żeglarzy i rybaków. Nie bardzo mogąc na jachtach i kutrach grać ulubiony jazz, zajął się pisaniem i komponowaniem piosenek żeglarskich. Robił to tak udanie, że siedząc obok niego na Targu Rybnym w Gdańsku, dzięki rzeszom fanów żeglarskiej nuty, przez cały wczorajszy wieczór utwierdzałem się w świadomości, iż siedzę obok legendy, podwaliny i kamienia węgielnego polskiej szanty i piosenki żeglarskiej. I zapewniam, że mimo tej sławy i nimbu niezwykłości, jakim otacza Jurka środowisko, jest Jerzy uroczym i skromnym kompanem, duszą towarzystwa i przyjacielem ludzi. Dobrze nam się razem słuchało kolejnych artystów startujących w konkursie, których zapowiadał sławny Zejman, czyli Mirek Kowalewski zwany "Kovalem". Grały m.in. takie zespoły jak: Betty Blue, Formacja Klang, Morże Być, Orkiestra Samanta, Wikingowie, Własny Port, Za horyzontem oraz Znienacka Project. Wystąpił też Waldemar Mieczkowski - wieloletni kapitan Zawiszy Czarnego...

szanty-pod-zurawiem-gdansk-8-07-2011r-waldek-mieczkowski

...i znany satyryk Marek Majewski, który swą karierę na scenie zaczynał razem ze mną na Bazunach, Yapach i Giełdach...

szanty-pod-zurawiem-gdansk-8-07-2011r-marek-majewski

Blisko północy ustaliliśmy werdykt. Zasłużonych zwycięzców było wielu, a jednym z głównych laureatów został zespół Morże Być, który zaśpiewał dwie cudnej urody piosenki. Jedna z nich, piosenka pt. "Solina", może stać się przebojem nie tylko w żeglarskim światku.

szanty-pod-zurawiem-gdansk-8-07-2011r-zespol-morze-byc

Do domu wróciłem po północy. Przywiozłem ze sobą prezent od Jurka Porębskiego, jego najnowszą płytę nagraną z krakowskim, jazzowym ansamblem Old Metropolitan Band pt. "Stary Port - Nowy Orlean / Szanty - Jazz". Przed snem zacząłem sobie układać w głowie tekst mojej pierwszej szanty, ale i tak zasnąłem z pytaniem na ustach - Gdzie ta keja? PS dopisane 15 lipca Tym, którzy się dziwią, jak facet, który do tej pory z szantami nie miał nic wspólnego zasiadł w jury szantowego festiwalu wyjaśniam, że organizator postawił w moim przypadku na inne doświadczenie, niż to związane węzłem ratowniczym z szantami. Podczas prac jury baczyłem na cumy, jakie wiążą piosenkę żeglarską z piosenką ogólną, czyli piosenką jako taką:). Nie bez znaczenia był też mój stopień żeglarski - sternik jachtowy i rodzinne, żeglarskie wychowanie.
30 czerwca, 2011

Odmeldował się...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:18
Będąc utalentowanym artystą i erudytą wypełniał sobą nie tylko swój świat. Jako wykonawca "Ostatniej posługi" - piosenki, którą napisał do marsza żałobnego Chopina, czy piosenki o uszach ogromnych i muskularnych, wszedł do elity polskich artystów kabaretowych. Wyróżniał się niezwykłym tembrem głosu. Jako dziennikarz Trójki, reżyser radiowy i współautor "Rodziny Poszepszyńskich" zapisał się wśród legend. Odkrył dla Polski Leonarda Cohena i przetłumaczył większość jego ballad, które sam, z dużym sukcesem także śpiewał. W 1968 organizował strajki studenckie. W 1980 wspierał strajki robotnicze i wymyślił "Zakazane Piosenki". Maciek Zembaty zmarł 27 czerwca 2011 roku.

maciej-zembaty-odmeldowanie-fot-w-chylinski

Poznałem Maćka w 1978 roku na I Ogólnopolskim Przeglądzie Piosenki Autorskiej w Warszawie. Był tam jurorem, a ja laureatem. Kilka miesięcy później zaprosił mnie do udziału w nagraniu programu TV - "Pieśni miłości i nienawiści - Leonarda Cohena". Potem czasami spotykaliśmy się na wspólnych koncertach. W 1981 roku, za Maćka sprawą, wziąłem udział w I Przeglądzie Piosenki Prawdziwej - "Zakazane Piosenki", jaki odbył się w hali Olivii. Do dzisiaj pamiętam niemal każdą chwilę z tamtego wydarzenia, tak było syte w uczucia i mocno przyprawione nadzieją na zmiany. Po 1989 roku Maciek zaczął bywać u nas w domu. Zaprosiłem go nawet kiedyś na jacht i rejs po Zatoce Gdańskiej. Moi przyjaciele, którzy także w tym rejsie brali udział do dzisiaj wspominają wieczór w porcie, w Górkach Zachodnich, kiedy Maciek swoimi piosenkami świecił jaśniej niż księżyc, a humorem skrzył lepiej niż iskry z ogniska, w którym piekliśmy kiełbaski. Kiedy w 2002 roku grałem w Warszawie koncert promujący moją płytę, Maciek bez wahania zgodził się ten koncert firmować i zapowiadać. Choroba trawiła go od dość dawna. Pojawiał się i znikał. Swoimi barwnymi opowieściami nie tylko zaciekawiał i bawił, ale też często trwożył. Wieczory z Maćkiem w moim domu obowiązkowo kończyły się wspólnym graniem.

Maciek-Zembaty-w-Gdyni fot W. Chyliński

Maciek był kolorowym ptakiem, który uwodził słowem, myślą i... śpiewem. I takim chcę go zapamiętać - mądrym i przyjacielskim. Dziękuję Ci Maćku za wszystkie dobre chwile, które mi dodałeś do życia. Do zobaczenia. PS. Dzisiaj (2 lipca 2011r) Ela Wojnowska przysłała mi wiadomość: Pogrzeb Maćka Zembatego: w piątek, 8 lipca, godzina 14:00, Powązki Wojskowe, Dom Pogrzebowy. Informacja pochodzi od Joasi Damięckiej Elżbieta
24 czerwca, 2011

Niemodne uczucie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:20
Wczoraj, znienacka odwiedzili nas przyjaciele. Nim przyjechali, zadzwonili. Tłumaczyłem się trochę, że bajzel w domu, że porządki... - Eee tam, zaraz będziemy - usłyszałem w odpowiedzi i rzeczywiście po godzinie u bramy stanął Janusz Kasprowicz z Asią i niedawny bohater mojego wpisu o nagrodach na Festiwalu Filmowym - Karol Maciejewski. Było mi trochę głupio, bo u nas rzeczywiście panuje teraz wielki, porządkowy bałagan, ale w końcu przyjaciół wita się sercem, a nie czystym, wypranym do cna, sztucznym uśmiechem, więc... dla przyjaciół u nas brama zawsze otwarta. Wpadli, ot tak, bez powodu, dla czystej przyjemności i podtrzymania przyjaźni. Wypili herbatę, zagadnęli o życie i zdrowie, po czym, jak wpadli, tak wypadli, zostawiając po sobie miłe ciepełko międzyludzkiej więzi i sympatii. Niedawno spotkałem się też ze swoimi przyjaciółmi z lat szkolnych.

spotkanie-przyjaciol-z-conradinum-2011

Już starsi panowie z nas, a wciąż widzimy się tamtymi chłopakami, którzy rozrabiali na lekcjach, burząc powagę dostojnego i owianego legendą "Conradinum". Zbyszek Florek przyleciał z Bombaju, obecnie Mumbai, gdzie pracuje na statku stabilizującym platformę wiertniczą, Marian Szych "robi" dzisiaj w gastronomii, Rysiu Galiński instaluje urządzenia przemysłowe, a Leszek Szczechula, z którym łączy mnie pasja do żagli i piosenki, odpoczywa teraz w Gdyni między kolejnymi, żeglarskimi wyprawami. Był na tym spotkaniu jeszcze Heniu Wiśniewski (nie ma go na zdjęciu), poważny biznesmen z Laskowic i Zbyszek Szefka...

chylinski-i-szefka

...zacny prawnik, który często przy okazji takich spotkań cierpliwie tłumaczy nam zawiłości paragrafów. I pomyśleć, że wszyscy byliśmy, a właściwie jesteśmy wykształconymi mechanikami okrętowymi. Spotkanie w Sopocie zakończyło się późną nocą solenną obietnicą ponownego, tak samo serdecznego spotkania się. Nasze przyjaźnie z młodości mają niezwykle żywotną siłę przetrwania, a bezinteresowność ich zawarcia czyni z nich to, co ma wartość i co się liczy, choć jest nieprzeliczalne. Podobnie było, gdy na zaproszenie z Olsztyna, z gitarą w bagażniku pojechałem spotkać się z przyjaciółmi mieszkającymi w grodzie nad Łyną.

olsztyn-1

Mają w tym Olsztynie smykałkę do piosenek literackich, ballad i poezji śpiewanej. W Teatralnym Spichlerzu Marta Andrzejczyk - olsztyńska aktorka i piosenkarka...

marta-andrzejczyk

...cyklicznie organizuje kameralne imprezy z tej, tekstowo-muzycznej dziedziny. Z zaproszenia Marty skorzystałem tym chętniej, że Olsztyn, to moje drugie po Trójmieście magiczne miejsce na ziemi. Wiele dobrego mnie tam spotkało i spotyka nadal, bo występ...

2011-06-13_w-chylinski

... jak donieśli życzliwi, całkiem mi się udał. A jak jeszcze do tego dołożyć fakt, że spotkałem się z Tadziem Prusińskim - przyjacielem, dziennikarzem i autorem wielu monograficznych publikacji i książek, że mogłem gościć i obiadować w domu malarki Elwiry Iwaszczyszyn, z której mężem, Mateuszem wieczorem razem koncertowaliśmy w Spichlerzu...

mateusz-iwaszczyszyn

...a kiedyś razem muzykowaliśmy w zespole "Kaczki z Nowej Paczki". Jak jeszcze wziąć pod uwagę, że na spotkanie ze mną wpadł, i wraz z żoną Asią został na koncercie, główny pomysłodawca i założyciel wspomnianego zespołu...

asia-i-zbyszek-rojkowie

...Zbyszek Rojek, który grając na basie towarzyszył moim muzycznym poczynaniom od 1977 roku, to nie ma się co dziwić, że spotkaniami tymi byłem zachwycony dokumentnie, bezwarunkowo i nieodwołalnie. Dla takich zachwytów warto się spotykać. Być może winny jest mój wiek, ale mam wrażenie, że przyjaźń jest uczuciem coraz bardziej niemodnym. Może dlatego serce bije mi mocniej, gdy spotykam ludzi z tamtych czasów, kiedy przyjaźń była często jedyną, kolorową wartością wśród bezwartościowych zaklęć szarej rzeczywistości.
18 czerwca, 2011

Przydasie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:30
          Z wiosną zarządziliśmy w domu generalne porządki. Dom duży, to i porządki duże. Duże, żmudne i uciążliwe. Przenosimy więc z miejsca na miejsce meble, kartony i dziesiątki niepotrzebnych rzeczy, w które przez lata obrośliśmy. Przesuwamy z pokoju do pokoju książki, szpargały i inne "przydasie", których znaczenia i wartości już dawno nie pamiętamy, ale przez lata się o nie potykaliśmy. Przy okazji tych porządków odkrywamy rzeczy, sprawy i tematy, które może nie są już dziś istotne, ale wzruszają, bo dzięki nim jesteśmy... jacy jesteśmy.
Nie do opisania są te wszystkie uczucia, które pojawiają się, gdy z jakiegoś zakamarka, czy ze sterty niby nieważnych bibelotów wyciągamy jakiś list, jakąś skrzyneczkę z pierdołami, jakąś muszelkę znalezioną przez Radka w Nanibii, czy stare zdjęcie, o którym dawno zapomnieliśmy. Wyciągamy, a to wyciągnięte zaczyna do nas gadać i opowiada nam dawno zapomnianą historię. Tak się stało, gdy ze stosu papierzysk wypadł mi niezdarnie złożony, stary plakat. Z ciekawości rozłożyłem go na podłodze:

plakat

          Nie wiem kiedy ten plakat został wydrukowany i Asia też tego nie pamięta. W grę wchodzą lata 1975-78. Pewne jest to, że tytuł "17,15" wyprzedził sławną porę rozpoczynania kiedyś Teleexpressu, który powstał w TVP dopiero w 1986 roku. Rzut oka wystarczył, bym przypomniał sobie o Marcinie Jacobsonie, sławnym menago wielu gwiazd estrady i o Piotrze Kuklińskim, dzisiaj zacnym lekarzu, a wtedy i dzisiaj bracie sławnej aktorki Ewy Kuklińskiej. Miło było zobaczyć na plakacie nazwisko Franciszka Walickiego, który prócz tego, że jest ojcem rocka w Polsce, jest także pomysłodawcą i założycielem pierwszej w Polsce dyskoteki. Mieściła się ona w sopockim Grand Hotelu i działała od 1973 roku jako "Muzykorama". I pewne jest też to, że opisana na plakacie impreza miała miejsce zanim się z Asią ożeniłem. Asia będąc panną nosiła nazwisko Bańburska i z wielkim upodobaniem prowadziła dyskoteki, zarabiając w ten sposób na swoje życie i studia. Śmieszne w tej całej historii jest dla mnie to, że choć wywodziłem się z tego samego, żakowskiego środowiska, zupełnie nie wiedziałem, że moja przyszła żona z pasji i z zawodu, bo po wygraniu ogólnopolskiego konkursu w Warszawie uzyskała też ministerialne weryfikacje, jest DJem. Dla mnie Dijeje, to zawsze byli faceci, a  tu baba. I to jaka!!!

asia-dj

          Tego wszystkiego dowiedziałem się właściwie po ślubie, a przypomniałem sobie z wielkim sentymentem teraz, gdy w stosie zdjęć i papierów znalazłem to, co powyżej pokazałem. Oczywiście odłożyłem znalezione "skarby" do kartonu z napisem - Przydasie, bo przyda się, gdy za kilka lat znowu zaczniemy robić wielkie porządki.
11 czerwca, 2011

Lwy w bursztynie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:37
          Dzisiaj w Gdyni zostanie ogłoszony werdykt kolejnego, 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, a laureatom zostaną wręczone m.in. takie oto nagrody:

bursztynowe-lwy fot. Ewa Rachoń
fot. Ewa Rachoń

          W 1973 roku miałem dwadzieścia lat i szukałem swojego miejsca w życiu. Śpiewając, a przede wszystkim pisząc wiersze i teksty piosenek trafiłem do środowiska studenckiego w Żaku, które w tamtym czasie, jako dodatek do Dziennika Bałtyckiego, zaczęło wydawać Dziennik Akademicki. Dziennik Akademicki wychodzi do dzisiaj, choć wtedy nic nie wskazywało, że ten pomysł przetrwa tyle lat.
          W 1974 roku w Gdańsku po raz pierwszy zorganizowano Festiwal Polskich Filmów Fabularnych. Oli Zielińskiej, która była szefową Dziennika, i nam, młodym dziennikarzom powierzono zadanie prasowej obsługi tego Festiwalu. Przy takich okazjach w Żaku zawsze sprawdzał się pomysł wydawania biuletynu. Taki biuletyn wydawaliśmy w trakcie sławnych wówczas "Spotkań Jesiennych". Nic nie stało na przeszkodzie, by na festiwalu filmowym także spróbować coś takiego zrobić. Zaopatrzeni w czarne znaczki, na których widniało gęsie złote pióro i napis: PRASA, zaczęliśmy pisać do biuletynu, który był zbiorem wszelkich festiwalowych informacji, plotek i pierwszych recenzji. Długie lata jeden z numerów tego okazjonalnego wydawnictwa pałętał się w moich szpargałach, ale dzisiaj, gdy spróbowałem go odnaleźć, jak kamień w wodę przepadł. Po znaczku też śladu nie ma.
          Główne pokazy filmowe odbywały się w gdańskich kinach Leningrad i Znicz, ale prawdziwe festiwalowe życie toczyło się w Sopocie. Publiczność pchała się do kina Bałtyk i Polonia, które wyświetlały konkursowe filmy, a artyści siedzieli we wszystkich okolicznych hotelach i knajpkach. Nasze prasowe biuro, o ile dobrze pamiętam, mieściło się w samym centrum tego zawirowania, w sopockim Empiku i to tam mogłem z bliska oglądać sławnych i... sławnych, bo bogatych wtedy jeszcze nie było. Wygrał "Potop" Hoffmana, ale na mnie największe wrażenie zrobił film "Jej portret" Mieczysława Waśkowskiego, z Małgorzatą Pritulak, która zdobyła główną nagrodę w kategorii filmów telewizyjnych za najlepszą rolę kobiecą.

malgorzata-pritulak-i-zdzislaw-maklakiewicz
fot. Muzeum Kinematografii w Łodzi

          O dziwo, jury zupełnie nie doceniło filmu "Nie ma mocnych", który zdobył jedną z nagród publiczności. Ważniejszymi nagrodami obdarowano za to wiele filmów, o których dzisiaj nikt już nie pamięta. Ja natomiast pamiętam, że mając do dyspozycji służbową taksówkę, któregoś dnia podwoziłem z Sopotu do Gdańska Jana Nowickiego na pokaz filmu "Sanatorium pod Klepsydrą". Nowicki, jeden z najprzystojniejszych i najlepszych aktorów w Polsce, grał u Hasa główną rolę. To podwożenie uleciałoby mi z pamięci, gdyby nie pewien epizod...
          Za przystojnym Janem Nowickim kobiety szalały zawsze, co było rzeczą dla wszystkich zrozumiałą i oczywistą. Jak bardzo Jan Nowicki potrafił zalety swojej urody i sławy wykorzystywać w praktyce, zobaczyłem w trakcie tamtej podróży. Przejeżdżając przez Wrzeszcz zatrzymaliśmy się na czerwonych światłach skrzyżowania ulic: Grunwaldzkiej, Miszewskiego i Hibnera (dzisiaj  Do Studzienki). Obok nas zatrzymał się samochód prowadzony przez młodą, piękną kobietę. Kilkunastu sekund potrzebował aktor Nowicki, by wysiąść z taksówki, pogadać z kobietą za kierownicą, wrócić do nas nim zapaliło się zielone światło i zatrzaskując drzwi samochodu z radością w głosie oznajmić - Dzisiaj o ósmej. Jakże ja mu wtedy zazdrościłem.
          Kilka dni temu, za sprawą przyjaciółki z tamtych lat, Ewy Rachoń - szefowej gdańskich, międzynarodowych targów Amberif dostałem kilka zdjęć z pracowni, którą dobrze znam. O tym, że Karol Maciejewski, znakomity plastyk i nasz przyjaciel także z tamtych lat, będzie robił z drewna wenge, srebra i bursztynu statuetki na tegoroczny festiwal, wiedziałem już od jakiegoś czasu, ale to dzięki Ewie, jako jeden z pierwszych mogłem zobaczyć owe statuetki i Karola przy pracy.

karol-i-nagrody-fot-ewa-rachon

          I tak oto, bez mojej intencji, woli i wiedzy, za sprawą przyjaciół znowu ożyły wspomnienia. Przychodzi mi do głowy myśl nienowa, że chodzimy wciąż po własnych śladach. Choć nam lat przybywa, nasze stare ścieżki wciąż biegną obok nas, czasami się przed nami krzyżując. Wspominając idziemy dalej i tylko patrzeć, jak za chwilę znowu wpadniemy na samych siebie. I oby się ten film kręcił jak najdłużej.
PS. W poniedziałek będę gościł u olsztyńskich przyjaciół. Wraz z nimi: aktorką Martą Andrzejczyk, pisarką Hanią Brakoniecką i muzykiem Mateuszem Iwaszczyszynem o godzinie 19.00 wystąpię w "Spichlerzu" na Starym Mieście w Olsztynie. Serdecznie zapraszam.
04 czerwca, 2011

A my damy banię...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:38
          Siedzieliśmy za kulisami sceny w hali Wisły w Krakowie. Była wiosna roku 1979. Wojtek Kulpiński zwany Pasikoniem, Kuba Wencel, Jacek Zwoźniak i ja byliśmy już po swoich występach, więc raczyliśmy się ciepłą wódką, popijając ją jakimś wynalazkiem typu Polo-Cocta. W pewnej chwili podszedł do nas Jacek Kaczmarski i zapytał, czy nie pomoglibyśmy mu w piosence?
- A czemu nie - odpowiedział za wszystkich Zwoźniak i ruszyliśmy niepewnym krokiem na scenę. Po drodze nauczyliśmy się tekstu, którym mieliśmy wspomóc Jacka w refrenie.
          Zapomniałbym zupełnie o tej historii, gdyby nie zdjęcie, które niedawno przysłał mi Wojtek Kulpiński. Wojtek z Kubą Wenclem i Markiem Ferdkiem, zwanym Solowym, po odejściu Zwoźniaka z zespołu Baba, stworzył grupę B-Complex, znaną z brawurowego wykonania na festiwalu w Opolu piosenki - "Maleńka moja". Zdjęcie, które przedstawiam poniżej, ukazuje moment, gdyśmy, chwiejąc się z lekka na scenie, wspomagali dzielnie kolegę, będąc jednocześnie żywą ilustracja tekstu:

krakow-1979r-od-lewej-wojtek-kulpinski-kuba-wencel-waldek-chylinski-i-jacek-zwozniak-czyli-chorek-jacka-kaczmarskiego

"...A my damy banię / A my damy w szyję / Człowiek z pawiem na kolanie / Dowie się, że żyje..."
          Nadziwić się nie mogę, jak tajemnicza jest ludzka pamięć. Zdawało mi się, że z tamtego epizodu nic nie zostało, ale gdy zobaczyłem zdjęcie natychmiast, w jednej chwili przypomniałem sobie tekst, który wtedy śpiewaliśmy. Poza tym refrenem i strzępem tamtej sytuacji nie zapamiętałem niczego i nie wiedziałem, co myśmy właściwie śpiewali? Sprawdziłem teraz i jak się okazało był to "Hymn Wieczoru Kawalerskiego".
Warto posłuchać tej piosenki, jest ona jedną z nielicznych, bardzo osobistych piosenek Kaczmarskiego z okresu studenckiego.


NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY