29 listopada, 2011

Wspomnienie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:54

          Słonecznie, ale zimno. Na termometrze ledwie pięć stopni powyżej zera i cieszyć się z tego wypada, bo prawdziwa zima jeszcze przed nami. Przyjdzie nam jeszcze z zimna drżeć, tupać przy odśnieżaniu i złorzecząc czekać wiosny. Nigdy nie lubiłem zimy. Wkurzała mnie zawsze. Ten mróz..., ten śnieg..., ta ślizgawica, chlapa i znów ślizgawica - brrr! Zima piękna bywa na pocztówkach z gór i w opowieściach narciarzy. Czasem da mi się zima ładnie złapać w kadr aparatu, ale to tyle.

zima w Orłowie fot. W. Chyliński

          Ponieważ na nartach nie jeżdżę, a do gór daleko, więc zima mi nie przyjaciel. Wolę wszystkie inne pory roku. Nic więc dziwnego, że z przyjemnością wracam do tych letnich chwil, które jakoś tam utkwiły mi w pamięci. O tym, że lubię odwiedzać Wielkopolskę, rodową mej małżonki krainę, pisałem już nie raz. Na złość nadchodzącej zimie przypomniał mi się dzisiaj letni spacer po parku w Kórniku...

kórnik-park

...w towarzystwie seniorki rodu - Krystyny Gulczewskiej, zasłużonej śremskiej nauczycielki i harcerki.

asia-z-ciocia-krysia

W Kórniku, z niezwykłym zamkiem w tle...

kórnik

...spędziliśmy cudne popołudnie dyskutując o porządkach w Polsce. Z ciocią Krysią różnimy się ładnie w wielu sprawach, ale co do jednego jesteśmy zgodni - w Wielkopolsce żyje się mądrzej. Wśród różnic, które dyskurs nasz poruszają, zgadzamy się też, co do tego, że prócz Chłapowskiego, Cegielskiego i paru innych, pięknych i wielkich, miała jeszcze kraina Mieszka i Chrobrego księdza Wawrzyniaka, który uczył "...jak gospodarować mamy...".

tablica-na-kosciele-w-sremie

          Na niedalekim od Kórnika śremskim kościele wisi tablica, która tylko w słowach "Król czynu" każe się domyślać, że mowa o kimś więcej niż zwykłym księdzu. A Piotr Wawrzyniak to przez dziesiątki lat pomysłodawca, przewodniczący i patron Banku Ludowego, na którego fundamentach, ku irytacji i niemocy zaborcy, w pełni legalnie powstawały polskie przedsiębiorstwa, świetnie konkurujące z niemiecką gospodarką. Nie sądzę by ks.Wawrzyniak miał coś wspólnego z dzisiejszymi biznesmenami w sutannach. Prowadząc kasę pożyczkową, zakładając biblioteki, wydając fachowe poradniki i pisma gospodarskie, a także angażując się w politykę, nie mieszał sacrum z profanum.
Moim zdaniem Polska miała z działalności ks.Wawrzyniaka o wiele większy pożytek niż Kościół, ale nie słyszałem, by z tego powodu (przełom XIX i XX w.) powstał jakiś konflikt, który podzieliłby społeczeństwo. Istnieje więc możliwość takiego istnienia Kościoła w państwie, by z żadnej strony nikt złego słowa nie mógł powiedzieć.
Tymczasem toruński biznesmen w sutannie - Tadeusz Rydzyk (i jeszcze paru innych) uczy "...jak się wkurzać mamy...", i nic dobrego z tego nie wynika. Księża, którzy nad głoszenie prawd wiary przedkładają prawdy życia doczesnego, nie garną się do jakichkolwiek deklaracji podatkowych tak, by i państwo z tej ich "uduchowionej" przedsiębiorczości też coś miało. Zamiast pięknie wznosić do nieba "Te Deum", wolą w skrytości wsłuchiwać się w szelest banknotów, a fiskusa traktować jako wymysł szatana. Niestety, finansowa fortuna Kościoła sprawia, że idei, jaką realizował ks. Wawrzyniak, nikt pamiętać nie chce. A o Bogu też jakoś mało myślą, bo gdy się im trafi ktoś taki, jak ks. Boniecki, co na świat patrzy życzliwie, przyjaźnie i z dobrotliwą miłością, to mu się każą zamknąć. Po co ma gadać o wartościach i w interesach szkodzić? Gdyby potrafił swą mądrość zamieniać w mamonę, to co innego... Wtedy niech gada, co chce... Najważniejsze, by wiedzieć, gdzie stoją konfitury. Wszak idzie zima. A może jej nie będzie w tym roku?

20 listopada, 2011

Na schodach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:11

Dopóki człowiek nie wejdzie na samą górę, zawsze będzie miał przed sobą coś do wspinania. Bywa, że od samego zadzierania głowy boli szyja, a struchlałe myśli umykają do nóg, jednak COŚ człowieka pcha na szczyt i nic na to nie poradzisz. Czasem, gdy to COŚ połączysz z życiem, może się okazać, że właśnie zdobyłeś swój Mount Everest. Każdy, kto kiedyś wpadł na pomysł, zaplanował, założył, przewidział, przygotował się na wszystko i podjął wysiłek, ten wie, że jeżeli w swej kalkulacji nie popełnił błędu, sukces będzie jego udziałem. Mój ostatni tydzień stał pod znakiem zadzierania głowy i wypatrywania celu. Wraz z Asią mamy w życiu jeszcze kilka spraw do załatwienia i takie dni, jak ostatnio, przypominają nam o tym, że wciąż mamy pod górkę. Pamiętam, że był taki wiosenny dzień, w 1979, gdy wspinałem się po schodach w krakowskiej Rotundzie...

schody-w-rotundzie-kraków

...i gdy już byłem na górze, skręciłem w prawo, a tam na długiej, drewnianej i krętej, jak poręcz ławie siedziała Asia. Przysiadłem się. COŚ mi się kazało przysiąść, choć do tak ładnej dziewczyny każdy by się przysiadł. Tak się poznaliśmy. Od tamtego czasu zaczęło się nasze wspólne życie. Wydawało się, że los za chwilę, by uczcić cud naszego spotkania zafunduje nam windę i wspinać się będziemy już tylko po to, by rozprostować kości. Niestety, minęło trochę czasu, nim zrozumieliśmy, że nasz los nie ma pojęcia o windach, dźwigach i katapultach. Od tamtego dnia wciąż wchodzimy, wspinamy się, wdrapujemy i drżymy, by przez nierozważny krok nie stracić nic z naszego wysiłku. Niby się wszystko da wyliczyć, niby da się zaplanować, a jednak na schodach, lub tuż przy nich, zawsze może się COŚ takiego zdarzyć, że mędrzec nie przewidzi, inżynier nie policzy. Kiedyś bawiliśmy się z Asią w przewidywanie przyszłości. By znaleźć jakiś współczynnik trafności przewidywań, porównywaliśmy nasze uprzednie zamiary z tym, co z nich wynikło. Wyszło nam, że we wszystkim najważniejsze na schodach jest to COŚ , co powoduje, że jesteśmy tylko asystentami swojego losu. Gdy Asia już spała napisałem o tym tekst i dzięki zespołowi Wolny Przedział można go sobie teraz w ramach jesiennych refleksji posłuchać - zwyczajnie

13 listopada, 2011

Dylematy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:20

          Od rana jakoś tak depresyjnie... Przede mną trudny tydzień, chciałoby się naciągnąć niedzielę, jak gumę do żucia i wyciskać w niej do znudzenia profile zębów, byle nie myśleć o tym, co jutro, pojutrze, popojutrze... A może by tak gdzieś uciec? Udać, że nikogo nie ma w mieście? Może w góry, jak wtedy, gdy dzisiejsze kłopoty jeszcze nie istniały...
 

tatry fot.w.chylinski
 

A może, choćby na jeden dzień wyskoczyć jeszcze do Iławy, nad Jeziorak...
 

zbyszek-i-ja-sniadanie

          Kłopoty często tworzą się same. Ręki do niczego nie przyłożyłeś, niczego nie ruszałeś, nie prowokowałeś, a rozwiązać musisz. Ba, przestrzegałeś, bardziej czując, niż wiedząc, że jeżeli tak, to tak, a jeżeli to, to tamto. Nic więcej zrobić wtedy nie mogłeś, a kłopot dzisiaj jest. Jest i to jest twój kłopot. Bywa tak ze zdrowiem, ale bywa też tak z ludźmi, którzy z wielką niefrasobliwością tworzą rzeczywistość uwierającą wszystkich dookoła. Pół biedy, gdy wiesz jak wybrnąć z kłopotów i wszystko jest w twoich rękach. Gorzej, gdy ta rzeczywistość nie w pełni zależy od tego, co i jak zrobisz. Źle, gdy na twoje działanie nakłada się przeciwstawne działanie kogoś, komu twój kłopot rozwiązuje problem, jego problem.
          Ot, i takie dylematy od niedzielnego ranka mam. Ponoć na takie stany dobra jest ucieczka we wspomnienia, to sobie znowu w stare zdjęcia zajrzałem i wyłowiłem jedno, zrobione chyba w 1970 roku, a może 1972 nad jeziorem Wdzydze. To jedno z moich pierwszych zdjęć z gitarą. Ciekawe, co ja wtedy śpiewałem?
 

tak-to-sie-zaczelo-waldek-chylinski-2

          Tak to się zaczęło. Zaraz potem wszystko było już na poważnie i choć ojciec przestrzegał, że jeżeli tak, to tak, a jeżeli to, to tamto..., to jednak nie skończyło się to tak okropnie, jak na zdjęciu, które znalazłem na jakimś znajomym, facebookowym profilu:

reklama1

          Nie wiadomo tylko, czy śmiać się, czy łkać, cieszyć, czy smucić? Póki co, kończy się praca nad pierwszą płytą Wolnego Przedziału, która lada dzień będzie w całości gotowa, a ja już zastanawiam się nad kolejną. Napisałem dwa teksty. Do jednego z nich, dzięki Wojtkowi Staroniewiczowi, jest już muzyka i powoli, "... powoli/jak żółw/ociężale/Ruszyła/ maszyna/po szynach/ospale...". Powolutku też niedziela przewraca się już na drugą stronę i z doliny robi się góra. Jeszcze tylko parę godzin i trzeba się będzie zabrać za kłopoty. Do zobaczenia za tydzień.

05 listopada, 2011

I jeszcze

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:35

Znalazłem coś jeszcze, co uzupełni poprzedni wpis. Otóż na plakatach zespołu BABA skrót nazwy zespołu rozszyfrowano jako: Beatowy Ansambl Bzdur Artystycznych. Oto dowód:

plakat-zespolu-baba

Dla dokumentacji i pamięci dodaję więc jeszcze jedno tłumaczenie, wcale nie tajemniczej nazwy, a jak ktoś zna jeszcze jakieś, to proszę do mnie napisać. Ciekawe też, że nazwisko Kuby Wencla napisano z niemiecka, jako Wenzel i sam już nie wiem, jak jest prawidłowo. Może i tu ktoś mi pomoże? A poza tym bez zmian. Piękna jesień i piękne snują się wspomnienia z dopiero co przeżytych chwil. Wspominam swoją ostatnią podróż do Olsztyna, gdy po drodze, jak zwykle zatrzymałem się w magicznym miejscu, tuż obok Małdyt, tam gdzie Kanał Elbląski wpada do jeziora Ruda Woda...

kanal-elblaski-kolo-maldyt

...gdzie domek dróżnika wodnego, wyglądający jak domek z bajki, przez całe dzieciństwo był dla mnie punktem geograficznym, od którego zaczynał się liczyć najpiękniejszy czas wakacji.

domek-droznika-wodnego

W Olsztynie odwiedziłem bliskiego przyjaciela, który w latach naszej cudownie beztroskiej młodości bywał częstym gościem w akademiku, w pokoju 806 u mnie, Zwoźniaka i reszty towarzystwa, bawiąc nieraz długo i szczęśliwie - Tadeusza Prusińskiego...

tadeusz-prusinski1

...dziennikarza, pisarza i dokumentalistę, a ostatnio także asystenta Prezydenta Olsztyna. U Tadeusza moją uwagę, prócz uroczej Misi, zwrócił też obraz, który przypominał mi formę, z jakiej kiedyś wycinało się modele szybowców. Takie modele do składania można było kupić za mojej młodości w Składnicy Harcerskiej.

tadziu-prusinski-z-misia

Widząc moje zainteresowanie, Tadeusz na chwilę zmienił się w kustosza: - Obraz ten jest autorstwa bardzo ciepłego i mądrego człowieka, sławnego teoretyka sztuki, ale nie tylko, bo jak widać też wybitnego praktyka - prof. Jana Berdyszaka, byłego rektora PWSSP w Poznaniu. Raz i drugi podejmowaliśmy go obiadem przy tym stole - tu Tadeusz wymownie skierował wzrok na stół pod oknem i dokończył - Teraz rektorem tej uczelni, od kwietnia 2010 roku Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, jest jego syn. Chwilę później siedziałem na miejscu profesora i rozsmakowywałem się w ciepłej i cichej atmosferze domu Tadeusza, jak i w kanapkach, którymi częstował. Zapowiadają, że piękna i ciepła jesień potrwa co najmniej do 20 listopada. Oby.

01 listopada, 2011

Melancholia nagrobna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:27

Jesień, cmentarz, chłodno - to się nie może dobrze kojarzyć. Nic dziwnego, że w takich dniach, gdy wspomnienia są o wiele bardziej wyraźne niż plany na przyszłość, człowiek wpada w depresję i tylko jedno życzenie ma w głowie - żeby się jeszcze jakoś pobujać i żeby od tego bujania nie zrobiło się niedobrze. "Codzienności" zacząłem prowadzić przed pięciu laty. Gdzieś przeczytałem, że chęć do pisania bloga i aktywnego prowadzenia strony w internecie przechodzi wielu autorom na ogół po paru miesiącach, a najpóźniej po trzech latach. Jak widać mnie wciąż nie przeszło. Pierwszy wpis, który na wskutek zawirowań na serwerach gdzieś się ulotnił, dotyczył mojej wizyty na cmentarzu w Gdańsku w przeddzień Wszystkich Świętych. Dzisiaj, tak jak przed pięciu laty, odwiedziłem grób mojego Taty.

klemens-chylinski

Jak co roku zapaliłem znicz i na chwilę zapadłem się w sobie. Porwane sceny, jakieś obrazy i całe historie, które przeżyłem razem z ojcem, przewijały się jak stare filmy w kinie pamięci. Z tej podróży w czasie wytrąciła mnie wizyta kuzyna, który wraz ze swoją rodziną przyszedł wujkowi zapalić świeczkę. Postaliśmy jakiś czas w milczeniu, powspominaliśmy i po utwierdzeniu się, że wciąż żyjemy, rozeszliśmy się w swoje strony, prawie jak obcy. Może spotkamy się znowu za rok. W drodze powrotnej do domu myślami wciąż byłem w przeszłości. Jadąc w kierunku Gdyni wspominałem bliskich przyjaciół, którzy od dawna nie żyją i tych, z którymi dopiero co rozmawiałem, którzy ledwo co odeszli. W 2010 roku zmarł Marek Solowy Ferdek, który odchodząc zakończył żywą historię zespołu BABA z Wrocławia. Zespół BABA, którego nazwę tłumaczyło się jako Bezmiar Atrakcji Bez Ambicji, bądź Byli Alkoholicy Byłym Abstynentom, to trio założone przez Jacka Zwoźniaka. BABA w swoim czasie odniosła ogromny sukces, a w środowisku studenckim była prawdziwym objawieniem. Marek w pochodzie na zdjęciu idzie w środku. Z prawej Marka strony widać Jacka Zwoźniaka, a z lewej Kubę Wencla. Proszę zwrócić uwagę na gustowne garniturki chłopaków. Owe wdzianka, rodem z MHD, to mistyczny znak jedności z zespołem The Beatles, który był dla nich największym autorytetem i wzorcem, a John Lennon idolem.

jacek-zwozniak-marek-solowy-ferdek-kuba-wencel-zespol-baba-na-manifestacji

W marcu tego roku zmarła bardzo bliska mi ostatnimi laty Lucyna Legut - aktorka, pisarka i malarka, którą nie raz w Codziennościach opisywałem. Kochana Lucha zmarła tak, jakby chciała zrobić przyjaciołom kolejny kawał. Jej pogrzeb był najpogodniejszym pogrzebem, jaki w życiu widziałem, również dzięki testamentowi, który odczytał Igor Michalski. W moim domu Lucyna Legut wciąż żyje i żyć będzie dopóki na ścianach wisieć będą jej obrazy, a na pólkach będą stały jej książki.

malarz-i-jego-dzielo-lucyna-legut

Na początku sierpnia tego roku, wraz z tłumem znajomych pożegnałem na zawsze Zbyszka Rojka - muzyka, kompozytora i przyjaciela, z którym podobnie jak z Jackiem Zwoźniakiem, czy Andrzejem Swacyną byłem związany niezwykle mocnym węzłem wspólnej młodości. Ta nasza młodość i to wszystko, co się potem zdarzyło, było jedną, wielką przygodą z muzyką i piosenką. Zbyszka śmierć była dla wszystkich tym boleśniejsza, że przyszła niespodziewanie szybko i bezwzględnie. Pomyśleć, że miesiąc wcześniej zrobiłem Zbyszkowi jedno z ostatnich jego zdjęć.

zyszek-rojek-czerwiec-2011

Wróciłem do domu i usiadłem przy komputerze. Otworzyłem kilka stron - wszędzie jesień. Melancholia nagrobna usiadła obok i się zasępiła, smutno. Kilka dni temu Teresa Drozda poprosiła mnie o napisanie i nagranie kilku słów o Jacku Zwoźniaku. Te kilka słów można już teraz przeczytać na stronie Strefa Piosenki, a nagranie być może będzie można usłyszeć, wraz z piosenką "Córka poety", dzisiaj w programie III Polskiego Radia o godz. 23.05 w audycji Janusza Deblessema "Gitarą i Piórem". Serdecznie zapraszam.

PS ( dopisane 4 listopada 2011r) W audycji "Gitarą i Piórem" wraz z piosenką Jacka "Córka poety" można było usłyszeć także moje utwory: "Piosenkę wariata" w wykonaniu zespołu Kaczki z Nowej Paczki i "Co się stało" w wykonaniu zespołu Wolny Przedział. Moje wspomnienie o Jacku, które w tej audycji zaistniało, teraz można odsłuchać klikając tutaj Dzięki Teresko.

21 paĽdziernika, 2011

Leszek i nowa piosenka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:20

          Jadę do Olsztyna. Zawsze z ochotą odwiedzam miasto kilku moich kolorowych, studenckich lat. Jutro w akademickiej dzielnicy - Kortowie, gdzie jest najpiękniejszy w Polsce, a i pewnie w Europie kampus, w Centrum Konferencyjno-Kongresowym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, mieszczącym się przy ul. Benedykta Dybowskiego 11, wraz z Jurkiem Filarem (Samba Sikoreczka), o godz 17.30 zaśpiewam swoje mniej i bardziej znane piosenki. Mam nadzieję spotkać, jak to w Olsztynie, wielu starych przyjaciół i życzliwą, jak to w Olsztynie, publiczność :). Pogodę zapowiadają słoneczną, choć jesień już chłodna. Dobrze się składa, bo przygotowałem na jutro kilka ciepłych, jesiennych ballad. Jak się ułoży, to wszystko ładnie będzie do siebie pasować. Zapraszam, kto ma chęć posłuchać i będzie w pobliżu.
          W Olsztynie nie zaśpiewam najnowszej piosenki, którą ledwie kilka dni temu nagrał zespół Wolny Przedział, a którą to piosenkę napisałem kiedyś z Leszkiem Szczechulą.

leszek

          Leszek nie jest zawodowym kompozytorem. Ot, lubi sobie czasem pograć na gitarze i coś zanucić od siebie. Z tego nucenia często wychodzą mu bardzo sympatyczne melodyjki, które czasami mnie kuszą. Na mojej płycie "Słowa..." znalazły się dwie piosenki, do których muzykę skomponował Leszek. Teraz piosenka z muzyką Leszka będzie pierwszą piosenką na debiutanckiej płycie Wolnego Przedziału.
          Znamy się z Leszkiem niemal od dziecka. Razem uczyliśmy się w Conradinum, razem zdawaliśmy maturę, razem żeglowaliśmy. Potem nasze drogi się rozeszły. Po latach, gdy wybudowałem swój dom na "głowie" Gdyni, czyli na morenowym wzgórzu nad Orłowem, Leszek był jednym z pierwszych moich gości. Przyszedł, wypił i powiedział, że chodzą mu po głowie pewne nuty. Na moją prośbę wziął gitarę i zagrał. Zrobiło się późno. Asieńka dorobiła nam jeszcze kanapek i poszła spać, a mnie w miarę ubywania w butelce trunku, przybywało słów do Leszkowych nut i tak w końcu powstała piosenka - "Gdynia nocą".

gdynia-we-mgle

          Czasami, gdyśmy potem z Leszkiem wypuszczali się w jakiś przyjemny rejs, po kolacji przypominaliśmy sobie o tej piosence i czas robił się nam sympatycznym towarzyszem żeglarskiego wieczoru.
          Wiosną tego roku ze Zbyszkiem Szukalskim zastanawiałem się nad repertuarem, który miał być nagrywany na pierwszą płytę Wolnego Przedziału. Odkryłem oczywisty fakt, z którego wcześniej jakoś nie zdawałem sobie sprawy, że wszyscy obecnie jesteśmy z Gdyni. Nie z Sopotu, który uwielbiam, nie z Gdańska, który kocham, ale właśnie z Gdyni, która jest teraz moim miejscem na ziemi, a to przypomniało mi o istnieniu gdyńskiej piosenki. Zbyszek zaakceptował pomysł , ale ja za nic nie mogłem sobie przypomnieć, jak to leciało... Na szczęście Leszek pamiętał.

wolny-przedzial

          Wczoraj wieczorem dostałem piosenkę już po masteringu i za zgodą producenta spieszę się podzielić nią z przyjaciółmi. Mam nadzieję, że "Gdynia nocą", którą w piosence swoim głosem opisują Ania Judycka i Arleta Rusiecka, też się Wam spodoba. Miłego słuchania.

16 paĽdziernika, 2011

Iza

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:50

Swoją pierwszą łódź, trochę większą od kajaka, mój ojciec ochrzcił imieniem Iza. W letnie niedziele pływaliśmy (strzałka na zdjęciu pokazuje moją trzyletnią głowę) Izą po Wiśle, a w czasie wakacji ruszaliśmy kanałami i rzekami na jezioro Ruda Woda i Jeziorak.

ja-na-dziobie-naszej-pierwszej-lodzi-iza

Często to wspominam, a nawet opisuję w swojej, trochę prawdziwej, a trochę nie, wciąż nieskończonej opowieści "Widłąg". Październik, niedziela dzisiaj. Kurz powyborczych emocji już opadł. Zrobiło się nawet trochę nudno, choć za horyzontem grzmi i dudni burza kryzysu. Strajki, demonstracje, zadymy uliczne, awantury... Czyżby znowu nadszedł czas rewolucji? Czyżby historia, która kołem się toczy znowu zakończyła jakiś swój cykl? Naszło mnie przy tej okazji wspomnienie. Co roku, w październiku, wraz ojcem wyciągaliśmy z wody naszą Izę i chowaliśmy ją na brzegu pod dach szopy. Zostawialiśmy ją na Przeróbce - dzielnicy Gdańska, a sami na zimę wracaliśmy do Wrzeszcza, by przez kilka kolejnych miesięcy móc marzyć o następnym lecie. Dla nas w październiku, wraz z końcem żeglarskiego sezonu zamykał się cykl rocznego przeżycia życia. Nie Święta Wielkanocne, Bożego Narodzenia, nie urodziny, imieniny, czy Nowy Rok, ale ostatnie po sezonie zrzucenie z masztu Izy żagli było przełomem, końcem cyklu i rocznego etapu naszej historii. Rosłem, a wraz ze mną rosły rodzinne wymagania i marzenia. Historia co roku się powtarzała. Iza szybko okazała się łódką zbyt małą, jak na nasze potrzeby, więc po Izie był As, a po Asie Poli. Z roku na rok było coraz wygodniej. Pierwsze pałatki zastąpiły namioty, a kocherki, butle z gazem. O gotowaniu na ognisku, rozpalanym między cegłami, zapomnieliśmy dość  szybko.

gotowanie-na-jezioraku

Ognisko z czasem zapalało się już tylko dla wakacyjnej atrakcji, ogrzania wieczornego chłodu i snucia opowieści. Mama opowiadała o swoim biednym, choć szczęśliwym dzieciństwie na wsi, ojciec najczęściej wspominał wojnę. Miał czternaście lat, gdy Niemcy wysłali go do obozu pracy. Rozumiał już, że wojna to zabijanie, niszczenie i sterta nieszczęścia, z którą nie wiadomo, co potem zrobić.

oboz-pracy

Dzisiaj nie ma Izy, ani żadnego z tamtych jachtów. Mało kto dobija do bindugi po to, by rozbić namiot i rozpalić ognisko między cegłami. Nie ma tamtych czasów, ale wciąż jest Wisła, Ruda Woda i jest Jeziorak...

jeziorak

I jest październik - nazwany czas, którego historia kołem się toczy. Jest niedziela, a ja się zastanawiam, czy każde pokolenie musi mieć swoją wojnę, swoją martyrologię, swoich zabitych bohaterów i stertę nieszczęść? Czy historia nie mogłaby się po prostu toczyć tak, by wiosną żagle na maszt Izy stawiać, a jesienią zrzucać? Czy nie ma takiego mądrego, który by wymyślił, by tak było? Głupio pytam. Nie ma.

11 paĽdziernika, 2011

Składzik wad

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:03

          Zupełnie jesiennie zrobiło się na dworze. Co chwilę pada, zimno, żal nos na deszcz wystawiać, żal głowę na nieprzyjemnym wietrze suszyć. Jakiś czas temu w taką pogodę napisałem tekst o jesiennej nadtroskliwości, która może zakłócić szczęście w rodzinie. Rzecz powstała, gdy pisałem cykl tekstów dla Ady Biedrzyńskiej, ale jakoś się potem rzecz ta zawieruszyła, by teraz, po latach się odnaleźć. Niedawno Zbyszek Szukalski zrobił do tego tekstu muzykę i jest piosenka na dzisiejszą pogodę, jak znalazł. Nim zaczniesz Drogi Czytelniku brnąć przez mój wpis dalej, posłuchaj, oczywiście z przymrużeniem oka, jesiennej piosenki, którą śpiewa Ania Judycka z zespołu Wolny Przedział, radząc każdemu -  "Sweter włóż". W niedzielę niebo się nad Polską rozchmurzyło i...

rozchmurzylo-sie

...moje życzenia się spełniły. Wilk się nasycił i owca jest cała. Platforma wygrała, a Ruch Palikota jest w Sejmie.
Prócz babci, cała rodzina głosowała za takim właśnie rozwiązaniem. Wbrew temu, przed czym ostrzegali mnie przyjaciele, Platforma niewiele traciła na Palikocie. Traciło przede wszystkim nijakie od dawna SLD i ja to przewidywałem, kłócąc się z Markiem Prusakowskim, Darkiem Dziadkiewiczem, a nawet ze Szczepanem Szotyńskim. Choć ci wszyscy znakomici ludzie zasiali w mym poczuciu rzeczywistości nieco zwątpienia, teraz wiem, że się nie myliłem. Cieszę się więc, że nasz parlament powiększył się o tych, którzy nie boją się innych ludzi, nie boją się wyzwań na przyszłość, nie boją się nowoczesności i chcą żyć w społeczeństwie otwartym na nowe. Miło, że w Sejmie zasiądą także ci, co nie drżą przed polskim kołtuństwem, kibolstwem, bandytyzmem i demonami, którymi straszy Polaków coraz bardziej żałosna hierarchia Kościoła w Polsce. Jednocześnie nie martwi mnie to, że rząd zostanie w rękach Platformy, która, jak dotąd dość spokojnie i bezpiecznie przeprowadza Polskę przez kryzysy, powodzie, trąby powietrzne i inne nieszczęścia, a jednocześnie udanie pomaga poszkodowanym, choć zawsze znajdzie się jakiś Paprykarz z tupetem, któremu nie dogodzi nikt. Uważam, że teraz, gdy za zakrętem czai się ponoć jeszcze większa gospodarcza burza, niż ta z jaką mieliśmy do czynienia do tej pory, głos magistra filozofii i biznesmena w jednym, czyli głos Palikota przyda się Tuskowi tak, jak jeszcze nigdy dotąd nic mu się nie przydało.

janusz-palikot-w-tv

          Przy tej jesiennej pogodzie prawdziwie wiosennie cieszy mnie też kolejna przegrana PiSu. Jad Macierewicza, Hoffmana, Ziobry i Kempy jest może kolorowy i fajerwerkowy, ale niefajny i wkurza. Znam takich, którzy słuchając w telewizji pisowskich wywodów zwyczajnie się boją.

eskulapy-w-godowym-tancu

          Ciekawe, co PiS jeszcze musi przegrać, by sobie i swoim wiernym powiedzieć w końcu - błądzimy.

rozbior

          Myślę, że groteska i śmieszność, w jaką PiS coraz bardziej się zanurza, spowodują kiedyś, że wierny pisowski lud się ocknie i krzyknie: - O rany!!! Nasz składzik wad już całkiem jest do dupy!? I to będzie koniec PiSu.

PS. Jest 12 października 2011 roku, godz 12,22 - pochmurnie, ale czasem słonecznie, a przed moim domem, jak i na całej ulicy, pali się latarnia.

latarnia

Oczywiście skutek tego poczuję niedługo, gdy przyślą kolejny rachunek i komunikat o podwyżce. Ojcem i matką tych latarni jest Koncern Energetyczny Energa S.A. - Oddzial Zaklad Energetyczny Gdansk - Zakład Gdynia. Prosimy nie składać gratulacji!!! 

25 września, 2011

Jadą ludzie na wybory

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:47

          Kampania wyborcza w toku nie tylko w mediach i życiu publicznym, ale też w moim, osobistym byciu w codzienności i Codziennościach. Moje poglądy polityczne są mało skomplikowane. Racje zawsze przyznawałem tym, którzy wydawali mi się ludźmi dość przyzwoitymi, rozsądnymi i zrównoważonymi. Na takich w kolejnych wyborach oddawałem swój głos, a czas pokazywał, że się na ogół nie myliłem. Gdy głosowałem na PO, to dzisiaj spokojnie patrzę wstecz na swój wybór. Nie sądzę, by inna formacja nie straciła głowy w tak trudnych latach, jakie za sobą w rządzeniu ma Tusk. Dookoła kryzys za kryzysem, powodzie, trąby powietrzne, niechęć sporej części społeczeństwa, w tym Kościoła, a mimo to Polska wygląda na stabilną i zadbaną. Wydawałoby się, że w związku z powyższym nie będę miał żadnych problemów przy urnie, a jednak...
          Donaldowi Tuskowi i jego przybocznym wciąż pamiętam akcję niepopierania (poprzez popieranie) w wyborach samorządowych Jacka Karnowskiego, przeciwko Wojtkowi Fułkowi. To nie była czysta gra. W tym posunięciu premier złamał zasady, które sam wcześniej ogłaszał. Mąż stanu, jakim niewątpliwie jest Donald Tusk, tak głupio bawić się nie powinien. Jak dzisiaj widać Fułek byłby równie dobrym, jak nie lepszym prezydentem miasta, a słowo premiera nie straciłoby w Sopocie na wartości. Po tamtym doświadczeniu obiecałem sobie, że na PO w najbliższych wyborach nie zagłosuję i teraz mam dylemat, bo rozsądek podpowiada jedno, a zasady drugie. Pójdę więc za głosem serca i choć to ryzykowna decyzja, zagłosuję tak, by wilk był syty i owca cała. Swój głos oddam na partię Janusza Palikota.

janusz-palikot-fot-paulina-matysiak-wppl

fot. Paulina Matysiak/wp.pl

          Dlaczego? Ano dlatego, że choć nie wiem, kto się do jego partii zapisał, to jednak on sam gwarantuje, że mimo hucpiarskiej natury, będzie w Sejmie głosem rozsądku. Lubię go za to, że nazywa rzeczy po imieniu i za to, że najpierw się dorobił, a potem pchał do władzy, a nie odwrotnie. Przekonuje mnie do Palikota też fakt, że jest właścicielem wydawnictwa, które od lat prowadzi nasz dobry znajomy, prof. Stanisław Rosiek - "Słowo/obraz terytoria". O ile wiem, jest to jedna z najambitniejszych i cenionych oficyn wydawniczych w Polsce. Jeżeli więc Palikot potrafi otaczać się takimi ludźmi jak Stasiu Rosiek, to o jakość ewentualnych Palikota decyzji publicznych jestem najzupełniej spokojny.
          Prócz wyborów, a i w związku z nimi, dzieje się coś jeszcze... Jakiś czas temu Ziemowit Kosmowski wraz z Muńkiem Staszczykiem wyśpiewali przebój "Taniec weselny".



Dwa dni temu Andrzej Donarski (Mr. Zoob, MISTER z U.B.)...

andrzej-donarski

przysłał mi piosenkę, którą w nowym - jak to się ostatnio beznadziejnie mówi - projekcie też zaśpiewał wspólnie ze wspomnianym Ziemowitem. Piosenka jest wyborna, a właściwie wyborowa, bo o aktualiach traktuje. I choć ten utwór idzie pod prąd mojemu myśleniu, to chętnie żywiołu tego kawałka wysłuchuję. Nogi same przytupują. Od wczoraj "Jadą ludzie..." puszcza polonijne Wietrzne Radio w Chicago, a od teraz jest też u mnie. Radujcie się więc weselcie i tańczcie, bo grunt to to, że mamy wybór.



PS. Właśnie powstała strona nowego pomysłu Andrzeja i Ziemowita: www.zetpanowie.com Zapraszam w imieniu artystów.

11 września, 2011

Dwa razy dwa...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:07

Gdy jedyny syn znajduje sobie partnerkę na całe życie i ślubuje jej miłość, to szczęście w rodzinie jest, jak... dwa razy dwa = cztery.

kasia-i-radek

Ileż to ja dni i nocy, często z marnym skutkiem, łamałem sobie głowę nad pytaniem - co zrobić, by choć czasami najbliższych uszczęśliwić, a tu w jeden dzień okazało się, że wystarczy jedna Kasia, by życie stało się proste i wszyscy byli wniebowzięci. Jeden plus jeden...

kasia-i-radek-w-kosciele

Trzeciego września, po ślubie w kościele, odbyło się wesele. Kasia i Radek na pierwszą piosenkę, przy której zatańczyli swój pierwszy, małżeński taniec wybrali...

pierwszy-taniec

"Sen na pogodne dni". Piosenkę tę zaśpiewała im pierwsza wykonawczyni tego utworu - Beata Bartelik.

beata-bartelik

Nie powiem, bym jako autor, a nie tylko ojciec i teść, nie był z tego zadowolony. Asia, na takie "drobiazgi", jak to - czyja to piosenka, nie zwracała uwagi, gdyż jej szczęście z powodu zostania teściową fruwało w innych, bardziej realnych przestrzeniach. Jak widać. było równie emocjonalne.

asia-i-waldek

Na zadowolonych wyglądali również teściowie mojego syna - Krysia i Mirek. Im dodawanie i mnożenie też chyba dawało szczęśliwe wyniki, bo od początku bawili się świetnie.

krysia-i-mirek

Gdy różnym weselnym zwyczajom stało się zadość, rozpoczęło się prawdziwe szaleństwo.

szalone-wesele

Od początku wesela wszyscy znakomicie się bawili. Tańczyli... aż im buty spadały.

wesele-3

I starsi...

 wesele-1

i młodsi z obu rodzin, przyjaciele i znajomi, co rusz wznosili toasty i sekundowali zabawie.

wesele-2

Tańcom, hulankom i swawolom nie było końca. Gdy już muzyczna fantazja podpowiadała rytmy z najodleglejszych krańców świata, nie mogło zabraknąć "Greka Zorby".

taniec-grecki

Choć wesele skończyło się nad ranem, to tak naprawdę trwało cały tydzień, bo dopiero dzisiaj odjechali ostatni goście. Warto jednak było dodawać i mnożyć, choćby tylko po to, by zobaczyć na twarzy swojego syna taki uśmiech:

usmiech-szczescia

Patrzyłem na szczęśliwego Radka i znowu zdałem sobie sprawę, że na nic teorie wszystkich filozofów, na nic wiara wszystkich religii, na nic recepty na szczęście wszystkich mędrców, gdy w człowieku nie ma miejsca na miłość. Gdy jest, to dwa razy dwa musi być... co najmniej cztery. PS Wszystkim przyjaciołom, którzy nadesłali i nadal nadsyłają gratulacje i życzenia w imieniu Młodej Pary i nas - rodziców i teściów - serdecznie dziękuję. PS2 Wszystkie fotografie, jakimi posłużyłem się w niniejszym wpisie są autorstwa Bożenki - żony Pawła Podżorskiego, który jest przyjacielem mojego syna. Dzięki Bożenko.

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY