23 grudnia, 2011

Choinka, ale to leci...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:21

          Pięćdziesiąt siedem lat temu do domu przy głównej ulicy w Gdańsku Wrzeszczu pewien dwudziestosześcioletni facet przyniósł choinkę. Osadził ją w stojaku, ubrał w bombki, cukierki i świeczki, a potem posadził przy niej swego, niewiele ponad rocznego syna, złożył mu życzenia i pstryknął fotkę.

moja-pierwsza-choinka-1

          Facet, który zrobił zdjęcie to mój tata, a ten brzdąc przy świątecznym drzewku zdziwiony światem, obyczajem i tym całym zamieszaniem, to ja. Pewnie dostałem prezenty, może nawet jakieś deficytowe cytrusy i z pewnością po wieczerzy szczęśliwy poszedłem spać z nowym pięknym doświadczeniem - na świecie są Święta i dzięki temu ludzie są czasami szczęśliwi. Od tamtej pory raz do roku "...wszyscy wszystkim ślą życzenia...", więc i ja, po raz pięćdziesiąty ósmy:
Wszystkim odwiedzającym mój blog, moje piosenki i moją stronę życzę wszelkiej pomyślności i wspaniałości w Święta Bożego Narodzenia.

16 grudnia, 2011

Strach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:07

          Na niezwykły ruch w mieście naszą uwagę zwrócił taksówkarz, z którym jechaliśmy przez Plac Grunwaldzki.
- Coś się dzisiaj w nocy będzie działo, bo esbecja gania od południa, jak wściekła - powiedział i by słowa znalazły swoje potwierdzenie wskazał na samochód, który właśnie nas wyprzedzał. W środku Fiata125p siedziało pięciu, nijakich facetów w średnim wieku.
- Ot, pięciu kumpli wraca z pracy - pomyślałem i tyle. Bardziej niż poruszenie w mieście poruszała mnie uroda miasta odbijającego się w Odrze i na niej się skupiałem. Nie miałem pojęcia, jak wygląda rasowy tajniak, to i gapienie się na wszystkich nie miało sensu.
          Działo się to trzydzieści lat temu, 12 grudnia wieczorem, we Wrocławiu. Wraz z Andrzejem Swacyną i Jackiem Zwoźniakiem jechaliśmy do jednego z wrocławskich klubów studenckich, gdzie mieliśmy zagrać, ostatni tego dnia, koncert. Cieszyliśmy się, bo granie w studenckich klubach było dla nas najsmaczniejszym kawałkiem chleba, którym się w tamtym czasie posilaliśmy. Koncert udał się nadzwyczajnie, a Jacek znowu wzbudził aplauz śpiewając "Piosenkę na wszelki wypadek", która mnie osobiście, ze względu na zbyt dosłowną treść, nie specjalnie zachwycała, ale publiczności podobała się bardzo i wszędzie wzbudzała entuzjazm. Leciała tak: Kiedy przyjdą podpalić dom/ Jeśli zechcą ci go zapaskudzić/ To nie czekaj, aż zbudzi cię dzwon/ Bo się z ręką w nocniku obudzisz/ Czas odnowy, dla brudu pogardy/ Gdy dom sprząta się, myje i bieli/ Wciąż próbują nam naszczać do farby/ Jak takiego w łeb pałą nie zdzielić/ Będą słali ulotki, instrukcje/ Opowiadać rzeczy i takie/ Że widzieli tu kontrrewolucję/ Pełzającą pospołu z kułakiem/ Trza nam wytrwać w działaniu i trosce/ I uważać, bo sprawa to drańska/ Lecz za dłonią wyciągniętą ku Polsce/ W mordę lać, choćby była słowiańska/ Są w ojczyźnie rachunki krzywd/ Nadszedł czas, że pospłacać je trzeba/ Bo już w twarz nam nie będzie pluł nikt/ Choć publicznie by potem ubolewał/ I nie trzeba obstawiać się wojskiem/ Bo bez sensu dziś taka obrona/ Lecz w tę dupę wypiętą na Polskę/ Kopa dać, choćby była czerwona...
          Takie to wtedy były społeczne nastroje. Radykalne, że aż strach. Poranek potwierdził słowa kierowcy. Nawyrabiało się przez noc niemożliwie. Po ulicach łaziło wojsko i milicja, a między nimi przemykali wystraszeni wrocławianie. W powietrzu czuć było powszechne niedowierzanie i zdziwienie. Nim dotarliśmy z Andrzejem do domu Jacka i nim do nas dotarło to, co się stało, upłynęło sporo czasu. Piliśmy herbatę za herbatą i zastanawialiśmy się, co będzie dalej? Żadna logiczna przyszłość w naszych głowach się nie pojawiała. Jasne było tylko to, że jest stan wojenny i nasze kolejne koncerty zostały odwołane, a my zostaliśmy bez środków do życia.
         Bez przeszkód, choć w niemiłosiernym tłoku, pociągiem wróciłem do Trójmiasta. Po drodze, co mnie także zdziwiło, mimo, że taszczyłem ze sobą futerał z gitarą w środku, nie byłem ani razu kontrolowany. Nikomu z licznie mijanych patroli nie przyszło do głowy, że mogę w nim coś niebezpiecznego przemycać. Może nie wyglądałem na działacza Solidarności, tak jak tajniacy nie wyglądali na tajniaków, a stan wojenny na wojnę, choć stroił miny, że aż strach. W domu paniki także nie było. Asia uznała, że ta wojna polsko-jaruzelska, jak ją wkrótce nazwano, to kolejna kłoda, jaką nam życie rzuca pod nogi i należy ją po prostu jakość przeskoczyć.
          Wypocząwszy po podróży postanowiłem udać się z wizytą do Janusza Kasprowicza - ówczesnego, zawsze świetnie poinformowanego sekretarza redakcji pisma gdańskiej Solidarności - "Samorządność". O dziwo nie internowali go i był w domu.
         Janusz powiedział mi tyle, ile już wiedziałem - jest stan wojenny i cholera wie, jak to się je. Nie mogąc mi powiedzieć nic więcej podarował ostatni, trzeci numer swojego pisma, który nigdy nie ujrzał czytelnika. Cały nakład, 250 tysięcy egzemplarzy, został skonfiskowany i zniszczony. Mam, ten rarytas do dzisiaj i gdy zastanawiałem się teraz, co ja robiłem trzydzieści lat temu, przypomniało mi się, że gdzieś w szpargałach wciąż tkwi tamten uratowany egzemplarz gazety. Odnalazłem go.

samorzadnosc-gazeta-004

A gdy odnalazłem i zacząłem przeglądać, to cofnąłem się o trzydzieści lat. Znowu byłem we Wrocławiu, jechałem taksówką, zbudziłem się zdziwiony, wracałem do domu zatłoczonym pociągiem i odwiedzałem Janusza, a potem z zakazaną gazetą przemykałem przez Gdańsk. Nie pamiętam, czy wtedy, przy niedozwolonej lekturze zwróciłem jakąś szczególną uwagę na jeden z wywiadów. Chyba nie. Teraz wywiad ten rzucił mi się w oczy od razu.

samorzadnosc-gazeta-macierewicz

         Przeczytałem i doznałem deja vu, tyle, że odwrotnego. Otóż Macierewicz już wtedy był anty, przeciw, na przekór i na złość... nie tylko Kuroniowi. Trzydzieści lat minęło, jak jeden dzień. I ja i Janusz mamy się dobrze. Janusz porzuciwszy dziennikarstwo tylko czasami narzeka na tych, którzy po odzyskaniu wolności i przejęciu władzy zmienili się, że aż strach. Ja staram się nie narzekać.

11 grudnia, 2011

Bogactwo Solowego

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:16

          Jakoś tak się na ogół dzieje, że gdy się otworzy jedno zagadnienie, to otwierają się zaraz inne, z którymi człowiek wcześniej nie miał do czynienia. Gdy te nowe sprawy tworzą problem, to bieda, ale gdy cieszą, to mamy bogactwo. Właśnie z takim bogactwem mam ostatnio, za sprawą pewnej przesyłki, do czynienia. Kilka wpisów przed tym wpisem, przy okazji Dnia Zmarłych wspominałem nieżyjących przyjaciół. Pisałem m.in. o Marku Ferdku, którego wszyscy zwali Solowym.

marek-ferdek-solowy

Poznałem Marka wraz z Jackiem Zwoźniakiem i Kubą Wenclem, o czym pisałem już wcześniej wielokrotnie pisałem.
Na zdjęciu poniżej stoimy przed krakowską Rotundą w roku 1977. Marek w jasnym swetrze, ja u góry z rozwartymi rękoma, zasłaniam Kubę Wencla. Po prawej stronie, obok Marka stoi Jacek Zwoźniak.

zespl-baba-i-waldek-chylinski

          Będzie już prawie dwa lata, jak Marek zmarł, a kilka dni temu listonosz wręczył mi paczkę od Małgosi Ferdek, żony Marka, w której znalazłem płytę. Kilku przyjaciół wraz z rodziną Marka postanowiło zebrać w całość i zachować dla pamięci i potomnych, choć część tego, co nie zostało nigdy wydane, a co składa się na całkiem spory Solowego dorobek. I tak dzięki Wojtkowi Kulpińskiemu, który kiedyś wraz z Markiem i Kubą stworzył zespół B-Comlex, dzięki Wackowi Juszczyszynowi z Wolnej Grupy Bukowina i dzięki jeszcze kilku ludziom, w tym, kończącym się roku ukazała się przepiękna płyta składająca się z piosenek Marka, samych perełek.

plyta-marka-ferdka

          Słucham tej płyty od kilku dobrych dni i za każdym razem odkrywam coś nowego, coś frapującego, coś, czego wcześniej nie zauważyłem, nie usłyszałem, nie zrozumiałem. Wielość stylów pomieszczonych na płycie i wielość pomysłów aranżacyjnych, przy zachowaniu jedności, sprawia, że wielokrotnie słuchana muzyka wciąż na nowo zaskakuje i uwodzi. Prócz piosenki z numerem jeden, którą stworzył Wojtek Kulpiński wraz Wackiem Juszczyszynem, cała reszta jest kompozycyjnie wymyślona przez Marka. Słuchając kolejnych piosenek na płycie "Marek Ferdek Solowy - Za Oknem" w mej pamięci postać Marka znowu ożywa. Mam wrażenie, że Marek siedzi obok mnie z założoną nogą na nogę i bawi się gitarą, bo przecież nie był to trud, lecz wieczna zabawa muzyczna, która sprawiała Solowemu frajdę ponad wszystko. I te wieczne Marka poszukiwania dźwięków i brzmień, nowych rozwiązań i motywów...
          Brzmi ta płyta niezwykle. Jak wspomniałem, brzmienie to wielka zasługa Wacka Juszczyszyna, ale też tekściarza i muzyka Wojtka Kulpińskiego, którego zwą Pasikoniem. Pasikoń ostatnimi laty, mimo, że mieszka we Francji, grywał z Markiem najczęściej.

solowy-i-wojtek-kulpinski

          Słuchając "Za Oknem" usłyszymy chórki rewelersów i swing z dawnych lat, usłyszymy jazz i motywy klasyczne, i znajdziemy to, czego ja najbardziej szukałem - motywy beatlesowskie. Pasikoń pisze, że na płycie Marka są jego "Półnuty, całe nuty, felietony muzyki. Ćwiartki, ósemki i kufle nut pieniących się po pięciolinii życia. Harmonijnie "liverpoolskie" lub, z przymrożeniem oka, zaskakująco..."wasowskie". Prócz tego są też piosenki dla dzieci, które Marek z dużą fantazją i ogromnym zaangażowaniem nagrywał dla wrocławskich teatrów. Bardzo, bardzo się cieszę, że Małgosia na Święta sprawiła mi taki cudny prezent i tą drogą pięknie Ci Małgosiu dziękuję. Nie mam pojęcia, gdzie można tę płytę dostać, ale z pewnością jakiś sposób jest, więc polecam gorąco. A dzisiaj na rozsmakowanie proszę posłuchać piosenki z numerem dwa, która pierwsza wpadła mi w ucho - Szkoda mi Zapraszam.

04 grudnia, 2011

Ala Kubica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:05

Wybrałem się wczoraj wieczorem do sopockiego Pick&Roll Club na koncert Ali Kubicy.

ala-kubica

          Ala, gdy ją poznałem w latach siedemdziesiątych nosiła rodowe nazwisko Puchalska i popierana przez Marka Prusakowskiego z kabaretu Jelita śpiewała w Żaku przeróżne piosenki, które można było nazwać studenckimi, kabaretowymi, albo literackimi. Potem wyniosłem się z Wybrzeża na kilka lat i Ala gdzieś mi się zawieruszyła. Czasami tylko ktoś wspominał, że wsiąkła w jazz. Później mówili, że poszła w rodzinę, męża, pieluchy i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim, a śpiewanie zaniedbała. Tak, czy inaczej nie miałem z Alą przez całe lata kontaktu. Aż tu... Jakiś czas temu spotkałem się z Alą na koncercie 50-lecia Studenckiej Agencji Radiowej i okazało się, że Ala uporawszy się z dobrem rodziny, dzieci i męża, postanowiła wrócić do śpiewania. Nie, nie zawodowo dla pieniędzy, choć przecież te nie drażnią, ani nie po to, by liczyć na splendor, lecz po prostu po to, by śpiewać. Całe dorosłe życie jej tego śpiewania brakowało, więc stosunkowo niedawno postanowiła, że znowu wsiąknie w jazz. A co, nie wolno?  
         Ostatnio obserwuję wiele takich przypadków i wielu znajomych, którzy kiedyś porzucili uprawianie talentu, a teraz, gdy życie mają już definitywnie poukładane, wracają do tego, co kiedyś było najważniejsze. Dziwne? Nie, piękne! Wczorajszy koncert Ali generalnie był hołdem dla Billie Holiday, której twórczość Ala kocha, lubi i szanuje, ale nie tylko, bo utwory innych, wielkich jazzu także się pojawiły. Na scenie towarzyszyła jej śmietanka trójmiejskich muzyków z rewelacyjnym saksofonistą Maćkiem Sikałą i świetnym pianistą Cezarym Paciorkiem.

maciej-sikala

          Na kontrabasie grał Tomasz Nowik, a na perkusji Roman Ślefarski. Żeby słyszeć i widzieć, jak ci muzycy genialnie potrafią towarzyszyć wokalistce, budować nastrój i wywozić wrażliwość słuchaczy w nieznane rejony ich wyobraźni, trzeba było być wczoraj na koncercie. Było nadzwyczajnie. Trzy godziny w Pic&Roll Club, to była czysta, niczym nie zmącona przyjemność, którą okrasił zapowiadający Alę przed występem legendarny Stasiu Danielewicz.

stanislaw-danielewicz

          O Stasiu już kiedyś pisałem, gdy wspominałem, jak walczył z systemem podczas stanu wojennego. Wczoraj Stanisław, prócz tego, że zapowiadał Alę promował także swoją, dopiero co wydaną książkę pt. "Jazzowisko Trójmiasta. Historia jazzu w Gdańsku, Gdyni i Sopocie 1945-2010". Jeszcze nie czytałem, ale ponoć to praca zasadnicza. Podwalina encyklopedyczna, najeżona faktami, historią i zdjęciami, które po części wykonane zostały także przez Alicję, bo ta, prócz odświeżenia talentu wokalnego, odnalazła w sobie też nową pasję - fotografii muzycznej. Czyżby urodził się nam wybrzeżowy Marek Karewicz? Na zdjęciu poniżej Ala na tle swojej wystawy w Pick&Roll Club.

akubica-1

Koncertu Alicji, zapowiadanego przez Stasia wysłuchałem w towarzystwie Piotrka Jagielskiego z Radia Gdańsk i jego prześwietnej i pięknej żony. Dzięki nim mogłem, siedząc wygodnie w fotelu bujać w obłokach i słuchać piosenek śpiewanych przez Alę, bo Piotrkowie wcześniej, przezornie zarezerwowali sobie stolik. Po koncercie zgodziliśmy się, że wieczór z Alą przypadł nam wielce do gustu i warto było ruszyć z się z domu, by posłuchać tych wszystkich pięknych utworów w tak wybornym wykonaniu. Kiedy gratulowałem Alicji udanego występu, powiedziała mi, że ja także mam udział w jej powrocie na scenę. - Gdy przeczytałam - mówiła - w twoich Codziennościach to, co napisałeś o nieśmiertelnej karierze Lucyny Legut, uwierzyłam, że nigdy nie wolno odpuszczać.
          Jeżeli tak, to ja się bardzo cieszę i powtarzam raz jeszcze - warto robić swoje, bo na satysfakcję i sukces zawsze jest dobry czas.
Wczorajszy wieczór był tego dowodem.

29 listopada, 2011

Wspomnienie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:54

          Słonecznie, ale zimno. Na termometrze ledwie pięć stopni powyżej zera i cieszyć się z tego wypada, bo prawdziwa zima jeszcze przed nami. Przyjdzie nam jeszcze z zimna drżeć, tupać przy odśnieżaniu i złorzecząc czekać wiosny. Nigdy nie lubiłem zimy. Wkurzała mnie zawsze. Ten mróz..., ten śnieg..., ta ślizgawica, chlapa i znów ślizgawica - brrr! Zima piękna bywa na pocztówkach z gór i w opowieściach narciarzy. Czasem da mi się zima ładnie złapać w kadr aparatu, ale to tyle.

zima w Orłowie fot. W. Chyliński

          Ponieważ na nartach nie jeżdżę, a do gór daleko, więc zima mi nie przyjaciel. Wolę wszystkie inne pory roku. Nic więc dziwnego, że z przyjemnością wracam do tych letnich chwil, które jakoś tam utkwiły mi w pamięci. O tym, że lubię odwiedzać Wielkopolskę, rodową mej małżonki krainę, pisałem już nie raz. Na złość nadchodzącej zimie przypomniał mi się dzisiaj letni spacer po parku w Kórniku...

kórnik-park

...w towarzystwie seniorki rodu - Krystyny Gulczewskiej, zasłużonej śremskiej nauczycielki i harcerki.

asia-z-ciocia-krysia

W Kórniku, z niezwykłym zamkiem w tle...

kórnik

...spędziliśmy cudne popołudnie dyskutując o porządkach w Polsce. Z ciocią Krysią różnimy się ładnie w wielu sprawach, ale co do jednego jesteśmy zgodni - w Wielkopolsce żyje się mądrzej. Wśród różnic, które dyskurs nasz poruszają, zgadzamy się też, co do tego, że prócz Chłapowskiego, Cegielskiego i paru innych, pięknych i wielkich, miała jeszcze kraina Mieszka i Chrobrego księdza Wawrzyniaka, który uczył "...jak gospodarować mamy...".

tablica-na-kosciele-w-sremie

          Na niedalekim od Kórnika śremskim kościele wisi tablica, która tylko w słowach "Król czynu" każe się domyślać, że mowa o kimś więcej niż zwykłym księdzu. A Piotr Wawrzyniak to przez dziesiątki lat pomysłodawca, przewodniczący i patron Banku Ludowego, na którego fundamentach, ku irytacji i niemocy zaborcy, w pełni legalnie powstawały polskie przedsiębiorstwa, świetnie konkurujące z niemiecką gospodarką. Nie sądzę by ks.Wawrzyniak miał coś wspólnego z dzisiejszymi biznesmenami w sutannach. Prowadząc kasę pożyczkową, zakładając biblioteki, wydając fachowe poradniki i pisma gospodarskie, a także angażując się w politykę, nie mieszał sacrum z profanum.
Moim zdaniem Polska miała z działalności ks.Wawrzyniaka o wiele większy pożytek niż Kościół, ale nie słyszałem, by z tego powodu (przełom XIX i XX w.) powstał jakiś konflikt, który podzieliłby społeczeństwo. Istnieje więc możliwość takiego istnienia Kościoła w państwie, by z żadnej strony nikt złego słowa nie mógł powiedzieć.
Tymczasem toruński biznesmen w sutannie - Tadeusz Rydzyk (i jeszcze paru innych) uczy "...jak się wkurzać mamy...", i nic dobrego z tego nie wynika. Księża, którzy nad głoszenie prawd wiary przedkładają prawdy życia doczesnego, nie garną się do jakichkolwiek deklaracji podatkowych tak, by i państwo z tej ich "uduchowionej" przedsiębiorczości też coś miało. Zamiast pięknie wznosić do nieba "Te Deum", wolą w skrytości wsłuchiwać się w szelest banknotów, a fiskusa traktować jako wymysł szatana. Niestety, finansowa fortuna Kościoła sprawia, że idei, jaką realizował ks. Wawrzyniak, nikt pamiętać nie chce. A o Bogu też jakoś mało myślą, bo gdy się im trafi ktoś taki, jak ks. Boniecki, co na świat patrzy życzliwie, przyjaźnie i z dobrotliwą miłością, to mu się każą zamknąć. Po co ma gadać o wartościach i w interesach szkodzić? Gdyby potrafił swą mądrość zamieniać w mamonę, to co innego... Wtedy niech gada, co chce... Najważniejsze, by wiedzieć, gdzie stoją konfitury. Wszak idzie zima. A może jej nie będzie w tym roku?

20 listopada, 2011

Na schodach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:11

Dopóki człowiek nie wejdzie na samą górę, zawsze będzie miał przed sobą coś do wspinania. Bywa, że od samego zadzierania głowy boli szyja, a struchlałe myśli umykają do nóg, jednak COŚ człowieka pcha na szczyt i nic na to nie poradzisz. Czasem, gdy to COŚ połączysz z życiem, może się okazać, że właśnie zdobyłeś swój Mount Everest. Każdy, kto kiedyś wpadł na pomysł, zaplanował, założył, przewidział, przygotował się na wszystko i podjął wysiłek, ten wie, że jeżeli w swej kalkulacji nie popełnił błędu, sukces będzie jego udziałem. Mój ostatni tydzień stał pod znakiem zadzierania głowy i wypatrywania celu. Wraz z Asią mamy w życiu jeszcze kilka spraw do załatwienia i takie dni, jak ostatnio, przypominają nam o tym, że wciąż mamy pod górkę. Pamiętam, że był taki wiosenny dzień, w 1979, gdy wspinałem się po schodach w krakowskiej Rotundzie...

schody-w-rotundzie-kraków

...i gdy już byłem na górze, skręciłem w prawo, a tam na długiej, drewnianej i krętej, jak poręcz ławie siedziała Asia. Przysiadłem się. COŚ mi się kazało przysiąść, choć do tak ładnej dziewczyny każdy by się przysiadł. Tak się poznaliśmy. Od tamtego czasu zaczęło się nasze wspólne życie. Wydawało się, że los za chwilę, by uczcić cud naszego spotkania zafunduje nam windę i wspinać się będziemy już tylko po to, by rozprostować kości. Niestety, minęło trochę czasu, nim zrozumieliśmy, że nasz los nie ma pojęcia o windach, dźwigach i katapultach. Od tamtego dnia wciąż wchodzimy, wspinamy się, wdrapujemy i drżymy, by przez nierozważny krok nie stracić nic z naszego wysiłku. Niby się wszystko da wyliczyć, niby da się zaplanować, a jednak na schodach, lub tuż przy nich, zawsze może się COŚ takiego zdarzyć, że mędrzec nie przewidzi, inżynier nie policzy. Kiedyś bawiliśmy się z Asią w przewidywanie przyszłości. By znaleźć jakiś współczynnik trafności przewidywań, porównywaliśmy nasze uprzednie zamiary z tym, co z nich wynikło. Wyszło nam, że we wszystkim najważniejsze na schodach jest to COŚ , co powoduje, że jesteśmy tylko asystentami swojego losu. Gdy Asia już spała napisałem o tym tekst i dzięki zespołowi Wolny Przedział można go sobie teraz w ramach jesiennych refleksji posłuchać - zwyczajnie

13 listopada, 2011

Dylematy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:20

          Od rana jakoś tak depresyjnie... Przede mną trudny tydzień, chciałoby się naciągnąć niedzielę, jak gumę do żucia i wyciskać w niej do znudzenia profile zębów, byle nie myśleć o tym, co jutro, pojutrze, popojutrze... A może by tak gdzieś uciec? Udać, że nikogo nie ma w mieście? Może w góry, jak wtedy, gdy dzisiejsze kłopoty jeszcze nie istniały...
 

tatry fot.w.chylinski
 

A może, choćby na jeden dzień wyskoczyć jeszcze do Iławy, nad Jeziorak...
 

zbyszek-i-ja-sniadanie

          Kłopoty często tworzą się same. Ręki do niczego nie przyłożyłeś, niczego nie ruszałeś, nie prowokowałeś, a rozwiązać musisz. Ba, przestrzegałeś, bardziej czując, niż wiedząc, że jeżeli tak, to tak, a jeżeli to, to tamto. Nic więcej zrobić wtedy nie mogłeś, a kłopot dzisiaj jest. Jest i to jest twój kłopot. Bywa tak ze zdrowiem, ale bywa też tak z ludźmi, którzy z wielką niefrasobliwością tworzą rzeczywistość uwierającą wszystkich dookoła. Pół biedy, gdy wiesz jak wybrnąć z kłopotów i wszystko jest w twoich rękach. Gorzej, gdy ta rzeczywistość nie w pełni zależy od tego, co i jak zrobisz. Źle, gdy na twoje działanie nakłada się przeciwstawne działanie kogoś, komu twój kłopot rozwiązuje problem, jego problem.
          Ot, i takie dylematy od niedzielnego ranka mam. Ponoć na takie stany dobra jest ucieczka we wspomnienia, to sobie znowu w stare zdjęcia zajrzałem i wyłowiłem jedno, zrobione chyba w 1970 roku, a może 1972 nad jeziorem Wdzydze. To jedno z moich pierwszych zdjęć z gitarą. Ciekawe, co ja wtedy śpiewałem?
 

tak-to-sie-zaczelo-waldek-chylinski-2

          Tak to się zaczęło. Zaraz potem wszystko było już na poważnie i choć ojciec przestrzegał, że jeżeli tak, to tak, a jeżeli to, to tamto..., to jednak nie skończyło się to tak okropnie, jak na zdjęciu, które znalazłem na jakimś znajomym, facebookowym profilu:

reklama1

          Nie wiadomo tylko, czy śmiać się, czy łkać, cieszyć, czy smucić? Póki co, kończy się praca nad pierwszą płytą Wolnego Przedziału, która lada dzień będzie w całości gotowa, a ja już zastanawiam się nad kolejną. Napisałem dwa teksty. Do jednego z nich, dzięki Wojtkowi Staroniewiczowi, jest już muzyka i powoli, "... powoli/jak żółw/ociężale/Ruszyła/ maszyna/po szynach/ospale...". Powolutku też niedziela przewraca się już na drugą stronę i z doliny robi się góra. Jeszcze tylko parę godzin i trzeba się będzie zabrać za kłopoty. Do zobaczenia za tydzień.

05 listopada, 2011

I jeszcze

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:35

Znalazłem coś jeszcze, co uzupełni poprzedni wpis. Otóż na plakatach zespołu BABA skrót nazwy zespołu rozszyfrowano jako: Beatowy Ansambl Bzdur Artystycznych. Oto dowód:

plakat-zespolu-baba

Dla dokumentacji i pamięci dodaję więc jeszcze jedno tłumaczenie, wcale nie tajemniczej nazwy, a jak ktoś zna jeszcze jakieś, to proszę do mnie napisać. Ciekawe też, że nazwisko Kuby Wencla napisano z niemiecka, jako Wenzel i sam już nie wiem, jak jest prawidłowo. Może i tu ktoś mi pomoże? A poza tym bez zmian. Piękna jesień i piękne snują się wspomnienia z dopiero co przeżytych chwil. Wspominam swoją ostatnią podróż do Olsztyna, gdy po drodze, jak zwykle zatrzymałem się w magicznym miejscu, tuż obok Małdyt, tam gdzie Kanał Elbląski wpada do jeziora Ruda Woda...

kanal-elblaski-kolo-maldyt

...gdzie domek dróżnika wodnego, wyglądający jak domek z bajki, przez całe dzieciństwo był dla mnie punktem geograficznym, od którego zaczynał się liczyć najpiękniejszy czas wakacji.

domek-droznika-wodnego

W Olsztynie odwiedziłem bliskiego przyjaciela, który w latach naszej cudownie beztroskiej młodości bywał częstym gościem w akademiku, w pokoju 806 u mnie, Zwoźniaka i reszty towarzystwa, bawiąc nieraz długo i szczęśliwie - Tadeusza Prusińskiego...

tadeusz-prusinski1

...dziennikarza, pisarza i dokumentalistę, a ostatnio także asystenta Prezydenta Olsztyna. U Tadeusza moją uwagę, prócz uroczej Misi, zwrócił też obraz, który przypominał mi formę, z jakiej kiedyś wycinało się modele szybowców. Takie modele do składania można było kupić za mojej młodości w Składnicy Harcerskiej.

tadziu-prusinski-z-misia

Widząc moje zainteresowanie, Tadeusz na chwilę zmienił się w kustosza: - Obraz ten jest autorstwa bardzo ciepłego i mądrego człowieka, sławnego teoretyka sztuki, ale nie tylko, bo jak widać też wybitnego praktyka - prof. Jana Berdyszaka, byłego rektora PWSSP w Poznaniu. Raz i drugi podejmowaliśmy go obiadem przy tym stole - tu Tadeusz wymownie skierował wzrok na stół pod oknem i dokończył - Teraz rektorem tej uczelni, od kwietnia 2010 roku Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, jest jego syn. Chwilę później siedziałem na miejscu profesora i rozsmakowywałem się w ciepłej i cichej atmosferze domu Tadeusza, jak i w kanapkach, którymi częstował. Zapowiadają, że piękna i ciepła jesień potrwa co najmniej do 20 listopada. Oby.

01 listopada, 2011

Melancholia nagrobna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:27

Jesień, cmentarz, chłodno - to się nie może dobrze kojarzyć. Nic dziwnego, że w takich dniach, gdy wspomnienia są o wiele bardziej wyraźne niż plany na przyszłość, człowiek wpada w depresję i tylko jedno życzenie ma w głowie - żeby się jeszcze jakoś pobujać i żeby od tego bujania nie zrobiło się niedobrze. "Codzienności" zacząłem prowadzić przed pięciu laty. Gdzieś przeczytałem, że chęć do pisania bloga i aktywnego prowadzenia strony w internecie przechodzi wielu autorom na ogół po paru miesiącach, a najpóźniej po trzech latach. Jak widać mnie wciąż nie przeszło. Pierwszy wpis, który na wskutek zawirowań na serwerach gdzieś się ulotnił, dotyczył mojej wizyty na cmentarzu w Gdańsku w przeddzień Wszystkich Świętych. Dzisiaj, tak jak przed pięciu laty, odwiedziłem grób mojego Taty.

klemens-chylinski

Jak co roku zapaliłem znicz i na chwilę zapadłem się w sobie. Porwane sceny, jakieś obrazy i całe historie, które przeżyłem razem z ojcem, przewijały się jak stare filmy w kinie pamięci. Z tej podróży w czasie wytrąciła mnie wizyta kuzyna, który wraz ze swoją rodziną przyszedł wujkowi zapalić świeczkę. Postaliśmy jakiś czas w milczeniu, powspominaliśmy i po utwierdzeniu się, że wciąż żyjemy, rozeszliśmy się w swoje strony, prawie jak obcy. Może spotkamy się znowu za rok. W drodze powrotnej do domu myślami wciąż byłem w przeszłości. Jadąc w kierunku Gdyni wspominałem bliskich przyjaciół, którzy od dawna nie żyją i tych, z którymi dopiero co rozmawiałem, którzy ledwo co odeszli. W 2010 roku zmarł Marek Solowy Ferdek, który odchodząc zakończył żywą historię zespołu BABA z Wrocławia. Zespół BABA, którego nazwę tłumaczyło się jako Bezmiar Atrakcji Bez Ambicji, bądź Byli Alkoholicy Byłym Abstynentom, to trio założone przez Jacka Zwoźniaka. BABA w swoim czasie odniosła ogromny sukces, a w środowisku studenckim była prawdziwym objawieniem. Marek w pochodzie na zdjęciu idzie w środku. Z prawej Marka strony widać Jacka Zwoźniaka, a z lewej Kubę Wencla. Proszę zwrócić uwagę na gustowne garniturki chłopaków. Owe wdzianka, rodem z MHD, to mistyczny znak jedności z zespołem The Beatles, który był dla nich największym autorytetem i wzorcem, a John Lennon idolem.

jacek-zwozniak-marek-solowy-ferdek-kuba-wencel-zespol-baba-na-manifestacji

W marcu tego roku zmarła bardzo bliska mi ostatnimi laty Lucyna Legut - aktorka, pisarka i malarka, którą nie raz w Codziennościach opisywałem. Kochana Lucha zmarła tak, jakby chciała zrobić przyjaciołom kolejny kawał. Jej pogrzeb był najpogodniejszym pogrzebem, jaki w życiu widziałem, również dzięki testamentowi, który odczytał Igor Michalski. W moim domu Lucyna Legut wciąż żyje i żyć będzie dopóki na ścianach wisieć będą jej obrazy, a na pólkach będą stały jej książki.

malarz-i-jego-dzielo-lucyna-legut

Na początku sierpnia tego roku, wraz z tłumem znajomych pożegnałem na zawsze Zbyszka Rojka - muzyka, kompozytora i przyjaciela, z którym podobnie jak z Jackiem Zwoźniakiem, czy Andrzejem Swacyną byłem związany niezwykle mocnym węzłem wspólnej młodości. Ta nasza młodość i to wszystko, co się potem zdarzyło, było jedną, wielką przygodą z muzyką i piosenką. Zbyszka śmierć była dla wszystkich tym boleśniejsza, że przyszła niespodziewanie szybko i bezwzględnie. Pomyśleć, że miesiąc wcześniej zrobiłem Zbyszkowi jedno z ostatnich jego zdjęć.

zyszek-rojek-czerwiec-2011

Wróciłem do domu i usiadłem przy komputerze. Otworzyłem kilka stron - wszędzie jesień. Melancholia nagrobna usiadła obok i się zasępiła, smutno. Kilka dni temu Teresa Drozda poprosiła mnie o napisanie i nagranie kilku słów o Jacku Zwoźniaku. Te kilka słów można już teraz przeczytać na stronie Strefa Piosenki, a nagranie być może będzie można usłyszeć, wraz z piosenką "Córka poety", dzisiaj w programie III Polskiego Radia o godz. 23.05 w audycji Janusza Deblessema "Gitarą i Piórem". Serdecznie zapraszam.

PS ( dopisane 4 listopada 2011r) W audycji "Gitarą i Piórem" wraz z piosenką Jacka "Córka poety" można było usłyszeć także moje utwory: "Piosenkę wariata" w wykonaniu zespołu Kaczki z Nowej Paczki i "Co się stało" w wykonaniu zespołu Wolny Przedział. Moje wspomnienie o Jacku, które w tej audycji zaistniało, teraz można odsłuchać klikając tutaj Dzięki Teresko.

21 paĽdziernika, 2011

Leszek i nowa piosenka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:20

          Jadę do Olsztyna. Zawsze z ochotą odwiedzam miasto kilku moich kolorowych, studenckich lat. Jutro w akademickiej dzielnicy - Kortowie, gdzie jest najpiękniejszy w Polsce, a i pewnie w Europie kampus, w Centrum Konferencyjno-Kongresowym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, mieszczącym się przy ul. Benedykta Dybowskiego 11, wraz z Jurkiem Filarem (Samba Sikoreczka), o godz 17.30 zaśpiewam swoje mniej i bardziej znane piosenki. Mam nadzieję spotkać, jak to w Olsztynie, wielu starych przyjaciół i życzliwą, jak to w Olsztynie, publiczność :). Pogodę zapowiadają słoneczną, choć jesień już chłodna. Dobrze się składa, bo przygotowałem na jutro kilka ciepłych, jesiennych ballad. Jak się ułoży, to wszystko ładnie będzie do siebie pasować. Zapraszam, kto ma chęć posłuchać i będzie w pobliżu.
          W Olsztynie nie zaśpiewam najnowszej piosenki, którą ledwie kilka dni temu nagrał zespół Wolny Przedział, a którą to piosenkę napisałem kiedyś z Leszkiem Szczechulą.

leszek

          Leszek nie jest zawodowym kompozytorem. Ot, lubi sobie czasem pograć na gitarze i coś zanucić od siebie. Z tego nucenia często wychodzą mu bardzo sympatyczne melodyjki, które czasami mnie kuszą. Na mojej płycie "Słowa..." znalazły się dwie piosenki, do których muzykę skomponował Leszek. Teraz piosenka z muzyką Leszka będzie pierwszą piosenką na debiutanckiej płycie Wolnego Przedziału.
          Znamy się z Leszkiem niemal od dziecka. Razem uczyliśmy się w Conradinum, razem zdawaliśmy maturę, razem żeglowaliśmy. Potem nasze drogi się rozeszły. Po latach, gdy wybudowałem swój dom na "głowie" Gdyni, czyli na morenowym wzgórzu nad Orłowem, Leszek był jednym z pierwszych moich gości. Przyszedł, wypił i powiedział, że chodzą mu po głowie pewne nuty. Na moją prośbę wziął gitarę i zagrał. Zrobiło się późno. Asieńka dorobiła nam jeszcze kanapek i poszła spać, a mnie w miarę ubywania w butelce trunku, przybywało słów do Leszkowych nut i tak w końcu powstała piosenka - "Gdynia nocą".

gdynia-we-mgle

          Czasami, gdyśmy potem z Leszkiem wypuszczali się w jakiś przyjemny rejs, po kolacji przypominaliśmy sobie o tej piosence i czas robił się nam sympatycznym towarzyszem żeglarskiego wieczoru.
          Wiosną tego roku ze Zbyszkiem Szukalskim zastanawiałem się nad repertuarem, który miał być nagrywany na pierwszą płytę Wolnego Przedziału. Odkryłem oczywisty fakt, z którego wcześniej jakoś nie zdawałem sobie sprawy, że wszyscy obecnie jesteśmy z Gdyni. Nie z Sopotu, który uwielbiam, nie z Gdańska, który kocham, ale właśnie z Gdyni, która jest teraz moim miejscem na ziemi, a to przypomniało mi o istnieniu gdyńskiej piosenki. Zbyszek zaakceptował pomysł , ale ja za nic nie mogłem sobie przypomnieć, jak to leciało... Na szczęście Leszek pamiętał.

wolny-przedzial

          Wczoraj wieczorem dostałem piosenkę już po masteringu i za zgodą producenta spieszę się podzielić nią z przyjaciółmi. Mam nadzieję, że "Gdynia nocą", którą w piosence swoim głosem opisują Ania Judycka i Arleta Rusiecka, też się Wam spodoba. Miłego słuchania.

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY