27 stycznia, 2012

Przestarzały na zielono podkreślony

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:51

Zabrałem się wreszcie do odkładanej od jakiegoś czasu pracy. Usiadłem przy komputerze, otworzyłem "Nowy plik domyślny" i swoim zwyczajem, z lewej strony u góry napisałem imię i nazwisko. Oczywiście swoje. Gdy chciałem pisać dalej, moje nazwisko przez "system" korekty zostało podkreślone na zielono i przeczytałem, że "Wskazany wyraz jest przestarzały".

przestarzaly

-Taaa - pomyślałem - skoro pod tym przestarzałym wyrazem kryje się moja osoba, to widać, że mój wiek nie ujdzie już nawet uwadze automatu. - K... mać - rzuciłem po chwili jeszcze starszy wyraz i już miałem się zabrać do dalszego pisania, gdy przypomniałem sobie, że wczoraj na FB przeczytałem, iż pisząc jakiś komentarz posługuję się tonem kaznodziei. Piszący o tym przyjaciel, człek żywy, nie automat, na pewno doskonale zdawał sobie sprawę, że kaznodzieje są ludźmi zazwyczaj starszymi, ba... przestarzałymi. Wobec powyższego mam chyba coś do przemyślenia. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu wpatruję się w takie oto zdjęcie:

jas-chylinski-ma-cztery-miesiace

To pierwsze zdjęcie mojego pierwszego i mam nadzieję, że nie ostatniego wnuka Jasia, który przyjdzie na świat w czerwcu. Myślę, że wtedy już żaden system nie będzie podkreślał naszego nazwiska na zielono. Jak nie, to klikniemy: "Ignoruj zdanie".

18 stycznia, 2012

Pewna euforia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:01

          Czasami bywa tak, że na moment wpadam w euforię i zdaje mi się, iż jestem bezgranicznie szczęśliwy. Trwa to chwilę i dość szybko mija. Nie pamiętam, by takie euforyczne poczucie szczęścia zdarzało mi się w dzieciństwie, młodości, czy później, gdy jako dorosły człowiek uczyłem się sztuki przetrwania. Owszem, bywałem szczęśliwy, jak wtedy, gdy pierwszy raz przy gitarze zaśpiewałem swoją pierwszą piosenkę, ale by wpadać w euforię... Co to, to nie.

moja-pierwsza...

          Co prawda rzadko, ale od kilku lat nachodzi mnie ni stąd ni zowąd taki stan, że przez ułamek sekundy czuję się wniebowzięty. Na czym to polega nie bardzo wiem. Piję umiarkowanie, nie palę, nie wciągam, nie wdycham, a jednak... Może cieszę się, że przeżyłem swoje i dożyłem?
          W TVP obejrzałem dzisiaj program, w którym jakiś ksiądz, imam i rabin zastanawiali się nad problemem: czy i kiedy człowiek może być szczęśliwy. Jeżeli dobrze zrozumiałem, szczęście nawiedza człowieka wtedy, gdy oddaje swój los w ręce Boga. Jeden mówił, że widział wśród biednych bardzo szczęśliwych ludzi, którzy wierzyli, że Bóg kieruje ich życiem i to do szczęścia wystarcza. Drugi słyszał, że najbardziej szczęśliwymi ludźmi w sowieckich obozach na Syberii byli ludzie, którzy stali blisko Boga i wierzyli w to, że Bóg ma ich w opiece. Coś w tych opiniach jest, choć trochę to niejasne, bo jeżeli Bóg jest wszechmogący i zawsze staje się jego wola, to cóż człowiek w podłej sytuacji może mu oddawać, prócz czci i żalu, że mu taki los wybrał? Zastanawiam się, czy takie podejście do istoty wiary nie rozgrzesza człowieka z lenistwa myśli i czynu. Skoro nic nie mogę, bo istnieje Bóg, który wszystkim kieruje i wie co będzie jutro, to po co się wysilać, przecież nic nie zmienię. Wychodzi na to, że w ciężkiej sytuacji całą energię duszy i ciała lepiej skierować ku niebiosom, niż ku rozumowi i doświadczeniu.

zachmurzone-niebiosa-fot-w-chylinski

          Można myśleć, że tak, jak czas goi rany, czas rozwiązuje też problemy. Poniekąd to prawda. Można oczywiście powiedzieć, że tym czasem jest Bóg i wszystko się będzie zgadzało. Czy z tego nie można wnioskować, że jeżeli ci źle, to się nie martw, bo twój los i twoje przeznaczenie nie w twoich jest rękach? Szkoda, że wśród tych duchownych nie było pastora. Ciekawe, czy protestanci także wszystko zostawiają Bogu do zrobienia? Szkoda, że nie było racjonalnego ateisty i jakiegoś medytującego hindusa znad Gangesu.
            Dla mnie jasne jest, że szczęście trwa chwilę. Jest zbitką dobrych zdarzeń, stanu umysłu i pewnej euforii wynikającej z bycia tu i teraz. Rysiek Riedel, wokalista i tekściarz Dżemu śpiewał kiedyś, że "... w życiu piękne są tylko chwile..." i z tym się całkowicie zgadzam. By jednak takie chwile w życiu mieć trzeba się najpierw trochę nagłowić, napocić. a dopiero potem uznać, że w materii rzeczy nie wszystko jest zwyczajne, bo uczucie to rzecz ducha, a duch to rzecz mistyczna. Chociaż znam takich, którzy, często nie bez racji, twierdzą, że życie na ziemi dla jednych jest czyśćcem, a dla drugich piekłem, to jednak czasami warto się postarać, by choć na chwilę wpaść w euforię i poczuć się wniebowziętym.

04 stycznia, 2012

Zdrowie w Nowym Roku

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:10

No, i proszę. Jeszcze po ostatniej, sylwestrowej petardzie huk nie przeminął, jak w polityce zaczęło się kotłować. Pogoda sprzyja i nijak śnieżnymi katastrofami od reform uwagi odwrócić się nie da. Przyglądam się więc bacznie "twarzy" służby zdrowia i oceniam, czy kolejne grymasy to jeszcze objaw fanaberii, czy już bólu. Rozśmieszył mnie, znaleziony w internecie list do Pana Premiera zaczynający się od słów: Panie Premierze! Proszę nie przejmować się protestami pacjentów. To są jacyś chorzy ludzie... Dzięki Bogu, prócz tego, co mnie już bolało, nowego nic mnie nie boli, ale kto to wie, co będzie jutro... Mam pełną świadomość konieczności zmian i reform, ale nie zazdroszczę premierowi. Za odwagę nawet go podziwiam. Są dwa miejsca na świecie, z którymi czuję niezwykły związek. Jednym z nich jest Widłąg - zatoka jeziora Jeziorak, a drugim Orłowo.

orlowo-4-stycznia-2012-r-

Do Jezioraka z Gdyni na piechotę nie pójdę, ale klif i plażę w Orłowie mam niedaleko, więc w ramach dbania o zdrowie wybrałem się właśnie tam na styczniowy spacer.

orlowo-4-stycznia-2012-r-klif

Zima tej zimy, jak wczesna wiosna. Dzisiaj było chłodno, słonecznie i bezludnie. Wiatr chmury gonił do Szwecji, więc na wodzie nic się nie bałwaniło. Było pięknie nawet wtedy, gdy na brzegu kładł się szarobury chmury cień. Spacerowałem, spacerowałem, spacerowałem...

orlowo-4-stycznia-2012-rbrzeg

Wróciwszy do domu byłbym najszczęśliwszym z ludzi, gdybym nie włączył telewizora... Wszystkim w Nowym Roku zdrowia życzę!!! PS W niedzielę z wielką przyjemnością zapraszam na koncert, w którym mam wziąć udział. Organizatorzy zapraszają tak: Środowisko trójmiejskich bardów zaprasza na koncert pt. "Bardowie dzieciom", połączony z aukcją płyt i innych przedmiotów, z którego cały dochód przeznaczony zostanie na rzecz XX Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Koncert odbędzie się 8 stycznia 2012 (niedziela), o godz. 17.00, w Klubie Bohemian (parter Centrum Kultury i Rozrywki Gemini), przy Skwerze Kościuszki w Gdyni.

23 grudnia, 2011

Choinka, ale to leci...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:21

          Pięćdziesiąt siedem lat temu do domu przy głównej ulicy w Gdańsku Wrzeszczu pewien dwudziestosześcioletni facet przyniósł choinkę. Osadził ją w stojaku, ubrał w bombki, cukierki i świeczki, a potem posadził przy niej swego, niewiele ponad rocznego syna, złożył mu życzenia i pstryknął fotkę.

moja-pierwsza-choinka-1

          Facet, który zrobił zdjęcie to mój tata, a ten brzdąc przy świątecznym drzewku zdziwiony światem, obyczajem i tym całym zamieszaniem, to ja. Pewnie dostałem prezenty, może nawet jakieś deficytowe cytrusy i z pewnością po wieczerzy szczęśliwy poszedłem spać z nowym pięknym doświadczeniem - na świecie są Święta i dzięki temu ludzie są czasami szczęśliwi. Od tamtej pory raz do roku "...wszyscy wszystkim ślą życzenia...", więc i ja, po raz pięćdziesiąty ósmy:
Wszystkim odwiedzającym mój blog, moje piosenki i moją stronę życzę wszelkiej pomyślności i wspaniałości w Święta Bożego Narodzenia.

16 grudnia, 2011

Strach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:07

          Na niezwykły ruch w mieście naszą uwagę zwrócił taksówkarz, z którym jechaliśmy przez Plac Grunwaldzki.
- Coś się dzisiaj w nocy będzie działo, bo esbecja gania od południa, jak wściekła - powiedział i by słowa znalazły swoje potwierdzenie wskazał na samochód, który właśnie nas wyprzedzał. W środku Fiata125p siedziało pięciu, nijakich facetów w średnim wieku.
- Ot, pięciu kumpli wraca z pracy - pomyślałem i tyle. Bardziej niż poruszenie w mieście poruszała mnie uroda miasta odbijającego się w Odrze i na niej się skupiałem. Nie miałem pojęcia, jak wygląda rasowy tajniak, to i gapienie się na wszystkich nie miało sensu.
          Działo się to trzydzieści lat temu, 12 grudnia wieczorem, we Wrocławiu. Wraz z Andrzejem Swacyną i Jackiem Zwoźniakiem jechaliśmy do jednego z wrocławskich klubów studenckich, gdzie mieliśmy zagrać, ostatni tego dnia, koncert. Cieszyliśmy się, bo granie w studenckich klubach było dla nas najsmaczniejszym kawałkiem chleba, którym się w tamtym czasie posilaliśmy. Koncert udał się nadzwyczajnie, a Jacek znowu wzbudził aplauz śpiewając "Piosenkę na wszelki wypadek", która mnie osobiście, ze względu na zbyt dosłowną treść, nie specjalnie zachwycała, ale publiczności podobała się bardzo i wszędzie wzbudzała entuzjazm. Leciała tak: Kiedy przyjdą podpalić dom/ Jeśli zechcą ci go zapaskudzić/ To nie czekaj, aż zbudzi cię dzwon/ Bo się z ręką w nocniku obudzisz/ Czas odnowy, dla brudu pogardy/ Gdy dom sprząta się, myje i bieli/ Wciąż próbują nam naszczać do farby/ Jak takiego w łeb pałą nie zdzielić/ Będą słali ulotki, instrukcje/ Opowiadać rzeczy i takie/ Że widzieli tu kontrrewolucję/ Pełzającą pospołu z kułakiem/ Trza nam wytrwać w działaniu i trosce/ I uważać, bo sprawa to drańska/ Lecz za dłonią wyciągniętą ku Polsce/ W mordę lać, choćby była słowiańska/ Są w ojczyźnie rachunki krzywd/ Nadszedł czas, że pospłacać je trzeba/ Bo już w twarz nam nie będzie pluł nikt/ Choć publicznie by potem ubolewał/ I nie trzeba obstawiać się wojskiem/ Bo bez sensu dziś taka obrona/ Lecz w tę dupę wypiętą na Polskę/ Kopa dać, choćby była czerwona...
          Takie to wtedy były społeczne nastroje. Radykalne, że aż strach. Poranek potwierdził słowa kierowcy. Nawyrabiało się przez noc niemożliwie. Po ulicach łaziło wojsko i milicja, a między nimi przemykali wystraszeni wrocławianie. W powietrzu czuć było powszechne niedowierzanie i zdziwienie. Nim dotarliśmy z Andrzejem do domu Jacka i nim do nas dotarło to, co się stało, upłynęło sporo czasu. Piliśmy herbatę za herbatą i zastanawialiśmy się, co będzie dalej? Żadna logiczna przyszłość w naszych głowach się nie pojawiała. Jasne było tylko to, że jest stan wojenny i nasze kolejne koncerty zostały odwołane, a my zostaliśmy bez środków do życia.
         Bez przeszkód, choć w niemiłosiernym tłoku, pociągiem wróciłem do Trójmiasta. Po drodze, co mnie także zdziwiło, mimo, że taszczyłem ze sobą futerał z gitarą w środku, nie byłem ani razu kontrolowany. Nikomu z licznie mijanych patroli nie przyszło do głowy, że mogę w nim coś niebezpiecznego przemycać. Może nie wyglądałem na działacza Solidarności, tak jak tajniacy nie wyglądali na tajniaków, a stan wojenny na wojnę, choć stroił miny, że aż strach. W domu paniki także nie było. Asia uznała, że ta wojna polsko-jaruzelska, jak ją wkrótce nazwano, to kolejna kłoda, jaką nam życie rzuca pod nogi i należy ją po prostu jakość przeskoczyć.
          Wypocząwszy po podróży postanowiłem udać się z wizytą do Janusza Kasprowicza - ówczesnego, zawsze świetnie poinformowanego sekretarza redakcji pisma gdańskiej Solidarności - "Samorządność". O dziwo nie internowali go i był w domu.
         Janusz powiedział mi tyle, ile już wiedziałem - jest stan wojenny i cholera wie, jak to się je. Nie mogąc mi powiedzieć nic więcej podarował ostatni, trzeci numer swojego pisma, który nigdy nie ujrzał czytelnika. Cały nakład, 250 tysięcy egzemplarzy, został skonfiskowany i zniszczony. Mam, ten rarytas do dzisiaj i gdy zastanawiałem się teraz, co ja robiłem trzydzieści lat temu, przypomniało mi się, że gdzieś w szpargałach wciąż tkwi tamten uratowany egzemplarz gazety. Odnalazłem go.

samorzadnosc-gazeta-004

A gdy odnalazłem i zacząłem przeglądać, to cofnąłem się o trzydzieści lat. Znowu byłem we Wrocławiu, jechałem taksówką, zbudziłem się zdziwiony, wracałem do domu zatłoczonym pociągiem i odwiedzałem Janusza, a potem z zakazaną gazetą przemykałem przez Gdańsk. Nie pamiętam, czy wtedy, przy niedozwolonej lekturze zwróciłem jakąś szczególną uwagę na jeden z wywiadów. Chyba nie. Teraz wywiad ten rzucił mi się w oczy od razu.

samorzadnosc-gazeta-macierewicz

         Przeczytałem i doznałem deja vu, tyle, że odwrotnego. Otóż Macierewicz już wtedy był anty, przeciw, na przekór i na złość... nie tylko Kuroniowi. Trzydzieści lat minęło, jak jeden dzień. I ja i Janusz mamy się dobrze. Janusz porzuciwszy dziennikarstwo tylko czasami narzeka na tych, którzy po odzyskaniu wolności i przejęciu władzy zmienili się, że aż strach. Ja staram się nie narzekać.

11 grudnia, 2011

Bogactwo Solowego

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:16

          Jakoś tak się na ogół dzieje, że gdy się otworzy jedno zagadnienie, to otwierają się zaraz inne, z którymi człowiek wcześniej nie miał do czynienia. Gdy te nowe sprawy tworzą problem, to bieda, ale gdy cieszą, to mamy bogactwo. Właśnie z takim bogactwem mam ostatnio, za sprawą pewnej przesyłki, do czynienia. Kilka wpisów przed tym wpisem, przy okazji Dnia Zmarłych wspominałem nieżyjących przyjaciół. Pisałem m.in. o Marku Ferdku, którego wszyscy zwali Solowym.

marek-ferdek-solowy

Poznałem Marka wraz z Jackiem Zwoźniakiem i Kubą Wenclem, o czym pisałem już wcześniej wielokrotnie pisałem.
Na zdjęciu poniżej stoimy przed krakowską Rotundą w roku 1977. Marek w jasnym swetrze, ja u góry z rozwartymi rękoma, zasłaniam Kubę Wencla. Po prawej stronie, obok Marka stoi Jacek Zwoźniak.

zespl-baba-i-waldek-chylinski

          Będzie już prawie dwa lata, jak Marek zmarł, a kilka dni temu listonosz wręczył mi paczkę od Małgosi Ferdek, żony Marka, w której znalazłem płytę. Kilku przyjaciół wraz z rodziną Marka postanowiło zebrać w całość i zachować dla pamięci i potomnych, choć część tego, co nie zostało nigdy wydane, a co składa się na całkiem spory Solowego dorobek. I tak dzięki Wojtkowi Kulpińskiemu, który kiedyś wraz z Markiem i Kubą stworzył zespół B-Comlex, dzięki Wackowi Juszczyszynowi z Wolnej Grupy Bukowina i dzięki jeszcze kilku ludziom, w tym, kończącym się roku ukazała się przepiękna płyta składająca się z piosenek Marka, samych perełek.

plyta-marka-ferdka

          Słucham tej płyty od kilku dobrych dni i za każdym razem odkrywam coś nowego, coś frapującego, coś, czego wcześniej nie zauważyłem, nie usłyszałem, nie zrozumiałem. Wielość stylów pomieszczonych na płycie i wielość pomysłów aranżacyjnych, przy zachowaniu jedności, sprawia, że wielokrotnie słuchana muzyka wciąż na nowo zaskakuje i uwodzi. Prócz piosenki z numerem jeden, którą stworzył Wojtek Kulpiński wraz Wackiem Juszczyszynem, cała reszta jest kompozycyjnie wymyślona przez Marka. Słuchając kolejnych piosenek na płycie "Marek Ferdek Solowy - Za Oknem" w mej pamięci postać Marka znowu ożywa. Mam wrażenie, że Marek siedzi obok mnie z założoną nogą na nogę i bawi się gitarą, bo przecież nie był to trud, lecz wieczna zabawa muzyczna, która sprawiała Solowemu frajdę ponad wszystko. I te wieczne Marka poszukiwania dźwięków i brzmień, nowych rozwiązań i motywów...
          Brzmi ta płyta niezwykle. Jak wspomniałem, brzmienie to wielka zasługa Wacka Juszczyszyna, ale też tekściarza i muzyka Wojtka Kulpińskiego, którego zwą Pasikoniem. Pasikoń ostatnimi laty, mimo, że mieszka we Francji, grywał z Markiem najczęściej.

solowy-i-wojtek-kulpinski

          Słuchając "Za Oknem" usłyszymy chórki rewelersów i swing z dawnych lat, usłyszymy jazz i motywy klasyczne, i znajdziemy to, czego ja najbardziej szukałem - motywy beatlesowskie. Pasikoń pisze, że na płycie Marka są jego "Półnuty, całe nuty, felietony muzyki. Ćwiartki, ósemki i kufle nut pieniących się po pięciolinii życia. Harmonijnie "liverpoolskie" lub, z przymrożeniem oka, zaskakująco..."wasowskie". Prócz tego są też piosenki dla dzieci, które Marek z dużą fantazją i ogromnym zaangażowaniem nagrywał dla wrocławskich teatrów. Bardzo, bardzo się cieszę, że Małgosia na Święta sprawiła mi taki cudny prezent i tą drogą pięknie Ci Małgosiu dziękuję. Nie mam pojęcia, gdzie można tę płytę dostać, ale z pewnością jakiś sposób jest, więc polecam gorąco. A dzisiaj na rozsmakowanie proszę posłuchać piosenki z numerem dwa, która pierwsza wpadła mi w ucho - Szkoda mi Zapraszam.

04 grudnia, 2011

Ala Kubica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:05

Wybrałem się wczoraj wieczorem do sopockiego Pick&Roll Club na koncert Ali Kubicy.

ala-kubica

          Ala, gdy ją poznałem w latach siedemdziesiątych nosiła rodowe nazwisko Puchalska i popierana przez Marka Prusakowskiego z kabaretu Jelita śpiewała w Żaku przeróżne piosenki, które można było nazwać studenckimi, kabaretowymi, albo literackimi. Potem wyniosłem się z Wybrzeża na kilka lat i Ala gdzieś mi się zawieruszyła. Czasami tylko ktoś wspominał, że wsiąkła w jazz. Później mówili, że poszła w rodzinę, męża, pieluchy i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim, a śpiewanie zaniedbała. Tak, czy inaczej nie miałem z Alą przez całe lata kontaktu. Aż tu... Jakiś czas temu spotkałem się z Alą na koncercie 50-lecia Studenckiej Agencji Radiowej i okazało się, że Ala uporawszy się z dobrem rodziny, dzieci i męża, postanowiła wrócić do śpiewania. Nie, nie zawodowo dla pieniędzy, choć przecież te nie drażnią, ani nie po to, by liczyć na splendor, lecz po prostu po to, by śpiewać. Całe dorosłe życie jej tego śpiewania brakowało, więc stosunkowo niedawno postanowiła, że znowu wsiąknie w jazz. A co, nie wolno?  
         Ostatnio obserwuję wiele takich przypadków i wielu znajomych, którzy kiedyś porzucili uprawianie talentu, a teraz, gdy życie mają już definitywnie poukładane, wracają do tego, co kiedyś było najważniejsze. Dziwne? Nie, piękne! Wczorajszy koncert Ali generalnie był hołdem dla Billie Holiday, której twórczość Ala kocha, lubi i szanuje, ale nie tylko, bo utwory innych, wielkich jazzu także się pojawiły. Na scenie towarzyszyła jej śmietanka trójmiejskich muzyków z rewelacyjnym saksofonistą Maćkiem Sikałą i świetnym pianistą Cezarym Paciorkiem.

maciej-sikala

          Na kontrabasie grał Tomasz Nowik, a na perkusji Roman Ślefarski. Żeby słyszeć i widzieć, jak ci muzycy genialnie potrafią towarzyszyć wokalistce, budować nastrój i wywozić wrażliwość słuchaczy w nieznane rejony ich wyobraźni, trzeba było być wczoraj na koncercie. Było nadzwyczajnie. Trzy godziny w Pic&Roll Club, to była czysta, niczym nie zmącona przyjemność, którą okrasił zapowiadający Alę przed występem legendarny Stasiu Danielewicz.

stanislaw-danielewicz

          O Stasiu już kiedyś pisałem, gdy wspominałem, jak walczył z systemem podczas stanu wojennego. Wczoraj Stanisław, prócz tego, że zapowiadał Alę promował także swoją, dopiero co wydaną książkę pt. "Jazzowisko Trójmiasta. Historia jazzu w Gdańsku, Gdyni i Sopocie 1945-2010". Jeszcze nie czytałem, ale ponoć to praca zasadnicza. Podwalina encyklopedyczna, najeżona faktami, historią i zdjęciami, które po części wykonane zostały także przez Alicję, bo ta, prócz odświeżenia talentu wokalnego, odnalazła w sobie też nową pasję - fotografii muzycznej. Czyżby urodził się nam wybrzeżowy Marek Karewicz? Na zdjęciu poniżej Ala na tle swojej wystawy w Pick&Roll Club.

akubica-1

Koncertu Alicji, zapowiadanego przez Stasia wysłuchałem w towarzystwie Piotrka Jagielskiego z Radia Gdańsk i jego prześwietnej i pięknej żony. Dzięki nim mogłem, siedząc wygodnie w fotelu bujać w obłokach i słuchać piosenek śpiewanych przez Alę, bo Piotrkowie wcześniej, przezornie zarezerwowali sobie stolik. Po koncercie zgodziliśmy się, że wieczór z Alą przypadł nam wielce do gustu i warto było ruszyć z się z domu, by posłuchać tych wszystkich pięknych utworów w tak wybornym wykonaniu. Kiedy gratulowałem Alicji udanego występu, powiedziała mi, że ja także mam udział w jej powrocie na scenę. - Gdy przeczytałam - mówiła - w twoich Codziennościach to, co napisałeś o nieśmiertelnej karierze Lucyny Legut, uwierzyłam, że nigdy nie wolno odpuszczać.
          Jeżeli tak, to ja się bardzo cieszę i powtarzam raz jeszcze - warto robić swoje, bo na satysfakcję i sukces zawsze jest dobry czas.
Wczorajszy wieczór był tego dowodem.

29 listopada, 2011

Wspomnienie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:54

          Słonecznie, ale zimno. Na termometrze ledwie pięć stopni powyżej zera i cieszyć się z tego wypada, bo prawdziwa zima jeszcze przed nami. Przyjdzie nam jeszcze z zimna drżeć, tupać przy odśnieżaniu i złorzecząc czekać wiosny. Nigdy nie lubiłem zimy. Wkurzała mnie zawsze. Ten mróz..., ten śnieg..., ta ślizgawica, chlapa i znów ślizgawica - brrr! Zima piękna bywa na pocztówkach z gór i w opowieściach narciarzy. Czasem da mi się zima ładnie złapać w kadr aparatu, ale to tyle.

zima w Orłowie fot. W. Chyliński

          Ponieważ na nartach nie jeżdżę, a do gór daleko, więc zima mi nie przyjaciel. Wolę wszystkie inne pory roku. Nic więc dziwnego, że z przyjemnością wracam do tych letnich chwil, które jakoś tam utkwiły mi w pamięci. O tym, że lubię odwiedzać Wielkopolskę, rodową mej małżonki krainę, pisałem już nie raz. Na złość nadchodzącej zimie przypomniał mi się dzisiaj letni spacer po parku w Kórniku...

kórnik-park

...w towarzystwie seniorki rodu - Krystyny Gulczewskiej, zasłużonej śremskiej nauczycielki i harcerki.

asia-z-ciocia-krysia

W Kórniku, z niezwykłym zamkiem w tle...

kórnik

...spędziliśmy cudne popołudnie dyskutując o porządkach w Polsce. Z ciocią Krysią różnimy się ładnie w wielu sprawach, ale co do jednego jesteśmy zgodni - w Wielkopolsce żyje się mądrzej. Wśród różnic, które dyskurs nasz poruszają, zgadzamy się też, co do tego, że prócz Chłapowskiego, Cegielskiego i paru innych, pięknych i wielkich, miała jeszcze kraina Mieszka i Chrobrego księdza Wawrzyniaka, który uczył "...jak gospodarować mamy...".

tablica-na-kosciele-w-sremie

          Na niedalekim od Kórnika śremskim kościele wisi tablica, która tylko w słowach "Król czynu" każe się domyślać, że mowa o kimś więcej niż zwykłym księdzu. A Piotr Wawrzyniak to przez dziesiątki lat pomysłodawca, przewodniczący i patron Banku Ludowego, na którego fundamentach, ku irytacji i niemocy zaborcy, w pełni legalnie powstawały polskie przedsiębiorstwa, świetnie konkurujące z niemiecką gospodarką. Nie sądzę by ks.Wawrzyniak miał coś wspólnego z dzisiejszymi biznesmenami w sutannach. Prowadząc kasę pożyczkową, zakładając biblioteki, wydając fachowe poradniki i pisma gospodarskie, a także angażując się w politykę, nie mieszał sacrum z profanum.
Moim zdaniem Polska miała z działalności ks.Wawrzyniaka o wiele większy pożytek niż Kościół, ale nie słyszałem, by z tego powodu (przełom XIX i XX w.) powstał jakiś konflikt, który podzieliłby społeczeństwo. Istnieje więc możliwość takiego istnienia Kościoła w państwie, by z żadnej strony nikt złego słowa nie mógł powiedzieć.
Tymczasem toruński biznesmen w sutannie - Tadeusz Rydzyk (i jeszcze paru innych) uczy "...jak się wkurzać mamy...", i nic dobrego z tego nie wynika. Księża, którzy nad głoszenie prawd wiary przedkładają prawdy życia doczesnego, nie garną się do jakichkolwiek deklaracji podatkowych tak, by i państwo z tej ich "uduchowionej" przedsiębiorczości też coś miało. Zamiast pięknie wznosić do nieba "Te Deum", wolą w skrytości wsłuchiwać się w szelest banknotów, a fiskusa traktować jako wymysł szatana. Niestety, finansowa fortuna Kościoła sprawia, że idei, jaką realizował ks. Wawrzyniak, nikt pamiętać nie chce. A o Bogu też jakoś mało myślą, bo gdy się im trafi ktoś taki, jak ks. Boniecki, co na świat patrzy życzliwie, przyjaźnie i z dobrotliwą miłością, to mu się każą zamknąć. Po co ma gadać o wartościach i w interesach szkodzić? Gdyby potrafił swą mądrość zamieniać w mamonę, to co innego... Wtedy niech gada, co chce... Najważniejsze, by wiedzieć, gdzie stoją konfitury. Wszak idzie zima. A może jej nie będzie w tym roku?

20 listopada, 2011

Na schodach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:11

Dopóki człowiek nie wejdzie na samą górę, zawsze będzie miał przed sobą coś do wspinania. Bywa, że od samego zadzierania głowy boli szyja, a struchlałe myśli umykają do nóg, jednak COŚ człowieka pcha na szczyt i nic na to nie poradzisz. Czasem, gdy to COŚ połączysz z życiem, może się okazać, że właśnie zdobyłeś swój Mount Everest. Każdy, kto kiedyś wpadł na pomysł, zaplanował, założył, przewidział, przygotował się na wszystko i podjął wysiłek, ten wie, że jeżeli w swej kalkulacji nie popełnił błędu, sukces będzie jego udziałem. Mój ostatni tydzień stał pod znakiem zadzierania głowy i wypatrywania celu. Wraz z Asią mamy w życiu jeszcze kilka spraw do załatwienia i takie dni, jak ostatnio, przypominają nam o tym, że wciąż mamy pod górkę. Pamiętam, że był taki wiosenny dzień, w 1979, gdy wspinałem się po schodach w krakowskiej Rotundzie...

schody-w-rotundzie-kraków

...i gdy już byłem na górze, skręciłem w prawo, a tam na długiej, drewnianej i krętej, jak poręcz ławie siedziała Asia. Przysiadłem się. COŚ mi się kazało przysiąść, choć do tak ładnej dziewczyny każdy by się przysiadł. Tak się poznaliśmy. Od tamtego czasu zaczęło się nasze wspólne życie. Wydawało się, że los za chwilę, by uczcić cud naszego spotkania zafunduje nam windę i wspinać się będziemy już tylko po to, by rozprostować kości. Niestety, minęło trochę czasu, nim zrozumieliśmy, że nasz los nie ma pojęcia o windach, dźwigach i katapultach. Od tamtego dnia wciąż wchodzimy, wspinamy się, wdrapujemy i drżymy, by przez nierozważny krok nie stracić nic z naszego wysiłku. Niby się wszystko da wyliczyć, niby da się zaplanować, a jednak na schodach, lub tuż przy nich, zawsze może się COŚ takiego zdarzyć, że mędrzec nie przewidzi, inżynier nie policzy. Kiedyś bawiliśmy się z Asią w przewidywanie przyszłości. By znaleźć jakiś współczynnik trafności przewidywań, porównywaliśmy nasze uprzednie zamiary z tym, co z nich wynikło. Wyszło nam, że we wszystkim najważniejsze na schodach jest to COŚ , co powoduje, że jesteśmy tylko asystentami swojego losu. Gdy Asia już spała napisałem o tym tekst i dzięki zespołowi Wolny Przedział można go sobie teraz w ramach jesiennych refleksji posłuchać - zwyczajnie

13 listopada, 2011

Dylematy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:20

          Od rana jakoś tak depresyjnie... Przede mną trudny tydzień, chciałoby się naciągnąć niedzielę, jak gumę do żucia i wyciskać w niej do znudzenia profile zębów, byle nie myśleć o tym, co jutro, pojutrze, popojutrze... A może by tak gdzieś uciec? Udać, że nikogo nie ma w mieście? Może w góry, jak wtedy, gdy dzisiejsze kłopoty jeszcze nie istniały...
 

tatry fot.w.chylinski
 

A może, choćby na jeden dzień wyskoczyć jeszcze do Iławy, nad Jeziorak...
 

zbyszek-i-ja-sniadanie

          Kłopoty często tworzą się same. Ręki do niczego nie przyłożyłeś, niczego nie ruszałeś, nie prowokowałeś, a rozwiązać musisz. Ba, przestrzegałeś, bardziej czując, niż wiedząc, że jeżeli tak, to tak, a jeżeli to, to tamto. Nic więcej zrobić wtedy nie mogłeś, a kłopot dzisiaj jest. Jest i to jest twój kłopot. Bywa tak ze zdrowiem, ale bywa też tak z ludźmi, którzy z wielką niefrasobliwością tworzą rzeczywistość uwierającą wszystkich dookoła. Pół biedy, gdy wiesz jak wybrnąć z kłopotów i wszystko jest w twoich rękach. Gorzej, gdy ta rzeczywistość nie w pełni zależy od tego, co i jak zrobisz. Źle, gdy na twoje działanie nakłada się przeciwstawne działanie kogoś, komu twój kłopot rozwiązuje problem, jego problem.
          Ot, i takie dylematy od niedzielnego ranka mam. Ponoć na takie stany dobra jest ucieczka we wspomnienia, to sobie znowu w stare zdjęcia zajrzałem i wyłowiłem jedno, zrobione chyba w 1970 roku, a może 1972 nad jeziorem Wdzydze. To jedno z moich pierwszych zdjęć z gitarą. Ciekawe, co ja wtedy śpiewałem?
 

tak-to-sie-zaczelo-waldek-chylinski-2

          Tak to się zaczęło. Zaraz potem wszystko było już na poważnie i choć ojciec przestrzegał, że jeżeli tak, to tak, a jeżeli to, to tamto..., to jednak nie skończyło się to tak okropnie, jak na zdjęciu, które znalazłem na jakimś znajomym, facebookowym profilu:

reklama1

          Nie wiadomo tylko, czy śmiać się, czy łkać, cieszyć, czy smucić? Póki co, kończy się praca nad pierwszą płytą Wolnego Przedziału, która lada dzień będzie w całości gotowa, a ja już zastanawiam się nad kolejną. Napisałem dwa teksty. Do jednego z nich, dzięki Wojtkowi Staroniewiczowi, jest już muzyka i powoli, "... powoli/jak żółw/ociężale/Ruszyła/ maszyna/po szynach/ospale...". Powolutku też niedziela przewraca się już na drugą stronę i z doliny robi się góra. Jeszcze tylko parę godzin i trzeba się będzie zabrać za kłopoty. Do zobaczenia za tydzień.

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY