25 lutego, 2012

Oprawić pastel

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:08

          Tekst zamieszczony przez poetkę Bożenę Ptak na Facebooku przypomniał mi, że na półce w mojej szafie leży pewna kartka kartonu z pastelowym pejzażem. Za każdym razem, gdy widzę ten pejzaż, przysięgam sobie, że wreszcie go oprawię i powieszę nad biurkiem. Niestety, karton wciąż leży na półce. Ale przysięgam, oprawię go, bo nie jest to jakiś zwykły karton. Bożena napisała: "Powstał scenariusz do filmu o malarzu i poecie Mieczysławie Czychowskim, ale urzędnicy nie kwapią się do finansowego wsparcia realizacji tego projektu. Oddział Gdański Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przygotował apel do lokalnych władz, pod którym zbierane będą podpisy." Cały jestem za, bo Czychowski, to nie tylko wybitny i poza Gdańskiem niedoceniony poeta, ale także znakomity malarz po solidnych studiach na wydziale malarstwa sztalugowego w pracowni prof. Juliusza Studnickiego Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych - dzisiaj Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
          Urodził się w 1931 roku w Dzbeninie. Barbara Wojciulewicz, która pochodzi, jak on, z Kurpi, tak pisze o Czychowskim: ...Ten wiejski chłopak zdołał, wbrew przeciwnościom losu, urzeczywistnić swoje marzenia. Mimo że jako kilkunastolatek stracił prawą dłoń, został malarzem. Żył i tworzył jakby miał dwie sprawne ręce. Na przekór wszelkim przeciwnościom losu. Raz tylko, w wierszu "Palenie w piecu", zdobył się na wyrażenie bólu związanego z doświadczaną niepełnosprawnością:
Liczyć palce rzecz okrutna. Łatwa. I ogromnie smutna
..."
          Mietka spotykałem zawsze w siedzibie Związku Literatów Polskich, w kawiarence na parterze. W kamieniczce przy ulicy Mariackiej na jego obecność liczyć można było prawie zawsze. Siadywał przy oknie, ale malował odwrócony doń tyłem. Witał się zawsze serdecznie i przyjaźnie. Biła od niego jakaś taka, niby zwykła, a niezwykła ludzka dobroć, która podpowiadała, że ma się do czynienia z bardzo pięknym człowiekiem. Malując lubił słuchać i mówić. W mojej pamięci zachowały się rozmowy Czychowskiego ze znakomitym rzeźbiarzem i niezwykłym człowiekiem Bunim Tuskiem (stryjem obecnego premiera), który też często wpadał do Literatów na kilka słów i parę piw. Och, co to były za czasy, co to byli za ludzie... Na zdjęciu poniżej Mietek (pierwszy z prawej w szarej kurtce), a obok niego Buni Tusk (pijący piwo) na tarasie jednej z gdańskich kamieniczek przy ulicy Piwnej.

mieczyslaw-czychowski-pierwszy-z-prawej

          To właśnie po takiej, malowanej i trochę podchmielonej rozmowie Mietek podarował mi jeszcze ciepły pejzaż, który zamierzam oprawić. Jeżeli mój blog czyta literat Adzik Zawistowski, który wielokrotnie, w takich samych okolicznościach spotykał się z Mietkiem, a teraz jest dyrektorem od kultury i sztuki w Urzędzie Marszałkowskim, to gorąco go proszę: - Oprawmy w film pamięć o Mietku Czychowskim. A mój pastel...

pastel-mieczyslawa-czychowskiego

... też zostanie oprawiony.

18 lutego, 2012

Talerzyk

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:27

          Każdy z nas ma sentyment do miejsc, w których spędził ważne i niezapomniane chwile. Ten sentyment tkwi w nas i budzi się zawsze, gdy naszą pamięć coś poruszy. Najczęściej pamięć poruszają odnalezione i prawie zapomniane przedmioty. Wzruszyliśmy się ostatnio w domu wyciągając z szafy talerzyki do ciasta.
Gdy byłem mały, moja babcia na mój upór "niejadka" kaszek na mleku sposób miała taki, że kaszkę wlewała do talerza, który na dnie miał obrazkową historię. Zawsze byłem ciekawy, jaki obrazek wyłoni się, gdy kaszkę z talerza zjem. Talerzy babcia miała sześć i różnych obrazków było sześć. Ponieważ u babci nocowałem rzadko, to te sześć obrazków starczało na rok. Choć minęło sporo czasu, nadal nie lubię kaszek na mleku. Dałbym się jednak skusić na ten mleczny "przysmak", gdyby mi ktoś podał go w jednym z tamtych talerzy, talerzy z mojego dzieciństwa. Asia ma podobne wspomnienia. W jej dzieciństwie talerze i talerzyki także odegrały rolę. Kilka talerzyków i ról się zachowało.

talerzyk1

         Parę lat temu Asia odziedziczyła po babci ze Śremu zdekompletowany, deserowy serwis stołowy. Choć trochę poobijany, wciąż wygląda pięknie. Wzrusza duży talerz - liść i kilka małych liści - talerzy, jak je na wiosnę postawić na stole. Za każdym razem, gdy z dużego liścia na małe listki nakładamy ciasto z truskawkami stajemy się mieszkańcami ciepłej, leśnej polany. Przy takich okazjach Asia znowu ma kokardy na głowie i rumieńce na policzkach. Znowu czuje troskliwą obecność babci Marii i dziadka Brunona. Widzi jak ciocia Felicja nalewa herbatę i polewa śmietaną truskawki na cieście. Słyszy, jak zegar uderza pięć razy, a to znak, że przyszedł czas na podwieczorek.
I w ten oto sposób mała część Asi pamięci ma piękny kształt liścia i kolor zielony. Podróż w czasie jest możliwa za każdym spojrzeniem na talerzyk. Szczególnie piękna jest ta podróż na przednówku. Za miesiąc wiosna.

02 lutego, 2012

Byłem dzisiaj...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:33

          Byłem dzisiaj na spacerze. Rządził mróz. Od czasu do czasu słońce wybierało sobie skrawki ziemi do oświecenia i chwilami robiło się świetliście. Zmarzły mi ręce, nogi mi zmarzły, ale oczy widokiem napasłem.

orlowo-2-luty-2012r

          Łaziłem po zaśnieżonych i zamarzniętych ścieżkach wspominając wydarzenia sprzed kilku lat. Cóż, dzisiaj nie mogło być inaczej, wiadomości z dzienników sprawiły, że byłem dzisiaj w nastroju do wspomnień. Ktoś nam powiedział, że lubi i zbiera słonie z podniesioną trąbą. Kto, nie pamiętam. Mieszkała obok nas. Spotykaliśmy się przy posiłkach. Na obiady i kolacje starała się przychodzić pierwsza i pierwsza z jadalni do swojego pokoju na pierwszym piętrze wychodziła.
Asia zawsze była admiratorką jej twórczości. Nadarzyła się okazja, by mogła zrewanżować się poetce za te wszystkie chwile wzruszeń przy lekturze jej wierszy. Kiedyś już chyba o tym pisałem. U jubilera kupiliśmy małego, złotego słonika i Asia, utalentowana florystka, wplotła go w maleńki, kunsztowny, acz prosty bukiecik. Przed wyjściem w góry postawiliśmy go na jej stoliku w jadalni. Działo się to w 2007 roku, w Zakopanem, w Halamie, w Domu Pracy Twórczej ZAiKS.

halama

          Na obiad się spóźniliśmy, lecz kelnerka musiała zauważyć Asi przedpołudniowe manewry i sprawa się wydała. W ramach rewanżu na drugi dzień poetka obdarowała nas przepięknym uśmiechem i... swoim deserem. Tak poznaliśmy Wisławę Szymborską. Potem już codziennie, aż do naszego wyjazdu byliśmy przez Panią Wisławę obdarowywani deserowymi ciastkami i tym pięknym uśmiechem, z którym nas zostawiała. I dostaliśmy coś jeszcze...

dedykacja-wislawy-szymborskiej

          Ponownie spotkaliśmy się dwa lata później, w tym samym miejscu, mieszkając w tych samych, sąsiednich pokojach i siedząc przy tych samych, sąsiednich stolikach. Przy powitaniu, zapytana o zdrowie Pani Wisława odpowiedziała, że starość coraz bardziej daje się jej we znaki i prosi, by trochę głośniej mówić, bo słabiej słyszy. Zapamiętałem, że mówiąc to uczyniła charakterystyczny gest ręką, który mógł być wyrazem rezygnacji, ale też objawem przeświadczenia, że nie ma się co drobiazgami przejmować.

usmiech-wislawy-szymborskiej-fot-z-sieci

          Wczoraj Pani Wisława umarła. Zostały nam jej wiersze, wspomnienia i książka z dedykacją. Cóż można zrobić...? Cóż można napisać...? Cóż powiedzieć...?

biala-roza fot. w.chyliński

27 stycznia, 2012

Przestarzały na zielono podkreślony

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:51

Zabrałem się wreszcie do odkładanej od jakiegoś czasu pracy. Usiadłem przy komputerze, otworzyłem "Nowy plik domyślny" i swoim zwyczajem, z lewej strony u góry napisałem imię i nazwisko. Oczywiście swoje. Gdy chciałem pisać dalej, moje nazwisko przez "system" korekty zostało podkreślone na zielono i przeczytałem, że "Wskazany wyraz jest przestarzały".

przestarzaly

-Taaa - pomyślałem - skoro pod tym przestarzałym wyrazem kryje się moja osoba, to widać, że mój wiek nie ujdzie już nawet uwadze automatu. - K... mać - rzuciłem po chwili jeszcze starszy wyraz i już miałem się zabrać do dalszego pisania, gdy przypomniałem sobie, że wczoraj na FB przeczytałem, iż pisząc jakiś komentarz posługuję się tonem kaznodziei. Piszący o tym przyjaciel, człek żywy, nie automat, na pewno doskonale zdawał sobie sprawę, że kaznodzieje są ludźmi zazwyczaj starszymi, ba... przestarzałymi. Wobec powyższego mam chyba coś do przemyślenia. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu wpatruję się w takie oto zdjęcie:

jas-chylinski-ma-cztery-miesiace

To pierwsze zdjęcie mojego pierwszego i mam nadzieję, że nie ostatniego wnuka Jasia, który przyjdzie na świat w czerwcu. Myślę, że wtedy już żaden system nie będzie podkreślał naszego nazwiska na zielono. Jak nie, to klikniemy: "Ignoruj zdanie".

18 stycznia, 2012

Pewna euforia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:01

          Czasami bywa tak, że na moment wpadam w euforię i zdaje mi się, iż jestem bezgranicznie szczęśliwy. Trwa to chwilę i dość szybko mija. Nie pamiętam, by takie euforyczne poczucie szczęścia zdarzało mi się w dzieciństwie, młodości, czy później, gdy jako dorosły człowiek uczyłem się sztuki przetrwania. Owszem, bywałem szczęśliwy, jak wtedy, gdy pierwszy raz przy gitarze zaśpiewałem swoją pierwszą piosenkę, ale by wpadać w euforię... Co to, to nie.

moja-pierwsza...

          Co prawda rzadko, ale od kilku lat nachodzi mnie ni stąd ni zowąd taki stan, że przez ułamek sekundy czuję się wniebowzięty. Na czym to polega nie bardzo wiem. Piję umiarkowanie, nie palę, nie wciągam, nie wdycham, a jednak... Może cieszę się, że przeżyłem swoje i dożyłem?
          W TVP obejrzałem dzisiaj program, w którym jakiś ksiądz, imam i rabin zastanawiali się nad problemem: czy i kiedy człowiek może być szczęśliwy. Jeżeli dobrze zrozumiałem, szczęście nawiedza człowieka wtedy, gdy oddaje swój los w ręce Boga. Jeden mówił, że widział wśród biednych bardzo szczęśliwych ludzi, którzy wierzyli, że Bóg kieruje ich życiem i to do szczęścia wystarcza. Drugi słyszał, że najbardziej szczęśliwymi ludźmi w sowieckich obozach na Syberii byli ludzie, którzy stali blisko Boga i wierzyli w to, że Bóg ma ich w opiece. Coś w tych opiniach jest, choć trochę to niejasne, bo jeżeli Bóg jest wszechmogący i zawsze staje się jego wola, to cóż człowiek w podłej sytuacji może mu oddawać, prócz czci i żalu, że mu taki los wybrał? Zastanawiam się, czy takie podejście do istoty wiary nie rozgrzesza człowieka z lenistwa myśli i czynu. Skoro nic nie mogę, bo istnieje Bóg, który wszystkim kieruje i wie co będzie jutro, to po co się wysilać, przecież nic nie zmienię. Wychodzi na to, że w ciężkiej sytuacji całą energię duszy i ciała lepiej skierować ku niebiosom, niż ku rozumowi i doświadczeniu.

zachmurzone-niebiosa-fot-w-chylinski

          Można myśleć, że tak, jak czas goi rany, czas rozwiązuje też problemy. Poniekąd to prawda. Można oczywiście powiedzieć, że tym czasem jest Bóg i wszystko się będzie zgadzało. Czy z tego nie można wnioskować, że jeżeli ci źle, to się nie martw, bo twój los i twoje przeznaczenie nie w twoich jest rękach? Szkoda, że wśród tych duchownych nie było pastora. Ciekawe, czy protestanci także wszystko zostawiają Bogu do zrobienia? Szkoda, że nie było racjonalnego ateisty i jakiegoś medytującego hindusa znad Gangesu.
            Dla mnie jasne jest, że szczęście trwa chwilę. Jest zbitką dobrych zdarzeń, stanu umysłu i pewnej euforii wynikającej z bycia tu i teraz. Rysiek Riedel, wokalista i tekściarz Dżemu śpiewał kiedyś, że "... w życiu piękne są tylko chwile..." i z tym się całkowicie zgadzam. By jednak takie chwile w życiu mieć trzeba się najpierw trochę nagłowić, napocić. a dopiero potem uznać, że w materii rzeczy nie wszystko jest zwyczajne, bo uczucie to rzecz ducha, a duch to rzecz mistyczna. Chociaż znam takich, którzy, często nie bez racji, twierdzą, że życie na ziemi dla jednych jest czyśćcem, a dla drugich piekłem, to jednak czasami warto się postarać, by choć na chwilę wpaść w euforię i poczuć się wniebowziętym.

04 stycznia, 2012

Zdrowie w Nowym Roku

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:10

No, i proszę. Jeszcze po ostatniej, sylwestrowej petardzie huk nie przeminął, jak w polityce zaczęło się kotłować. Pogoda sprzyja i nijak śnieżnymi katastrofami od reform uwagi odwrócić się nie da. Przyglądam się więc bacznie "twarzy" służby zdrowia i oceniam, czy kolejne grymasy to jeszcze objaw fanaberii, czy już bólu. Rozśmieszył mnie, znaleziony w internecie list do Pana Premiera zaczynający się od słów: Panie Premierze! Proszę nie przejmować się protestami pacjentów. To są jacyś chorzy ludzie... Dzięki Bogu, prócz tego, co mnie już bolało, nowego nic mnie nie boli, ale kto to wie, co będzie jutro... Mam pełną świadomość konieczności zmian i reform, ale nie zazdroszczę premierowi. Za odwagę nawet go podziwiam. Są dwa miejsca na świecie, z którymi czuję niezwykły związek. Jednym z nich jest Widłąg - zatoka jeziora Jeziorak, a drugim Orłowo.

orlowo-4-stycznia-2012-r-

Do Jezioraka z Gdyni na piechotę nie pójdę, ale klif i plażę w Orłowie mam niedaleko, więc w ramach dbania o zdrowie wybrałem się właśnie tam na styczniowy spacer.

orlowo-4-stycznia-2012-r-klif

Zima tej zimy, jak wczesna wiosna. Dzisiaj było chłodno, słonecznie i bezludnie. Wiatr chmury gonił do Szwecji, więc na wodzie nic się nie bałwaniło. Było pięknie nawet wtedy, gdy na brzegu kładł się szarobury chmury cień. Spacerowałem, spacerowałem, spacerowałem...

orlowo-4-stycznia-2012-rbrzeg

Wróciwszy do domu byłbym najszczęśliwszym z ludzi, gdybym nie włączył telewizora... Wszystkim w Nowym Roku zdrowia życzę!!! PS W niedzielę z wielką przyjemnością zapraszam na koncert, w którym mam wziąć udział. Organizatorzy zapraszają tak: Środowisko trójmiejskich bardów zaprasza na koncert pt. "Bardowie dzieciom", połączony z aukcją płyt i innych przedmiotów, z którego cały dochód przeznaczony zostanie na rzecz XX Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Koncert odbędzie się 8 stycznia 2012 (niedziela), o godz. 17.00, w Klubie Bohemian (parter Centrum Kultury i Rozrywki Gemini), przy Skwerze Kościuszki w Gdyni.

23 grudnia, 2011

Choinka, ale to leci...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:21

          Pięćdziesiąt siedem lat temu do domu przy głównej ulicy w Gdańsku Wrzeszczu pewien dwudziestosześcioletni facet przyniósł choinkę. Osadził ją w stojaku, ubrał w bombki, cukierki i świeczki, a potem posadził przy niej swego, niewiele ponad rocznego syna, złożył mu życzenia i pstryknął fotkę.

moja-pierwsza-choinka-1

          Facet, który zrobił zdjęcie to mój tata, a ten brzdąc przy świątecznym drzewku zdziwiony światem, obyczajem i tym całym zamieszaniem, to ja. Pewnie dostałem prezenty, może nawet jakieś deficytowe cytrusy i z pewnością po wieczerzy szczęśliwy poszedłem spać z nowym pięknym doświadczeniem - na świecie są Święta i dzięki temu ludzie są czasami szczęśliwi. Od tamtej pory raz do roku "...wszyscy wszystkim ślą życzenia...", więc i ja, po raz pięćdziesiąty ósmy:
Wszystkim odwiedzającym mój blog, moje piosenki i moją stronę życzę wszelkiej pomyślności i wspaniałości w Święta Bożego Narodzenia.

16 grudnia, 2011

Strach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:07

          Na niezwykły ruch w mieście naszą uwagę zwrócił taksówkarz, z którym jechaliśmy przez Plac Grunwaldzki.
- Coś się dzisiaj w nocy będzie działo, bo esbecja gania od południa, jak wściekła - powiedział i by słowa znalazły swoje potwierdzenie wskazał na samochód, który właśnie nas wyprzedzał. W środku Fiata125p siedziało pięciu, nijakich facetów w średnim wieku.
- Ot, pięciu kumpli wraca z pracy - pomyślałem i tyle. Bardziej niż poruszenie w mieście poruszała mnie uroda miasta odbijającego się w Odrze i na niej się skupiałem. Nie miałem pojęcia, jak wygląda rasowy tajniak, to i gapienie się na wszystkich nie miało sensu.
          Działo się to trzydzieści lat temu, 12 grudnia wieczorem, we Wrocławiu. Wraz z Andrzejem Swacyną i Jackiem Zwoźniakiem jechaliśmy do jednego z wrocławskich klubów studenckich, gdzie mieliśmy zagrać, ostatni tego dnia, koncert. Cieszyliśmy się, bo granie w studenckich klubach było dla nas najsmaczniejszym kawałkiem chleba, którym się w tamtym czasie posilaliśmy. Koncert udał się nadzwyczajnie, a Jacek znowu wzbudził aplauz śpiewając "Piosenkę na wszelki wypadek", która mnie osobiście, ze względu na zbyt dosłowną treść, nie specjalnie zachwycała, ale publiczności podobała się bardzo i wszędzie wzbudzała entuzjazm. Leciała tak: Kiedy przyjdą podpalić dom/ Jeśli zechcą ci go zapaskudzić/ To nie czekaj, aż zbudzi cię dzwon/ Bo się z ręką w nocniku obudzisz/ Czas odnowy, dla brudu pogardy/ Gdy dom sprząta się, myje i bieli/ Wciąż próbują nam naszczać do farby/ Jak takiego w łeb pałą nie zdzielić/ Będą słali ulotki, instrukcje/ Opowiadać rzeczy i takie/ Że widzieli tu kontrrewolucję/ Pełzającą pospołu z kułakiem/ Trza nam wytrwać w działaniu i trosce/ I uważać, bo sprawa to drańska/ Lecz za dłonią wyciągniętą ku Polsce/ W mordę lać, choćby była słowiańska/ Są w ojczyźnie rachunki krzywd/ Nadszedł czas, że pospłacać je trzeba/ Bo już w twarz nam nie będzie pluł nikt/ Choć publicznie by potem ubolewał/ I nie trzeba obstawiać się wojskiem/ Bo bez sensu dziś taka obrona/ Lecz w tę dupę wypiętą na Polskę/ Kopa dać, choćby była czerwona...
          Takie to wtedy były społeczne nastroje. Radykalne, że aż strach. Poranek potwierdził słowa kierowcy. Nawyrabiało się przez noc niemożliwie. Po ulicach łaziło wojsko i milicja, a między nimi przemykali wystraszeni wrocławianie. W powietrzu czuć było powszechne niedowierzanie i zdziwienie. Nim dotarliśmy z Andrzejem do domu Jacka i nim do nas dotarło to, co się stało, upłynęło sporo czasu. Piliśmy herbatę za herbatą i zastanawialiśmy się, co będzie dalej? Żadna logiczna przyszłość w naszych głowach się nie pojawiała. Jasne było tylko to, że jest stan wojenny i nasze kolejne koncerty zostały odwołane, a my zostaliśmy bez środków do życia.
         Bez przeszkód, choć w niemiłosiernym tłoku, pociągiem wróciłem do Trójmiasta. Po drodze, co mnie także zdziwiło, mimo, że taszczyłem ze sobą futerał z gitarą w środku, nie byłem ani razu kontrolowany. Nikomu z licznie mijanych patroli nie przyszło do głowy, że mogę w nim coś niebezpiecznego przemycać. Może nie wyglądałem na działacza Solidarności, tak jak tajniacy nie wyglądali na tajniaków, a stan wojenny na wojnę, choć stroił miny, że aż strach. W domu paniki także nie było. Asia uznała, że ta wojna polsko-jaruzelska, jak ją wkrótce nazwano, to kolejna kłoda, jaką nam życie rzuca pod nogi i należy ją po prostu jakość przeskoczyć.
          Wypocząwszy po podróży postanowiłem udać się z wizytą do Janusza Kasprowicza - ówczesnego, zawsze świetnie poinformowanego sekretarza redakcji pisma gdańskiej Solidarności - "Samorządność". O dziwo nie internowali go i był w domu.
         Janusz powiedział mi tyle, ile już wiedziałem - jest stan wojenny i cholera wie, jak to się je. Nie mogąc mi powiedzieć nic więcej podarował ostatni, trzeci numer swojego pisma, który nigdy nie ujrzał czytelnika. Cały nakład, 250 tysięcy egzemplarzy, został skonfiskowany i zniszczony. Mam, ten rarytas do dzisiaj i gdy zastanawiałem się teraz, co ja robiłem trzydzieści lat temu, przypomniało mi się, że gdzieś w szpargałach wciąż tkwi tamten uratowany egzemplarz gazety. Odnalazłem go.

samorzadnosc-gazeta-004

A gdy odnalazłem i zacząłem przeglądać, to cofnąłem się o trzydzieści lat. Znowu byłem we Wrocławiu, jechałem taksówką, zbudziłem się zdziwiony, wracałem do domu zatłoczonym pociągiem i odwiedzałem Janusza, a potem z zakazaną gazetą przemykałem przez Gdańsk. Nie pamiętam, czy wtedy, przy niedozwolonej lekturze zwróciłem jakąś szczególną uwagę na jeden z wywiadów. Chyba nie. Teraz wywiad ten rzucił mi się w oczy od razu.

samorzadnosc-gazeta-macierewicz

         Przeczytałem i doznałem deja vu, tyle, że odwrotnego. Otóż Macierewicz już wtedy był anty, przeciw, na przekór i na złość... nie tylko Kuroniowi. Trzydzieści lat minęło, jak jeden dzień. I ja i Janusz mamy się dobrze. Janusz porzuciwszy dziennikarstwo tylko czasami narzeka na tych, którzy po odzyskaniu wolności i przejęciu władzy zmienili się, że aż strach. Ja staram się nie narzekać.

11 grudnia, 2011

Bogactwo Solowego

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:16

          Jakoś tak się na ogół dzieje, że gdy się otworzy jedno zagadnienie, to otwierają się zaraz inne, z którymi człowiek wcześniej nie miał do czynienia. Gdy te nowe sprawy tworzą problem, to bieda, ale gdy cieszą, to mamy bogactwo. Właśnie z takim bogactwem mam ostatnio, za sprawą pewnej przesyłki, do czynienia. Kilka wpisów przed tym wpisem, przy okazji Dnia Zmarłych wspominałem nieżyjących przyjaciół. Pisałem m.in. o Marku Ferdku, którego wszyscy zwali Solowym.

marek-ferdek-solowy

Poznałem Marka wraz z Jackiem Zwoźniakiem i Kubą Wenclem, o czym pisałem już wcześniej wielokrotnie pisałem.
Na zdjęciu poniżej stoimy przed krakowską Rotundą w roku 1977. Marek w jasnym swetrze, ja u góry z rozwartymi rękoma, zasłaniam Kubę Wencla. Po prawej stronie, obok Marka stoi Jacek Zwoźniak.

zespl-baba-i-waldek-chylinski

          Będzie już prawie dwa lata, jak Marek zmarł, a kilka dni temu listonosz wręczył mi paczkę od Małgosi Ferdek, żony Marka, w której znalazłem płytę. Kilku przyjaciół wraz z rodziną Marka postanowiło zebrać w całość i zachować dla pamięci i potomnych, choć część tego, co nie zostało nigdy wydane, a co składa się na całkiem spory Solowego dorobek. I tak dzięki Wojtkowi Kulpińskiemu, który kiedyś wraz z Markiem i Kubą stworzył zespół B-Comlex, dzięki Wackowi Juszczyszynowi z Wolnej Grupy Bukowina i dzięki jeszcze kilku ludziom, w tym, kończącym się roku ukazała się przepiękna płyta składająca się z piosenek Marka, samych perełek.

plyta-marka-ferdka

          Słucham tej płyty od kilku dobrych dni i za każdym razem odkrywam coś nowego, coś frapującego, coś, czego wcześniej nie zauważyłem, nie usłyszałem, nie zrozumiałem. Wielość stylów pomieszczonych na płycie i wielość pomysłów aranżacyjnych, przy zachowaniu jedności, sprawia, że wielokrotnie słuchana muzyka wciąż na nowo zaskakuje i uwodzi. Prócz piosenki z numerem jeden, którą stworzył Wojtek Kulpiński wraz Wackiem Juszczyszynem, cała reszta jest kompozycyjnie wymyślona przez Marka. Słuchając kolejnych piosenek na płycie "Marek Ferdek Solowy - Za Oknem" w mej pamięci postać Marka znowu ożywa. Mam wrażenie, że Marek siedzi obok mnie z założoną nogą na nogę i bawi się gitarą, bo przecież nie był to trud, lecz wieczna zabawa muzyczna, która sprawiała Solowemu frajdę ponad wszystko. I te wieczne Marka poszukiwania dźwięków i brzmień, nowych rozwiązań i motywów...
          Brzmi ta płyta niezwykle. Jak wspomniałem, brzmienie to wielka zasługa Wacka Juszczyszyna, ale też tekściarza i muzyka Wojtka Kulpińskiego, którego zwą Pasikoniem. Pasikoń ostatnimi laty, mimo, że mieszka we Francji, grywał z Markiem najczęściej.

solowy-i-wojtek-kulpinski

          Słuchając "Za Oknem" usłyszymy chórki rewelersów i swing z dawnych lat, usłyszymy jazz i motywy klasyczne, i znajdziemy to, czego ja najbardziej szukałem - motywy beatlesowskie. Pasikoń pisze, że na płycie Marka są jego "Półnuty, całe nuty, felietony muzyki. Ćwiartki, ósemki i kufle nut pieniących się po pięciolinii życia. Harmonijnie "liverpoolskie" lub, z przymrożeniem oka, zaskakująco..."wasowskie". Prócz tego są też piosenki dla dzieci, które Marek z dużą fantazją i ogromnym zaangażowaniem nagrywał dla wrocławskich teatrów. Bardzo, bardzo się cieszę, że Małgosia na Święta sprawiła mi taki cudny prezent i tą drogą pięknie Ci Małgosiu dziękuję. Nie mam pojęcia, gdzie można tę płytę dostać, ale z pewnością jakiś sposób jest, więc polecam gorąco. A dzisiaj na rozsmakowanie proszę posłuchać piosenki z numerem dwa, która pierwsza wpadła mi w ucho - Szkoda mi Zapraszam.

04 grudnia, 2011

Ala Kubica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:05

Wybrałem się wczoraj wieczorem do sopockiego Pick&Roll Club na koncert Ali Kubicy.

ala-kubica

          Ala, gdy ją poznałem w latach siedemdziesiątych nosiła rodowe nazwisko Puchalska i popierana przez Marka Prusakowskiego z kabaretu Jelita śpiewała w Żaku przeróżne piosenki, które można było nazwać studenckimi, kabaretowymi, albo literackimi. Potem wyniosłem się z Wybrzeża na kilka lat i Ala gdzieś mi się zawieruszyła. Czasami tylko ktoś wspominał, że wsiąkła w jazz. Później mówili, że poszła w rodzinę, męża, pieluchy i wykłady na Uniwersytecie Gdańskim, a śpiewanie zaniedbała. Tak, czy inaczej nie miałem z Alą przez całe lata kontaktu. Aż tu... Jakiś czas temu spotkałem się z Alą na koncercie 50-lecia Studenckiej Agencji Radiowej i okazało się, że Ala uporawszy się z dobrem rodziny, dzieci i męża, postanowiła wrócić do śpiewania. Nie, nie zawodowo dla pieniędzy, choć przecież te nie drażnią, ani nie po to, by liczyć na splendor, lecz po prostu po to, by śpiewać. Całe dorosłe życie jej tego śpiewania brakowało, więc stosunkowo niedawno postanowiła, że znowu wsiąknie w jazz. A co, nie wolno?  
         Ostatnio obserwuję wiele takich przypadków i wielu znajomych, którzy kiedyś porzucili uprawianie talentu, a teraz, gdy życie mają już definitywnie poukładane, wracają do tego, co kiedyś było najważniejsze. Dziwne? Nie, piękne! Wczorajszy koncert Ali generalnie był hołdem dla Billie Holiday, której twórczość Ala kocha, lubi i szanuje, ale nie tylko, bo utwory innych, wielkich jazzu także się pojawiły. Na scenie towarzyszyła jej śmietanka trójmiejskich muzyków z rewelacyjnym saksofonistą Maćkiem Sikałą i świetnym pianistą Cezarym Paciorkiem.

maciej-sikala

          Na kontrabasie grał Tomasz Nowik, a na perkusji Roman Ślefarski. Żeby słyszeć i widzieć, jak ci muzycy genialnie potrafią towarzyszyć wokalistce, budować nastrój i wywozić wrażliwość słuchaczy w nieznane rejony ich wyobraźni, trzeba było być wczoraj na koncercie. Było nadzwyczajnie. Trzy godziny w Pic&Roll Club, to była czysta, niczym nie zmącona przyjemność, którą okrasił zapowiadający Alę przed występem legendarny Stasiu Danielewicz.

stanislaw-danielewicz

          O Stasiu już kiedyś pisałem, gdy wspominałem, jak walczył z systemem podczas stanu wojennego. Wczoraj Stanisław, prócz tego, że zapowiadał Alę promował także swoją, dopiero co wydaną książkę pt. "Jazzowisko Trójmiasta. Historia jazzu w Gdańsku, Gdyni i Sopocie 1945-2010". Jeszcze nie czytałem, ale ponoć to praca zasadnicza. Podwalina encyklopedyczna, najeżona faktami, historią i zdjęciami, które po części wykonane zostały także przez Alicję, bo ta, prócz odświeżenia talentu wokalnego, odnalazła w sobie też nową pasję - fotografii muzycznej. Czyżby urodził się nam wybrzeżowy Marek Karewicz? Na zdjęciu poniżej Ala na tle swojej wystawy w Pick&Roll Club.

akubica-1

Koncertu Alicji, zapowiadanego przez Stasia wysłuchałem w towarzystwie Piotrka Jagielskiego z Radia Gdańsk i jego prześwietnej i pięknej żony. Dzięki nim mogłem, siedząc wygodnie w fotelu bujać w obłokach i słuchać piosenek śpiewanych przez Alę, bo Piotrkowie wcześniej, przezornie zarezerwowali sobie stolik. Po koncercie zgodziliśmy się, że wieczór z Alą przypadł nam wielce do gustu i warto było ruszyć z się z domu, by posłuchać tych wszystkich pięknych utworów w tak wybornym wykonaniu. Kiedy gratulowałem Alicji udanego występu, powiedziała mi, że ja także mam udział w jej powrocie na scenę. - Gdy przeczytałam - mówiła - w twoich Codziennościach to, co napisałeś o nieśmiertelnej karierze Lucyny Legut, uwierzyłam, że nigdy nie wolno odpuszczać.
          Jeżeli tak, to ja się bardzo cieszę i powtarzam raz jeszcze - warto robić swoje, bo na satysfakcję i sukces zawsze jest dobry czas.
Wczorajszy wieczór był tego dowodem.

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY