17 marca, 2012

Mola dwa... tajemnica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:01

          Najsłynniejszym molem w Polsce jest oczywiście molo w Sopocie. Drugim w rankingu popularności jest, równie stare i równie piękne molo w Orłowie. Poniżej przedstawiam starą widokówkę Orłowa z pierwszym molem, jakie tu zbudowano. Za tamtych czasów Orłowo nazywało się Adlerhorst, co na język polski tłumaczyć można jako Gniazdo Orła, bądź odwrotnie - Orle Gniazdo. Tym, którzy chcieliby z tej nazwy wysnuć jakieś wnioski o podłożu patriotycznym typu:"...Nie rzucim ziemi skąd nasz ród..." od razu wyjaśniam, że nazwa wzięła się od nazwiska osiadłego tu rybaka Johanna Adlera, który tuż przy brzegu morza założył karczmę.

zoppotadlershorst-strandbild-ok-19201

          Nie da się jednak zaprzeczyć, że pobliska posiadłość Kolibki, której Orłowo było częścią, przez całe wieki należała do polskich rodów szlacheckich m.in. Wejherów, Radziwiłłów, Ostromeckich, Sobieskich i Przebendowskich. Właścicielem kolibskiego majątku po śmierci króla Sobieskiego stała się królowa Marysieńka. Stąd też dzisiejsza nazwa promenady, która wysokim brzegiem morza od Kolibek prowadzi do mola w Orłowie - Promenada Królowej Marysieńki. Z racji zamieszkania dość często widuję orłowskie molo i wydawało mi się, że niczym już mnie ono zaskoczyć nie może, a jednak....

orlowo-2012-r-fot-w-chylinski

          W opowieściach, przekazach i na pocztówkach orłowskie molo zawsze występuje w liczbie pojedynczej. Gdy więc, na którymś z portali odkryłem inny, choć dobrze znany mi widok, zdziwienie było co najmniej tak duże, jak gdańska zatoka.

dwa-mola-w-orlowie

          Początkowo myślałem, że to może jakiś techniczny błąd na fotografii, bądź krajobraz z zupełnie innej bajki, podobny do orłowskiego, ale znalazłem drugi widoczek.

orlowo-dwa-mola

          Był więc czas między pierwszą, a drugą wojną światową, gdy w Orłowie były mola dwa. Ot tajemnica... Zagadka? Tak, ale dość szybko rozwiązana. Dzięki portalowi Wolne Forum Gdańsk dowiedziałem się, że "...z tymi molami to było tak, że w 1928 przedłużono stare molo a w 1934 wybudowano nowe..." i że "...zbudowano nowe molo przy użyciu materiałów z rozbiórki gdyńskiego mola, a nie pirsu portu tymczasowego. Nowe molo u wylotu obecnej ul. Orłowskiej wybudowała kompania szkolna baonu mostowego z Modlina latem 1934 r...." I po tajemnicy. Szkoda, bo tajemnica, to chyba najlepsza przyprawa dla naszej zwykłej, często szarej i nijakiej strawy. Choć brak wiedzy rodzi demony i zakreśla granice głupoty, to jednak niewiadoma bywa też przyjemnym dopełnieniem niezwykłości. Niezwykłość zaś jest przyjemnym określeniem stanu, w jakim lubi przebywać nasza dusza. Czyż nie?

10 marca, 2012

Imaginacja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:50

W poprzednim wpisie umieściłem portret Zosi namalowany "intuicyjnie" przez Lucynę Legut. Od razu znalazło się paru znajomych, którzy postanowili sprawdzić, czy nie bujam pisząc o podobieństwie Zosi z portretu, do Zosi z Łodzi. Zgłosili chęć zobaczenia zdjęcia prawdziwej Zosi. Problem w tym, że w swoich zbiorach nie mam zdjęcia czternastoletniej Zosi, a wtedy była ona (według mnie) uderzająco podobna do postaci z obrazu. Niemniej, podczas przeszukiwania zbiorów znalazłem inne, ciekawe zdjęcie.

basia-hauke-i-waldek-chylinski-rok-1972

Na zdjęciu powyżej siedzę w lesie nad Jeziorakiem obok Basi Hauke. Początek lat siedemdziesiątych. Basia ma lat szesnaście, ja osiemnaście. Basia dzisiaj jest mamą Zosi, co chyba łatwo zauważyć, przypatrując się zdjęciom.

zosia-20111

Z tego wniosek, że obraz Lucyny Legut może przedstawiać Zosię, ale może też przedstawiać Basię. A może to portret ich obu jednocześnie, jako imaginacja młodości, niewinności, szlachetności, dobroci i miłości, skupiona w postaci, którą sobie Kochana Lucha tak wyobrażała i w takiej materii zrealizowała.

franek-i-zosia-lato-2011

Na zdjęciu powyżej widać Zosię i Franka, który jest jej kuzynem. Siostrzana czułość, z jaką się Zosia przytula, świadczy o tym, że zdolność Lucyny Legut do tworzenia obrazów za pomocą wyobraźni była po prostu nadzwyczajna. Ta sama delikatność i ulotność, co na obrazie. Moim zdaniem wyobraźnia nie zawiodła. Zawieść mogło tylko coś na styku mojej imaginacji i pamięci, ale to już niech każdy sam oceni. Pozostaje do rozważenia, na ile imaginacja jest w stanie wpływać na rzeczywistość. Wszystko zaczęło się od fantazji. W mojej wyobraźni postać z portretu, to córka mojej siostry Basi - Zosia. Podarowanie mi tego portretu było pięknym gestem Kochanej Luchy w stosunku do mnie i do Zosi. Wyobraźnia spowodowała tak wiele, że to coś, co się wydawało i co się śniło, po prostu się stało i jest. Z wyobraźni cały świat się wziął i na szczęście cały czas tam tkwi.

04 marca, 2012

Sprawy nadprzyrodzone

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:52

          Marek Chojnacki, który na Uniwersytecie Poznańskim jest doktorem od badania procesów twórczych człowieka, przypomniał mi wczoraj za pośrednictwem Facebooka, że jest dzisiaj pewna rocznica. Ale od początku... Kilka lat temu siedząc z Asią przy kolacji dość intensywnie rozmawialiśmy o Zosi, córce mojej prawie siostry z Łodzi. "Prawie" zazwyczaj robi dużą różnicę, ale w tym wypadku nie aż tak wielką. Nie byłby nic do wspomnień, gdybym następnego dnia nie odwiedził Lucyny Legut - sławnej na Wybrzeżu, i nie tylko, aktorki, malarki i pisarki, którą często tu wspominam.

lucyna-legut

          Do Kochanej Luchy wpadałem czasami, ot tak, na ciastko i kawę, właściwie bez powodu. Rozmowy z Legut zawsze były frajdą. Specyficzny i niepowtarzalny styl, w jakim komunikowała się ze światem czynił z każdej chwili obcowania z nią wydarzenie. Takich ludzi, jak na lekarstwo. Siedziałem więc w małym mieszkaniu Kochanej Legut przy ulicy Gospody na Żabiance i coś mi w rozmowie przeszkadzało. Wierciłem się i nie mogłem zebrać myśli, aż w którymś momencie odwróciłem się. Za mną, na ścianie wisiał portret, z którego zerkała na mnie Zosia, bohaterka wczorajszej rozmowy.

zosia-obraz-lucyny-legut

Zatkało mnie. Moje zmieszanie widoczne było na tyle, że musiałem się wytłumaczyć. Lucyna Legut zdjęła obraz i podarowała mi go z pozdrowieniami dla "telepatycznej" modelki. Oczywiście przekazałem "Portret Zosi" Zosi i do dzisiaj zachodzę w głowę, jak to się wszystko zjednoczyło, poprzeniknęło i stało faktem. Sprawa nadprzyrodzona.
          Marek Chojnacki zawiesił wczoraj na FB zdjęcie Lucyny Legut z czasów, kiedy występowała w teatrze...

lucyna-legut-na-scenie

i napisał: Jutro mija rok... Waldku, jakiś zabawny, pikantny fragmencik Twoich wspomnień mile widziany wśród moich znajomych. Mnie frapuje, że każdy słynny kochanek Lucyny Legut stawał się bohaterem kolejnej książki...dla dzieci. Jak patrzę na jej zdjęcia to wydaje mi się, że nie dałbym się zbałamucić. No ale w życiu nie byłem tak blisko L.L. jak Ty. Co wkręcało ? Wyznaj nam to, jeśli możesz...
          Marku, nie byłem aż tak blisko L.L., jak sądzisz. Znałem ją przez kilkanaście lat, uwielbiałem i ceniłem nadzwyczaj. Mimo dużej różnicy wieku byliśmy przyjaciółmi. Ale znam chyba odpowiedź na Twoje pytanie. Wiem, co wkręcało facetów w miłość do autorki książki "Jak zdobyć męża, czyli skok stulecia". Wkręcała ich inteligencja aktorki. Na jej uczucie i towarzystwo mogli liczyć tylko ci, którzy nie bali się jej "zabójczego" dowcipu. Humor Lucyny Legut mógł podniecać, być dla niektórych nałogiem, a nawet fetyszem. Niestety, wszyscy kochankowie polegli, nawet ci najbystrzejsi i najsławniejsi. By pamięć o nich zachować i światu nie głosić męskiej klęski Kochana Lucha, w swej wielkoduszności przerabiała absztyfikantów na... bohaterów bajek. Było jeszcze coś, o czym mi kiedyś powiedziała, ale to sprawa nadprzyrodzona i mówić publicznie bez jej zgody nie wypada. Tej zgody, niestety, już nie będzie.
          Rok temu nieśmiertelna Lucha odeszła z tego "łez padołu" i zapewne na kochanków przerabia teraz całe zastępy aniołów. Wierz lub nie, ale są sprawy nadprzyrodzone, które łączą tam z tu. Wiem co mówię, bo sprawy nadprzyrodzone zdarzają się codziennie i najzwyczajniej w świecie korelują sobie bezkarnie z ludzkimi myślami i marzeniami. Do wczoraj moja synowa spodziewała syna, a od wczoraj spodziewa się już córki. Wychodzi na to, że w czerwcu zamiast wnuka będę miał wnuczkę. O wnuczce też marzyłem. Hurra!!! Są sprawy, o którym naukowcom się nie śniło - przychodzimy, odchodzimy i... znowu przychodzimy.

29 lutego, 2012

Dusza człowiek

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:17

          Zawsze był niedaleko. Wystarczyło zadzwonić, by się spotkać. Pomocny, życzliwy, bardzo przyjacielski. Dusza człowiek. Bez niego nie udawało się żadne większe przyjęcie, czy spotkanie. Był niezgłębioną skarbnicą anegdot, powiedzonek i kawałów. Zazdrościłem mu pamięci do tych wszystkich historyjek i wiców. Podziwiałem jego nieskończone poczucie humoru. Był bezkonkurencyjną duszą towarzystwa - Zbyszek Gach.
          Poznałem Zbyszka w 1974 roku. Wraz z nim, Adzikiem Zawistowskim, Anią Jęsiak, Kasią Korczak, Markiem Ryczkowskim, Dorotą Abramowicz, Moniką Malesą, Ewą Jurkowską i innymi, współtworzyłem wtedy Dziennik Akademicki, dodatek do Dziennika Bałtyckiego. Na zdjęciu poniżej widać wszystkich wymienionych. Zbyszek stoi pierwszy z prawej, ja pierwszy z lewej. Piękne i twórcze było to towarzystwo. Redakcja mieściła się na parterze Żaka, w pokojach po lewej od wejścia. Teraz urzęduje tam Rada Miasta i Prezydent.

dziennik-akademicki-1975-003

          Większość ludzi z tego towarzystwa, tak jak Zbyszek, została dziennikarzami. Później na kilka lat straciłem z Gaszkiem kontakt, ale gdy znowu osiadłem w Trójmieście i zacząłem chodzić starymi ścieżkami, okazało się, że Zbyszek jest wszędzie. I dzięki Bogu, bo bez niego Trójmiasto nie miałoby dla mnie tego smaku, który ma.
Zbyszek był nie tylko dziennikarzem, ale też pisarzem. W 1980 roku włączył się mocno w działalność na rzecz Solidarności. W 1981 został internowany. Głośno było o jego książce wydanej w podziemiu w roku 1984, którą napisał jako Marcin Moskit wraz z Mariuszem Wilkiem i Maciejem Łopińskim. Praca nosiła tytuł: "Konspira. Rzecz o podziemnej "Solidarności". Wydał także zabawny zbiór humoresek "Kwaśna bomboniera", książkę o Lechu Wałęsie "Antybohater" i wiele innych. Wraz z Donaldem Tuskiem, Grzegorzem Fortuną i Wojciechem Dudą opracowywał albumy z serii "Był sobie Gdańsk". Kiedyś na spotkanie u Krysi Reichel w Smołdzińskim Lesie Zbyszek przywiózł swoją, dopiero co wydaną książkę traktującą o piwie. Poniżej: Zbyszek podpisuje swoją książkę mojej Asi.

smoldzinski-las-zbyszek-gach

          Kiedy kilka lat temu Asię odnalazła siostra, której Asia nigdy nie znała, Zbyszek tak się zafascynował tą historią, że poświęcił jej kilka szpalt w jednej z gdańskich gazet. Co myśmy się potem naodbierali telefonów.
Znajomi pamiętają też Zbyszka, jako piękny głos w chórze Akademii Medycznej. Ja mile wspominam Zbyszkowe przyśpiewki i piosenki śpiewane u Karolów. Były cudne.

zbyszek-gach-4xi2007r

          Cudnie było też, gdy dwa lata temu spotkaliśmy się znowu u Krysi Reichel. Krysia zaprosiła nas na koncert Grażyny Auguścik, która zjechała do jej domu. W oczekiwaniu na występ siedzieliśmy przed pensjonatem Krysi popijając piwko. Zrobiłem Zbyszkowi zdjęcie.

zbyszek-gach

          Spotykaliśmy się potem jeszcze wiele razy. Ostatni raz, niestety, spotkaliśmy się trzy miesiące temu u Maciejewskich, na imieninach Basi i urodzinach Karola. Zbyszek, jak mi się zdawało, był w doskonałej formie. Bawił towarzystwo przez cały wieczór. Kto by wtedy pomyślał... Mówią, że dusza nie umiera, więc ktoś, o kim się zawsze mówiło - dusza człowiek, i kto zawsze był duszą towarzystwa, nie mógł tak po prostu sobie umrzeć. Odszedł, ale na pewno się jeszcze spotkamy. Dziękuję Ci Zbyszku za to, że tak pięknie tutaj byłeś. Do zobaczenia tam. PS. Pogrzeb Zbyszka odbędzie się jutro, tj. 1.03.2012r. na cmentarzu w Sopocie przy ulicy Malczewskiego o godzinie 13.00.

25 lutego, 2012

Oprawić pastel

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:08

          Tekst zamieszczony przez poetkę Bożenę Ptak na Facebooku przypomniał mi, że na półce w mojej szafie leży pewna kartka kartonu z pastelowym pejzażem. Za każdym razem, gdy widzę ten pejzaż, przysięgam sobie, że wreszcie go oprawię i powieszę nad biurkiem. Niestety, karton wciąż leży na półce. Ale przysięgam, oprawię go, bo nie jest to jakiś zwykły karton. Bożena napisała: "Powstał scenariusz do filmu o malarzu i poecie Mieczysławie Czychowskim, ale urzędnicy nie kwapią się do finansowego wsparcia realizacji tego projektu. Oddział Gdański Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przygotował apel do lokalnych władz, pod którym zbierane będą podpisy." Cały jestem za, bo Czychowski, to nie tylko wybitny i poza Gdańskiem niedoceniony poeta, ale także znakomity malarz po solidnych studiach na wydziale malarstwa sztalugowego w pracowni prof. Juliusza Studnickiego Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych - dzisiaj Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
          Urodził się w 1931 roku w Dzbeninie. Barbara Wojciulewicz, która pochodzi, jak on, z Kurpi, tak pisze o Czychowskim: ...Ten wiejski chłopak zdołał, wbrew przeciwnościom losu, urzeczywistnić swoje marzenia. Mimo że jako kilkunastolatek stracił prawą dłoń, został malarzem. Żył i tworzył jakby miał dwie sprawne ręce. Na przekór wszelkim przeciwnościom losu. Raz tylko, w wierszu "Palenie w piecu", zdobył się na wyrażenie bólu związanego z doświadczaną niepełnosprawnością:
Liczyć palce rzecz okrutna. Łatwa. I ogromnie smutna
..."
          Mietka spotykałem zawsze w siedzibie Związku Literatów Polskich, w kawiarence na parterze. W kamieniczce przy ulicy Mariackiej na jego obecność liczyć można było prawie zawsze. Siadywał przy oknie, ale malował odwrócony doń tyłem. Witał się zawsze serdecznie i przyjaźnie. Biła od niego jakaś taka, niby zwykła, a niezwykła ludzka dobroć, która podpowiadała, że ma się do czynienia z bardzo pięknym człowiekiem. Malując lubił słuchać i mówić. W mojej pamięci zachowały się rozmowy Czychowskiego ze znakomitym rzeźbiarzem i niezwykłym człowiekiem Bunim Tuskiem (stryjem obecnego premiera), który też często wpadał do Literatów na kilka słów i parę piw. Och, co to były za czasy, co to byli za ludzie... Na zdjęciu poniżej Mietek (pierwszy z prawej w szarej kurtce), a obok niego Buni Tusk (pijący piwo) na tarasie jednej z gdańskich kamieniczek przy ulicy Piwnej.

mieczyslaw-czychowski-pierwszy-z-prawej

          To właśnie po takiej, malowanej i trochę podchmielonej rozmowie Mietek podarował mi jeszcze ciepły pejzaż, który zamierzam oprawić. Jeżeli mój blog czyta literat Adzik Zawistowski, który wielokrotnie, w takich samych okolicznościach spotykał się z Mietkiem, a teraz jest dyrektorem od kultury i sztuki w Urzędzie Marszałkowskim, to gorąco go proszę: - Oprawmy w film pamięć o Mietku Czychowskim. A mój pastel...

pastel-mieczyslawa-czychowskiego

... też zostanie oprawiony.

18 lutego, 2012

Talerzyk

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:27

          Każdy z nas ma sentyment do miejsc, w których spędził ważne i niezapomniane chwile. Ten sentyment tkwi w nas i budzi się zawsze, gdy naszą pamięć coś poruszy. Najczęściej pamięć poruszają odnalezione i prawie zapomniane przedmioty. Wzruszyliśmy się ostatnio w domu wyciągając z szafy talerzyki do ciasta.
Gdy byłem mały, moja babcia na mój upór "niejadka" kaszek na mleku sposób miała taki, że kaszkę wlewała do talerza, który na dnie miał obrazkową historię. Zawsze byłem ciekawy, jaki obrazek wyłoni się, gdy kaszkę z talerza zjem. Talerzy babcia miała sześć i różnych obrazków było sześć. Ponieważ u babci nocowałem rzadko, to te sześć obrazków starczało na rok. Choć minęło sporo czasu, nadal nie lubię kaszek na mleku. Dałbym się jednak skusić na ten mleczny "przysmak", gdyby mi ktoś podał go w jednym z tamtych talerzy, talerzy z mojego dzieciństwa. Asia ma podobne wspomnienia. W jej dzieciństwie talerze i talerzyki także odegrały rolę. Kilka talerzyków i ról się zachowało.

talerzyk1

         Parę lat temu Asia odziedziczyła po babci ze Śremu zdekompletowany, deserowy serwis stołowy. Choć trochę poobijany, wciąż wygląda pięknie. Wzrusza duży talerz - liść i kilka małych liści - talerzy, jak je na wiosnę postawić na stole. Za każdym razem, gdy z dużego liścia na małe listki nakładamy ciasto z truskawkami stajemy się mieszkańcami ciepłej, leśnej polany. Przy takich okazjach Asia znowu ma kokardy na głowie i rumieńce na policzkach. Znowu czuje troskliwą obecność babci Marii i dziadka Brunona. Widzi jak ciocia Felicja nalewa herbatę i polewa śmietaną truskawki na cieście. Słyszy, jak zegar uderza pięć razy, a to znak, że przyszedł czas na podwieczorek.
I w ten oto sposób mała część Asi pamięci ma piękny kształt liścia i kolor zielony. Podróż w czasie jest możliwa za każdym spojrzeniem na talerzyk. Szczególnie piękna jest ta podróż na przednówku. Za miesiąc wiosna.

02 lutego, 2012

Byłem dzisiaj...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:33

          Byłem dzisiaj na spacerze. Rządził mróz. Od czasu do czasu słońce wybierało sobie skrawki ziemi do oświecenia i chwilami robiło się świetliście. Zmarzły mi ręce, nogi mi zmarzły, ale oczy widokiem napasłem.

orlowo-2-luty-2012r

          Łaziłem po zaśnieżonych i zamarzniętych ścieżkach wspominając wydarzenia sprzed kilku lat. Cóż, dzisiaj nie mogło być inaczej, wiadomości z dzienników sprawiły, że byłem dzisiaj w nastroju do wspomnień. Ktoś nam powiedział, że lubi i zbiera słonie z podniesioną trąbą. Kto, nie pamiętam. Mieszkała obok nas. Spotykaliśmy się przy posiłkach. Na obiady i kolacje starała się przychodzić pierwsza i pierwsza z jadalni do swojego pokoju na pierwszym piętrze wychodziła.
Asia zawsze była admiratorką jej twórczości. Nadarzyła się okazja, by mogła zrewanżować się poetce za te wszystkie chwile wzruszeń przy lekturze jej wierszy. Kiedyś już chyba o tym pisałem. U jubilera kupiliśmy małego, złotego słonika i Asia, utalentowana florystka, wplotła go w maleńki, kunsztowny, acz prosty bukiecik. Przed wyjściem w góry postawiliśmy go na jej stoliku w jadalni. Działo się to w 2007 roku, w Zakopanem, w Halamie, w Domu Pracy Twórczej ZAiKS.

halama

          Na obiad się spóźniliśmy, lecz kelnerka musiała zauważyć Asi przedpołudniowe manewry i sprawa się wydała. W ramach rewanżu na drugi dzień poetka obdarowała nas przepięknym uśmiechem i... swoim deserem. Tak poznaliśmy Wisławę Szymborską. Potem już codziennie, aż do naszego wyjazdu byliśmy przez Panią Wisławę obdarowywani deserowymi ciastkami i tym pięknym uśmiechem, z którym nas zostawiała. I dostaliśmy coś jeszcze...

dedykacja-wislawy-szymborskiej

          Ponownie spotkaliśmy się dwa lata później, w tym samym miejscu, mieszkając w tych samych, sąsiednich pokojach i siedząc przy tych samych, sąsiednich stolikach. Przy powitaniu, zapytana o zdrowie Pani Wisława odpowiedziała, że starość coraz bardziej daje się jej we znaki i prosi, by trochę głośniej mówić, bo słabiej słyszy. Zapamiętałem, że mówiąc to uczyniła charakterystyczny gest ręką, który mógł być wyrazem rezygnacji, ale też objawem przeświadczenia, że nie ma się co drobiazgami przejmować.

usmiech-wislawy-szymborskiej-fot-z-sieci

          Wczoraj Pani Wisława umarła. Zostały nam jej wiersze, wspomnienia i książka z dedykacją. Cóż można zrobić...? Cóż można napisać...? Cóż powiedzieć...?

biala-roza fot. w.chyliński

27 stycznia, 2012

Przestarzały na zielono podkreślony

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:51

Zabrałem się wreszcie do odkładanej od jakiegoś czasu pracy. Usiadłem przy komputerze, otworzyłem "Nowy plik domyślny" i swoim zwyczajem, z lewej strony u góry napisałem imię i nazwisko. Oczywiście swoje. Gdy chciałem pisać dalej, moje nazwisko przez "system" korekty zostało podkreślone na zielono i przeczytałem, że "Wskazany wyraz jest przestarzały".

przestarzaly

-Taaa - pomyślałem - skoro pod tym przestarzałym wyrazem kryje się moja osoba, to widać, że mój wiek nie ujdzie już nawet uwadze automatu. - K... mać - rzuciłem po chwili jeszcze starszy wyraz i już miałem się zabrać do dalszego pisania, gdy przypomniałem sobie, że wczoraj na FB przeczytałem, iż pisząc jakiś komentarz posługuję się tonem kaznodziei. Piszący o tym przyjaciel, człek żywy, nie automat, na pewno doskonale zdawał sobie sprawę, że kaznodzieje są ludźmi zazwyczaj starszymi, ba... przestarzałymi. Wobec powyższego mam chyba coś do przemyślenia. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu wpatruję się w takie oto zdjęcie:

jas-chylinski-ma-cztery-miesiace

To pierwsze zdjęcie mojego pierwszego i mam nadzieję, że nie ostatniego wnuka Jasia, który przyjdzie na świat w czerwcu. Myślę, że wtedy już żaden system nie będzie podkreślał naszego nazwiska na zielono. Jak nie, to klikniemy: "Ignoruj zdanie".

18 stycznia, 2012

Pewna euforia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:01

          Czasami bywa tak, że na moment wpadam w euforię i zdaje mi się, iż jestem bezgranicznie szczęśliwy. Trwa to chwilę i dość szybko mija. Nie pamiętam, by takie euforyczne poczucie szczęścia zdarzało mi się w dzieciństwie, młodości, czy później, gdy jako dorosły człowiek uczyłem się sztuki przetrwania. Owszem, bywałem szczęśliwy, jak wtedy, gdy pierwszy raz przy gitarze zaśpiewałem swoją pierwszą piosenkę, ale by wpadać w euforię... Co to, to nie.

moja-pierwsza...

          Co prawda rzadko, ale od kilku lat nachodzi mnie ni stąd ni zowąd taki stan, że przez ułamek sekundy czuję się wniebowzięty. Na czym to polega nie bardzo wiem. Piję umiarkowanie, nie palę, nie wciągam, nie wdycham, a jednak... Może cieszę się, że przeżyłem swoje i dożyłem?
          W TVP obejrzałem dzisiaj program, w którym jakiś ksiądz, imam i rabin zastanawiali się nad problemem: czy i kiedy człowiek może być szczęśliwy. Jeżeli dobrze zrozumiałem, szczęście nawiedza człowieka wtedy, gdy oddaje swój los w ręce Boga. Jeden mówił, że widział wśród biednych bardzo szczęśliwych ludzi, którzy wierzyli, że Bóg kieruje ich życiem i to do szczęścia wystarcza. Drugi słyszał, że najbardziej szczęśliwymi ludźmi w sowieckich obozach na Syberii byli ludzie, którzy stali blisko Boga i wierzyli w to, że Bóg ma ich w opiece. Coś w tych opiniach jest, choć trochę to niejasne, bo jeżeli Bóg jest wszechmogący i zawsze staje się jego wola, to cóż człowiek w podłej sytuacji może mu oddawać, prócz czci i żalu, że mu taki los wybrał? Zastanawiam się, czy takie podejście do istoty wiary nie rozgrzesza człowieka z lenistwa myśli i czynu. Skoro nic nie mogę, bo istnieje Bóg, który wszystkim kieruje i wie co będzie jutro, to po co się wysilać, przecież nic nie zmienię. Wychodzi na to, że w ciężkiej sytuacji całą energię duszy i ciała lepiej skierować ku niebiosom, niż ku rozumowi i doświadczeniu.

zachmurzone-niebiosa-fot-w-chylinski

          Można myśleć, że tak, jak czas goi rany, czas rozwiązuje też problemy. Poniekąd to prawda. Można oczywiście powiedzieć, że tym czasem jest Bóg i wszystko się będzie zgadzało. Czy z tego nie można wnioskować, że jeżeli ci źle, to się nie martw, bo twój los i twoje przeznaczenie nie w twoich jest rękach? Szkoda, że wśród tych duchownych nie było pastora. Ciekawe, czy protestanci także wszystko zostawiają Bogu do zrobienia? Szkoda, że nie było racjonalnego ateisty i jakiegoś medytującego hindusa znad Gangesu.
            Dla mnie jasne jest, że szczęście trwa chwilę. Jest zbitką dobrych zdarzeń, stanu umysłu i pewnej euforii wynikającej z bycia tu i teraz. Rysiek Riedel, wokalista i tekściarz Dżemu śpiewał kiedyś, że "... w życiu piękne są tylko chwile..." i z tym się całkowicie zgadzam. By jednak takie chwile w życiu mieć trzeba się najpierw trochę nagłowić, napocić. a dopiero potem uznać, że w materii rzeczy nie wszystko jest zwyczajne, bo uczucie to rzecz ducha, a duch to rzecz mistyczna. Chociaż znam takich, którzy, często nie bez racji, twierdzą, że życie na ziemi dla jednych jest czyśćcem, a dla drugich piekłem, to jednak czasami warto się postarać, by choć na chwilę wpaść w euforię i poczuć się wniebowziętym.

04 stycznia, 2012

Zdrowie w Nowym Roku

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:10

No, i proszę. Jeszcze po ostatniej, sylwestrowej petardzie huk nie przeminął, jak w polityce zaczęło się kotłować. Pogoda sprzyja i nijak śnieżnymi katastrofami od reform uwagi odwrócić się nie da. Przyglądam się więc bacznie "twarzy" służby zdrowia i oceniam, czy kolejne grymasy to jeszcze objaw fanaberii, czy już bólu. Rozśmieszył mnie, znaleziony w internecie list do Pana Premiera zaczynający się od słów: Panie Premierze! Proszę nie przejmować się protestami pacjentów. To są jacyś chorzy ludzie... Dzięki Bogu, prócz tego, co mnie już bolało, nowego nic mnie nie boli, ale kto to wie, co będzie jutro... Mam pełną świadomość konieczności zmian i reform, ale nie zazdroszczę premierowi. Za odwagę nawet go podziwiam. Są dwa miejsca na świecie, z którymi czuję niezwykły związek. Jednym z nich jest Widłąg - zatoka jeziora Jeziorak, a drugim Orłowo.

orlowo-4-stycznia-2012-r-

Do Jezioraka z Gdyni na piechotę nie pójdę, ale klif i plażę w Orłowie mam niedaleko, więc w ramach dbania o zdrowie wybrałem się właśnie tam na styczniowy spacer.

orlowo-4-stycznia-2012-r-klif

Zima tej zimy, jak wczesna wiosna. Dzisiaj było chłodno, słonecznie i bezludnie. Wiatr chmury gonił do Szwecji, więc na wodzie nic się nie bałwaniło. Było pięknie nawet wtedy, gdy na brzegu kładł się szarobury chmury cień. Spacerowałem, spacerowałem, spacerowałem...

orlowo-4-stycznia-2012-rbrzeg

Wróciwszy do domu byłbym najszczęśliwszym z ludzi, gdybym nie włączył telewizora... Wszystkim w Nowym Roku zdrowia życzę!!! PS W niedzielę z wielką przyjemnością zapraszam na koncert, w którym mam wziąć udział. Organizatorzy zapraszają tak: Środowisko trójmiejskich bardów zaprasza na koncert pt. "Bardowie dzieciom", połączony z aukcją płyt i innych przedmiotów, z którego cały dochód przeznaczony zostanie na rzecz XX Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Koncert odbędzie się 8 stycznia 2012 (niedziela), o godz. 17.00, w Klubie Bohemian (parter Centrum Kultury i Rozrywki Gemini), przy Skwerze Kościuszki w Gdyni.

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY