23 kwietnia, 2012

Przepraszam - AWARIA

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:43

Moja strona przechodzi jakąś dziwną chorobę, która polega na tym, że mało co na niej działa. Przepraszam wszystkich gości - czytelników za kłopot i zawód. Mam nadzieję, że prawidłowa diagnoza lekarzy od informatyki postawi moje www... wkrótce na nogi.

30 marca, 2012

Ewcia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:49

Ewcia jest wulkanem energii i piorunującą burzą dowcipu. Śliczna, delikatna i ufna potrafi w jednej minucie przeistoczyć się w wampira, strzygę, upiora i demona. Jeżeli akurat znajduje się na scenie, natychmiast zamienia ją w niezwykłe imperium czarów, którymi paraliżuje oniemiałą i zachwyconą publiczność.

ewa-cichocka

Poznałem Ewę Cichocką w 1982 roku w Olsztynie. Zbyszek Rojek przedstawił Ewcię jako znakomitą tancerkę. Olsztyn wtedy w "tancerstwie" był najlepszy w Polsce, więc i Ewa była najlepsza. Chyba zdobyła nawet wicemistrzostwo kraju w jakiejś rumbie, czy sambie. Zakładając po Trzecim Oddechu Kaczuchy nowy zespół Zbyszek widział Ewę w roli wokalistki i jak się okazało - miał nosa. Ewa równie dobrze śpiewała, jak tańczyła. Zjeździłem później z Ewcią cały kraj, koncertując w wielkich miastach i zapomnianych przez czas i Boga miasteczkach, widziałem ją w tysiącu sytuacji. Wiem, że warta jest swojego imienia, pierwszej kobiety na świecie. Choć nasze drogi krzyżują się teraz niezbyt często, to za każdym razem, gdy się spotykamy widzę, że Ewcia nie zmienia się ani na ciele, ani na duszy. Tak w życiu, jak i na scenie pozostaje niezrównana. To o czym piszę znakomicie oddaje rysunek sprawiony przez żonę naszego przyjaciela i gitarzysty w zespole Kaczki..., Mateusza - Elwiry Iwaszczyszyn, przedstawiający Ewę Cichocką w artystycznym uniesieniu.

ewa-cichocka-rys-elwiry-iwaszczyszyn1

Kiedy grupa Kaczki z Nowej Paczki w 1985 roku, w swym pierwotnym, oryginalnym i najlepszym składzie zakończyła działalność, a ja na stałe wróciłem do Trójmiasta, Ewa wraz z innym członkiem Kaczek - Stefanem Brzozowskim założyła zespół Czerwony Tulipan. Zespół ten, z którym związała się także znakomita olsztyńska wokalistka Krysia Świątecka i gitarzysta Andrzej Czamara święci trumfy po dziś dzień. Wielokrotnie przeżywałem koncerty Ewy i Czerwonego Tulipana i za każdym razem widziałem to samo - rewelacyjny występ publiczność zawsze nagradzała burzliwymi brawami, bisami, a często też owacją na stojąco.

ewa-cichocka-1

Dwa dni temu, 28 marca, Ewa skończyła kolejne "swoje" lata i myślę, że będę wyrazicielem myśli wszystkich moich czytelników, gdy sobie zażyczę - Śpiewaj nam Ewciu przez następne "swoje" lata tak pięknie, jak dotąd. Chyba rzeczą niemożliwą jest, by ktoś nie widział Ewy na scenie czy nie słyszał w radiowej Trójce, gdzie przez długie lata co niedzielę występowała wraz z kabaretem Długi w audycji "Parafonia". Ale mogło się zdarzyć i może dlatego warto posłuchać mojej ulubionej, a rzadkiej w wykonaniu Ewy, bo lirycznej piosenki " I może właśnie dlatego".



Jeżeli smakowało, to na deser jeszcze krótkie wspomnienie koncertu jubileuszowego sprzed dwóch lat, na którym Ewcia wielokrotnie, jak zawsze, przechodziła samą siebie.

24 marca, 2012

Panna W. i Pan K.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:16

Na moim niebie dzisiaj tańczy piękna panna W.

niebo1

Wiatr jeszcze chłodny, ale ciepłe uczucia już kiełkują i tylko patrzeć, jak panna W. objawi się także w stokrotce, która w naszym ogrodzie od roku na nią czeka.

wiosenny-kwiatek

Jednym słowem wszystko, co ciepłe i dobre panna W. za chwilę położy przed nami. A póki co... gorące uczucia można okazywać także bukietem z ubiegłorocznego ostu.

oset-fot-radek-chylinski

Taki właśnie bukiet dwa dni temu mój syn, po powrocie ze spaceru z psem, wręczył swojej żonie w imię gorącej miłości. Czyż ten zwykły oset nie przypomina niezwykłych dzieł impresjonistów? Toż to istny ostowy Van Gogh, choć oset nie słonecznik. Niech się niebo więc niebieszczy w oknie i nadzieja na słonecznik niech nam rośnie. I niech nam się z wiosną żyje radośniej, mimo tego, iż prezes PIS wie, że "...Polacy zostali oszukani... będziemy protestować przeciw tej tzw. reformie i innym wydarzeniom, które mają miejsce w naszym kraju... Będziemy protestowali przeciw temu, żeby władza oszukiwała obywateli...? By jednak nie dać Panu Bogu szans i Tuskowi zbyt wiele pola do działania Marek Jurek, który reprezentuje chyba tylko samego siebie ogłosił przed chwilą, wraz z Panem K.

wiosna-prawicy

Wiosnę Polskiej Prawicy! Ależ mają zielono. Kompletnie...

17 marca, 2012

Mola dwa... tajemnica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:01

          Najsłynniejszym molem w Polsce jest oczywiście molo w Sopocie. Drugim w rankingu popularności jest, równie stare i równie piękne molo w Orłowie. Poniżej przedstawiam starą widokówkę Orłowa z pierwszym molem, jakie tu zbudowano. Za tamtych czasów Orłowo nazywało się Adlerhorst, co na język polski tłumaczyć można jako Gniazdo Orła, bądź odwrotnie - Orle Gniazdo. Tym, którzy chcieliby z tej nazwy wysnuć jakieś wnioski o podłożu patriotycznym typu:"...Nie rzucim ziemi skąd nasz ród..." od razu wyjaśniam, że nazwa wzięła się od nazwiska osiadłego tu rybaka Johanna Adlera, który tuż przy brzegu morza założył karczmę.

zoppotadlershorst-strandbild-ok-19201

          Nie da się jednak zaprzeczyć, że pobliska posiadłość Kolibki, której Orłowo było częścią, przez całe wieki należała do polskich rodów szlacheckich m.in. Wejherów, Radziwiłłów, Ostromeckich, Sobieskich i Przebendowskich. Właścicielem kolibskiego majątku po śmierci króla Sobieskiego stała się królowa Marysieńka. Stąd też dzisiejsza nazwa promenady, która wysokim brzegiem morza od Kolibek prowadzi do mola w Orłowie - Promenada Królowej Marysieńki. Z racji zamieszkania dość często widuję orłowskie molo i wydawało mi się, że niczym już mnie ono zaskoczyć nie może, a jednak....

orlowo-2012-r-fot-w-chylinski

          W opowieściach, przekazach i na pocztówkach orłowskie molo zawsze występuje w liczbie pojedynczej. Gdy więc, na którymś z portali odkryłem inny, choć dobrze znany mi widok, zdziwienie było co najmniej tak duże, jak gdańska zatoka.

dwa-mola-w-orlowie

          Początkowo myślałem, że to może jakiś techniczny błąd na fotografii, bądź krajobraz z zupełnie innej bajki, podobny do orłowskiego, ale znalazłem drugi widoczek.

orlowo-dwa-mola

          Był więc czas między pierwszą, a drugą wojną światową, gdy w Orłowie były mola dwa. Ot tajemnica... Zagadka? Tak, ale dość szybko rozwiązana. Dzięki portalowi Wolne Forum Gdańsk dowiedziałem się, że "...z tymi molami to było tak, że w 1928 przedłużono stare molo a w 1934 wybudowano nowe..." i że "...zbudowano nowe molo przy użyciu materiałów z rozbiórki gdyńskiego mola, a nie pirsu portu tymczasowego. Nowe molo u wylotu obecnej ul. Orłowskiej wybudowała kompania szkolna baonu mostowego z Modlina latem 1934 r...." I po tajemnicy. Szkoda, bo tajemnica, to chyba najlepsza przyprawa dla naszej zwykłej, często szarej i nijakiej strawy. Choć brak wiedzy rodzi demony i zakreśla granice głupoty, to jednak niewiadoma bywa też przyjemnym dopełnieniem niezwykłości. Niezwykłość zaś jest przyjemnym określeniem stanu, w jakim lubi przebywać nasza dusza. Czyż nie?

10 marca, 2012

Imaginacja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:50

W poprzednim wpisie umieściłem portret Zosi namalowany "intuicyjnie" przez Lucynę Legut. Od razu znalazło się paru znajomych, którzy postanowili sprawdzić, czy nie bujam pisząc o podobieństwie Zosi z portretu, do Zosi z Łodzi. Zgłosili chęć zobaczenia zdjęcia prawdziwej Zosi. Problem w tym, że w swoich zbiorach nie mam zdjęcia czternastoletniej Zosi, a wtedy była ona (według mnie) uderzająco podobna do postaci z obrazu. Niemniej, podczas przeszukiwania zbiorów znalazłem inne, ciekawe zdjęcie.

basia-hauke-i-waldek-chylinski-rok-1972

Na zdjęciu powyżej siedzę w lesie nad Jeziorakiem obok Basi Hauke. Początek lat siedemdziesiątych. Basia ma lat szesnaście, ja osiemnaście. Basia dzisiaj jest mamą Zosi, co chyba łatwo zauważyć, przypatrując się zdjęciom.

zosia-20111

Z tego wniosek, że obraz Lucyny Legut może przedstawiać Zosię, ale może też przedstawiać Basię. A może to portret ich obu jednocześnie, jako imaginacja młodości, niewinności, szlachetności, dobroci i miłości, skupiona w postaci, którą sobie Kochana Lucha tak wyobrażała i w takiej materii zrealizowała.

franek-i-zosia-lato-2011

Na zdjęciu powyżej widać Zosię i Franka, który jest jej kuzynem. Siostrzana czułość, z jaką się Zosia przytula, świadczy o tym, że zdolność Lucyny Legut do tworzenia obrazów za pomocą wyobraźni była po prostu nadzwyczajna. Ta sama delikatność i ulotność, co na obrazie. Moim zdaniem wyobraźnia nie zawiodła. Zawieść mogło tylko coś na styku mojej imaginacji i pamięci, ale to już niech każdy sam oceni. Pozostaje do rozważenia, na ile imaginacja jest w stanie wpływać na rzeczywistość. Wszystko zaczęło się od fantazji. W mojej wyobraźni postać z portretu, to córka mojej siostry Basi - Zosia. Podarowanie mi tego portretu było pięknym gestem Kochanej Luchy w stosunku do mnie i do Zosi. Wyobraźnia spowodowała tak wiele, że to coś, co się wydawało i co się śniło, po prostu się stało i jest. Z wyobraźni cały świat się wziął i na szczęście cały czas tam tkwi.

04 marca, 2012

Sprawy nadprzyrodzone

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:52

          Marek Chojnacki, który na Uniwersytecie Poznańskim jest doktorem od badania procesów twórczych człowieka, przypomniał mi wczoraj za pośrednictwem Facebooka, że jest dzisiaj pewna rocznica. Ale od początku... Kilka lat temu siedząc z Asią przy kolacji dość intensywnie rozmawialiśmy o Zosi, córce mojej prawie siostry z Łodzi. "Prawie" zazwyczaj robi dużą różnicę, ale w tym wypadku nie aż tak wielką. Nie byłby nic do wspomnień, gdybym następnego dnia nie odwiedził Lucyny Legut - sławnej na Wybrzeżu, i nie tylko, aktorki, malarki i pisarki, którą często tu wspominam.

lucyna-legut

          Do Kochanej Luchy wpadałem czasami, ot tak, na ciastko i kawę, właściwie bez powodu. Rozmowy z Legut zawsze były frajdą. Specyficzny i niepowtarzalny styl, w jakim komunikowała się ze światem czynił z każdej chwili obcowania z nią wydarzenie. Takich ludzi, jak na lekarstwo. Siedziałem więc w małym mieszkaniu Kochanej Legut przy ulicy Gospody na Żabiance i coś mi w rozmowie przeszkadzało. Wierciłem się i nie mogłem zebrać myśli, aż w którymś momencie odwróciłem się. Za mną, na ścianie wisiał portret, z którego zerkała na mnie Zosia, bohaterka wczorajszej rozmowy.

zosia-obraz-lucyny-legut

Zatkało mnie. Moje zmieszanie widoczne było na tyle, że musiałem się wytłumaczyć. Lucyna Legut zdjęła obraz i podarowała mi go z pozdrowieniami dla "telepatycznej" modelki. Oczywiście przekazałem "Portret Zosi" Zosi i do dzisiaj zachodzę w głowę, jak to się wszystko zjednoczyło, poprzeniknęło i stało faktem. Sprawa nadprzyrodzona.
          Marek Chojnacki zawiesił wczoraj na FB zdjęcie Lucyny Legut z czasów, kiedy występowała w teatrze...

lucyna-legut-na-scenie

i napisał: Jutro mija rok... Waldku, jakiś zabawny, pikantny fragmencik Twoich wspomnień mile widziany wśród moich znajomych. Mnie frapuje, że każdy słynny kochanek Lucyny Legut stawał się bohaterem kolejnej książki...dla dzieci. Jak patrzę na jej zdjęcia to wydaje mi się, że nie dałbym się zbałamucić. No ale w życiu nie byłem tak blisko L.L. jak Ty. Co wkręcało ? Wyznaj nam to, jeśli możesz...
          Marku, nie byłem aż tak blisko L.L., jak sądzisz. Znałem ją przez kilkanaście lat, uwielbiałem i ceniłem nadzwyczaj. Mimo dużej różnicy wieku byliśmy przyjaciółmi. Ale znam chyba odpowiedź na Twoje pytanie. Wiem, co wkręcało facetów w miłość do autorki książki "Jak zdobyć męża, czyli skok stulecia". Wkręcała ich inteligencja aktorki. Na jej uczucie i towarzystwo mogli liczyć tylko ci, którzy nie bali się jej "zabójczego" dowcipu. Humor Lucyny Legut mógł podniecać, być dla niektórych nałogiem, a nawet fetyszem. Niestety, wszyscy kochankowie polegli, nawet ci najbystrzejsi i najsławniejsi. By pamięć o nich zachować i światu nie głosić męskiej klęski Kochana Lucha, w swej wielkoduszności przerabiała absztyfikantów na... bohaterów bajek. Było jeszcze coś, o czym mi kiedyś powiedziała, ale to sprawa nadprzyrodzona i mówić publicznie bez jej zgody nie wypada. Tej zgody, niestety, już nie będzie.
          Rok temu nieśmiertelna Lucha odeszła z tego "łez padołu" i zapewne na kochanków przerabia teraz całe zastępy aniołów. Wierz lub nie, ale są sprawy nadprzyrodzone, które łączą tam z tu. Wiem co mówię, bo sprawy nadprzyrodzone zdarzają się codziennie i najzwyczajniej w świecie korelują sobie bezkarnie z ludzkimi myślami i marzeniami. Do wczoraj moja synowa spodziewała syna, a od wczoraj spodziewa się już córki. Wychodzi na to, że w czerwcu zamiast wnuka będę miał wnuczkę. O wnuczce też marzyłem. Hurra!!! Są sprawy, o którym naukowcom się nie śniło - przychodzimy, odchodzimy i... znowu przychodzimy.

29 lutego, 2012

Dusza człowiek

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:17

          Zawsze był niedaleko. Wystarczyło zadzwonić, by się spotkać. Pomocny, życzliwy, bardzo przyjacielski. Dusza człowiek. Bez niego nie udawało się żadne większe przyjęcie, czy spotkanie. Był niezgłębioną skarbnicą anegdot, powiedzonek i kawałów. Zazdrościłem mu pamięci do tych wszystkich historyjek i wiców. Podziwiałem jego nieskończone poczucie humoru. Był bezkonkurencyjną duszą towarzystwa - Zbyszek Gach.
          Poznałem Zbyszka w 1974 roku. Wraz z nim, Adzikiem Zawistowskim, Anią Jęsiak, Kasią Korczak, Markiem Ryczkowskim, Dorotą Abramowicz, Moniką Malesą, Ewą Jurkowską i innymi, współtworzyłem wtedy Dziennik Akademicki, dodatek do Dziennika Bałtyckiego. Na zdjęciu poniżej widać wszystkich wymienionych. Zbyszek stoi pierwszy z prawej, ja pierwszy z lewej. Piękne i twórcze było to towarzystwo. Redakcja mieściła się na parterze Żaka, w pokojach po lewej od wejścia. Teraz urzęduje tam Rada Miasta i Prezydent.

dziennik-akademicki-1975-003

          Większość ludzi z tego towarzystwa, tak jak Zbyszek, została dziennikarzami. Później na kilka lat straciłem z Gaszkiem kontakt, ale gdy znowu osiadłem w Trójmieście i zacząłem chodzić starymi ścieżkami, okazało się, że Zbyszek jest wszędzie. I dzięki Bogu, bo bez niego Trójmiasto nie miałoby dla mnie tego smaku, który ma.
Zbyszek był nie tylko dziennikarzem, ale też pisarzem. W 1980 roku włączył się mocno w działalność na rzecz Solidarności. W 1981 został internowany. Głośno było o jego książce wydanej w podziemiu w roku 1984, którą napisał jako Marcin Moskit wraz z Mariuszem Wilkiem i Maciejem Łopińskim. Praca nosiła tytuł: "Konspira. Rzecz o podziemnej "Solidarności". Wydał także zabawny zbiór humoresek "Kwaśna bomboniera", książkę o Lechu Wałęsie "Antybohater" i wiele innych. Wraz z Donaldem Tuskiem, Grzegorzem Fortuną i Wojciechem Dudą opracowywał albumy z serii "Był sobie Gdańsk". Kiedyś na spotkanie u Krysi Reichel w Smołdzińskim Lesie Zbyszek przywiózł swoją, dopiero co wydaną książkę traktującą o piwie. Poniżej: Zbyszek podpisuje swoją książkę mojej Asi.

smoldzinski-las-zbyszek-gach

          Kiedy kilka lat temu Asię odnalazła siostra, której Asia nigdy nie znała, Zbyszek tak się zafascynował tą historią, że poświęcił jej kilka szpalt w jednej z gdańskich gazet. Co myśmy się potem naodbierali telefonów.
Znajomi pamiętają też Zbyszka, jako piękny głos w chórze Akademii Medycznej. Ja mile wspominam Zbyszkowe przyśpiewki i piosenki śpiewane u Karolów. Były cudne.

zbyszek-gach-4xi2007r

          Cudnie było też, gdy dwa lata temu spotkaliśmy się znowu u Krysi Reichel. Krysia zaprosiła nas na koncert Grażyny Auguścik, która zjechała do jej domu. W oczekiwaniu na występ siedzieliśmy przed pensjonatem Krysi popijając piwko. Zrobiłem Zbyszkowi zdjęcie.

zbyszek-gach

          Spotykaliśmy się potem jeszcze wiele razy. Ostatni raz, niestety, spotkaliśmy się trzy miesiące temu u Maciejewskich, na imieninach Basi i urodzinach Karola. Zbyszek, jak mi się zdawało, był w doskonałej formie. Bawił towarzystwo przez cały wieczór. Kto by wtedy pomyślał... Mówią, że dusza nie umiera, więc ktoś, o kim się zawsze mówiło - dusza człowiek, i kto zawsze był duszą towarzystwa, nie mógł tak po prostu sobie umrzeć. Odszedł, ale na pewno się jeszcze spotkamy. Dziękuję Ci Zbyszku za to, że tak pięknie tutaj byłeś. Do zobaczenia tam. PS. Pogrzeb Zbyszka odbędzie się jutro, tj. 1.03.2012r. na cmentarzu w Sopocie przy ulicy Malczewskiego o godzinie 13.00.

25 lutego, 2012

Oprawić pastel

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:08

          Tekst zamieszczony przez poetkę Bożenę Ptak na Facebooku przypomniał mi, że na półce w mojej szafie leży pewna kartka kartonu z pastelowym pejzażem. Za każdym razem, gdy widzę ten pejzaż, przysięgam sobie, że wreszcie go oprawię i powieszę nad biurkiem. Niestety, karton wciąż leży na półce. Ale przysięgam, oprawię go, bo nie jest to jakiś zwykły karton. Bożena napisała: "Powstał scenariusz do filmu o malarzu i poecie Mieczysławie Czychowskim, ale urzędnicy nie kwapią się do finansowego wsparcia realizacji tego projektu. Oddział Gdański Stowarzyszenia Pisarzy Polskich przygotował apel do lokalnych władz, pod którym zbierane będą podpisy." Cały jestem za, bo Czychowski, to nie tylko wybitny i poza Gdańskiem niedoceniony poeta, ale także znakomity malarz po solidnych studiach na wydziale malarstwa sztalugowego w pracowni prof. Juliusza Studnickiego Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych - dzisiaj Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
          Urodził się w 1931 roku w Dzbeninie. Barbara Wojciulewicz, która pochodzi, jak on, z Kurpi, tak pisze o Czychowskim: ...Ten wiejski chłopak zdołał, wbrew przeciwnościom losu, urzeczywistnić swoje marzenia. Mimo że jako kilkunastolatek stracił prawą dłoń, został malarzem. Żył i tworzył jakby miał dwie sprawne ręce. Na przekór wszelkim przeciwnościom losu. Raz tylko, w wierszu "Palenie w piecu", zdobył się na wyrażenie bólu związanego z doświadczaną niepełnosprawnością:
Liczyć palce rzecz okrutna. Łatwa. I ogromnie smutna
..."
          Mietka spotykałem zawsze w siedzibie Związku Literatów Polskich, w kawiarence na parterze. W kamieniczce przy ulicy Mariackiej na jego obecność liczyć można było prawie zawsze. Siadywał przy oknie, ale malował odwrócony doń tyłem. Witał się zawsze serdecznie i przyjaźnie. Biła od niego jakaś taka, niby zwykła, a niezwykła ludzka dobroć, która podpowiadała, że ma się do czynienia z bardzo pięknym człowiekiem. Malując lubił słuchać i mówić. W mojej pamięci zachowały się rozmowy Czychowskiego ze znakomitym rzeźbiarzem i niezwykłym człowiekiem Bunim Tuskiem (stryjem obecnego premiera), który też często wpadał do Literatów na kilka słów i parę piw. Och, co to były za czasy, co to byli za ludzie... Na zdjęciu poniżej Mietek (pierwszy z prawej w szarej kurtce), a obok niego Buni Tusk (pijący piwo) na tarasie jednej z gdańskich kamieniczek przy ulicy Piwnej.

mieczyslaw-czychowski-pierwszy-z-prawej

          To właśnie po takiej, malowanej i trochę podchmielonej rozmowie Mietek podarował mi jeszcze ciepły pejzaż, który zamierzam oprawić. Jeżeli mój blog czyta literat Adzik Zawistowski, który wielokrotnie, w takich samych okolicznościach spotykał się z Mietkiem, a teraz jest dyrektorem od kultury i sztuki w Urzędzie Marszałkowskim, to gorąco go proszę: - Oprawmy w film pamięć o Mietku Czychowskim. A mój pastel...

pastel-mieczyslawa-czychowskiego

... też zostanie oprawiony.

18 lutego, 2012

Talerzyk

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:27

          Każdy z nas ma sentyment do miejsc, w których spędził ważne i niezapomniane chwile. Ten sentyment tkwi w nas i budzi się zawsze, gdy naszą pamięć coś poruszy. Najczęściej pamięć poruszają odnalezione i prawie zapomniane przedmioty. Wzruszyliśmy się ostatnio w domu wyciągając z szafy talerzyki do ciasta.
Gdy byłem mały, moja babcia na mój upór "niejadka" kaszek na mleku sposób miała taki, że kaszkę wlewała do talerza, który na dnie miał obrazkową historię. Zawsze byłem ciekawy, jaki obrazek wyłoni się, gdy kaszkę z talerza zjem. Talerzy babcia miała sześć i różnych obrazków było sześć. Ponieważ u babci nocowałem rzadko, to te sześć obrazków starczało na rok. Choć minęło sporo czasu, nadal nie lubię kaszek na mleku. Dałbym się jednak skusić na ten mleczny "przysmak", gdyby mi ktoś podał go w jednym z tamtych talerzy, talerzy z mojego dzieciństwa. Asia ma podobne wspomnienia. W jej dzieciństwie talerze i talerzyki także odegrały rolę. Kilka talerzyków i ról się zachowało.

talerzyk1

         Parę lat temu Asia odziedziczyła po babci ze Śremu zdekompletowany, deserowy serwis stołowy. Choć trochę poobijany, wciąż wygląda pięknie. Wzrusza duży talerz - liść i kilka małych liści - talerzy, jak je na wiosnę postawić na stole. Za każdym razem, gdy z dużego liścia na małe listki nakładamy ciasto z truskawkami stajemy się mieszkańcami ciepłej, leśnej polany. Przy takich okazjach Asia znowu ma kokardy na głowie i rumieńce na policzkach. Znowu czuje troskliwą obecność babci Marii i dziadka Brunona. Widzi jak ciocia Felicja nalewa herbatę i polewa śmietaną truskawki na cieście. Słyszy, jak zegar uderza pięć razy, a to znak, że przyszedł czas na podwieczorek.
I w ten oto sposób mała część Asi pamięci ma piękny kształt liścia i kolor zielony. Podróż w czasie jest możliwa za każdym spojrzeniem na talerzyk. Szczególnie piękna jest ta podróż na przednówku. Za miesiąc wiosna.

02 lutego, 2012

Byłem dzisiaj...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:33

          Byłem dzisiaj na spacerze. Rządził mróz. Od czasu do czasu słońce wybierało sobie skrawki ziemi do oświecenia i chwilami robiło się świetliście. Zmarzły mi ręce, nogi mi zmarzły, ale oczy widokiem napasłem.

orlowo-2-luty-2012r

          Łaziłem po zaśnieżonych i zamarzniętych ścieżkach wspominając wydarzenia sprzed kilku lat. Cóż, dzisiaj nie mogło być inaczej, wiadomości z dzienników sprawiły, że byłem dzisiaj w nastroju do wspomnień. Ktoś nam powiedział, że lubi i zbiera słonie z podniesioną trąbą. Kto, nie pamiętam. Mieszkała obok nas. Spotykaliśmy się przy posiłkach. Na obiady i kolacje starała się przychodzić pierwsza i pierwsza z jadalni do swojego pokoju na pierwszym piętrze wychodziła.
Asia zawsze była admiratorką jej twórczości. Nadarzyła się okazja, by mogła zrewanżować się poetce za te wszystkie chwile wzruszeń przy lekturze jej wierszy. Kiedyś już chyba o tym pisałem. U jubilera kupiliśmy małego, złotego słonika i Asia, utalentowana florystka, wplotła go w maleńki, kunsztowny, acz prosty bukiecik. Przed wyjściem w góry postawiliśmy go na jej stoliku w jadalni. Działo się to w 2007 roku, w Zakopanem, w Halamie, w Domu Pracy Twórczej ZAiKS.

halama

          Na obiad się spóźniliśmy, lecz kelnerka musiała zauważyć Asi przedpołudniowe manewry i sprawa się wydała. W ramach rewanżu na drugi dzień poetka obdarowała nas przepięknym uśmiechem i... swoim deserem. Tak poznaliśmy Wisławę Szymborską. Potem już codziennie, aż do naszego wyjazdu byliśmy przez Panią Wisławę obdarowywani deserowymi ciastkami i tym pięknym uśmiechem, z którym nas zostawiała. I dostaliśmy coś jeszcze...

dedykacja-wislawy-szymborskiej

          Ponownie spotkaliśmy się dwa lata później, w tym samym miejscu, mieszkając w tych samych, sąsiednich pokojach i siedząc przy tych samych, sąsiednich stolikach. Przy powitaniu, zapytana o zdrowie Pani Wisława odpowiedziała, że starość coraz bardziej daje się jej we znaki i prosi, by trochę głośniej mówić, bo słabiej słyszy. Zapamiętałem, że mówiąc to uczyniła charakterystyczny gest ręką, który mógł być wyrazem rezygnacji, ale też objawem przeświadczenia, że nie ma się co drobiazgami przejmować.

usmiech-wislawy-szymborskiej-fot-z-sieci

          Wczoraj Pani Wisława umarła. Zostały nam jej wiersze, wspomnienia i książka z dedykacją. Cóż można zrobić...? Cóż można napisać...? Cóż powiedzieć...?

biala-roza fot. w.chyliński

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY