29 lipca, 2012

Magia urlopu wśród cnót kardynalnych

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:25
          Sprawiedliwość wymaga, by dobro zostało nagrodzone, a zło ukarane. Mam dobrą żonę, więc postanowiłem nagrodzić ją kilkoma dniami z dala od trosk i kłopotów, Że przy okazji chciałem nagrodzić siebie... Cóż, małżeństwo, to nie państwo i sprawiedliwości nie zawsze musi stać się zadość.

        Namówić moją żonę na rejs pod żaglami jest tak samo trudno, jak namówić mnie na utrzymywanie porządku w szafie. Niemożliwe, a jednak... Namawianie może się udać, gdy przed Asią rozwinę kolorowe obietnice i miłe gesty, gdy nad stołem zaczną fruwać czułe słowa i komplementy, i gdy przyznam, że wszystko co złe, to moja wina. Wtedy to, co wydawałoby się prawie niewykonalne, może nagle wypalić i się uda - dobro zostanie nagrodzone. Cierpliwość w polityce przy okazji też.

          I u
dało się! Znowu udało mi się namówić Asię na rejs. Udało się znaleźć czas. Udało się wyczarterować jacht. Udało się trafić na cudowną pogodę. Udało się wyjechać, dojechać i wypłynąć. JeziorakUdało się i przez kilka dni mogłem żyć pod urokiem Jezioraka i jego magicznego zakątka - zatoki Widłąg.
Nie zliczę ile razy w swoim życiu pływałem po wodach tej zaczarowanej krainy.
Pierwszy raz zobaczyłem Widłąg będąc paroletnim brzdącem, jeszcze w latach pięćdziesiątych. Od tamtej pory, co roku, zawsze z wielką frajdą i z coraz większym 
sentymentem mijałem cypel u wejścia do zatoki, jak magiczne wrota do raju.
Niestety, od momentu, gdy zostałem mężem i ojcem moje żeglarskie wyprawy musiały ustąpić przed tym, co mi los przynosił w darze. Mimo wszystko starałem się co jakiś czas odwiedzać  szczęśliwe wody mojej młodości. W dawnych czasach na Widłągu cumowało się niekiedy przy tratwach, które drwale zrzucali z bindug do wody. Flisacy spławiali je potem Kanałem Elbląskim aż do tartaku w Miłomłynie.Widłąg  Pamiętam nawet mały, hałaśliwy, holownik, który ciągnął te tratwy, wyglądające z daleka, jak ruchoma, czarna kreska, tnąca obraz na pół, Chodzenie po tratwach było niezłą zabawą, ale też wyzwaniem, bo wymagało wręcz małpiej zręczności. Nogi najpewniej czuły się na porowatej korze. Gorzej było, gdy pień był okorowany i śliski. Z kory, której pełno było na brzegu i w wodzie, strugałem przeróżne łódki, żaglówki, jachty, statki i stateczki. Czasem wodowałem niezwykłe krążowniki, którym lufy strugałem z patyków. Pływały potem te scyzorykiem rżnięte rękodzieła między pniami udającymi keje i nabrzeża wymyślonych portów.
          Teraz, kiedy z małpy we mnie została już tylko złośliwość, znowu odwiedziłem moje święte miejsce. Uważny obserwator łatwo rozpozna na obu zdjęciach ten sam cypel przy wejściu i wyjściu z zatoki. Cypel zawsze był cyplem bez dodatkowej nazwy, choć większość miejsc na Widłągu chętnie nazywaliśmy po swojemu. Cypel na Widłągu I tak, na samym końcu zatoki mieliśmy swój Zimny Kąt, który nijak się miał do Zimnego Kąta koło Siemian. Polanę na brzegu, od cypla po prawej, nazywaliśmy Rajem. Bindugę na wprost wejścia, na której widać mnie z mamą przygotowującą posiłek, nazwaliśmy Słoneczną. Miejsce na wysokim brzegu, między Zimnym Kątem a  źródełkiem, nazywaliśmy Karbidówką. Dlaczego tak - nie wiem. Miejsce to czasem nazywaliśmy też Żmijowiskiem, albo Wężowiskiem, bo łatwo tam było spotkać żmije i zaskrońce. Zdarzyło mi się takie spotkanie i w tym roku. Na ścieżce wzdłuż brzegu, metr od swoich nóg dostrzegłem coś srebrzyście się wijącego. Poczekałem, aż przepełznie i poszedłem dalej. Nim jednak do tego ekscytującego spotkania doszło od dwóch dni syciłem się spokojem i magią Widłąga.



          Asia akceptuje żeglarstwo tylko w dni ciepłe i słoneczne. Myślę, że według niej najpiękniej żegluje się na jachcie, gdy ten stoi zacumowany przy brzegu, a na pokładzie można urządzić plażę. Nie wiem, czy to przez moje wrodzone lenistwo, czy może przez odwieczny brak chęci mojej żony do opanowania podstaw sztuki żeglarskiej, fakt pozostaje faktem, że zrezygnowałem z pierwotnego planu odwiedzenia jeziora Ruda Woda. Zostaliśmy z magią Widłąga.
        Czystą radością, jaka się tylko tam we mnie rodzi, modliłem się do Wielkiej Tajemnicy Bytu, powtarzając sobie wszystkie te najważniejsze słowa, których sens czyni z bycia jakąś wartość. Dopiero tam, na Widłągu, patrząc na wodę i na las, gdy udaje się znaleźć psychiczną równowagę między chcieć a móc, odczuwa się wagę cnót kardynalnych. Tam, wśród szumu trzcin i szelestu liści Męstwo, Roztropność, Umiarkowanie i Sprawiedliwość ukazują człowiekowi właściwe proporcje, skalę i wartość bycia. Może tylko dla uświadomienia sobie tej mapy ludzkiej przyzwoitości warto było zapatrzeć się w widoku, zagubić w sobie i utonąć w uczuciach.

 
























Po kilku dniach wypoczynku, żeglowania i opalania się, okraszanego kąpielami, nadszedł kres wyprawy po spokój i równowagę. Czas było wracać do domu, do rodziny, do wnuczki, do Gdyni, Trójmiasta, Polski i Polaków. Do rzeczywistości.

          Po powrocie z Mazur do domu zabrałem się za nadrabianie pourlopowych zaległości w czytaniu gazet. Jeszcze się wygodnie nie rozsiadłem w fotelu, jak od razu rzuciły mi się w oczy dwa tytuły: "Prześladowcy w togach" I "Bezczelna Prokuratura". Tytuły mówiły same za siebie. Uff!
Piękny czas się skończył. Cnoty kardynalne szlag trafił.
          Być może nie uwierzyłbym w to, co czytałem, ale sam, nie tak znowu dawno, na własne oczy widziałem, jak pewien prokurator wbrew prawu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew logice i przyzwoitości, tak sobie interpretował prawo, jak mu było wygodnie, gdyż na wskutek sobie tylko znanej przyczyny, znalazł się w niezręcznej sytuacji. Co może zrobić szary obywatel, gdy Jaśnie Pan Prokurator swobodnie dysponuje szarego obywatela szarą prywatnością? Nic, bo kto Jaśnie Panu Prokuratorowi podskoczy? No kto? Nikt! Ten, o którym piszę,czuł się kompletnie bezkarny. Schowany za immunitetem bezczelnie potwierdził, to co przeczytałem w gazecie, że blisko mu do prześladowcy.

          Wierzyć się nie chce,  że ci, którzy kiedyś w "Solidarności" głosili idee demokracji, po dwudziestu latach stworzyli prawo, które dla cwaniaków i politycznych hochsztaplerów nie ma żadnej wartości. Na dodatek stworzyli tym cynikom mechanizm, który złoczyńców chroni przed karą. Nie do wiary, a jednak!

Jeziorak
























Szkoda, że w Polsce tylko Jeziorak i Widłąg mają dla mnie tę magię i pierwotną uczciwość, w której świat wydaje się dobry i sprawiedliwy. To nic, że tak się dzieje tylko w mojej wyobraźni.

21 lipca, 2012

Urodziny Bazuny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:12
        Wspominałem w poprzednim wpisie, że gościłem na jubileuszowej, czterdziestej Bazunie, która w tym roku swą wędrującą scenę rozstawiła w Przywidzu, niedaleko Gdańska.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że Bazuna to Ogólnopolski Turystyczny Przegląd Piosenki Studenckiej. Taka formuła pozwala na dowolne rozszerzanie pojęcia, które kiedyś zwało się piosenką turystyczną. I bardzo dobrze, bo śpiewanie przez czterdzieści lat o urokach przemieszczania się z punktu A do punktu B znudziłoby się i

impreza mogłaby przepaść, a tak jest, żyje i co roku pięknie kwitnie. No, a poza tym, czy chcemy, czy nie, wciąż wędrujemy, bo jak ktoś kiedyś napisał - wędrówką wieczną życie jest. Skoro tak, to podczas tej wędrówki śpiewać trzeba o wszystkim, co w głowie siedzi. Śpiewa się więc o tym, co cieszy, boli, śmieszy i zdumiewa, a także o tym, co uwiera, kręci, podnieca i przestrasza. Ubrani niezobowiązująco, i tak też się czujący, możemy dzięki Bazunie uczestniczyć w corocznej celebrze melodyjnych dźwięków połączonych (czasami nawet w misterny sposób) ze słowami banalnymi bądź nie, jednak prawie zawsze bardzo smacznymi.
 
        W tym roku, z racji jubileuszu, stare, ale jare, spotkało się z młodym, rześkim i obiecującym. Właśnie takim był spontaniczny i energetyczny zespół Nie Po Drodze, który śpiewał (i to jak!) nawet pogańskie pieśni.

Nie po drodze


Słuchałem Nie Po Drodze z otwartymi szeroko uszami i czułem, że są dla Bazuny ożywczą transfuzją świeżej muzycznej krwi.
        Niestety, z racji przemiłego stanu "dziadostwa", jaki mnie dopadł, musiałem po kilkunastu godzinach i dwóch swoich występach, wrócić do Gdyni, by przywitać się z wnuczką Igą.
Niemniej z przyjemnością wspominam spotkanie z przyjaciółmi, których czasem nie widziałem całe wieki. Wśród wielu, wielu pięknych, czterdziestoletnich bazunowiczów miło było widzieć Mufkę, legendarnego barda tej sceny. 

Mufka Jan Błyszczak

Nie zliczę ileż to razy w życiu śpiewałem "Jezioro", moją ulubioną piosenkę autorstwa Jana Mufki Błyszczaka.

        Z równie wielką przyjemnością słuchałem bardzo rzadko występującego w roli śpiewającego kompozytora - Marka Prusakowskiego.

Marek Prusakowski

Ze wzruszeniem spotkałem się z legendarnym zespołem BOOM.

BOOM

        Oczywiście bardzo uważnie wysłuchałem też występu zespołu Zbyszka Szukalskiego - Wolny Przedział. Jestem autorsko związany z tym zespołem, to i nie ma się czemu dziwić, że uwagę miałem wzmożoną. Ładnie zaśpiewali.


Wolny Przedział

        Słyszeć i widzieć Staszka Wawrykiewicza na scenie, to zawsze jest niezwykłe przeżycie. Tak też było i tym razem, gdy Stasiu znowu prosił "...wolniej, wolniej wstrzymaj konia..."

Staszek Wawrykiewicz

        Tuż przed moim drugim koncertem i wyjazdem do domu na Bazunie pojawiła się Ela Adamiak. Kiedyś, dawno, dawno temu napisaliśmy wiele udanych piosenek, które z rozrzewnieniem wspominam do dzisiaj.
          Nie wiem, czy Ela choć jedną z  naszych piosenek zaśpiewała podczas swojego występu na Bazunie, ale wiem, że było mi bardzo miło posiedzieć z Elą i Wackiem Juszczyszynem (Wolna Grupa Bukowina) na trawie i pogawędzić o ważnych i nieważnych sprawach.

Wacek Juszczyszyn i Elżbieta Adamiak
 
        I tak minęła Bazunie i mnie kolejna rocznica. Całe szczęście, że piosenki się nie starzeją, co zobaczyłem, zrozumiałem i odczułem podczas swoich występów w Przywidzu.



        Życzę Bazunie, sobie i wszystkim, którzy czytają te słowa, kolejnej, pięknej i owocnej czterdziestki.

        Jutro ruszam na tygodniowy, wymarzony rejs, po moich ukochanych jeziorach zachodnich Mazur , więc - do zobaczenia, przeczytania i usłyszenia. Ahoj!


20 lipca, 2012

Już!!!

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 07:27

Dzień Dobry

Już jestem. Nie było mnie tu prawie cztery miesiące. Cóż... czasami tak się dzieje, że bez wiedzy i zgody autora jakaś dziedzina jego aktywności zaczyna się psuć i nijak bez radykalnych kroków wybrnąć z kłopotu nie można. Uczyniłem więc kroków kilka i oto w nowej szacie przedstawiam moją starą stronę www.waldemarchylinski.pl zupełnie po nowemu. Mam nadzieję, że się spodoba. Prócz tego, że ma nową grafikę, można teraz czytać moje wpisy słuchając jednocześnie piosenki "Słowa...", którą uruchamia się klikając u góry. W zanadrzu mam jeszcze jedną, graficzną niespodziankę, którą za czas jakiś odkryję. Tymczasem, wracając pamięcią w czas dopiero co miniony, jak tak spojrzeć to...

Pierwszy dzień życia Igi 

...trochę się u mnie działo. O wszystkim, co warte pamięci, postaram się napisać, wszak byłem gościem jubileuszowej "Bazuny", czyli Ogólnopolskiego Turystycznego Przeglądu Piosenki Studenckiej...

Byłem też jurorem kolejnego, trzynastego festiwalu piosenki żeglarskiej "Szanty pod Żurawiem", brałem udział w promocji płyty "Wolnego Przedziału" i w związku z tymi wszystkimi wydarzeniami udzieliłem kilku wywiadów, pokazując się to tu, to tam. Oczywiście zajmowałem się też na bieżąco sprawami mojej rodziny, a wierzcie mi, że jest się czym zajmować. Oj, jest.
Robiłem więc wiele rzeczy
 i anim się obejrzał, jak zostałem dziadkiem. Już? Już!!! 

Iga

Kochani, gdy w dwudziestym dniu miesiąca czerwca, roku pańskiego 2012, o północy, ostatniego dnia wiosny, a pierwszego lata, przyszła na świat przecudnej urody Iga Joanna, córka mojego syna, a moja wnuczka, wszyscy w rodzinie doszczętnie  i nieuleczalnie zwariowaliśmy ze szczęścia, a ja chyba najbardziej. 
Od tamtego dnia każdy czas spędzony z Igą jest piękny, a poranki w jej towarzystwie są wprost bezcenne.

Z Igą o poranku

Proszę mi wierzyć, że nie tylko na tej stronie zaczęło się u mnie dziać nowe. Wiele rzeczy wciąż się zmienia i w najbliższym czasie zmieniać będzie. Staram się, by wartości w tej życiowej zawierusze pozostały niewzruszone. I mam nadzieję, że zmiany te idą na lepsze, bo przecież, jak widać "...rosną nam nowe twarze do słońca..."

13 maja, 2012

Cierpliwości.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:19

Awaria wciąż trwa...

23 kwietnia, 2012

Przepraszam - AWARIA

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:43

Moja strona przechodzi jakąś dziwną chorobę, która polega na tym, że mało co na niej działa. Przepraszam wszystkich gości - czytelników za kłopot i zawód. Mam nadzieję, że prawidłowa diagnoza lekarzy od informatyki postawi moje www... wkrótce na nogi.

30 marca, 2012

Ewcia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:49

Ewcia jest wulkanem energii i piorunującą burzą dowcipu. Śliczna, delikatna i ufna potrafi w jednej minucie przeistoczyć się w wampira, strzygę, upiora i demona. Jeżeli akurat znajduje się na scenie, natychmiast zamienia ją w niezwykłe imperium czarów, którymi paraliżuje oniemiałą i zachwyconą publiczność.

ewa-cichocka

Poznałem Ewę Cichocką w 1982 roku w Olsztynie. Zbyszek Rojek przedstawił Ewcię jako znakomitą tancerkę. Olsztyn wtedy w "tancerstwie" był najlepszy w Polsce, więc i Ewa była najlepsza. Chyba zdobyła nawet wicemistrzostwo kraju w jakiejś rumbie, czy sambie. Zakładając po Trzecim Oddechu Kaczuchy nowy zespół Zbyszek widział Ewę w roli wokalistki i jak się okazało - miał nosa. Ewa równie dobrze śpiewała, jak tańczyła. Zjeździłem później z Ewcią cały kraj, koncertując w wielkich miastach i zapomnianych przez czas i Boga miasteczkach, widziałem ją w tysiącu sytuacji. Wiem, że warta jest swojego imienia, pierwszej kobiety na świecie. Choć nasze drogi krzyżują się teraz niezbyt często, to za każdym razem, gdy się spotykamy widzę, że Ewcia nie zmienia się ani na ciele, ani na duszy. Tak w życiu, jak i na scenie pozostaje niezrównana. To o czym piszę znakomicie oddaje rysunek sprawiony przez żonę naszego przyjaciela i gitarzysty w zespole Kaczki..., Mateusza - Elwiry Iwaszczyszyn, przedstawiający Ewę Cichocką w artystycznym uniesieniu.

ewa-cichocka-rys-elwiry-iwaszczyszyn1

Kiedy grupa Kaczki z Nowej Paczki w 1985 roku, w swym pierwotnym, oryginalnym i najlepszym składzie zakończyła działalność, a ja na stałe wróciłem do Trójmiasta, Ewa wraz z innym członkiem Kaczek - Stefanem Brzozowskim założyła zespół Czerwony Tulipan. Zespół ten, z którym związała się także znakomita olsztyńska wokalistka Krysia Świątecka i gitarzysta Andrzej Czamara święci trumfy po dziś dzień. Wielokrotnie przeżywałem koncerty Ewy i Czerwonego Tulipana i za każdym razem widziałem to samo - rewelacyjny występ publiczność zawsze nagradzała burzliwymi brawami, bisami, a często też owacją na stojąco.

ewa-cichocka-1

Dwa dni temu, 28 marca, Ewa skończyła kolejne "swoje" lata i myślę, że będę wyrazicielem myśli wszystkich moich czytelników, gdy sobie zażyczę - Śpiewaj nam Ewciu przez następne "swoje" lata tak pięknie, jak dotąd. Chyba rzeczą niemożliwą jest, by ktoś nie widział Ewy na scenie czy nie słyszał w radiowej Trójce, gdzie przez długie lata co niedzielę występowała wraz z kabaretem Długi w audycji "Parafonia". Ale mogło się zdarzyć i może dlatego warto posłuchać mojej ulubionej, a rzadkiej w wykonaniu Ewy, bo lirycznej piosenki " I może właśnie dlatego".



Jeżeli smakowało, to na deser jeszcze krótkie wspomnienie koncertu jubileuszowego sprzed dwóch lat, na którym Ewcia wielokrotnie, jak zawsze, przechodziła samą siebie.

24 marca, 2012

Panna W. i Pan K.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:16

Na moim niebie dzisiaj tańczy piękna panna W.

niebo1

Wiatr jeszcze chłodny, ale ciepłe uczucia już kiełkują i tylko patrzeć, jak panna W. objawi się także w stokrotce, która w naszym ogrodzie od roku na nią czeka.

wiosenny-kwiatek

Jednym słowem wszystko, co ciepłe i dobre panna W. za chwilę położy przed nami. A póki co... gorące uczucia można okazywać także bukietem z ubiegłorocznego ostu.

oset-fot-radek-chylinski

Taki właśnie bukiet dwa dni temu mój syn, po powrocie ze spaceru z psem, wręczył swojej żonie w imię gorącej miłości. Czyż ten zwykły oset nie przypomina niezwykłych dzieł impresjonistów? Toż to istny ostowy Van Gogh, choć oset nie słonecznik. Niech się niebo więc niebieszczy w oknie i nadzieja na słonecznik niech nam rośnie. I niech nam się z wiosną żyje radośniej, mimo tego, iż prezes PIS wie, że "...Polacy zostali oszukani... będziemy protestować przeciw tej tzw. reformie i innym wydarzeniom, które mają miejsce w naszym kraju... Będziemy protestowali przeciw temu, żeby władza oszukiwała obywateli...? By jednak nie dać Panu Bogu szans i Tuskowi zbyt wiele pola do działania Marek Jurek, który reprezentuje chyba tylko samego siebie ogłosił przed chwilą, wraz z Panem K.

wiosna-prawicy

Wiosnę Polskiej Prawicy! Ależ mają zielono. Kompletnie...

17 marca, 2012

Mola dwa... tajemnica

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:01

          Najsłynniejszym molem w Polsce jest oczywiście molo w Sopocie. Drugim w rankingu popularności jest, równie stare i równie piękne molo w Orłowie. Poniżej przedstawiam starą widokówkę Orłowa z pierwszym molem, jakie tu zbudowano. Za tamtych czasów Orłowo nazywało się Adlerhorst, co na język polski tłumaczyć można jako Gniazdo Orła, bądź odwrotnie - Orle Gniazdo. Tym, którzy chcieliby z tej nazwy wysnuć jakieś wnioski o podłożu patriotycznym typu:"...Nie rzucim ziemi skąd nasz ród..." od razu wyjaśniam, że nazwa wzięła się od nazwiska osiadłego tu rybaka Johanna Adlera, który tuż przy brzegu morza założył karczmę.

zoppotadlershorst-strandbild-ok-19201

          Nie da się jednak zaprzeczyć, że pobliska posiadłość Kolibki, której Orłowo było częścią, przez całe wieki należała do polskich rodów szlacheckich m.in. Wejherów, Radziwiłłów, Ostromeckich, Sobieskich i Przebendowskich. Właścicielem kolibskiego majątku po śmierci króla Sobieskiego stała się królowa Marysieńka. Stąd też dzisiejsza nazwa promenady, która wysokim brzegiem morza od Kolibek prowadzi do mola w Orłowie - Promenada Królowej Marysieńki. Z racji zamieszkania dość często widuję orłowskie molo i wydawało mi się, że niczym już mnie ono zaskoczyć nie może, a jednak....

orlowo-2012-r-fot-w-chylinski

          W opowieściach, przekazach i na pocztówkach orłowskie molo zawsze występuje w liczbie pojedynczej. Gdy więc, na którymś z portali odkryłem inny, choć dobrze znany mi widok, zdziwienie było co najmniej tak duże, jak gdańska zatoka.

dwa-mola-w-orlowie

          Początkowo myślałem, że to może jakiś techniczny błąd na fotografii, bądź krajobraz z zupełnie innej bajki, podobny do orłowskiego, ale znalazłem drugi widoczek.

orlowo-dwa-mola

          Był więc czas między pierwszą, a drugą wojną światową, gdy w Orłowie były mola dwa. Ot tajemnica... Zagadka? Tak, ale dość szybko rozwiązana. Dzięki portalowi Wolne Forum Gdańsk dowiedziałem się, że "...z tymi molami to było tak, że w 1928 przedłużono stare molo a w 1934 wybudowano nowe..." i że "...zbudowano nowe molo przy użyciu materiałów z rozbiórki gdyńskiego mola, a nie pirsu portu tymczasowego. Nowe molo u wylotu obecnej ul. Orłowskiej wybudowała kompania szkolna baonu mostowego z Modlina latem 1934 r...." I po tajemnicy. Szkoda, bo tajemnica, to chyba najlepsza przyprawa dla naszej zwykłej, często szarej i nijakiej strawy. Choć brak wiedzy rodzi demony i zakreśla granice głupoty, to jednak niewiadoma bywa też przyjemnym dopełnieniem niezwykłości. Niezwykłość zaś jest przyjemnym określeniem stanu, w jakim lubi przebywać nasza dusza. Czyż nie?

10 marca, 2012

Imaginacja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:50

W poprzednim wpisie umieściłem portret Zosi namalowany "intuicyjnie" przez Lucynę Legut. Od razu znalazło się paru znajomych, którzy postanowili sprawdzić, czy nie bujam pisząc o podobieństwie Zosi z portretu, do Zosi z Łodzi. Zgłosili chęć zobaczenia zdjęcia prawdziwej Zosi. Problem w tym, że w swoich zbiorach nie mam zdjęcia czternastoletniej Zosi, a wtedy była ona (według mnie) uderzająco podobna do postaci z obrazu. Niemniej, podczas przeszukiwania zbiorów znalazłem inne, ciekawe zdjęcie.

basia-hauke-i-waldek-chylinski-rok-1972

Na zdjęciu powyżej siedzę w lesie nad Jeziorakiem obok Basi Hauke. Początek lat siedemdziesiątych. Basia ma lat szesnaście, ja osiemnaście. Basia dzisiaj jest mamą Zosi, co chyba łatwo zauważyć, przypatrując się zdjęciom.

zosia-20111

Z tego wniosek, że obraz Lucyny Legut może przedstawiać Zosię, ale może też przedstawiać Basię. A może to portret ich obu jednocześnie, jako imaginacja młodości, niewinności, szlachetności, dobroci i miłości, skupiona w postaci, którą sobie Kochana Lucha tak wyobrażała i w takiej materii zrealizowała.

franek-i-zosia-lato-2011

Na zdjęciu powyżej widać Zosię i Franka, który jest jej kuzynem. Siostrzana czułość, z jaką się Zosia przytula, świadczy o tym, że zdolność Lucyny Legut do tworzenia obrazów za pomocą wyobraźni była po prostu nadzwyczajna. Ta sama delikatność i ulotność, co na obrazie. Moim zdaniem wyobraźnia nie zawiodła. Zawieść mogło tylko coś na styku mojej imaginacji i pamięci, ale to już niech każdy sam oceni. Pozostaje do rozważenia, na ile imaginacja jest w stanie wpływać na rzeczywistość. Wszystko zaczęło się od fantazji. W mojej wyobraźni postać z portretu, to córka mojej siostry Basi - Zosia. Podarowanie mi tego portretu było pięknym gestem Kochanej Luchy w stosunku do mnie i do Zosi. Wyobraźnia spowodowała tak wiele, że to coś, co się wydawało i co się śniło, po prostu się stało i jest. Z wyobraźni cały świat się wziął i na szczęście cały czas tam tkwi.

04 marca, 2012

Sprawy nadprzyrodzone

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:52

          Marek Chojnacki, który na Uniwersytecie Poznańskim jest doktorem od badania procesów twórczych człowieka, przypomniał mi wczoraj za pośrednictwem Facebooka, że jest dzisiaj pewna rocznica. Ale od początku... Kilka lat temu siedząc z Asią przy kolacji dość intensywnie rozmawialiśmy o Zosi, córce mojej prawie siostry z Łodzi. "Prawie" zazwyczaj robi dużą różnicę, ale w tym wypadku nie aż tak wielką. Nie byłby nic do wspomnień, gdybym następnego dnia nie odwiedził Lucyny Legut - sławnej na Wybrzeżu, i nie tylko, aktorki, malarki i pisarki, którą często tu wspominam.

lucyna-legut

          Do Kochanej Luchy wpadałem czasami, ot tak, na ciastko i kawę, właściwie bez powodu. Rozmowy z Legut zawsze były frajdą. Specyficzny i niepowtarzalny styl, w jakim komunikowała się ze światem czynił z każdej chwili obcowania z nią wydarzenie. Takich ludzi, jak na lekarstwo. Siedziałem więc w małym mieszkaniu Kochanej Legut przy ulicy Gospody na Żabiance i coś mi w rozmowie przeszkadzało. Wierciłem się i nie mogłem zebrać myśli, aż w którymś momencie odwróciłem się. Za mną, na ścianie wisiał portret, z którego zerkała na mnie Zosia, bohaterka wczorajszej rozmowy.

zosia-obraz-lucyny-legut

Zatkało mnie. Moje zmieszanie widoczne było na tyle, że musiałem się wytłumaczyć. Lucyna Legut zdjęła obraz i podarowała mi go z pozdrowieniami dla "telepatycznej" modelki. Oczywiście przekazałem "Portret Zosi" Zosi i do dzisiaj zachodzę w głowę, jak to się wszystko zjednoczyło, poprzeniknęło i stało faktem. Sprawa nadprzyrodzona.
          Marek Chojnacki zawiesił wczoraj na FB zdjęcie Lucyny Legut z czasów, kiedy występowała w teatrze...

lucyna-legut-na-scenie

i napisał: Jutro mija rok... Waldku, jakiś zabawny, pikantny fragmencik Twoich wspomnień mile widziany wśród moich znajomych. Mnie frapuje, że każdy słynny kochanek Lucyny Legut stawał się bohaterem kolejnej książki...dla dzieci. Jak patrzę na jej zdjęcia to wydaje mi się, że nie dałbym się zbałamucić. No ale w życiu nie byłem tak blisko L.L. jak Ty. Co wkręcało ? Wyznaj nam to, jeśli możesz...
          Marku, nie byłem aż tak blisko L.L., jak sądzisz. Znałem ją przez kilkanaście lat, uwielbiałem i ceniłem nadzwyczaj. Mimo dużej różnicy wieku byliśmy przyjaciółmi. Ale znam chyba odpowiedź na Twoje pytanie. Wiem, co wkręcało facetów w miłość do autorki książki "Jak zdobyć męża, czyli skok stulecia". Wkręcała ich inteligencja aktorki. Na jej uczucie i towarzystwo mogli liczyć tylko ci, którzy nie bali się jej "zabójczego" dowcipu. Humor Lucyny Legut mógł podniecać, być dla niektórych nałogiem, a nawet fetyszem. Niestety, wszyscy kochankowie polegli, nawet ci najbystrzejsi i najsławniejsi. By pamięć o nich zachować i światu nie głosić męskiej klęski Kochana Lucha, w swej wielkoduszności przerabiała absztyfikantów na... bohaterów bajek. Było jeszcze coś, o czym mi kiedyś powiedziała, ale to sprawa nadprzyrodzona i mówić publicznie bez jej zgody nie wypada. Tej zgody, niestety, już nie będzie.
          Rok temu nieśmiertelna Lucha odeszła z tego "łez padołu" i zapewne na kochanków przerabia teraz całe zastępy aniołów. Wierz lub nie, ale są sprawy nadprzyrodzone, które łączą tam z tu. Wiem co mówię, bo sprawy nadprzyrodzone zdarzają się codziennie i najzwyczajniej w świecie korelują sobie bezkarnie z ludzkimi myślami i marzeniami. Do wczoraj moja synowa spodziewała syna, a od wczoraj spodziewa się już córki. Wychodzi na to, że w czerwcu zamiast wnuka będę miał wnuczkę. O wnuczce też marzyłem. Hurra!!! Są sprawy, o którym naukowcom się nie śniło - przychodzimy, odchodzimy i... znowu przychodzimy.

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY