29 września, 2012

Jesienią świat jest mądrzejszy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:49
         Mówią, że jesień rodzi poetów i grafomanów. Mówią, że jesień, przedpokój zimy, to czas odchodzenia i czas umierania. A ja mówię, że jesień, to najmądrzejsza pora roku. Szaleństwo wiosny mamy już za sobą, radość z lata też za nami, a przed nami "...cichy kąt, ciepły piec..."  i długie wieczory na rozmyślania. Czas na refleksje, posumowania, jakieś wnioski...
          Jeszcze zieleni pełno, choć już zmęczona sobą i słońcem zaczyna się nudzić. Trzyma się gałęzi, ale już siła w niej nie ta i wigoru brak. Za zmianami tęskni. Jeszcze chwila, może dwie i zobaczymy naturę w nowych fatałaszkach. Nim ją wiatr  przed zimą rozbierze będzie się stroić w pastele - żółcie, brązy i złote esy floresy.
Jeszcze dzisiaj w Orłowie zieleń wygląda tak... 

jesień w Orłowie fot. W. Chyliński

...ale jutro już jej nie poznamy. Zieleń, jak kobieta, zmienną jest. Przebierze się kilka razy i zemdlona uroczo opadnie na ziemię, odsłaniając, niby niechcący, powaby jesieni. 

jezioro Ruda Woda fot. W.Chyliński

Tymczasem grzyby już zebrane, radość z marynaty w słoiku czai się w schowku, kominek czeka na drwa i.... 

grzybobranie fot. W. Chyliński

... tylko patrzeć, i cieszyć się ciepłym, domowym spokojem.
          Można się z jesieni ucieszyć. Można się do jesieni przytulić. Można się w jesieni zakochać, choć trzeba się będzie przez jakiś czas obejść bez takich widoków:

ulica w Alcudii fot. W. Chyliński

Za ciepłymi dniami i nocami z pewnością wkrótce zatęsknimy...

Asia i ja i lato 2012 fot. Marek Prusakowski

... i nie raz zimą przyśni mi się ten jeden z najpiękniejszych jachtów, jaki widziałem tego lata.

yacht na morzu śródziemnym fot. w.chylinski

I choć będzie mi się cnić do ciepłych dni na dworze, to jednak rad będę z każdej chwili jesienią, która mi podpowie, jak się na rok następny z życiem ułożyć, by dobrze było, by się spełniło, co się marzy. Tylko jesień ma taki dar, że świat o tej porze roku jest mądrzejszy. Choć jak tak patrzę na dzisiejszy marsz pisowców  w obronie interesów ojca Rydzyka, to nie wiem, czy do końca z tą mądrością jesieni mam rację.




22 września, 2012

Palma...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:24
          Pod presją żony i za namową Marka Prusakowskiego, zacnego człowieka i znakomitego lekarza, którego od dawna mam za przyjaciela, wybrałem się obchodzić swoje urodziny na Mallorce, zwanej u nas Majorką. 9 września wylądowałem wraz z Asią na lotnisku Palma de Mallorca. Marek z Gosią czekali na nas w hotelu.Palma
Podczas kilkudniowego pobytu na tej przepięknej wyspie trafił nam się tylko jeden, przez chwilę jeno zachmurzony dzień. Nie był jednak stracony, spędziliśmy go na przyjemnym spacerze po Alcudii, podczas którego miałem szansę zastanowić się, czy przypadkiem z wiekiem nie odbiła mi palma? Wbrew temu, co widać na zdjęciu obok, dość szybko doszedłem do wniosku, że jeżeli nawet, to palma odbiła mi tylko trochę i na oko nie widać.
Na Majorce trafiliśmy w objęcia upałów, jakich w Polsce tego lata już nie było. Z przyjemnością więc trochę się na tej hiszpańskiej patelni podsmażyłem, nadmiar temperatury studząc w przyjemnie chłodnej wodzie hotelowego basenu. Raczyliśmy się z Markiem dobrymi napojami, żonom podpowiadając smaki. Dolce vita?

przyhotelowy basen na Majorce fot. W. Chylinski
fot. W Chyliński

          Wylatując z Rębiechowa sądziłem, że choć na krótko uwolnię się od tych polskich spraw, które mnie czasami tak bardzo irytują. Niestety, skwiercząc na słońcu wciąż zastanawiałem się, jak i co wygląda u nas, a jak tu, w Hiszpanii i na Balearach. Nieodparcie nasuwały mi się różne porównania i wnioski. Niełatwo jest uwolnić się od polskości.
          Najpierw jednak trochę historii. Pałac Opatów, stojący w pięknym parku w Oliwie, należał kiedyś do zakonu Cystersów.Pałac w Oliwie 1920 r. W 1831 roku klasztor zlikwidowano, a dobra po nim przejął król pruski Fryderyk Wilhelm II i miasto Gdańsk. Od tamtej pory pałacem rządzili opaci komisaryczni (de facto będąc jego właścicielami), których mianował król. Władcami pałacu byli więc "krewni i znajomi królika"  z rodziny Hohenzollern-Hechingen.  Oczywiście, do pałacu należał też przepiękny park. Tak było niemal do 1945 roku, kiedy to pałac podpalili wycofujący się żołnierze Wehrmachtu. Po wojnie społeczeństwo dużym wysiłkiem pałac i park odnowiło i cieszy się tym zabytkiem do dzisiaj. Mało jednak brakowało, a część tego cacka przed kilkoma laty o mało gdańszczanie by nie stracili na rzecz Kościoła, a właściwie na rzecz i dobro nowo mianowanego arcybiskupa gdańskiego Leszka Głodzia, któremu zamarzyło się mieć kilka alejek i trawników w oliwskim parku wyłącznie dla siebie. A wszystko dlatego, że nieopodal parku, za płotem wręcz, mieści się katedra i dotychczasowa rezydencja biskupia. Aferę, która wisiała w powietrzu, załagodził prezydent Adamowicz, przyznając biskupowi na rezydencję zabytek w Starych Szkotach, którego remont miasto w dużej mierze sfinansowało. Nim to jednak nastąpiło przewielebny Głódź wziął udział w posiedzeniu radnych Oliwy i w formie ultymatywnej grzmiał na porządki w mieście. Gdy więc tamtego roku ksiądz, który za sprawą mojej Mamy odwiedził nas po kolędzie, zapytał, jak mi się widzi nowy włodarz w gdańskie diecezji, odpowiedziałem, że nie widzi mi się zupełnie. Na to kolędujący ksiądz stwierdził, że według niego, to dobrze, iż w Trójmieście znalazł się tak dobry gospodarz. Tu nie wytrzymałem i wypaliłem bez ogródek, że biskup w żadnej mierze nie jest gospodarzem miasta i nie powinien zajmować się ani zabieraniem parków, ani prostowaniem chodników, o domaganiu się specjalnych praw nie wspominając. Kolędnik wstał i szybko wyszedł, za to Głódź, chwilowo tylko zaspokojony nową rezydencją, zażądał od miasta nowych przywilejów, zwykłemu śmiertelnikowi niedostępnych. Zamarzyło się bowiem biskupowi, wbrew planom miasta i zdrowemu rozsądkowi, postawić na nowym osiedlu kościół, tuż pod oknami pragnących spokoju gdańszczan. Chociaż na tym osiedlu jest już  jeden kościół, to jednak nie z poręki biskupa Leszka on powstał, więc... Miasto znowu zadrżało, a radni się podzielili i do teraz nie wiadomo, czy głód Głódzia zostanie zaspokojony, czy nie. A jeżeli tak, to na jak długo?
W ten oto sposób latem 2012 roku przewielebny abp Głódź przypomina bardziej wszystkożernego smoka z bajki niż dobrotliwego duszpasterza, a ja leżąc za własne pieniądze na Majorce zastanawiałem się nad tym, co widziałem poprzedniego dnia w małej, majorkańskiej, górskiej mieścinie Lluc.
         Pośród gór Serra de Tramuntana (w jęz. katalońskim, bo w hiszpańskim - Sierra...), które wznoszą się ponad 1000 metrów nad poziom morza, na wysokości 525 metrów leży osada Lluc, a w niej wybudowane w  XVII w. kościół i klasztor.

Klasztor w Lluc
fot. W.Chyliński

Klasztor ów - Santuari de la Mare de Deu, to - jak mówią - centrum duchowe wyspy Mallorca.

Klasztor w Lluc
fot.W.Chyliński

Kiedyś, niczym nasza Częstochowa, oblegany był przez pielgrzymki wiernych, które po dziś dzień się zdarzają, choć...

Ołtarz kościoła w klasztorze w Lluc
fot. W.Chyliński

...dzisiaj, jak zauważyłem, pielgrzymują głównie turyści. Przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, którzy prócz kąpieli w słońcu, morzu i basenie, na zasadzie duchowego all inclusive, chcą, czasem z potrzeby ducha, a częściej ze zwykłej ciekawości, zobaczyć i poczuć coś więcej niż zastawione i pachnące stoły przy hotelowym basenie, czy gorące plaże z bajecznymi widokami.
W kaplicy klasztoru, za głównym ołtarzem znajduje się La Moreneta, czyli Czarna Madonna.

Czarna Madonna - La Moreneta
fot. W Chyliński

          Większość uczestników naszej, polskiej wyprawy, w przeciwieństwie do licznych, niepolskojęzycznych grup zwiedzających kościół, przed Czarną Madonną natychmiast  padła na kolana i zaczęła pod nosem mamrotać zdrowaśki. Wiara to szczera, czy odruch człowieka od dziecka tresowanego w jednym i tylko jednym poglądzie na świat?
          Polski lud się modlił, a przewodniczka uprzejmie wyjaśniała, co i kiedy w klasztorze zrobiono, co i gdzie można teraz zobaczyć. Z tych wyjaśnień, być może za sprawą mojej przyjaznej znajomości z architektem Szczepanem Szotyńskim,  wpadła mi w ucho wiadomość, że przy renowacji sanktuarium pracował sławny Antonio Gaudi. Poza tym dowiedziałem się, że gdybym chciał swoje życie w spokoju przemyśleć, to za 24 euro za dobę mogę sobie wynająć w klasztorze celę. Dowiedziałem się także, że w całym tym ogromnym kompleksie żyje tylko pięciu zakonników, których wspiera załoga świeckich. Generalnie  to właśnie świeccy prowadzą ten, nastawiony na turystów, interes, a nie na pielgrzymów i skutecznie dbają o zabytek. Dlaczego tak? Ano dlatego, że na Majorce, jak powiedziała przewodniczka, tak jak w całej Hiszpanii, na msze do kościoła przychodzi w niedzielę od kilkunastu do kilkudziesięciu, głównie starszych osób. Z takiej wiary i tacy trudno byłoby się Kościołowi w Hiszpanii utrzymać.  
          Dość trudno przychodziło mi wyobrazić sobie katolicką Hiszpanię w roli Francji - najważniejszej i najstarszej córki katolickiego Kościoła, gdzie dzieją się podobne rzeczy.
          Od tych nowin zaschło mi w gardle. Musiała to zauważyć nasza piękna i uprzejma przewodniczka, gdyż doradziła zwilżenie gardła w przyklasztornej restauracji. Prócz kawy, herbaty i jakiegoś prostego śniadania mogłem sobie również zamówić piwo, wino, bądź wódeczkę - wedle smaku i gustu. Była dziesiąta rano, ale co tam...  
          Usiadłem nad piwem i zacząłem się zastanawiać, czy aby ten Głódź, stawiając nowe kościoły, nie przeszarżuje w swych zapędach? Czy uda się w polskim Kościele utrzymać tylu wiernych, by starczyło nie tylko na budowę nowych świątyń, ale też na ich utrzymanie? Już widać, że społeczeństwu coraz mniej podoba się finansowe wsparcie, jakie rząd funduje klerowi. Naród coraz krytyczniej patrzy na armię ludzi w sutannach, targaną skandalami i aferami. Zastanawiałem się, czy Kościół w Polsce ma prawo tak się stawiać, jak się stawia? Czy nauka, jaką głosi jest wystarczającym argumentem, by w dzisiejszych czasach powoływać się na nieomylność? Czy można stawiać siebie za wzór cnót wszelakich i jednocześnie grzeszyć mową, uczynkiem i pychą?
          Siedziałem w klasztorze nad kuflem piwa i gdyby nie te cuda natury...

zatoczka na Majorce
fot. W.Chyliński

... to pewnie bym się upił, a odpowiedzi i tak bym nie znalazł.
          Trzeba było się jednak ruszyć dalej, ciesząc się  z pogody, spokoju, szczęścia i widoków. Do tego, że na Majorce nikt nigdzie, poza wielkimi sklepami, nie wydaje paragonów, zdążyłem się przyzwyczaić, więc gdy płaciłem za piwo w klasztorze, po usłyszeniu "gracias",  na rachunek nie czekałem.
          Zrozumiawszy skąd w Hiszpanii kryzys...


fot. W. Chyliński
... udałem się w rejs po morzu Śródziemnymsmiley.
          Teraz, gdy porównuję nasze Orłowo, do krajobrazów Majorki, cieszę się, że chociaż tyle mamy i nikt nam tego nie chce zabrać.... 

  
01 września, 2012

Prawo na "lewo"

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:35
          Od powrotu z Mazur codziennie, z coraz większym zażenowaniem czytam o polskim wymiarze sprawiedliwości. Szczególnie wybija się tu dorobek wybrzeżowych prokuratur, sądów i urzędów skarbowych. Nie łudźmy się jednak, to nie przypadek jednostkowy, to choroba, która opanowała system i mentalność ludzi wyjętych spod jakiejkolwiek kontroli.
Ręce opadają, jak się człowiek dowiaduje, że w czasie, gdy gość z Amber Gold kradnie z kieszeni współobywateli i państwa miliony, współczujące sądy ogłaszają mu wyroki w zawieszeniu, kolejne prokuratury umarzają sprawy, a kontrola z  Urzędu Skarbowego odpuszcza jakiekolwiek działanie, wysiłek swój poświęcając łapaniu kobitki w punkcie ksero, która przez pośpiech i nieuwagę nie wydała pargonu o wartości 30 groszy. Za to wielkie przestępstwo Urząd Skarbowy wręcza wystraszonej kobicie mandat wysokości 300 zł i wzywa do siebie właściciela punktu, by wręczyć mu za brak nadzoru kolejny mandat na kilkaset złotych. Proszę wierzyć, że sobie tego nie wymyśliłem. W tym czasie należące się Polsce i jej obywatelom miliony idą się najzwyczajniej pieprzyć i nikogo to nie interesuje. Wiwat prawo, wiwat sprawiedliwość, wiwat wszystkie urzędasy!!! 
          W Warszawie prokurator ściga Korę za skręta, który w opinii naukowców jest o wiele mniej szkodliwy niż papieros i choć może sprawę umorzyć, to jednak kieruje ją do sądu. Dura lex sed lex?
W Trójmieście za to prokuratorzy lekką ręką umarzają "grube" sprawy, na których traci społeczeństwo i skarb państwa. Schowani za immunitetem skręcają prawo na "lewo" i traktują je, jak coś, czym wolno posługiwać się bez żadnych zahamowań, wbrew jego literze i duchowi, do woli, wedle uznania i własnego "widzimisię". Zwariować można od tej prawniczej hochsztaplerki i cynicznej polityki w todze. Warto przeczytać  tekst Janusza Palikota w "natemat.pl" -  na ten właśnie temat. Wychodzi na to, że zawsze i wszędzie znajdzie się prawdziwy "bohater" walki o sprawiedliwość i praworządność, wart ministerialnej ochrony i korporacyjnego wsparcia. Każdy może na nim polegać, i polityk, i biznesmen, i... przestępca, tylko nie zwykły, szary obywatel.
Podobnie, jak Ryszard Kalisz, którego swego czasu miałem przyjemność poznać, uważam, że prokuraturę trzeba całkowicie zreformować i poddać jakiejś kontroli, czy nadzorowi. Nadzorowi, choćby wewnętrznemu, ale moralnie nienagannemu. Kiedyś Lord Acton głosił, że władza absolutna demoralizuje absolutnie i niestety, tak jest. Jak widać na przykładach, nie tylko prokuratura uwolniona od odpowiedzialności zdaje się być dzisiaj na najlepszej drodze do absolutnej demoralizacji.

          A tu, bez względu na to, jak działa prawo, powolutku kończy się lato. Obżeram się pomidorami ile wlezie, bo tylko teraz pomidory mają swój oryginalny i niepowtarzalny o innych porach roku smak. Obżeram się więc pomidorami i wspominam kurczaka, jakiego podano nam w restauracji "Pod Żaglami", gdyśmy latem zacumowali przy pomoście w Makowie.



          Makowo, to mała wioska na brzegu Jezioraka. Odkąd pamiętam więcej tam było domków kempingowych niż wiejskich chałup. Miejscowość ta leży mniej więcej w połowie Jezioraka, który jest najdłuższym jeziorem w Polsce. We wspomnianej knajpie, bardzo ładna i przesympatyczna pani zaproponowała nam kurczaka w serze, czymś tam jeszcze i w suszonych pomidorach. Dobre było bardzo. Jak będziecie pływać po Jezioraku, to polecam kurczaka z restauracji "Pod Żaglami". Asia oczywiście wyciągnęła od przesympatycznej pani przepis i teraz, gdy wracamy wspomnieniami na jeziora, wracamy też do tego, kurczakowego zestawu przypraw i dodatków. Co jakiś czas serwujemy go sobie, nie tylko przy kurczaku, i zawsze jest pysznie.

          Jak już jesteśmy przy przepisach, to muszę koniecznie pochwalić się przepisem na szczęście. O każdej porze dnia i nocy, tygodnia, miesiąca, czy roku, bierze się wnuczkę na ręce i mocno do siebie przytula. O tak:



          Uczucie, jakie człowieka przy takim tuleniu wypełnia jest o wiele silniejsze, niż  cała złość z tego powodu, że jakiś marnej jakości człowiek i jeszcze marniejszy prokurator "skręca" sobie prawo na "lewo" i pali...głupa.

PS. ( dopisane 5 września 2012r.)
Premier Tusk także, jak przyznał dzisiaj na konferencji prasowej, jest za reformą prokuratury, i to wstrząsającą. Czyli już chyba wszyscy odczuwają gwałtowną potrzebę zmian. Wszyscy, prócz zainteresowanych. W Trójmieście prokuratorzy mają się dobrze. Żaden nie podał się do dymisji. 



25 sierpnia, 2012

Łelka - Patelka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:19
          Wczoraj wieczorem, zupełnie przypadkowo, natknąłem się w internecie na transmisję koncertu Elżbiety Adamiak. Koncert odbywał się w górach, w ramach Muzycznej Zohyliny, na Głodówce. Ela, z nowym, bardzo młodym zespołem śpiewała pięknie i tak też wyglądała. Koncert Eli Adamiak fot. Kornel O.Dobrze jest, gdy człowiek daje się nieść nurtom, porywom i szkwałom młodości, choćby ta młodość była trochę pożyczona. Dobrze jest, gdy twojemu, może nawet trochę zużytemu czasowi przeszłemu, młodość innych nie pozwala przeminąć. Ważne, że człek, dzięki cudzym problemom i swojej niepamięci, nadal frunie wysoko, przestrzennie i pięknie dla wszystkich, nie dbając o czas.


          Choć Ela podczas wczorajszego koncertu w Tatrach kilka razy wspominała coś o swoich latach, to chyba więcej było w tym kokieterii niż żalu. Mnie się jednak kilka westchnień wyrwało.
         
          Ela Adamiak w moich wspomnieniach zajmuje szczególne miejsce. Wiele pięknych chwil i wzruszeń zawdzięczam tej pierwszej damie piosenki poetyckiej. Nic dziwnego przeto, że koncert Eli, który oglądałem siedząc nad morzem, setki kilometrów od wydarzenia, prócz wzruszeń obudził też wspomnienia. od lewej Dorota Woźniakowska i Ela Adamiak

          Poznałem Elę w 1975 roku w Łodzi na Yapie, na którą zaprosił mnie człowiek o duszy przecudnej urody, acz trudnym charakterze - Wojtek Hempel. To on podszedł do mnie podczas występu Eli, która grając na gitarze śpiewała w duecie z Dorotą Woźniakowską piosenkę "Jesienna zaduma". I dokładnie w tym momencie, który widać na zdjęciu obok, powiedział - Chciałbym żebyś poznał Elę, bo ona tekstów nie ma... 
Potem między mną i Elą nastąpiła wymiana listów, uprzejmości i... tekstów, które specjalnie dla niej pisałem. W nagrodę dostałem od Eli zdjęcie....

Ela Adamiak 1976

... z dedykacją.
.
dedykacja od Eli Adamiak 1976r


          Miłe to było i wzruszające, W niecałe dwa lata później pojawił się Andrzej Poniedzielski i nie ja już byłem kochanym "tekściarzem". Po kolejnych dwóch latach Ela z Andrzejem byli ważnymi gośćmi na moim ślubie z Asią w Gdyni. Ela była moim świadkiem.

Ela Adamiak i Andrzej Poniedzielski na moim ślubie 1979r.

          W niedługi czas potem my byliśmy gośćmi na weselu Eli i Andrzeja, które odbyło się w sławnym łódzkim klubie "Siódemki". My nad morzem, oni w Łodzi i nasze życiowe drogi powoli zaczęły się rozchodzićKoncert Eli Adamiak 1978r.
          Pewnie mógłbym w tym miejscu zakończyć wspomnienia, dodając jeszcze tylko, że spotykaliśmy się później z Elą czasami i zawsze tkliwie przypominaliśmy sobie stare czasy, starych przyjaciół i nasze stare piosenki. Mógłbym tak zakończyć, gdyby nie fakt, że w internecie znalazłem niedawno nagranie, które w moim życiu i wspomnieniach pozostawiło trwały ślad, a Ela Adamiak i Andrzej Poniedzielski też brali w nim udział.
          Chodzi o program TVP z 1978 roku, który powstał z pomysłu Macieja Zembatego (w czerwcu minęła pierwsza rocznica śmierci Maćka) pt."Pieśni miłości i nienawiści - Leonarda Cohena".
          Już kiedyś o tym wydarzeniu w "Codziennościach" pisałem, więc tylko przypomnę, że nagranie tego programu, w którym udział wzięła m.in. bohaterka ostatnich sensacji Olga J., zwana też Korą, było w tamtych czasach dość specyficznym przedsięwzięciem. Nagrywaliśmy bowiem wszystko na żywo, jak leci, co dało niesamowity, surowy i chropowaty efekt, ale też osadziło program w szorstkim klimacie, bardzo dobrze oddającym atmosferę piosenek Cohena. Śpiewałem piosenkę "Siostry miłosierdzia". W chórkach prócz Kory i Teresy Haremzy śpiewała także Ela i dlatego swoich wspomnień jeszcze nie kończę. Co ciekawe to to, że moje wykonanie opisano w archiwum TVP, jako wykonanie Jacka Bednarka. Być może Jacek gdzieś śpiewał, ale nie w tym programie i nie z nami. Z nami Jacek rewelacyjnie grał na kontrabasie, o czym możecie się przekonać klikając poniżej:




           Znalazłem też starą recenzję tego programu, który dzięki cenzurze natychmiast po nagraniu trafił na "półkę". Telewidzowie mogli zobaczyć go dopiero w czasie tzw. karnawału Solidarności, a dokładnie 12 stycznia 1981 roku. Potem znowu program aresztowano i osadzono w telewizyjnym więzieniu, gdzie tkwił aż do czasu Okrągłego Stołu, czyli do 1989 roku.

recenzja 

           Po 1989 roku spektakl "Pieśni miłości i nienawiści" kilka razy powtarzano i nawet nagrałem go sobie na taśmę magnetowidową. Niestety, jakość tego nagrania była całkiem marna.
          Świat z wynalazkami pędzi, jak szalony. czasami trudno mi się w tym wszystkim połapać. Bywa, że nie mogąc czegoś szybko pojąć, wściekam się na siebie, obsmarowuję w myślach, że nie nadążam, że głupi jestem, że stary... Żal mi, że nie mogę czegoś używać i z czegoś korzystać, ku chwale ludzkiej myśli i zdolności, tylko dlatego, że coraz mniej pojmuję.
          Internet jest jednak wynalazkiem, nad którym pieję z zachwytu, mimo że korzystam z niego w dość ograniczonym stopniu. Nie przeszkodziło mi to jednak w tym, by nie wychodząc z domu, spotkać się wczoraj z Elą na jej koncercie w Tatrach i przypomnieć sobie, jak to kiedyś razem z  Romanem Wilhelmim, Korą i innymi po kilku dniach prób weszliśmy do studia i migiem nagraliśmy program, który się nigdy nie zestarzeje. W przenośni i dosłownie. Dzięki temu Ela, Andrzej i ja już zawsze będziemy młodzi. Aż trudno uwierzyć, ale oto dowód - cały program: Leonard Cohen  "Pieśni miłości i nienawiści".


18 sierpnia, 2012

Życie w żółtej łodzi podwodnej

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:56
          Dokładnie 50 lat temu, 18 sierpnia 1962 roku odbył się pierwszy koncert zespołu The Beatles w ostatecznym i znanym całemu światu składzie: John Lennon, Paul McCartney, Georg Harrison i Ringo Starr.
           Pamiętam, kiedy i gdzie pierwszy raz usłyszałem "Satisfaction" - The Rolling Stones, ale kompletnie nie wiem kiedy i w jakich okolicznościach usłyszałem pierwszy raz The Beatles.



Myślę, że była to piosenka 
"Love Me Do", ale równie dobrze mogła być to " Please Please Me", czy "Twist and Shout". Nie pamiętam. Pamiętam za to, że zakochałem się w tej muzyce od pierwszego usłyszenia tak, jak cała reszta świata w moim wieku. A miałem wtedy dwanaście, może trzynaście lat i uczyłem się w czwartej, a może piątej klasie szkoły podstawowej. Choć w tamtym czasie wrażenie na mnie robiła także Kasia Sobczyk z Czerwono-Czarnych i jej piosenka "Mały Książe", choć rozczulał mnie, i rozczula do dzisiaj, Stanisław Guzek - późniejszy Stan Borys - śpiewający z Bleckautami "Annę", choć do mojej wyobraźni z hukiem wdarły się też Czerwone Gitary z dość głupawą piosenką "No bo ty się boisz myszy", to jednak faceci z Liverpoolu zawsze byli ponad wszystko. 
          To nic, że później słyszałem setki pięknych piosenek i wzruszałem się przy dziesiątkach genialnych utworów. To nic, że nawet płakałem przy pierwszym odsłuchiwaniu "Dark Side of the Moon"- Pink Floyd. To nic, bo The Beatles zawsze był najlepszy. Wszystko, co było w dźwiękach Beatlesów wchodziło do mojej głowy lekko, lekko, leciuteńko i w sposób jedyny w swoim rodzaju układało moje myśli i uczucia w przyjazne ciągi wzruszeń, których nigdy się nie wstydziłem. Świat przy ich piosenkach wydawał się dużo lepszy i piękniejszy, niż był w istocie.

          Wśród moich kolegów nie było dzieci marynarzy, a więc płyty z angielską muzyką zdarzały się sporadycznie. Polskie radio dość rzadko puszczało zachodnią muzykę. Powszechną popularność zdobyło sobie wtedy Radio Luxemburg.  Ech, te trzaski, szmery i zanikające fale... Ulubionych piosenek słuchało się też na dźwiękowych pocztówkach, które można było zakupić w tzw. Studiach Nagrań. Te Studia Nagrań Dźwiękowych były prywatną inicjatywą taką, jak drobni sklepikarze handlujący konfekcją, której żaden państwowy zakład nie produkował. Obok płaszcza według francuskiej mody, można było kupić futrzaną czapkę, a nawet całe futro ze srebrnych lisów. Obok pasków do spodni z wymyślnymi klamrami leżały krawaty z gołą babą opartą o palmę. Tam też, i tylko tam, można było nabyć "najprawdziwsze bitelsówy" - buty ze skóry, bez sznurowadeł z ostrym czubem. Marzyłem o nich.
          W Gdańsku najpopularniejszym Studiem Nagrań z dźwiękowymi pocztówkami było to, które mieściło się w okrętowej nadbudówce ustawionej, ku rozpaczy architektów i historyków, na wyspie przy Wielkim Młynie, co to go jeszcze Krzyżacy w 1350 roku budowali.
          Drugie mieściło się niedaleko mojego domu we Wrzeszczu, na parterze biurowego budynku na rogu ulicy Grunwaldzkiej i Jaśkowej Doliny. Prócz tego, że można było sobie taką dźwiękową pocztówkę kupić, to na dodatek można też było na dźwiękach wybranej piosenki nagrać dla kogoś osobistą dedykację. 
Moje koleżanki z klasy nie tylko były ode mnie wyższe i mądrzejsze, ale chyba też doroślejsze, bo nie zwracały na mnie specjalnej uwagi. Przekraczało moją odwagę ciułanie nędznych groszy, jakie dostawałem czasem od rodziców, by na grającej pocztówce z piosenką "Misery" zadedykować, którejś z nich swoje - mizerne w doświadczenia - uczucia.




          Później, choć z uczuciami nadal radziłem sobie kiepsko, a młodzieńcza nieśmiałość jeszcze bardziej mnie zatrzymywała w zalotach, to piosenki Beatlesów pozwalały mi czasami przekraczać bariery, które dzieliły życie gówniarza od życia faceta. Kolejne kawałki Lennona i McCartneya robiły na takim smarkaczu, jak ja, potężne wrażenie.  Do dzisiaj, gdy słucham kawałków z pierwszego longplaya "Please Please Me", z "Help", z "Abbey Road", czy też z ostatniego albumu Beatlesów - "Let it be", w mojej pamięci, jak w filmie ożywają obrazy pierwsze. Widzę, przeżywam, wręcz czuję smaki i zapachy tamtych miejsc i chwil, gdzie pierwszy raz słuchałem na przykład " A Hard Day's Night".
Do dzisiaj, gdy przyjdzie mi do głowy motyw z "If I Feel", 
to nie przymykając oczu, niezależnie od pory roku i tego, gdzie się znajduję, nieodmiennie idę jesienną ulicą Dworcową na gdańskiej Oruni, wracając od babci. Jest chłodny wieczór, palą się szarym światłem smutne i nieliczne latarnie. Idę wśród starych, czynszowych kamienic rozgarniając butami sterty pożółkłych liści leżących na chodniku. Przechodzę koło barakowatej remizy i zapyziałego domu kultury. Mijam resztki parku należącego kiedyś do ojca Arthura Schopenhauera i idę w kierunku przystanku tramwajowego na ulicy Jedności Robotniczej. Wtedy z okna jednego z tych zaniedbanych domów sączy się i płynie ku mnie ulicą muzyka. Słyszę Lennona, jak  śpiewa "...If I give my heart to you / I must be sure / From the very start / That you would love me more than her..."

  

          The Beatles piosenkami, bez armat i ofiar przewrócili świat do góry nogami. Po Beatlesach nic nie było już takie samo. Zmienili muzykę, kulturę, politykę, ludzi, świat... Wszystko. Okazało się po raz kolejny, że muzyka nie zna granic. Nasza siermiężna i szmatława rzeczywistość dzięki muzyce Beatlesów nabrała barw i stała się znośniejsza, budząc jednocześnie nadzieję - jak dzisiaj wiemy - spełnioną.,

 
          Dlatego ucieszyłem się, gdy doszły mnie wieści, że Marcin Jacobson - manager i promotor kultury - urządza w Gdańsku obchody z okazji 50-lecia pierwszego koncertu Beatlesów w składzie, jaki wszyscy znamy. Z tej okazji zwodował dzisiaj na Motławie piękną, żółtą łódź podwodną.



Brawo Marcin!!!
          Wciąż aktualną prawdą jest to, co napisał w 1977 roku, w tomiku "Po drugiej stronie", Aleksander Jurewicz. Ostatni wiersz we wspomnianym zbiorze Olo zatytułował: "Epoka Beatlesów jeszcze trwa".  Trwa, jak najbardziej trwa i pewnie trwać będzie dotąd, dokąd wszyscy będziemy chcieli żyć w żółtej łodzi podwodnej. 

PS. Na dowód tego, co wyżej, zdjęcie zeszytu z 1965 roku. Znalazłem to niedawno, chyba na FB.
 


Do miłego...
12 sierpnia, 2012

Ahoj, Helenko

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:20
          Gdy w ubiegłym roku Michał Juszczakiewicz - aktor i reżyser, który prowadził kiedyś znany program "Od przedszkola do Opola"- zadzwonił do mnie i zaprosił do jury gdańskiej imprezy pt. "Szanty pod Żurawiem" zaskoczony byłem bardzo. Żeglarzem owszem jestem, piosenki śpiewam i piszę, ale z szantą tyle miałem wspólnego, co sobie ją czasem w czasie rejsu, czy zimą przy kominku zanuciłem, wraz z przyjacielem Leszkiem Szczechulą, który pieśni żeglarskie zna prawie wszystkie. Ba, musiałem się potem nawet  tłumaczyć ze swego zasiadania w szantowym jury, co wyglądało tak:"...Tym, którzy się dziwią, jak facet, który do tej pory z szantami nie miał nic wspólnego zasiadł w jury szantowego festiwalu wyjaśniam, że organizator postawił w moim przypadku na inne doświadczenie, niż to związane węzłem ratowniczym z szantami. Podczas prac jury baczyłem na cumy, jakie wiążą piosenkę żeglarską z piosenką ogólną, czyli piosenką jako taką:). Nie bez znaczenia był też mój stopień żeglarski - sternik jachtowy i rodzinne, żeglarskie wychowanie..."
          


          W tym roku Michał również zadzwonił. Zaproszenie do ponownego jurorowania odebrałem z satysfakcją. Widać ubiegłoroczną edycję organizator uznał za udaną i sukces chciałby powtórzyć. Oczywiście zgodziłem się z radością, ciekaw będąc, co usłyszę i zobaczę w tym roku. A do tego ciągnęła mnie jeszcze ta niepowtarzalna atmosfera koncertu, który odbywa się co roku w ramach większej imprezy Baltic Sail, czyli zjazdu żaglowców na Motławie w Gdańsku.



          Ludzie wszystko dzielą, porządkują, układają, nazywają i segregują. Nie inaczej jest w muzyce. W zamierzchłych czasach istniała muzyka dworów i muzyka ludowa. Gdy byłem chłopcem dowiedziałem się, że jest muzyka poważna i rozrywkowa. W muzyce rozrywkowej była piosenka lekka, łatwa i przyjemna, ale istniała tuż obok muzyka z piosenką rockową. Muzyka rockowa w Polsce najpierw nazywała się Muzyką Mocnego Uderzenia, czyli big beatem, bo komunistom dość trudno było przełykać wzorce i nazwy ze zgniłego Zachodu.
          Z czasem dowiedziałem się, że oprócz rocka istnieje piosenka country i jazz, ballada poetycka, czyli poezja śpiewana, piosenka podwórkowa i kabaretowa, której znakomitym przedstawicielem jest Olek Grotowski. Olek odwiedził nas w tym roku nad Motławą.
                  Dzielono więc piosenkę na popularną i zakazaną, na studencką i turystyczną, na dziecięcą (muszę wymyślić przegląd piosenki wiekowej, starczej i stetryczałej) i młodzieżową, a także na piosenkę żeglarską. Z tych wszystkich podziałów, o których obecnie słyszę, nie rozumiem prawie nic. Z podziwem słucham, gdy redaktorzy od muzyki prześcigają się w określaniu tejże muzyki dobrze brzmiącymi nazwami, lecz dla mnie kompletnie niezrozumiałymi. Cóż, nie nadążam. Prościej by było dzielić na ładne i brzydkie, złe i dobre, gdyby gust w ludziach był jednolity, a wzorce zgodne i oczywiste. To jednak, co dla jednego jest dobre i słodkie, drugiego mdli od pierwszych taktów. To, co jeden przeżywa z uniesieniem godnym religii, drugiemu przypomina kakofonię dźwięków wartych wyłączenia prądu i zapomnieniu o tym, że wynaleziono koło. Trzeba się więc pogodzić z tym, że "szufladki" są, bo są. I w gruncie rzeczy może i dobrze, bo są drogowskazem nie tyle dla artystów, co dla słuchaczy i ich bardziej lub mniej wyrobionego smaku.
          Chyba nikomu, kto 6 lipca tego roku na Placu Rybnym w Gdańsku zobaczył Mirka Kowala Kowalewskiego, legendarnego Zejmana i showmana, na pewno nie przyszło do głowy, że na scenie obok wystąpi tego dnia Bajm. Każdy, kto choć przypadkiem zetknął się z szantami ten wie, kto zacz ten Kowal i z pewnością domyślił się, że na estradę wejdą Ci, którzy zostali opisani i zaszufladkowani, jako wykonawcy szanty.
          Z listy wykonawców, jaką otrzymałem na dzień dobry, dowiedziałem się, że w stosunku do roku poprzedniego, zmian wśród solistów i zespołów nastąpiło niewiele. Wnioskuję z tego, że przy dość sporym rynku i zapotrzebowaniu na szantę i pieśń żeglarską nad morzem i Mazurach, stan obecności w "garderobie gwiazd" jest dość ograniczony.
         Podobna refleksja naszła mnie kilkanaście dni wcześniej, gdy byłem na Bazunie.Tam chyba też od lat na scenie pojawiają się te same twarze i do złudzenia podobny repertuar. W żadnym wypadku nie jest to zarzut, bo jak coś jest smaczne, to trzeba to serwować. Czy jednak nie ma nic w tym dziwnego, że kanon piosenki turystycznej, czy żeglarskiej, raz ustalony, nie zmienia się i nie rozwija od lat.  Czy na Bazunie ktoś w ogóle próbuje przeskoczyć Wojtka Bellona, Adama Drąga, Elę Adamiak, bądź Wały Jagielońskie? Czy w piosence żeglarskiej napisał ktoś ostatnio coś, co byłoby inne i lepsze od tego, co stworzył kiedyś Jurek Porębski? Oczywiście po "Gdzie ta keja" powstało setki świetnych piosenek, ale czy któraś z nich na mecie miała lepszy czas, że się tak po olimpijsku wyrażę?

         


          Jurek Porębski w piosence żeglarskiej ma taką pozycję, jaką w piosence turystycznej ma Wolna Grupa Bukowina. To oni kładli kiedyś fundamenty, nim ktoś to zdążył nazwać i skatalogować. Dlatego ucieszyłem się bardzo, gdy ponownie zobaczyłem Jurka i jego żonę Helenkę w Gdańsku. Jurek, tak jak w tamtym roku, przyjechał ze Świnoujścia przewodniczyć Jury "Szanty Pod Żurawiem". Skład jury się nie zmienił. Do naszego grona dołączyła Dusia Staroniewicz, więc po południu mogliśmy zacząć słuchać i oceniać przyjaciół na scenie.

         W tym roku było tak, że każdy śpiewał, co chciał. Warunkiem jednak było zamieszczenie w programie choć jednej nowej, świeżej, chrupiącej i najlepiej jeszcze ciepłej piosenki. I tak też było. Kolejni artyści zapowiadali swoje nowości, a my łapaliśmy za długopisy.



          Podczas koncertu pojawiały się piosenki lepsze i gorsze, słabe i znakomite, ale przy niemal wszystkich widownia zgromadzona nad Motławą bawiła się świetnie. 
Kiedy tuż przed północą przyszło nam wydać werdykt, to mieliśmy z tym trochę kłopotu. Szczególnie mnie było trudno, gdyż w jednym z zespołów śpiewała zaprzyjaźniona ze mną Beata Bartelik. Z nieocenioną pomocą przyszła nam na posiedzeniu jury żona szefa, czyli Helenka Porębska, która nie wtrącając się w werdykt, zachowując pełen powagi dystans i umiar, tak potrafiła zakręcić naszą uwagą, że przyznanie nagród w rezultacie poszło nam szybko i bezboleśnie. Cóż za piękna i mądra kobieta!

 

Gdy już Michał trzymał w ręku werdykt pstryknąłem zdjęcie, na którym jest z muzą artysty Porębskiego - Helenką, bez której wiele rzeczy w piosence żeglarskiej nie miało by sensu - nasz werdykt być może też. 
 
          Dla kronikarskiego porządku dodam, że w tym roku  najlepszym okazał się zespół Flash Creep w znakomicie napisanej i zaśpiewanej piosence "Sally". Nie tylko na mnie zrobili duże wrażenie. Świetnie zagrali także muzycy z zespołu Smugglers posługując się w piosence językiem kaszubskim. Ciekawostką w tym roku, którą wymyślił Jerzy, było przyznanie po raz pierwszy tytułu i godność Barda Motławy. Tytuł ten otrzymał m.in. Andrzej Starzec, bard zasłużony nie tylko w piosence żeglarskiej, ale też harcerskiej, skoro po szufladach od początku grzebię.
          I jeszcze jedno. W ubiegłym roku dostałem od Jurka Porębskiego płytę, na której nagrał swoje żeglarskie piosenki w wersji jazzowej.Znakomita. Słuchałem tego w samochodzie potem dobre parę miesięcy. W tym roku obdarowany zostałem autorską płytą przez Mirka Kowalewskiego i też sobie słucham z przyjemnością.



I to by było na tyle. Ahoj!!!

07 sierpnia, 2012

W co się zmieniamy?

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:50
         Oglądając w TVP serial "Rancho" kręciłem głową. Serialowe Wilkowyje z tymi eleganckimi i zadbanymi domami, uporządkowanymi obejściami i z tymi wnętrzami, jak z żurnala, wydawały mi się fałszem, nieprawdziwym obrazem wsi. Polska wieś na wschodzie w mojej pamięci zachowała się zupełnie inaczej. Wyglądała na zaniedbaną, zacofaną i biedną,  choć przytulną i swojską. Kury po niegrabionym podwórku od świtu ganiał kogut, w trzymającym się wiatru chlewiku chrząkały świnie, a koń ciągnął skrzypiący, drabiniasty wóz. Pies ujadał przy budzie, a moja kuzynka Krysia, w piaszczystym kurzu wiejskiej drogi gnała na pastwisko krowy. Za domem rosły malwy, a w warzywniku do kiszenia szykowały się ogórki, coraz niecierpliwiej zerkając na koper. W powietrzu pachniało słońcem, sianem i... I mógłbym za Andrzejem Stasiukiem, który w ostatnim Magazynie Świątecznym G.W. udzielił wywiadu pod tytułem "Bo we mnie jest wieś", powiedzieć: "...Kiedy idę przez wiochę i czuję zapach gnoju, dymu z pieca, piasku, pylistej drogi, schnącego siana, to po prostu cios w serce. I jeszcze woń podsmażonej cebuli, gdy nadchodzi pora obiadu Taka tęsknota się wtedy budzi, że aż trudno mi ją opisać..."   Chyba też stęskniłem się za taką wsią, bo jakoś tak już wiosną wpadł mi do głowy pewien plan...


         
          Dobrej pogody w maju nie było. Polowałem na prognozy i kiedy usłyszałem, że około dwudziestego jest szansa na słońce, ruszyłem. Przyszło mi bowiem do głowy, by po dziesiątkach lat odwiedzić z Mamą wieś, w której się urodziła i wychowała. Mama swój godny wiek już ma i coraz częściej wspomina przeszłość. Pomyślałem, że taka sentymentalna podróż może być dla Mamy przeżyciem, które przetrze zakurzone wspomnienia i nowych wrażeń jeszcze doda. Tak to już jest, że dla większości z nas dzieciństwo jest wspomnieniem ciepłym i czarownym
. Dla Mamy też cała cudność tego świata pochodzi z Olszyca, sielskiej i anielskiej wsi na Mazowszu. Złego nie chce się pamiętać, a dobre, jak nam się wydaje, prowadzi nas do końca życia.
 

          Tadziu Prusiński, olsztyński dziennikarz, pisarz, człek przyjacielski i zacny, przypomniał mi, że już jakiś czas temu wieś pod Siedlcami opisywałem. Kliknąłem i faktycznie...
          "...
Niezwykłe dla mnie było na maminej wsi to, że nie było prądu. Powitalna kolacja oświetlana była lampami, z których mizerne światło sączyło się z pojemnika z naftą. Czas się cofał do rzeczy i zdarzeń, których nie znałem.
          Ranek przywitał mnie jasnym strumieniem ciepła w oknie i zapachem siana. Słyszałem trel ptasi w ogrodzie i porykiwania krów pędzonych na pastwisko. Psy w zagrodach ujadały na przechodzących piaszczystą drogą ludzi, którzy mijając się schylali głowy, lub unosząc w górę czapki, witali dwoma słowy: - Szczęść Boże. Wszyscy w domu, choć dawno wstali, starali się poruszać cicho, by nie zbudzić, jak mówili - Taaaakich wielkich gości.
         Dom kuzynostwa był drewnianą chałupą z bielonymi wewnątrz ścianami. Dwie izby i sionka, to wszystko, co było im potrzebne, by żyć po bożemu. Na podwórzec wychodziło się wprost na lichy płot, na którym suszyły się jakieś garnki i szmaty. Choć drewniana obórka, w której prócz krowy stał koń, chyliła się ku upadkowi, ciągle była użyteczna i po drabinie można było wspiąć się na jej strych, gdzie przechowywano siano. Letnie noce, przespane później na tym sianie, zapadały na długo w pamięci...".


         Przy okazji wymiany wiadomości wyszło na jaw, że Tadeusz też wpadł na pomysł odwiedzenia wsi, tyle że w lipcu: "...Przez kilka dni, gdy żeglowaliście, byłem na Mazowszu. To, o czym piszesz w ostatnich fragmentach "Widłąga" (o wizytach na podsiedleckiej wsi), znam również z autopsji - gościnność, te poranne odgłosy, skrzypienia, ptasie trele, klekot bociana, zapach siana, łąk pod wieczór, mleka z wieczornego udoju, spoconej końskiej skóry, rozgrzane letnie wiejskie gumno, zastodole, sosnowy las...
Teraz tego wszystkiego jakby mniej, ale zapachy i trele niezmiennie te same (choć tych gospodarskich też mniej) - bo krów i koni nie ma, studni też, stogów zboża, piaszczyste drogi wyasfaltowane, zabudowania nowe, solidne, obejścia wygrodzone i w części polbrukowe, kombajny, traktory, auta w garażach, ogrodowe lampy - elegancja Francja. Tak przemija postać świata - żeby powtórzyć za Hanną Malewską...".


Jechałem do Olszyca z dużą ciekawością. Już sam fakt, że jechałem tam autostradą, która jeszcze parę lat temu nikomu w Polsce się nie śniła, powinien mi podpowiedzieć, że mogę nie zobaczyć tego, co mam w pamięci. A mimo to, wiozłem nadzieję odnalezienia utraconego czasu.

         Wschodzące słońce pożegnało nas w Gdyni, a zachodzące przywitało w Olszycu. Godzinka nam zeszła na jeździe do Torunia, a ze dwie, nie licząc postojów dla odpoczynku, na podróży do Płońska. W Warszawie, na Wisłostradzie trochę zmarudziłem, pogubiłem się i musiałem zawracać, ale mimo to przed zmierzchem byliśmy na miejscu. 
Wystarczyło mi jedno spojrzenie na wieś przy wjeździe, by się przekonać, że Wilkowyje to żaden wymysł scenografa i żaden naciągany obrazek reżysera. Kuzynka przywitała nas tak, jak kiedyś witali nas jej rodzice - wylewnie i serdecznie. Zaprosiła do domu, który w niczym nie przypominał tamtej starej, drewnianej chaty, choć tamta stara chata ocalała i stoi nieopodal czekając na... kupca.
Jak się okazuje, gospodarze zachowują te stare budynki, gdyż jest na nie popyt
. Miastowi, którzy szukają odpoczynku i spokoju na wsi, kupują je, rozkładają na części i przewożą na swoje działki, po czym składają, remontując przy okazji. Mówią, że to zdrowe domy z duszą. Zdrowie w drewnie można sprzedać, można kupić, ale żeby duszą handlować? Tak czy inaczej, wcześniej, czy później, te wszystkie drewniane domy, stajenki, chlewiki i komórki nabywcę znajdą. Czegóż to się nie kupi i nie wyremontuje, by tylko spowolnić bieg życia w tych szalonych czasach. I dobrze, bo w tym drewnie, oprócz zdrowia, duszy i szczęścia jest jeszcze zaklęty czas, który gołym okiem widać.
Podczas spacerów z Mamą po wsi niejednego się dowiedziałem, o czym Mama wcześniej nie wspominała. Ciekawe było dowiedzieć się, kto przed wojną był we wsi największym oryginałem, dokąd pędziło się krowy, gdzie stał dom, w którym urodziła się moja babcia, a gdzie ten, w którym na świat przyszła Mama, i jakie jest pokrewieństwo sławnego polityka Dmowskiego z Dmowskimi, którzy mieszkali obok domu Mamy, a byli spokrewnieni z babcią. Ciekawie też brzmiała opowieść o tym, jak powstała wieś i jak się podzieliła na trzy części: na Olszyc Szlachecki, Włościański i Folwark.

 

Słuchałem z zapartym tchem tego, kto kiedy od kogo, co kupił, i co z tego wynikło, kto kogo oszukał i kto kogo uratował. Jakże barwną postacią, wartą dobrego pióra, musiał być sąsiad dziadków, który uważał się za księcia i tak też kazał się tytułować, innych gospodarzy zawsze tytułując - Dziedzicu. Mama chodząc wśród pól wspominała swoich braci, siostry, rodziców i tamte czasy. Mówiła o koleżankach ze szkoły, o sąsiadach, o wojnie, pierwszym niezwykłym doświadczeniu, które budziło strach. Opowiadała o drzewach, które posadził jej brat na skraju drogi, tuż przy ich domu. Z pięciu dorodnych jesionów zostały dwa – i z nimi Mama przy wyjeździe najdłużej się żegnała, jak z rodziną.



Chodząc po wsi przenosiliśmy się w czasie, przywracając wspomnieniom jasność, ostrość i kolor, nie bacząc, że czas rzeczywisty mija. W powrocie do rzeczywistości nie pomógł nam też taki, jak się później dowiedzieliśmy, coraz rzadszy widok na wsi.




Bo i kto będzie krowy gonił przez wieś, kury zaganiał do kurnika i konia zaprzęgał, by obrazek był sielski, gdy łatwiej kupić bilet, wsiąść do samolotu, za chlebem, a po jakimś czasie...



          I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu większość mieszkańców wsi w centralnej i wschodniej Polsce nie była dobrze nastawiona do Unii Europejskiej. A teraz proszę... Ponoć w całej wsi prawdziwych rolników zliczyć można na palcach jednej ręki. Wieś bez rolników? Zmienia się i nikt tego już nie zatrzyma. A czy to dobrze? Stasiuk też nie bardzo wie - i mówi dziennikarce: "...Wieś się kończy. Nie będzie wsi w dotychczasowym znaczeniu. Będą fabryki mięsa, mleka, mąki. I schludne domki jak z austriackich ogródków. I takie miejsca jak nasza wieś, gdzie "miejskich" rekreacyjnych domów jest już tyle samo co wiejskich. Ludzkość uwierzyła, że wszyscy będziemy żyli w miastach. Wykorzeniamy się z życia blisko natury, w całym tego słowa znaczeniu. Chcemy je porzucić, wyemancypować się z symbolicznego ciężaru ziemi. Tak jak chcemy się wyzwolić z ciężaru własnych ciał. Na przykład za pomocą biotechnologii. Zamieniamy się w klony cywilizacji. To jest i straszne, i strasznie ciekawe: w co się zamienimy?...".
Wróciliśmy do domu szczęśliwi i wzruszeni. Szczęśliwi, bo dawne pojęcia o dwóch Polskach odchodzi w niepamięć i teraz przed Wisłą i za Wisłą o teraźniejszość, przeszłość i przyszłość dba się tak samo. Wzruszeni, bo mimo zmian wciąż tkwi tam w ludziach serdeczność. Pięknie było.
29 lipca, 2012

Magia urlopu wśród cnót kardynalnych

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:25
          Sprawiedliwość wymaga, by dobro zostało nagrodzone, a zło ukarane. Mam dobrą żonę, więc postanowiłem nagrodzić ją kilkoma dniami z dala od trosk i kłopotów, Że przy okazji chciałem nagrodzić siebie... Cóż, małżeństwo, to nie państwo i sprawiedliwości nie zawsze musi stać się zadość.

        Namówić moją żonę na rejs pod żaglami jest tak samo trudno, jak namówić mnie na utrzymywanie porządku w szafie. Niemożliwe, a jednak... Namawianie może się udać, gdy przed Asią rozwinę kolorowe obietnice i miłe gesty, gdy nad stołem zaczną fruwać czułe słowa i komplementy, i gdy przyznam, że wszystko co złe, to moja wina. Wtedy to, co wydawałoby się prawie niewykonalne, może nagle wypalić i się uda - dobro zostanie nagrodzone. Cierpliwość w polityce przy okazji też.

          I u
dało się! Znowu udało mi się namówić Asię na rejs. Udało się znaleźć czas. Udało się wyczarterować jacht. Udało się trafić na cudowną pogodę. Udało się wyjechać, dojechać i wypłynąć. JeziorakUdało się i przez kilka dni mogłem żyć pod urokiem Jezioraka i jego magicznego zakątka - zatoki Widłąg.
Nie zliczę ile razy w swoim życiu pływałem po wodach tej zaczarowanej krainy.
Pierwszy raz zobaczyłem Widłąg będąc paroletnim brzdącem, jeszcze w latach pięćdziesiątych. Od tamtej pory, co roku, zawsze z wielką frajdą i z coraz większym 
sentymentem mijałem cypel u wejścia do zatoki, jak magiczne wrota do raju.
Niestety, od momentu, gdy zostałem mężem i ojcem moje żeglarskie wyprawy musiały ustąpić przed tym, co mi los przynosił w darze. Mimo wszystko starałem się co jakiś czas odwiedzać  szczęśliwe wody mojej młodości. W dawnych czasach na Widłągu cumowało się niekiedy przy tratwach, które drwale zrzucali z bindug do wody. Flisacy spławiali je potem Kanałem Elbląskim aż do tartaku w Miłomłynie.Widłąg  Pamiętam nawet mały, hałaśliwy, holownik, który ciągnął te tratwy, wyglądające z daleka, jak ruchoma, czarna kreska, tnąca obraz na pół, Chodzenie po tratwach było niezłą zabawą, ale też wyzwaniem, bo wymagało wręcz małpiej zręczności. Nogi najpewniej czuły się na porowatej korze. Gorzej było, gdy pień był okorowany i śliski. Z kory, której pełno było na brzegu i w wodzie, strugałem przeróżne łódki, żaglówki, jachty, statki i stateczki. Czasem wodowałem niezwykłe krążowniki, którym lufy strugałem z patyków. Pływały potem te scyzorykiem rżnięte rękodzieła między pniami udającymi keje i nabrzeża wymyślonych portów.
          Teraz, kiedy z małpy we mnie została już tylko złośliwość, znowu odwiedziłem moje święte miejsce. Uważny obserwator łatwo rozpozna na obu zdjęciach ten sam cypel przy wejściu i wyjściu z zatoki. Cypel zawsze był cyplem bez dodatkowej nazwy, choć większość miejsc na Widłągu chętnie nazywaliśmy po swojemu. Cypel na Widłągu I tak, na samym końcu zatoki mieliśmy swój Zimny Kąt, który nijak się miał do Zimnego Kąta koło Siemian. Polanę na brzegu, od cypla po prawej, nazywaliśmy Rajem. Bindugę na wprost wejścia, na której widać mnie z mamą przygotowującą posiłek, nazwaliśmy Słoneczną. Miejsce na wysokim brzegu, między Zimnym Kątem a  źródełkiem, nazywaliśmy Karbidówką. Dlaczego tak - nie wiem. Miejsce to czasem nazywaliśmy też Żmijowiskiem, albo Wężowiskiem, bo łatwo tam było spotkać żmije i zaskrońce. Zdarzyło mi się takie spotkanie i w tym roku. Na ścieżce wzdłuż brzegu, metr od swoich nóg dostrzegłem coś srebrzyście się wijącego. Poczekałem, aż przepełznie i poszedłem dalej. Nim jednak do tego ekscytującego spotkania doszło od dwóch dni syciłem się spokojem i magią Widłąga.



          Asia akceptuje żeglarstwo tylko w dni ciepłe i słoneczne. Myślę, że według niej najpiękniej żegluje się na jachcie, gdy ten stoi zacumowany przy brzegu, a na pokładzie można urządzić plażę. Nie wiem, czy to przez moje wrodzone lenistwo, czy może przez odwieczny brak chęci mojej żony do opanowania podstaw sztuki żeglarskiej, fakt pozostaje faktem, że zrezygnowałem z pierwotnego planu odwiedzenia jeziora Ruda Woda. Zostaliśmy z magią Widłąga.
        Czystą radością, jaka się tylko tam we mnie rodzi, modliłem się do Wielkiej Tajemnicy Bytu, powtarzając sobie wszystkie te najważniejsze słowa, których sens czyni z bycia jakąś wartość. Dopiero tam, na Widłągu, patrząc na wodę i na las, gdy udaje się znaleźć psychiczną równowagę między chcieć a móc, odczuwa się wagę cnót kardynalnych. Tam, wśród szumu trzcin i szelestu liści Męstwo, Roztropność, Umiarkowanie i Sprawiedliwość ukazują człowiekowi właściwe proporcje, skalę i wartość bycia. Może tylko dla uświadomienia sobie tej mapy ludzkiej przyzwoitości warto było zapatrzeć się w widoku, zagubić w sobie i utonąć w uczuciach.

 
























Po kilku dniach wypoczynku, żeglowania i opalania się, okraszanego kąpielami, nadszedł kres wyprawy po spokój i równowagę. Czas było wracać do domu, do rodziny, do wnuczki, do Gdyni, Trójmiasta, Polski i Polaków. Do rzeczywistości.

          Po powrocie z Mazur do domu zabrałem się za nadrabianie pourlopowych zaległości w czytaniu gazet. Jeszcze się wygodnie nie rozsiadłem w fotelu, jak od razu rzuciły mi się w oczy dwa tytuły: "Prześladowcy w togach" I "Bezczelna Prokuratura". Tytuły mówiły same za siebie. Uff!
Piękny czas się skończył. Cnoty kardynalne szlag trafił.
          Być może nie uwierzyłbym w to, co czytałem, ale sam, nie tak znowu dawno, na własne oczy widziałem, jak pewien prokurator wbrew prawu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew logice i przyzwoitości, tak sobie interpretował prawo, jak mu było wygodnie, gdyż na wskutek sobie tylko znanej przyczyny, znalazł się w niezręcznej sytuacji. Co może zrobić szary obywatel, gdy Jaśnie Pan Prokurator swobodnie dysponuje szarego obywatela szarą prywatnością? Nic, bo kto Jaśnie Panu Prokuratorowi podskoczy? No kto? Nikt! Ten, o którym piszę,czuł się kompletnie bezkarny. Schowany za immunitetem bezczelnie potwierdził, to co przeczytałem w gazecie, że blisko mu do prześladowcy.

          Wierzyć się nie chce,  że ci, którzy kiedyś w "Solidarności" głosili idee demokracji, po dwudziestu latach stworzyli prawo, które dla cwaniaków i politycznych hochsztaplerów nie ma żadnej wartości. Na dodatek stworzyli tym cynikom mechanizm, który złoczyńców chroni przed karą. Nie do wiary, a jednak!

Jeziorak
























Szkoda, że w Polsce tylko Jeziorak i Widłąg mają dla mnie tę magię i pierwotną uczciwość, w której świat wydaje się dobry i sprawiedliwy. To nic, że tak się dzieje tylko w mojej wyobraźni.

21 lipca, 2012

Urodziny Bazuny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:12
        Wspominałem w poprzednim wpisie, że gościłem na jubileuszowej, czterdziestej Bazunie, która w tym roku swą wędrującą scenę rozstawiła w Przywidzu, niedaleko Gdańska.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że Bazuna to Ogólnopolski Turystyczny Przegląd Piosenki Studenckiej. Taka formuła pozwala na dowolne rozszerzanie pojęcia, które kiedyś zwało się piosenką turystyczną. I bardzo dobrze, bo śpiewanie przez czterdzieści lat o urokach przemieszczania się z punktu A do punktu B znudziłoby się i

impreza mogłaby przepaść, a tak jest, żyje i co roku pięknie kwitnie. No, a poza tym, czy chcemy, czy nie, wciąż wędrujemy, bo jak ktoś kiedyś napisał - wędrówką wieczną życie jest. Skoro tak, to podczas tej wędrówki śpiewać trzeba o wszystkim, co w głowie siedzi. Śpiewa się więc o tym, co cieszy, boli, śmieszy i zdumiewa, a także o tym, co uwiera, kręci, podnieca i przestrasza. Ubrani niezobowiązująco, i tak też się czujący, możemy dzięki Bazunie uczestniczyć w corocznej celebrze melodyjnych dźwięków połączonych (czasami nawet w misterny sposób) ze słowami banalnymi bądź nie, jednak prawie zawsze bardzo smacznymi.
 
        W tym roku, z racji jubileuszu, stare, ale jare, spotkało się z młodym, rześkim i obiecującym. Właśnie takim był spontaniczny i energetyczny zespół Nie Po Drodze, który śpiewał (i to jak!) nawet pogańskie pieśni.

Nie po drodze


Słuchałem Nie Po Drodze z otwartymi szeroko uszami i czułem, że są dla Bazuny ożywczą transfuzją świeżej muzycznej krwi.
        Niestety, z racji przemiłego stanu "dziadostwa", jaki mnie dopadł, musiałem po kilkunastu godzinach i dwóch swoich występach, wrócić do Gdyni, by przywitać się z wnuczką Igą.
Niemniej z przyjemnością wspominam spotkanie z przyjaciółmi, których czasem nie widziałem całe wieki. Wśród wielu, wielu pięknych, czterdziestoletnich bazunowiczów miło było widzieć Mufkę, legendarnego barda tej sceny. 

Mufka Jan Błyszczak

Nie zliczę ileż to razy w życiu śpiewałem "Jezioro", moją ulubioną piosenkę autorstwa Jana Mufki Błyszczaka.

        Z równie wielką przyjemnością słuchałem bardzo rzadko występującego w roli śpiewającego kompozytora - Marka Prusakowskiego.

Marek Prusakowski

Ze wzruszeniem spotkałem się z legendarnym zespołem BOOM.

BOOM

        Oczywiście bardzo uważnie wysłuchałem też występu zespołu Zbyszka Szukalskiego - Wolny Przedział. Jestem autorsko związany z tym zespołem, to i nie ma się czemu dziwić, że uwagę miałem wzmożoną. Ładnie zaśpiewali.


Wolny Przedział

        Słyszeć i widzieć Staszka Wawrykiewicza na scenie, to zawsze jest niezwykłe przeżycie. Tak też było i tym razem, gdy Stasiu znowu prosił "...wolniej, wolniej wstrzymaj konia..."

Staszek Wawrykiewicz

        Tuż przed moim drugim koncertem i wyjazdem do domu na Bazunie pojawiła się Ela Adamiak. Kiedyś, dawno, dawno temu napisaliśmy wiele udanych piosenek, które z rozrzewnieniem wspominam do dzisiaj.
          Nie wiem, czy Ela choć jedną z  naszych piosenek zaśpiewała podczas swojego występu na Bazunie, ale wiem, że było mi bardzo miło posiedzieć z Elą i Wackiem Juszczyszynem (Wolna Grupa Bukowina) na trawie i pogawędzić o ważnych i nieważnych sprawach.

Wacek Juszczyszyn i Elżbieta Adamiak
 
        I tak minęła Bazunie i mnie kolejna rocznica. Całe szczęście, że piosenki się nie starzeją, co zobaczyłem, zrozumiałem i odczułem podczas swoich występów w Przywidzu.



        Życzę Bazunie, sobie i wszystkim, którzy czytają te słowa, kolejnej, pięknej i owocnej czterdziestki.

        Jutro ruszam na tygodniowy, wymarzony rejs, po moich ukochanych jeziorach zachodnich Mazur , więc - do zobaczenia, przeczytania i usłyszenia. Ahoj!


20 lipca, 2012

Już!!!

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 07:27

Dzień Dobry

Już jestem. Nie było mnie tu prawie cztery miesiące. Cóż... czasami tak się dzieje, że bez wiedzy i zgody autora jakaś dziedzina jego aktywności zaczyna się psuć i nijak bez radykalnych kroków wybrnąć z kłopotu nie można. Uczyniłem więc kroków kilka i oto w nowej szacie przedstawiam moją starą stronę www.waldemarchylinski.pl zupełnie po nowemu. Mam nadzieję, że się spodoba. Prócz tego, że ma nową grafikę, można teraz czytać moje wpisy słuchając jednocześnie piosenki "Słowa...", którą uruchamia się klikając u góry. W zanadrzu mam jeszcze jedną, graficzną niespodziankę, którą za czas jakiś odkryję. Tymczasem, wracając pamięcią w czas dopiero co miniony, jak tak spojrzeć to...

Pierwszy dzień życia Igi 

...trochę się u mnie działo. O wszystkim, co warte pamięci, postaram się napisać, wszak byłem gościem jubileuszowej "Bazuny", czyli Ogólnopolskiego Turystycznego Przeglądu Piosenki Studenckiej...

Byłem też jurorem kolejnego, trzynastego festiwalu piosenki żeglarskiej "Szanty pod Żurawiem", brałem udział w promocji płyty "Wolnego Przedziału" i w związku z tymi wszystkimi wydarzeniami udzieliłem kilku wywiadów, pokazując się to tu, to tam. Oczywiście zajmowałem się też na bieżąco sprawami mojej rodziny, a wierzcie mi, że jest się czym zajmować. Oj, jest.
Robiłem więc wiele rzeczy
 i anim się obejrzał, jak zostałem dziadkiem. Już? Już!!! 

Iga

Kochani, gdy w dwudziestym dniu miesiąca czerwca, roku pańskiego 2012, o północy, ostatniego dnia wiosny, a pierwszego lata, przyszła na świat przecudnej urody Iga Joanna, córka mojego syna, a moja wnuczka, wszyscy w rodzinie doszczętnie  i nieuleczalnie zwariowaliśmy ze szczęścia, a ja chyba najbardziej. 
Od tamtego dnia każdy czas spędzony z Igą jest piękny, a poranki w jej towarzystwie są wprost bezcenne.

Z Igą o poranku

Proszę mi wierzyć, że nie tylko na tej stronie zaczęło się u mnie dziać nowe. Wiele rzeczy wciąż się zmienia i w najbliższym czasie zmieniać będzie. Staram się, by wartości w tej życiowej zawierusze pozostały niewzruszone. I mam nadzieję, że zmiany te idą na lepsze, bo przecież, jak widać "...rosną nam nowe twarze do słońca..."

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY