18 listopada, 2012

Ciekawym

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:18
          Ciekawym , którzy chcą wiedzieć, jak było podczas zapowiedzianej tydzień temu w Codziennościach wizyty Andrzeja Donarskiego u nas w domu...

Andrzej Donarski

... z kronikarskiego obowiązku wyjaśniam, że czas nam upłynął na przyjaźnieniu się, na wspomnieniach...

Andrzej Donarski na scenie 

... na pracy i na...

Iga i Andrzej Donarski

...pieszczotach. Iga Donarem była zachwycona, więc szybko przeszli na "ty".
          Ponadto laliśmy, laliśmy i zalaliśmy... fundamenty pod - jak to się ostatnio modnie mówi -  zupełnie nowy projekt. Ciekawym, czy nam coś z tego wyjdzie odpowiadam, że bardzo bym chciał, bo zapowiada się ciekawie, więc też ciekawym.


10 listopada, 2012

Lejemy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:18
          Z 29 na 30 listopada kto może i chce obchodzi Andrzejki. Ten stary zwyczaj, w przeddzień imienin Andrzeja, wyróżnia się laniem wosku na zimną wodę. Czynność ta ma służyć przewidywaniu przyszłości. Nie wiem dlaczego ludzie chcą  znać przyszłość? Skąd ta ciekawość jutra? Mnie przyszłość interesuje o tyle, o ile potrafię na nią wpłynąć. Tajemnica jest istotą życia. Bez tajemnicy, która się ściele na tym, co będzie, wszystko straciłoby sens. Żyjemy oddychając tajemnicą i nadzieją. I to właśnie dla tych dwóch rzeczy, choć i tak znamy koniec, borykamy się z doczesnością. Tyle naszego, co się zabawimy.  

Donar

          Zastanawiam się dzisiaj nad tajemnicą, nadzieją i zabawą, gdyż spodziewam się wieczorem gości. Jak już pisałem przyjeżdża do nas dawno niewidziany Andrzej Donarski - ex Mr.Zoob, facet z niepowtarzalnym głosem. Mimo upływu prawie trzydziestu lat, słyszymy go wciąż jeszcze w radio, gdy leci "Kawałek podłogi".



          Do końca miesiąca Andrzej pewnie nie zostanie, ale mam nadzieję, że zdążymy sobie  wywróżyć jakąś wspólną, muzyczną przyszłość lejąc...
          Teraz przerwę wpis... Andrzej dzwonił  przed chwilą z zawiadomieniem, że jest już w drodze do Gdyni.
Cóż, bałagan w domu nie chce się sam sprzątnąć, a więc ruszam ku miotle. Wrócę do pisania, jak już będzie po tych przyspieszonych Andrzejkach, i jak już będzie po laniu...
          Kto niecierpliwy w oczekiwaniu na to, co będzie i kto łasy na wróżbę, to służę - Mina Tyma, piosenka, którą swego czasu przy okazji lania... napisaliśmy z Donarskim dla dodania otuchy i ku pokrzepieniu serc. Piosenka, która teraz, jesienią świetnie wróży najbliższą przyszłość i przepowiada pogodę. No, to lejemy... przepraszam, słuchamy i patrzymy.
wink

04 listopada, 2012

Historia, która wciąż żyje

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:26
          Pewne historie się nie kończą. Zaczynają się w przeszłości, często zabawnie i idą za człowiekiem, śmiejąc mu się w nos, nie bacząc ani na czas, ani okoliczności. Przypominają się i odtwarzają nagle, w niespodziewanych momentach i sytuacjach, których powstania wcześniej nigdy byśmy sobie nie wyobrażali. Tak było i tym razem...
          Widok był piękny. Stałem na wygrzanym słońcem chodniku jakiegoś miasteczka na Majorce i syciłem oczy widokiem. Ułożone na wzgórzach miasteczko opadało wprost do wody i zatłoczonej mariny. Tego dnia i przy tej pogodzie wyglądało przepięknie, co starałem się jakoś utrwalić.



          Stałem i gapiłem się na te "piękne okoliczności przyrody", czekając wraz z innymi uczestnikami wojażu po miastach i miasteczkach Majorki, na tramwaj, który miał nas z pięknego punktu A przewieźć do równie pięknego, jak nie piękniejszego, punktu B.Tramwaj na Majorce 
          Wśród tych "innych uczestników wojażu" była pewna rodzina z Krakowa, z którą znajomość zawarliśmy już dzień wcześniej w Porto Cristo. Tata, mama i dorosła córka na tle reszty uczestników naszej wycieczki wyróżniali się niezwykłą wprost pogodą ducha, otwartością na wszelkie wyzwania, energią godną podziwu i kapitalnym poczuciem humoru. W zawarciu bliższej, wycieczkowej  znajomości pomogła nam wódeczka, jaką częstowaliśmy się wzajemnie, odkręcając co jakiś czas swoje srebrzyste piersiówki. Było wesoło.
W pewnej chwili, gdy czekaliśmy na ten tramwaj, który widać na zdjęciu, głowa zaprzyjaźnionej rodziny - tata z Krakowa, zwracając się do mnie, zaśpiewał refren piosenki  "...Nie gniewaj się Waldek, ten tramwaj jest naprawdę twój, a reszta moja..." Dodać tu trzeba, że nie zdążyliśmy się wcześniej sobie przedstawić, więc zgłupiałem zupełnie. Zgłupiałem i zacząłem się radosnemu panu uważnie przyglądać, na gwałt szukając w pamięci nitek, które powiązałyby roześmianą i śpiewającą osobą, stojącą naprzeciwko mnie z moja przeszłością. Niestety, pamięć nie podpowiadała mi niczego. Zapytałem nieśmiało o to, czy może już wcześniej się poznaliśmy, ale zdumienie na sympatycznym obliczu krakowianina wystarczyło za odpowiedź. Z niedowierzaniem, uznając ten przypadek za przypadek, zacząłem więc zdziwionemu panu wyjaśniać historię piosenki o Waldku i tramwaju. Mówiłem o tekście "Szary blues", który napisałem dla Eli Adamiak, od którego to wszystko się zaczęło, o świetnym bardzie, poecie i tekściarzu Grzesiu Tomczaku z Poznania i jego chwilowej niemocy, gdy dostał zamówienie na tekst dla zespołu rockowego, o Andrzeju Donarskim, który tę piosenkę śpiewał i swoim zaskoczeniu, gdym pierwszy raz usłyszał ją w telewizji
W pewnej chwili zauważyłem, że moich wyjaśnień słucha nie tylko rodzina z Krakowa, ale też cała reszta wycieczki. Opowiadałem o piosence, ale ani razu nie wymieniłem nazwy zespołu, który ją śpiewał. I oto, tuż przy końcu opowieści, szturchnęła mnie w łokieć starsza pani, która z mężem stała z boku i zapytała: - A czy przypadkiem tego nie śpiewał Mr. Zoob?



          Potwierdziłem, a pani z zadowoleniem pokiwała głową i pochwaliła rock'n'rollową wiedzę swojego męża. Mąż owej pani wbił się w dumę, ale w tym momencie podjechał tramwaj, który dla większości naszej wycieczki chyba rzeczywiście w tamtej chwili był naprawdę mój.
         Tak więc historia piosenki "Kartka dla Waldka" wciąż trwa i przypomina się w różnych, czasami bardzo ciekawych momentach. Tak, jak i dzisiaj... Wczoraj Andrzej Donarski zapowiedział się na przyszły tydzień z wizytą. Dawno się nie widzieliśmy, więc będzie o czym pogadać. Mam też nadzieję, że i tym razem, nim Andrzej wróci do Niemiec, napiszemy nowe kawałki i poczynimy rozległe plany .smiley 
Tymczasem, pozdrawiając przemiłych krakowian, zachęcam do posłuchania "Kartki dla Waldka" w wersji bardziej współczesnej, nagranej cztery lata temu...



...a jeśli ktoś ma ochotę posłuchać, jak "Kartka..." brzmiała w latach osiemdziesiątych, to proszę kliknąć poniżej.
Miłej zabawy.

28 paĽdziernika, 2012

Facet z gitarą

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:28
          Wspominając w poprzednim wpisie o skutkach upływu czasu, nie miałem pojęcia, że właśnie w tym samym czasie, gdy o tym pisałem, Przemek Gintrowski doszedł do kresu i dotarł do ostateczności. Pogłoski o jego śmierci szybko okazały się prawdziwe.
          Coraz częściej przychodzi mi żegnać na zawsze przyjaciół i znajomych. Coraz większa liczba osób z mojego towarzystwa przenosi się do wspomnień. Nieubłaganie rzednie tłum, tych, kiedyś pięknych i młodych, gniewnych i pełnych wiary w miłość, w ludzi i w ideały. Odchodzą ci, którzy wiarę swą przy gitarze wyśpiewywali szeptem i krzykiem, i zawsze prawdziwie. Nie fałszowali.

Gintrowki

          Przemka Gintrowskiego poznałem  na Famie w Świnoujściu. Był to chyba rok 1976. Przystojny, wysoki, rzec można - młody bóg. Z rozwichrzonymi, długimi włosami, z lekko zmierzwioną brodą, w opiętych na tyłku modnych dżinsach, w przewiewnej, szeroko rozpiętej na szerokiej piersi koszuli, z jakimś wisiorkiem na szyi, był Przemek osobą, której nie dało się nie zauważyć. Szczególnie dziewczyny zawieszały na Przemku ciekawe i chętne oko, co widziałem często, bo wraz z Elą Adamiak zajmowaliśmy sąsiedni pokój. Przemek, tak jak my, mieszkał w wieloosobowym pokoju koedukacyjnym, w towarzystwie kilku pięknych uczestniczek Famy i - co doskonale pamiętam - miał nad łóżkiem wywieszony plakat z komunikatem: Pogotowie seksualne.
         Był  otwarty, wesoły, pogodny i przyjaźnie nastawiony do ludzi. Nic dziwnego, że polubiliśmy Przemka szybko i bezwarunkowo. Mnie w tym polubieniu bardzo Przemek pomógł śpiewając przepiękne piosenki do cudnej urody tekstów Krzysia Sieniawskiego (1951 - 2001), z których najbardziej do gustu przypadło mi "Przeczucie". Piosenka ta wpadła w moje ucho od pierwszego usłyszenia i tkwi tam do dzisiaj:

Tylko te drzewa wirujące                  
i czas mój głuchy znów jak pień -Przemek Gintrowski
czemużeś stanął, panie Słońce?
Nad czym tak dumasz cały dzień?

Tylko w okrutnej drżą uprzęży
czasu sprzed wczoraj - nasze dni -
czemużeś pobladł, panie Księżyc?
Przecież nie pierwszy wieczór znikł...

Tylko zapragnął we mnie przemian,  
śni inny byt jurajski gad -
czemu się kręcisz, panie Ziemia?
I tak nie wskrzesisz dawnych lat!

Tylko mych snów najdalszy przegon,
po gwiezdnych drogach - bury dym -
czemuś spochmurniał, Panie Niebo?
Czyżbyś się przejął byle czym?

Tylko spod trzepoczących powiek
ostrzem kindżału - biały nów -
czego się boisz, panie Człowiek?

Dlaczego Ci zabrakło słów?!

         Czas mijał... koncerty, festiwale, spotkania. Przemek wiedząc, że zauroczył mnie poezją Sieniawskiego zaprosił go kiedyś w Warszawie na nasz wspólny koncert. Do dzisiaj pamiętam wrażenia, jakie Krzysiu na mnie zrobił. Spodziewałem się spotkać kogoś z rozwianym włosem, szalonego..., a Przemek przedstawił mi sympatycznego, uśmiechniętego i bardzo nieśmiałego gościa w popelinowym płaszczu, z urzędniczą, skórzaną teczką w ręku i berecikiem na głowie. Od poznania Krzysia przestałem ludzi oceniać po wyglądzie.
          Inna piosenka Przemka do tekstu Krzysia, która robiła na mnie - i robi do dzisiaj -  duże wrażenie, to "Śmiech" zaczynająca się od słów "...Bardzo śmiesznie jest umierać / Kiedy żyć byś chciał / Nosić miano Olivera / Kiedy jesteś Brown...". Proszę posłuchać.




          Później, aż do stanu wojennego widywałem Gintrowskiego na scenie wyłącznie w towarzystwie Kaczmarskiego. Ta i dalsza część życia Przemka jest już powszechnie znana. Natomiast ja, zachwycony "Modlitwą o wschodzie słońca" Natana Tenenbauma ("...Każdy Twój wyrok przyjmę twardy / Przed mocą Twoją się ukorzę / Ale chroń mnie Panie od pogardy / Od nienawiści strzeż mnie Boże..."), pieśnią, którą Przemek skomponował i śpiewał wraz z Jackiem, zastanawiam się do dzisiaj  - czy spotkanie na scenie Przemka z Jackiem, i wszystko, co się potem działo, było dla Przemka twórczości najlepszym i jedynym rozwiązaniem? 
Dziękuję Ci Przemku za wszystko, a za "Przeczucie" szczególnie.
 

PS
uroczystości pogrzebowe Przemka rozpoczną się jutro, tj. 29 października 2012 r. o godz. 12.00 mszą św. w kościele św. Anny w Wilanowie przy ulicy Kolegiackiej 1

         

20 paĽdziernika, 2012

Z przymrużeniem oka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:37
Mając w domu taki skarb jak moja, od dzisiaj czteromiesięczna, wnuczka Iga...

Iga

... powinienem myśleć li tylko o przyszłości i o niczym więcej.
          Niestety, nawet najszczęśliwsza rola dziadka nie zagłuszy świadomości upływu czasu.  Zdarza się, że gościa takiego jak ja wpędza to czasem w zadumę i melancholię. Dziesięć lat temu nawet przez chwilę nie pomyślałbym o takim dzianiu się życia.
          Jako autor piosenek zawsze starałem się kojarzyć muzykę z sensowną warstwą słowną. Jeżeli nawet myśl przewodnia nie przewodziła zbyt jasno, refren nie składał się zbyt płynnie, a metafory nie fruwały zbyt wysoko, to chociaż klimat w piosence starałem się stworzyć taki, by tekściarz kompozytora nie kompromitował. Różnie jednak z tym bywało. Są, niestety, piosenki, o których wolałbym nie pamiętać, ale to nie jest takie proste. Zawsze znajdzie się się jakiś powód, który w mej pamięci jakąś głupawą strofę odświeży. Oczywiście, nie będę tu tych strof przypominał, a tych kilka słów ma być tylko wstępem do opowiedzenia pewnej historii, która niedawno mi się przydarzyła. Ku pamięci.
          Gdy z Andrzejem Donarskim zacząłem pisać piosenki dla Mr. Zooba, najczęściej trafiały nam się takie, które należało śpiewać z przymrużeniem oka. Choć minęło sporo czasu, wciąż z przyjemnością odsłuchuję sobie np. piosenkę pt. "Sra ta ta ta".  Mr.Zoob nagrał, Andrzej Donarski zaśpiewał, kabaret Limo sfilmował, a wszyscy, i ja też, w tym filmie wystąpiliśmy. Piosenka o upierdliwym motywie muzycznym, który nie chce wyjść z głowy i nie daje żyć bawi mnie niezmiennie do dzisiaj. Ale nie ze wszystkimi piosenkami tak jest.



          Pamięć - czasem na szczęście, a czasem nie - bywa zawodna. Zapomniałem, że współpraca z popularnym, rockowym  Mr. Zoobem nie była jedyną próbą pisania przeze mnie tekstów dla rockowych zespołów.
JaguarW Gdańsku w latach osiemdziesiątych wiele obiecywano sobie po zespole Jaguar. Czterech bardzo kolorowych chłopaków, niezłych muzyków, grało ostro, głośno i interesująco. Co ciekawe, kapitalnym wokalistą w Jaguarze był perkusista, którego zza bębnów ledwo co było widać. Wizerunkowo, co im mówiłem, nie był to najlepszy pomysł, ale przecież nie pierwszy to w historii pałker, który śpiewał, więc co tam... Z czasem chłopaki też zrozumieli, że nie jest dobrze i zaangażowali nowego perkusistę, a Darka Grzechnika wystawili na front.
          Pisać teksty dla Jaguara zacząłem chyba za sprawą sąsiada, który był szwagrem gitarzysty tego zespołu. Jaguar był laureatem festiwalu w Jarocinie, łatwo więc sobie poradził na młodzieżowym festiwalu we Wrocławiu, który był przepustką do Opola. Jak sobie chłopaki dali radę na festiwalu Opole' 86, nie pamiętam, ale chyba nie tak źle, skoro ktoś mi w ubiegłym roku powiedział, że Jaguar wciąż gra. Heavy metal nigdy nie był muzyką z mojej bajki, a ponieważ taką właśnie bajkę grali muzycy Jaguara, więc po jakimś czasie bezboleśnie się rozstaliśmy. Tyle zapamiętałem z tamtego okresu - i okazało się, że zapamiętałem mało.
          Kilka dni temu pewien pan, którego nazwisko gdzieś mi się zapodziało, mailowo zwrócił się do mnie z prośbą, by mu napisać coś o zespole Hi-Hat. Pan ten, jak pisał, porządkuje właśnie archiwum festiwalu w Opolu i nadział się w przepastnych zakamarkach festiwalowej historii na zespół o takiej właśnie nazwie. Zespół ten w 1986 roku także śpiewał w Opolu i to śpiewał piosenkę z moim tekstem. Zapytał mnie zatem ów pan, czy może wiem coś więcej na ten temat tej kapeli i czy mogę się tą wiedzą z nim podzielić. Jak wielkie i głębokie po tym mailu odwierty poszukiwawcze uczyniłem w swej pamięci, tylko ja wiem. Coś, gdzieś, kiedyś... Ale co, gdzie, kiedy? Skleroza! Starość! Cholera jasna! Aż w końcu - jest! Dornowski!  To nazwisko otworzyło moją pamięć. Przypomniałem sobie, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pisałem teksty dla zespołu Jaguar, zdarzyło mi się skreślić też coś dla innej gdańskiej grupy. Pamięć tym razem zadziałała i podpowiedziała nazwę - Hi-Hat.
W przeciwieństwie do ostrych facetów z Jaguara, członkowie Hi-Hatu byli ludźmi grającymi sympatyczny i dość melodyjny rock'n'roll. Choć zespołów podobnych do Hi-Hatu było wtedy wiele, ich wyróżniało szczególnie to, że gitarzystą w zespole był syn Bernarda Dornowskiego, członka legendarnego zespołu Czerwone Gitary. I znowu pamięć, a właściwie jej brak, dała znać o sobie. Nie pamiętałem nie tylko tekstu, pisanego dla Hi-Hatu, ale nie pamiętałem też  imienia młodego Dornowskiego. Piotrek? Andrzej? Jacek? Pamiętam za to, że wśród przystojniaków w Hi-Hacie młody Dornowski był tym członkiem zespołu, który najbardziej zwracał na siebie uwagę i do niego dziennikarki zwracały się najpierw. Odpytywanie zaczynało się zawsze od słów: "Jest pan synem sławnego...".
          Wysłałem panu archiwiście wiadomość, że niewiele pamiętam z tamtych czasów, że znałem taki zespół, że coś pisałem, ale co, tego nie pamiętam. W odpowiedzi dostałem link do piosenki z Opola. Posłuchałem i jakbym już to słyszał. Chyba to mój tekst, ale nie do końca chcę być tego pewien, więc na wszelki wypadek proszę wszystkich, którzy zdecydują się kliknąć na poniższy link, by słuchając piosenki Hi-Hatu mocno przymrużyli oko.
O takwink


         
Jeżeli ktoś nie rozpoznał Dornowskiego podpowiadam, że to ten gitarzysta w białej marynarce, po lewej stronie sceny. Biorąc pod uwagę upływ czasu, o czym wspomniałem na początku, myślę, że dzisiaj syn Dornowskiego - młody Dornowski - wygląda już zupełnie inaczej i być może sam ma syna, który właśnie zakłada kapelę. Jeżeli tak, to życzę temu najmłodszemu z Dornowskich, by nigdy nie musiał śpiewać głupich tekstów.

13 paĽdziernika, 2012

Mądra miłość.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:40
          Mądra miłość... Czy miłość można przeżywać biorąc pod uwagę cokolwiek więcej niż to, co w duszy gra i mówi, że ten stan, to jest właśnie to, i nie jest to Coca-Cola. Czy mądra miłość ma coś wspólnego z biznesplanem, z prognozami, targetem, kalkulacją i kalkulatorem? Czy mądrą miłość stać na dystans, rozwagę, prawidłową samoocenę? Czy mądra miłość w ogóle jest możliwa? A jeżeli tak, to kiedy? Wiosną, latem, zimą, czy jesienią?

Jesień w Orłowie fot. W. Chyliński

           W ramach wieloletniej już, rodzinnej akcji pt. "Poczytaj mi dziecko", nie możemy się z Mamą, która niedawno ukończyła osiemdziesiąt cztery lata, oderwać od lektury książki "Pamiątkowe Rupiecie" autorstwa Anny Bikont i Joanny Szczęsnej.pamiątkowe Rupiecie Jest to fantastycznie napisana biografia Wisławy Szymborskiej, której się nie czyta, ale którą się połyka całymi kawałkami i rozdziałami, dziwiąc się jednocześnie, że tak łatwo i szybko "przechodzą".
          Jesień to znakomity czas na wieczorne, wspólne czytanie. Jest w tym jakaś magia, gdy się wygodnie rozsiądziesz w fotelu, w ciepłym kącie, na przeciw swojej siwiuteńkiej, jak gołąbek rodzicielki, której oczy są wciąż ciekawe, ale już nie te. Jest magia, gdy weźmiesz książkę do ręki i zobaczysz skupioną twarz matki, która czeka na ciąg dalszy i zaczniesz głośno "... Z Bułgarii, do której pojechała w 1954 roku, w swoją pierwszą zagraniczną podróż...", albo "... Swoje poetyckie credo nieoczekiwanie umieściła Wisława Szymborska w felietonie na temat..." . Jest w tym magia.
          Dla mnie lektura tej książki ma walory nie tylko poznawcze, ale jest także przyjemnością samą w sobie, wynikającą z dobrze napisanej biografii, która w czytaniu nie nuży, jak to często bywa. Z tego tytułu, że miałem przyjemność poznać Wisławę Szymborską i kilka słów z nią zamienić, czytanie teraz o jej życiu podwaja przyjemność z lektury.Pamiatkowe Rupiecie Uśmiecham się za każdym razem, gdy czytam o jej pobytach w Zakopanem. Wciąż mam w pamięci jej dość filuterny uśmiech i słowa o striptizie. Lało od tygodnia, więc gdy zdarzył się ten jeden, jedyny dzień bez deszczu, z samego rana ruszyliśmy z Asią na spacer do doliny Kościeliskiej. Tego jednego dnia chmury pozwalały chwilami dojrzeć zmoczone, granatowe i groźnie wyglądające góry. Wróciliśmy do Halamy na obiad, a Pani Wisława spotkawszy nas przy stole, spytała o wrażenia ze spaceru. Trochę jeszcze zziębnięci, wszak jesień w górach gościła już na dobre, opowiadaliśmy o marszu, o gorącej herbacie z prądem w pustym, góralskim barze i o tym jak nas wyziębiło. Oczywiście dodaliśmy, że warto było, bo widać było góry. Na to pani Wisława z uśmiechem powiedziała - O tak, ja również z przyjemnością wreszcie oglądałam, jak Giewont z chmur się rozbierał. Można rzec, że Giewont zrobił nam dzisiaj striptiz. 
          W czas posiłków w Halamie, gdy pani Wisława wchodziła do stołówki, a wchodziła tak, jakby chciała być zupełnie niezauważoną, reszta towarzystwa przycichała na ten moment. Było w tym coś z uznania i hołdu, składanego noblistce przez zaiksowskich pisarzy, malarzy, kompozytorów, filmowców i innych twórców. Ten frywolny zwrot o striptizie sprawił, że zobaczyliśmy z Asią w Wisławie Szymborskiej  normalnego człowieka, normalną kobietę. Było w jej powiedzonku, prócz nostalgii także coś erotycznego. Wtedy pierwszy raz zacząłem się zastanawiać, jaką kobietą jest ta urocza, starsza pani.Kornel Filipowicz i Wisława Szymborska fot. z sieci
          Dopiero teraz, czytając biografię Wisławy Szymborskiej dowiadujemy się z Mamą, jak bardzo osobną panią była poetka. Czytamy i podziwiamy, jak bardzo mądrą miłością darzyła Kornela Filipowicza - poetę, pisarza, scenarzystę - i jak on tę mądrość w miłości odwzajemniał.
          Na stronie 222  Teresa Walas mówi "...FilipowiczKornel Filipowicz należał do tych pisarzy, których twórczość i życie składają się w jedną całość..." i dalej "...Był pięknym mężczyzną, człowiekiem powściągliwym, zawsze ujętym w formę... skłonnym do dowcipu..." Przeczytawszy te i inne fragmenty opisujące mężczyznę Wisławy Szymborskiej, siłą rzeczy zacząłem się zastanawiać jakim typem był ów wybranek noblistki. Mówią, że typy ludzkie się powtarzają. Mówią, że bywa nawet tak, iż ktoś jest do kogoś podobny z charakteru i w urodzie też jest niemal taki sam. Stąd często ufamy komuś, kto jest podobny do kogoś, kogo znamy z dobrej strony i wspominamy miło. Zacząłem się zastanawiać, czy ja znam kogoś takiego, kto byłby podobny do pana Kornela.
          Czytając o związku Wisławy Szymborskiej z Kornelem Filipowiczem zazdrościłem im. Zazdrościłem im tej wspaniałej osobności, która żyje życiem drugiej osoby. Wyobrażam sobie, jako że lektury jeszcze nie skończyłem, iż ta ich wspólna oddzielność i ta i ich rozłączność w jedności, to jest właśnie ta mądra miłość. Miłość rozsądna bez granicy poświęcenia. Miłość przytomna, aż do śmierci. Miłość piękna.
          Czytam więc sobie, czytam Mamie i cieszę się, że kilka stronic jeszcze zostało do przeczytania. A gdy tak czytam i gdy zerkam na zdjęcia w książce, to mi różne podobieństwa do głowy przychodzą. Jakie?
A choćby takie, że mam wśród swoich przyjaciółMichał Krukowski fot. W.Chyliński Michała Krukowskiego, który kocha poezję, choć jej chyba nie pisze. Uwielbia piosenki z tekstem i zna ich wiele. Jest mężczyzną pięknym, powściągliwym, zawsze ujętym w formę i zawsze skłonnym do dowcipu. Jest inżynierem budownictwa i jak Kornel Filipowicz (przyrodnik), każdą śrubkę i gwóźdź chętnie odkłada do skrzyneczki, bo się przyda. A co najbardziej ciekawe, to wydaje mi się, że Michał jest bardzo podobny do ukochanego mężczyzny Wisławy Szymborskiej. Ciekawe, czy to podobieństwo sprawia, że Michał też wie, co to jest mądra miłość? Dawno się nie widzieliśmy, więc powód, by się spotkać jest. Koniecznie muszę go o tę miłość zapytać. 
          Bez w ogrodzie Asi zakwitnie za kilka miesięcy, ale kubki z serduszkiem, które towarzyszą nam niemal od trzydziestu lat kwitną codziennie rano zapachem kawy, więc wpadaj Michał, pożyczę Ci dobrą książkę o mądrej miłości.


         
06 paĽdziernika, 2012

Unia Europejska wpuszcza nas w kanał

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:34
          Wszystko przez Asię. Przed trzydziestoma trzema laty, nim wzięliśmy ślub, zaprosiłem Asię na rejs po rzekach, kanałach i jeziorach na szlaku Gdańsk - Iława. Już po tygodniu wiedziałem, że w kwestii żeglarstwa i wodniactwa mamy odmienne upodobania. Liczyłem, że może z czasem uda mi się przekonać żonę do wodnej tułaczki, ale nie, niestety, to ja w praktyce przestałem prawie zupełnie pływać.
          Początkowo było to nawet do zniesienia, bo tak rok w rok, z sezonu na sezon, wciąż ta sama, tradycyjnie rodzinna trasa mogła się znudzić. Klarowanie łódki przed rejsem nie było już oczekiwaną odmianą. Minął jakiś czas i zacząłem tęsknić, między innymi, do takiego widoku:

Kanał Elbląski Pochylnia
fot. z sieci: www.naszafotografia.pl

          O swojej słabości do pływania na byle czym, byle z żaglem i po byle czym, byle z wodą, już wspominałem, więc przyjaciele, znajomi i stali bywalcy „Codzienności” wiedzą, że dużo o tym jest w „Widłągu", a i w poprzednich wpisach też niemało. A teraz jest specjalna okazja, bo...
„...Nieudane było lato
telewizja mówi - A to
ci kawał
Nie ma co jeść na kolację
No bo przez całe wakacje
deszcz lał,
cały świat wpuszcza nas w kanał..."

          Nie, nie, nie, lato było udane. Przytoczony powyżej tekst jest fragmentem piosenki, którą swego czasu napisał i wykonywał Jacek Zwoźniak. Przez wszystkie lata naszej przyjaźni i współpracy słuchałem tej piosenki po wielokroć. Nie jestem pewny, ale chyba też śpiewał ją w  hali „Olivia” na Przeglądzie Piosenki Prawdziwej w 1981 roku, gdy zdobywał tam pierwszą nagrodę - „Złoty Knebel".
         Za każdym razem, gdy Jacek w piosence dochodził do przytoczonego fragmentu, to w mojej głowie niewinnie zaczynała szumieć woda i nieodmiennie pojawiał się obraz przecudnego Kanału Elbląskiego, na brzegach którego niejedne jabłka kradłem i niejedną noc spędziłem.nocleg na brzegu kanału elbląskiego fot. K.Chyliński
Wiele razy pisałem w „Codziennościach” o tym, że od dziecka, wraz z rodzicami, a później samodzielnie podróżowałem w wakacje tym kanałem. Płynąc Nogatem  w górę, od Szkarpawy i Zalewu Wiślanego, po kilku kilometrach wpływa się na ciche wody Kanału Jagiellońskiego, wykopanego jeszcze przez Krzyżaków. Kanałem tym z Nogatu dopływa się do Elbląga. Wpływając tam ma się przedsmak urody poruszania się po wąskiej i w miarę prostej przestrzeni zwanej szlakiem wodnym. Po minięciu Elbląga i jeziora Drużno, które wcale nie tak dawno, bo za naszej ery, miało ponoć szerokie i wygodne połączenie z Bałtykiem, albo wręcz było jego częścią, o czym historycy różnie piszą i mówią, wpływa się na właściwy, znany już teraz na całym świecie - Kanał Elbląski. Kanał Elbląski znany jest przede wszystkim z unikatowych pochylni. Gdyby nie urodzony w Królewcu genialny inżynier z Elbląga - Georg Jackob Steenke, który te pochylnie pochylnia na poczatku wieku XX za pieniądze Fryderyka II wymyślił i cały kanał, zwany aż do II wojny światowej Oberlandzkim, wybudował, to nie byłoby dzisiaj o czym pisać, czego wspominać i o czym marzyć. Kiedyś pochylnie pod Elblągiem miały w Kanadzie konkurencję, ale obecnie, jako czynny obiekt, są jedyne na świecie. Przez cały okres PRL o tych pochylniach i kanale niewiele się mówiło, bo niemieckie, nie nasze... Ja, który poznałem te cuda techniki na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, nie mogłem pojąć, dlaczego się tym nie chwalimy. Te kilka stateczków i przypadkowe wycieczki, które dowiedziały się o możliwości poznania ciekawej trasy z Elbląga do Ostródy, albo odwrotnie, to żadna reklama, fama czy plotka. Z jednej strony dobrze było, bo nie było tłoku. Można było cały dzień płynąć i nie spotkać drugiego nawiedzonego turysty. Wodniactwo w tamtych czasach nie było zbyt popularne. Jeżeli już, to rozwijało się kajakarstwo.kajaki na pochylni 1963 r. fot. Klemens Chyliński Żeglarstwo, nawet to szuwarowo-bagienne, było w powijakach, uprawiane jedynie przez zapaleńców. Nie było żadnej masowej produkcji jachtów i żaglówek. Kluby żeglarskie liczyły po kilkudziesięciu członków, którzy kombinowali przy poniemieckich jachtach i znajdowanych, bądź kleconych w starych szopach i przybrzeżnych hangarach „Słonkach", „P-7" czy innych żeglarskich wynalazkach. Polska  „Omega", choć znana już przed wojną, była rarytasem i niektórym udawało się nawet tę rasową i dzielną łódkę zrobić samemu, domowym sposobem.  „Cadety",  „Hornety",  „Ok dinghy" i  „Finny" dla regatowej młodzieży, która miała być pierwszym, poważnym i masowym pokoleniem polskich żeglarzy, były jeszcze śpiewem przyszłości. Dwóm żeglarzom, a jednocześnie inżynierom z okrętowego biura projektów w Gdańsku: Szmajdzie i Brzezińskiemu, pomysł na pierwszy, mały jacht turystyczny o nazwie  „Karolinka" pewnie już chodził po głowie, ale gdyśmy z ojcem w 1960 roku wpływali na pochylnię w Całunach, czy Jeleniach, to najczęściej byliśmy tam sami. Pięknie było i w jakiś sposób elitarnie, choć nasz namiot wieczorem, po ciemku rozbijaliśmy na brzegu często tuż obok krowiego łajna. Jeżeli nawet rano wlazło się w krowi placek, to widok pochylni wynagradzał przykrość, o ile taka przygoda mogła być przykrością.

Pochylnia fot. Klemens Chyliński

          Od jakiegoś czasu Kanał Elbląski śnił mi się po nocach. Tęsknota za dzieciństwem, sentymenty, wspomnienia - rzecz oczywista, że wszystko razem. Jak się dochodzi sześćdziesiątki, to nic w tym dziwnego. Myślałem, że może w małej części, płynąc od Jezioraka do Rudej Wody, w tym roku posmakuję tej swoistej przyjemności patrzenia na przesuwający się wolno brzeg, na kroczące do tyłu drzewa i na kłaniające się rufie trzciny, gdy je kilwater poruszy. Niestety, nie dane mi było. Jak pisałem wcześniej,  Widłąg sprawił, że poza Jeziorak nosa w tym roku nie wyściubiłem. Planowałem sobie, że po dziesiątkach lat na szlak Kanału Elbląskiego powrócę w roku przyszłym, ale niestety...Pochylnia rok 1972. fot. Waldemar Chyliński
          Dowiedziałem się niedawno, że z powodu remontu Kanał Elbląski od października tego roku będzie zamknięty. Nie miałem świadomości, że na remont kanał będzie czekał aż tyle lat. Pamiętam, że w latach sześćdziesiątych, a może na początku siedemdziesiątych, pochylnie były w sezonie nieczynne, bo rozwaliły się koła, które widać na zdjęciach, a które są ważnym elementem tego całego hydrologicznego ustrojstwa. Łódki wtedy przez góry przeciągano chyba przy pomocy koni i sił własnych. W elbląskim  „Zamechu" koła w jakiś czas niedługi wyszykowano i znowu wszystko ciągnęło się, jak po sznurku. Teraz wreszcie jest szansa, że przez dwa lata kanał przejdzie generalny remont, z pogłębianiem, umacnianiem brzegów, naprawą urządzeń pochylnianych, przebudową śluz i mnóstwem innych prac i robót bezsprzecznie koniecznych –  włącznie. Dzięki Unii Europejskiej, która do remontu dołożyła się w połowie, jest na to aż 115 milionów złotych.
Choć moje plany biorą w łeb, to ja się cieszę, że taką kasę ktoś zdecydował się wreszcie wpuścić w ten kanał. Jak dożyję, to się pięknie jeszcze nim, do Małdyt, Miłomłyna i Iławy, przepłynę. A jak mnie najdzie, to i Ostródę, jak i Stare Jabłonki też odwiedzę, choć tam akurat bywałem o wiele rzadziej. Ważne, by dożyć.
Póki co, to polecam wszystkim namiastkę tej przyjemności, jaką ja pamiętam.
Czasami warto się wpuścić w kanał, choćby tylko po to, by mieć co przeżywać i co wspominać.




29 września, 2012

Jesienią świat jest mądrzejszy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:49
         Mówią, że jesień rodzi poetów i grafomanów. Mówią, że jesień, przedpokój zimy, to czas odchodzenia i czas umierania. A ja mówię, że jesień, to najmądrzejsza pora roku. Szaleństwo wiosny mamy już za sobą, radość z lata też za nami, a przed nami "...cichy kąt, ciepły piec..."  i długie wieczory na rozmyślania. Czas na refleksje, posumowania, jakieś wnioski...
          Jeszcze zieleni pełno, choć już zmęczona sobą i słońcem zaczyna się nudzić. Trzyma się gałęzi, ale już siła w niej nie ta i wigoru brak. Za zmianami tęskni. Jeszcze chwila, może dwie i zobaczymy naturę w nowych fatałaszkach. Nim ją wiatr  przed zimą rozbierze będzie się stroić w pastele - żółcie, brązy i złote esy floresy.
Jeszcze dzisiaj w Orłowie zieleń wygląda tak... 

jesień w Orłowie fot. W. Chyliński

...ale jutro już jej nie poznamy. Zieleń, jak kobieta, zmienną jest. Przebierze się kilka razy i zemdlona uroczo opadnie na ziemię, odsłaniając, niby niechcący, powaby jesieni. 

jezioro Ruda Woda fot. W.Chyliński

Tymczasem grzyby już zebrane, radość z marynaty w słoiku czai się w schowku, kominek czeka na drwa i.... 

grzybobranie fot. W. Chyliński

... tylko patrzeć, i cieszyć się ciepłym, domowym spokojem.
          Można się z jesieni ucieszyć. Można się do jesieni przytulić. Można się w jesieni zakochać, choć trzeba się będzie przez jakiś czas obejść bez takich widoków:

ulica w Alcudii fot. W. Chyliński

Za ciepłymi dniami i nocami z pewnością wkrótce zatęsknimy...

Asia i ja i lato 2012 fot. Marek Prusakowski

... i nie raz zimą przyśni mi się ten jeden z najpiękniejszych jachtów, jaki widziałem tego lata.

yacht na morzu śródziemnym fot. w.chylinski

I choć będzie mi się cnić do ciepłych dni na dworze, to jednak rad będę z każdej chwili jesienią, która mi podpowie, jak się na rok następny z życiem ułożyć, by dobrze było, by się spełniło, co się marzy. Tylko jesień ma taki dar, że świat o tej porze roku jest mądrzejszy. Choć jak tak patrzę na dzisiejszy marsz pisowców  w obronie interesów ojca Rydzyka, to nie wiem, czy do końca z tą mądrością jesieni mam rację.




22 września, 2012

Palma...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:24
          Pod presją żony i za namową Marka Prusakowskiego, zacnego człowieka i znakomitego lekarza, którego od dawna mam za przyjaciela, wybrałem się obchodzić swoje urodziny na Mallorce, zwanej u nas Majorką. 9 września wylądowałem wraz z Asią na lotnisku Palma de Mallorca. Marek z Gosią czekali na nas w hotelu.Palma
Podczas kilkudniowego pobytu na tej przepięknej wyspie trafił nam się tylko jeden, przez chwilę jeno zachmurzony dzień. Nie był jednak stracony, spędziliśmy go na przyjemnym spacerze po Alcudii, podczas którego miałem szansę zastanowić się, czy przypadkiem z wiekiem nie odbiła mi palma? Wbrew temu, co widać na zdjęciu obok, dość szybko doszedłem do wniosku, że jeżeli nawet, to palma odbiła mi tylko trochę i na oko nie widać.
Na Majorce trafiliśmy w objęcia upałów, jakich w Polsce tego lata już nie było. Z przyjemnością więc trochę się na tej hiszpańskiej patelni podsmażyłem, nadmiar temperatury studząc w przyjemnie chłodnej wodzie hotelowego basenu. Raczyliśmy się z Markiem dobrymi napojami, żonom podpowiadając smaki. Dolce vita?

przyhotelowy basen na Majorce fot. W. Chylinski
fot. W Chyliński

          Wylatując z Rębiechowa sądziłem, że choć na krótko uwolnię się od tych polskich spraw, które mnie czasami tak bardzo irytują. Niestety, skwiercząc na słońcu wciąż zastanawiałem się, jak i co wygląda u nas, a jak tu, w Hiszpanii i na Balearach. Nieodparcie nasuwały mi się różne porównania i wnioski. Niełatwo jest uwolnić się od polskości.
          Najpierw jednak trochę historii. Pałac Opatów, stojący w pięknym parku w Oliwie, należał kiedyś do zakonu Cystersów.Pałac w Oliwie 1920 r. W 1831 roku klasztor zlikwidowano, a dobra po nim przejął król pruski Fryderyk Wilhelm II i miasto Gdańsk. Od tamtej pory pałacem rządzili opaci komisaryczni (de facto będąc jego właścicielami), których mianował król. Władcami pałacu byli więc "krewni i znajomi królika"  z rodziny Hohenzollern-Hechingen.  Oczywiście, do pałacu należał też przepiękny park. Tak było niemal do 1945 roku, kiedy to pałac podpalili wycofujący się żołnierze Wehrmachtu. Po wojnie społeczeństwo dużym wysiłkiem pałac i park odnowiło i cieszy się tym zabytkiem do dzisiaj. Mało jednak brakowało, a część tego cacka przed kilkoma laty o mało gdańszczanie by nie stracili na rzecz Kościoła, a właściwie na rzecz i dobro nowo mianowanego arcybiskupa gdańskiego Leszka Głodzia, któremu zamarzyło się mieć kilka alejek i trawników w oliwskim parku wyłącznie dla siebie. A wszystko dlatego, że nieopodal parku, za płotem wręcz, mieści się katedra i dotychczasowa rezydencja biskupia. Aferę, która wisiała w powietrzu, załagodził prezydent Adamowicz, przyznając biskupowi na rezydencję zabytek w Starych Szkotach, którego remont miasto w dużej mierze sfinansowało. Nim to jednak nastąpiło przewielebny Głódź wziął udział w posiedzeniu radnych Oliwy i w formie ultymatywnej grzmiał na porządki w mieście. Gdy więc tamtego roku ksiądz, który za sprawą mojej Mamy odwiedził nas po kolędzie, zapytał, jak mi się widzi nowy włodarz w gdańskie diecezji, odpowiedziałem, że nie widzi mi się zupełnie. Na to kolędujący ksiądz stwierdził, że według niego, to dobrze, iż w Trójmieście znalazł się tak dobry gospodarz. Tu nie wytrzymałem i wypaliłem bez ogródek, że biskup w żadnej mierze nie jest gospodarzem miasta i nie powinien zajmować się ani zabieraniem parków, ani prostowaniem chodników, o domaganiu się specjalnych praw nie wspominając. Kolędnik wstał i szybko wyszedł, za to Głódź, chwilowo tylko zaspokojony nową rezydencją, zażądał od miasta nowych przywilejów, zwykłemu śmiertelnikowi niedostępnych. Zamarzyło się bowiem biskupowi, wbrew planom miasta i zdrowemu rozsądkowi, postawić na nowym osiedlu kościół, tuż pod oknami pragnących spokoju gdańszczan. Chociaż na tym osiedlu jest już  jeden kościół, to jednak nie z poręki biskupa Leszka on powstał, więc... Miasto znowu zadrżało, a radni się podzielili i do teraz nie wiadomo, czy głód Głódzia zostanie zaspokojony, czy nie. A jeżeli tak, to na jak długo?
W ten oto sposób latem 2012 roku przewielebny abp Głódź przypomina bardziej wszystkożernego smoka z bajki niż dobrotliwego duszpasterza, a ja leżąc za własne pieniądze na Majorce zastanawiałem się nad tym, co widziałem poprzedniego dnia w małej, majorkańskiej, górskiej mieścinie Lluc.
         Pośród gór Serra de Tramuntana (w jęz. katalońskim, bo w hiszpańskim - Sierra...), które wznoszą się ponad 1000 metrów nad poziom morza, na wysokości 525 metrów leży osada Lluc, a w niej wybudowane w  XVII w. kościół i klasztor.

Klasztor w Lluc
fot. W.Chyliński

Klasztor ów - Santuari de la Mare de Deu, to - jak mówią - centrum duchowe wyspy Mallorca.

Klasztor w Lluc
fot.W.Chyliński

Kiedyś, niczym nasza Częstochowa, oblegany był przez pielgrzymki wiernych, które po dziś dzień się zdarzają, choć...

Ołtarz kościoła w klasztorze w Lluc
fot. W.Chyliński

...dzisiaj, jak zauważyłem, pielgrzymują głównie turyści. Przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, którzy prócz kąpieli w słońcu, morzu i basenie, na zasadzie duchowego all inclusive, chcą, czasem z potrzeby ducha, a częściej ze zwykłej ciekawości, zobaczyć i poczuć coś więcej niż zastawione i pachnące stoły przy hotelowym basenie, czy gorące plaże z bajecznymi widokami.
W kaplicy klasztoru, za głównym ołtarzem znajduje się La Moreneta, czyli Czarna Madonna.

Czarna Madonna - La Moreneta
fot. W Chyliński

          Większość uczestników naszej, polskiej wyprawy, w przeciwieństwie do licznych, niepolskojęzycznych grup zwiedzających kościół, przed Czarną Madonną natychmiast  padła na kolana i zaczęła pod nosem mamrotać zdrowaśki. Wiara to szczera, czy odruch człowieka od dziecka tresowanego w jednym i tylko jednym poglądzie na świat?
          Polski lud się modlił, a przewodniczka uprzejmie wyjaśniała, co i kiedy w klasztorze zrobiono, co i gdzie można teraz zobaczyć. Z tych wyjaśnień, być może za sprawą mojej przyjaznej znajomości z architektem Szczepanem Szotyńskim,  wpadła mi w ucho wiadomość, że przy renowacji sanktuarium pracował sławny Antonio Gaudi. Poza tym dowiedziałem się, że gdybym chciał swoje życie w spokoju przemyśleć, to za 24 euro za dobę mogę sobie wynająć w klasztorze celę. Dowiedziałem się także, że w całym tym ogromnym kompleksie żyje tylko pięciu zakonników, których wspiera załoga świeckich. Generalnie  to właśnie świeccy prowadzą ten, nastawiony na turystów, interes, a nie na pielgrzymów i skutecznie dbają o zabytek. Dlaczego tak? Ano dlatego, że na Majorce, jak powiedziała przewodniczka, tak jak w całej Hiszpanii, na msze do kościoła przychodzi w niedzielę od kilkunastu do kilkudziesięciu, głównie starszych osób. Z takiej wiary i tacy trudno byłoby się Kościołowi w Hiszpanii utrzymać.  
          Dość trudno przychodziło mi wyobrazić sobie katolicką Hiszpanię w roli Francji - najważniejszej i najstarszej córki katolickiego Kościoła, gdzie dzieją się podobne rzeczy.
          Od tych nowin zaschło mi w gardle. Musiała to zauważyć nasza piękna i uprzejma przewodniczka, gdyż doradziła zwilżenie gardła w przyklasztornej restauracji. Prócz kawy, herbaty i jakiegoś prostego śniadania mogłem sobie również zamówić piwo, wino, bądź wódeczkę - wedle smaku i gustu. Była dziesiąta rano, ale co tam...  
          Usiadłem nad piwem i zacząłem się zastanawiać, czy aby ten Głódź, stawiając nowe kościoły, nie przeszarżuje w swych zapędach? Czy uda się w polskim Kościele utrzymać tylu wiernych, by starczyło nie tylko na budowę nowych świątyń, ale też na ich utrzymanie? Już widać, że społeczeństwu coraz mniej podoba się finansowe wsparcie, jakie rząd funduje klerowi. Naród coraz krytyczniej patrzy na armię ludzi w sutannach, targaną skandalami i aferami. Zastanawiałem się, czy Kościół w Polsce ma prawo tak się stawiać, jak się stawia? Czy nauka, jaką głosi jest wystarczającym argumentem, by w dzisiejszych czasach powoływać się na nieomylność? Czy można stawiać siebie za wzór cnót wszelakich i jednocześnie grzeszyć mową, uczynkiem i pychą?
          Siedziałem w klasztorze nad kuflem piwa i gdyby nie te cuda natury...

zatoczka na Majorce
fot. W.Chyliński

... to pewnie bym się upił, a odpowiedzi i tak bym nie znalazł.
          Trzeba było się jednak ruszyć dalej, ciesząc się  z pogody, spokoju, szczęścia i widoków. Do tego, że na Majorce nikt nigdzie, poza wielkimi sklepami, nie wydaje paragonów, zdążyłem się przyzwyczaić, więc gdy płaciłem za piwo w klasztorze, po usłyszeniu "gracias",  na rachunek nie czekałem.
          Zrozumiawszy skąd w Hiszpanii kryzys...


fot. W. Chyliński
... udałem się w rejs po morzu Śródziemnymsmiley.
          Teraz, gdy porównuję nasze Orłowo, do krajobrazów Majorki, cieszę się, że chociaż tyle mamy i nikt nam tego nie chce zabrać.... 

  
01 września, 2012

Prawo na "lewo"

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:35
          Od powrotu z Mazur codziennie, z coraz większym zażenowaniem czytam o polskim wymiarze sprawiedliwości. Szczególnie wybija się tu dorobek wybrzeżowych prokuratur, sądów i urzędów skarbowych. Nie łudźmy się jednak, to nie przypadek jednostkowy, to choroba, która opanowała system i mentalność ludzi wyjętych spod jakiejkolwiek kontroli.
Ręce opadają, jak się człowiek dowiaduje, że w czasie, gdy gość z Amber Gold kradnie z kieszeni współobywateli i państwa miliony, współczujące sądy ogłaszają mu wyroki w zawieszeniu, kolejne prokuratury umarzają sprawy, a kontrola z  Urzędu Skarbowego odpuszcza jakiekolwiek działanie, wysiłek swój poświęcając łapaniu kobitki w punkcie ksero, która przez pośpiech i nieuwagę nie wydała pargonu o wartości 30 groszy. Za to wielkie przestępstwo Urząd Skarbowy wręcza wystraszonej kobicie mandat wysokości 300 zł i wzywa do siebie właściciela punktu, by wręczyć mu za brak nadzoru kolejny mandat na kilkaset złotych. Proszę wierzyć, że sobie tego nie wymyśliłem. W tym czasie należące się Polsce i jej obywatelom miliony idą się najzwyczajniej pieprzyć i nikogo to nie interesuje. Wiwat prawo, wiwat sprawiedliwość, wiwat wszystkie urzędasy!!! 
          W Warszawie prokurator ściga Korę za skręta, który w opinii naukowców jest o wiele mniej szkodliwy niż papieros i choć może sprawę umorzyć, to jednak kieruje ją do sądu. Dura lex sed lex?
W Trójmieście za to prokuratorzy lekką ręką umarzają "grube" sprawy, na których traci społeczeństwo i skarb państwa. Schowani za immunitetem skręcają prawo na "lewo" i traktują je, jak coś, czym wolno posługiwać się bez żadnych zahamowań, wbrew jego literze i duchowi, do woli, wedle uznania i własnego "widzimisię". Zwariować można od tej prawniczej hochsztaplerki i cynicznej polityki w todze. Warto przeczytać  tekst Janusza Palikota w "natemat.pl" -  na ten właśnie temat. Wychodzi na to, że zawsze i wszędzie znajdzie się prawdziwy "bohater" walki o sprawiedliwość i praworządność, wart ministerialnej ochrony i korporacyjnego wsparcia. Każdy może na nim polegać, i polityk, i biznesmen, i... przestępca, tylko nie zwykły, szary obywatel.
Podobnie, jak Ryszard Kalisz, którego swego czasu miałem przyjemność poznać, uważam, że prokuraturę trzeba całkowicie zreformować i poddać jakiejś kontroli, czy nadzorowi. Nadzorowi, choćby wewnętrznemu, ale moralnie nienagannemu. Kiedyś Lord Acton głosił, że władza absolutna demoralizuje absolutnie i niestety, tak jest. Jak widać na przykładach, nie tylko prokuratura uwolniona od odpowiedzialności zdaje się być dzisiaj na najlepszej drodze do absolutnej demoralizacji.

          A tu, bez względu na to, jak działa prawo, powolutku kończy się lato. Obżeram się pomidorami ile wlezie, bo tylko teraz pomidory mają swój oryginalny i niepowtarzalny o innych porach roku smak. Obżeram się więc pomidorami i wspominam kurczaka, jakiego podano nam w restauracji "Pod Żaglami", gdyśmy latem zacumowali przy pomoście w Makowie.



          Makowo, to mała wioska na brzegu Jezioraka. Odkąd pamiętam więcej tam było domków kempingowych niż wiejskich chałup. Miejscowość ta leży mniej więcej w połowie Jezioraka, który jest najdłuższym jeziorem w Polsce. We wspomnianej knajpie, bardzo ładna i przesympatyczna pani zaproponowała nam kurczaka w serze, czymś tam jeszcze i w suszonych pomidorach. Dobre było bardzo. Jak będziecie pływać po Jezioraku, to polecam kurczaka z restauracji "Pod Żaglami". Asia oczywiście wyciągnęła od przesympatycznej pani przepis i teraz, gdy wracamy wspomnieniami na jeziora, wracamy też do tego, kurczakowego zestawu przypraw i dodatków. Co jakiś czas serwujemy go sobie, nie tylko przy kurczaku, i zawsze jest pysznie.

          Jak już jesteśmy przy przepisach, to muszę koniecznie pochwalić się przepisem na szczęście. O każdej porze dnia i nocy, tygodnia, miesiąca, czy roku, bierze się wnuczkę na ręce i mocno do siebie przytula. O tak:



          Uczucie, jakie człowieka przy takim tuleniu wypełnia jest o wiele silniejsze, niż  cała złość z tego powodu, że jakiś marnej jakości człowiek i jeszcze marniejszy prokurator "skręca" sobie prawo na "lewo" i pali...głupa.

PS. ( dopisane 5 września 2012r.)
Premier Tusk także, jak przyznał dzisiaj na konferencji prasowej, jest za reformą prokuratury, i to wstrząsającą. Czyli już chyba wszyscy odczuwają gwałtowną potrzebę zmian. Wszyscy, prócz zainteresowanych. W Trójmieście prokuratorzy mają się dobrze. Żaden nie podał się do dymisji. 



NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY