27 stycznia, 2013

Tylko dusza się nie starzeje

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:54
          Witam w 2013 roku. W Sylwestra na swój wiekowy garb załadowałem tonę nadziei, nie bacząc na to, że rok ten będzie dla mnie przełomem między kolejnymi dekadami życia. Cóż robić? Choć w mojej głowie wciąż siedzi mały chłopiec, to w lustrze codziennie kłania mi się jakiś, coraz bardziej starszy pan, tylko trochę do mnie podobny. Włos siwieje, w stawach strzyka, w nogach boli, w krzyżu łupie, ale "...w sercu ciągle maj...". Czy to znak, że tylko dusza się nie starzeje, czy to naiwność i próba zakłamania rzeczywistości - czas pokaże. Stawiam na to drugie, wszak czas robi swoje, czyli przemija, a my razem z nim. 
 Kalendarz Solidarności1983 roku        Bywa, że gdy oglądam się wstecz i porównuję czas teraźniejszy do przeszłego, to zdaje mi się, że niektóre kwestie w naszym ludzkim, polskim życiu nie zmieniły się wcale. Gdyby to jeszcze chodziło o takie cechy, jak przyzwoitość, lojalność, pracowitość, czy uczciwość, to brak zmian mógłby cieszyć. Niestety, nie zmieniamy się w podłości, niechlujstwie, zawiści i bałaganie. Wczoraj przeczytałem artykuł w Gazecie o donosach i donosicielach. Według naczelnika Izby Skarbowej liczba donosów nie maleje. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym urzędnikiem takiej instytucji, który domyślał się, że najczęstszym motywem pisania donosów jest czysta zawiść, zwykła nienawiść lub bezinteresowna chęć stworzenia bliźniemu problemów. Urząd ma obowiązek każdy donos sprawdzić,  więc wzywa obwinionego obywatela i... Większość donosów to pomówienia. Znajomy urzędnik powiedział, iż patrząc na epistolarny poziom anonimów, to jemu się widzi, że donosy najczęściej piszą ludzie prymitywni, bywają jednak i takie, których autorami mogli być tylko osobnicy z wykształceniem wyższym, często prawniczym. Zastanawiam się, co trzeba mieć w głowie, by czas poświęcony na studia i wykształcenie w efekcie marnować na dogadzaniu swojej podłości.
          Ostatnio w domowych szpargałach znalazłem "podziemny" kalendarz z 1983 roku. Trzydzieści lat... Wciąż takie rzeczy, pochowane gdzieś po książkach i teczkach, jeszcze odkrywam. Pamiętam, że miałem też zbiór znaczków podziemnej Solidarności, ale ponieważ przyjaźniłem się swego czasu z zagorzałym filatelistą Andrzejem Witkowskim, to mu ten mały zbiór podarowałem. Mój syn miał wtedy trzy lata i życie przed nami stało otworem, tyle tylko, że życie to było dość mocno ograniczone. W szarości tamtych dni zniewoleni byliśmy nie tylko przez sytuację polityczną, ale przede wszystkim przez biedę. Staliśmy upokorzeni w kolejkach po wszystko. Zdobycie czegokolwiek, bez układów i znajomości graniczyło z cudem. Pocieszenie, że podczas II wojny światowej ludzie mieli gorzej jakoś humoru nie poprawiało. W moim przypadku, faceta z piórem i gitarą, przeżycie wraz rodziną kolejnych dni i miesięcy było nie lada wyzwaniem, często graniczącym z szaleństwem . Na szczęście powstał w tamtym czasie zespół, który pozwolił mi koncertować i zarabiać. Wiązało się to jednak z częstą nieobecnością w domu. Syn, jak to małe dziecko, przechodził wtedy wszystkie choroby swojego wieku i moja żona nie jedną godzinę spędzała w przychodni. Takie hasła, jak to na kalendarzu, że "Solidarność zwycięży" dawały nadzieję, że "...jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie...". I po paru latach się stało. Tylko głupiec myślał wtedy, że operacja usuwania guza komunizmu przejdzie łatwo i bez bólu. Bolało. Z gospodarką poradzono sobie dość szybko, z mentalnością Polacy borykają się do dzisiaj.
mama          Moja Mama skończy w tym roku osiemdziesiąt pięć lat. Wiele lat temu zachorowała na dość ciężką chorobę. Nadzieją na wyzdrowienie było m.in. otoczenie jej rodzinną opieką. Ponieważ jestem jedynakiem, Mama zamieszkała z nami. Z czasem poradziliśmy sobie z chorobą, lecz ze starością Mamy i chorobami z nią związanymi już sobie nie poradzimy nigdy. Nadzieja, by ta starość nie była zbyt uciążliwa leży w dobrze funkcjonującej Służbie Zdrowia. Niestety, niezmieniające się cechy narodu, które widać w donosach i świństwach, jakie Polak Polakowi itd., wyłażą też w szpitalach i przychodniach. Choć pracują tam ludzie wykształceni i zdawałoby się, że wrażliwi, współczujący i empatyczni, to w "praniu" okazują się niedołężną, bezmyślną zbieraniną urzędasów, co to "od do", a reszta gówno ich obchodzi. Gdy im to wypomnieć, powołują się na przepisy NFZ. Okazuje się, że to przepisy i ustawy każą nam być wrednymi. 
          Na starość są leki, które nie leczą, lecz łagodzą i pozwalają pogodniej człowiekowi z tego świata odchodzić. Takie leki lekarz przepisuje raz, a potem recepty tylko ponawia. Do tej pory w naszej Przychodni było tak, że wystarczyło zostawić w recepcji prośbę o następną dawkę leku dla osoby na stałe chorej i po krótkim czasie odbierało się receptę. Tak było i było dobrze. Pewnie za dobrze, bo...
          Kilka dni temu leki się mojej Mamie skończyły, więc poszedłem do przychodni z prośbą o nową receptę. Tam okazało się, że już tak dobrze nie ma. Pani recepcjonistka powiedziała mi, że Mama musi osobiście przyjść do lekarza. Na moje tłumaczenie, że Mama jest staruszką, że choć jeszcze żwawa i jakoś się trzyma, to jednak śnieg, ślizgawica, grypa w przychodni, kolejka, czas..., dowiedziałem się, że mogę Mamę zastąpić. I tak  też się stało. Zarejestrowano Mamę, a ja po kilku dniach o wyznaczonej porze odwiedziłem Przychodnię. Odsiedziałem swoje wśród kaszlących i gorączkujących, by po prawie dwóch godzinach wejść do lekarza z prośbą o wypisanie recepty. Lekarz, świetny zresztą dr.K., spojrzał w komputer i powiedział - Aha - po czym wypisał receptę. Po powrocie do domu natychmiast zaaplikowałem sobie Coldrex i jakoś chodzę. 
          Owsiak, człowiek zesłany do Polski chyba przez Najwyższą Opatrzność, zainteresował się ostatnio dolą ludzi chorych na starość. Podli, najczęściej katolicy, pospieszyli z donosami, że "Róbta co chceta" chce mordować staruszków. Niezrażony tym Owsiak zrobił co chciał i zebrał ładny grosz, by wspomóc odchodzących, o których Polska nie chce pamiętać.
          Wałęsa powiedział kiedyś, że muszą odejść dwa pokolenia, by było normalnie. Mam nadzieję, że miał rację i w pokoleniu mojej wnuczki urzędnik zamiast sprawdzać donosy chorych z nienawiści, pomoże obywatelom bez zbędnych procedur żyć zdrowo i ładnie, przez cały życia tego czas. Czego wszystkim normalnym szczerze życzę.

20 grudnia, 2012

Święta i nie święta...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:17
         Sam już nie wiem, po raz który odkrywam w grudniu starą jak świat prawdę, że choć każda treść posiada jakąś formę, to forma nie koniecznie zawiera w sobie treść. Treść może mieć sens lub nie, a forma?

Orlowo

          Jesteśmy zlepkiem formy z treścią, to i nic dziwnego, że życie dość często pyta nas o kształt tego zlepku, o jego obraz. Dziwne, ale rzadko pytanie to dotyczy obu tych bytów razem. I tak na przykład: - Jak wyglądam - pyta kobieta. - Ładnie, dobrze, pięknie, znakomicie - odpowiada mężczyzna i pyta - A czy nie za lekko się ubrałaś, czy nie zmarzniesz? Do formy mężczyzna dodaje przychylną treść i barwę, tworząc tym samym jakiś związek, zlepek, całość. Związki te mogą mieć różny kształty i być wypełnione różną treścią. Różną też mogą mieć wagę, ale chyba zawsze, gdy w formie siedzi treść, to rodzi się uczucie.
          Ewa Błaszczyk, aktorka, która przeżyła rodzinną tragedię, w odpowiedzi na formę i treść tej katastrofy założyła Fundację "Akogo" i otworzyła niedawno Klinikę "Budzik". Rozumiem to tak, że pomysłem, wysiłkiem i gestem zmieniła złą treść i formę na całość dobrą, wręcz świętą. Czyż to nie twórcze, boskie działanie?Mikołaj i ja
          Mam czasem wątpliwą przyjemność obserwować z dość bliska ludzi, dla których formą i treścią życia jest szeleszczenie banknotami w kieszeni. Nic z tego dla świata nie wynika, poza tym, że wszystko, co mogłoby ten szelest zagłuszyć staje się wrogie. Na pierwszy rzut oka to normalni ludzie, eleganccy, dobrze wychowani, inteligentni i dowcipni. Mogłoby się wydawać, że to światowcy zanurzeni w ciepłym i życzliwym morzu powodzenia. Któż takich nie zna? Przy bliższym poznaniu okazuje się, że za pudrem szczęścia kryje się nieprzyjemna w zapachu, bagnista gleba braku skrupułów, a kolor na licu jest zimny i szary. Zza ogłady prostactwo wyziera, które nijak się ma do albumu oficjalnych uśmiechów i gestów. I tak zmieniająca się treść zmienia formę. Postać nadal jest układna, miła i wszyscy mają ją za człowieka sukcesu, tyle że treść tego życiowego wzlotu unosi się w formie okropnej, jakże odległej i nieporównywalnej do tej, której używa Ewa Błaszczyk. Nic boskiego i świętego  w tym kształcie się nie znajdzie.
          Zbliżają się Święta. Forma, często kopiowana od pokoleń, w każdej polskiej rodzinie ma podobny kształt. Z treścią zaś bywa różnie. Dla jednych Święta są duchowym przeżyciem, dla innych to tylko tradycja. Dla jednych to szansa zobaczyć się z całą rodziną, dla innych to tylko zbiór pustych gestów i słów, strata czasu i urlop w niecodziennej oprawie.
          Dla mnie Święta są piękną tradycją. Niestety, pięć lat temu w Święta Bożego Narodzenia wydarzył się tragiczny wypadek, w wyniku którego życie straciły dwie osoby z naszej najbliższej rodziny. Od tamtej pory grudniowa barwa, forma i treść zmieniły ten radosny czas w  rocznicę tragedii, ze skutkami której nie możemy się uporać do dzisiaj.

Igusia

          Jest jednak nadzieja. W tym roku przyszła na świat Iga i tym samym nasza rodzina powiększyła się o córkę mojego syna. Dla niej będą to pierwsze Święta na tym świecie. Kiedyś ja czekałem na Mikołaja, teraz sam nim będę. Mam nadzieję, że bycie Mikołajem nie ograniczy moich życzeń. Już wiem, że wśród tych życzeń będzie i takie, by wraz z pojawieniem się Igi powróciła do naszej rodziny jedność formy i treści w radosnym przeżywaniu Świąt.
Może się spełni. Czego sobie i wszystkim serdecznie życzę.
         
29 listopada, 2012

Pięknie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:12
         Może to i banalne spostrzeżenie, ale wbrew pozorom drogi życiowe i drogi komunikacyjne są w pewnym sensie podobne do siebie. Przecież przemieszczając się skądś dokądś, czy planując swoją przyszłość nie jest nam obojętne, w jakim będziemy poruszać się kierunku, jaki będziemy przemierzać teren i jaką nawierzchnię będzie miał nasz trakt. Chociaż są mapy, drogowskazy i GPSy, to bez porządnego rozeznania, rozsądku i wiedzy zawsze można się zgubić, zawsze można zabłądzić.Takie i podobne myśli przychodziły mi do głowy, gdy postanowiłem niedawno wyruszyć w podróż .
          Wszystko zaczęło się w piątek ubiegłego tygodnia. Z domu wyjechać musiałem na tyle wcześnie, by przed zmierzchem być w Łomży. Chciałem bowiem następnego dnia, czyli w  sobotę, wypoczęty zasiąść w jury jubileuszowej Giełdy Piosenki, którą od 20 lat organizuje łomżyński Regionalny Ośrodek Kultury.
          Odkąd istnieje autostrada A-1, a ja mam jakiś interes w centrum kraju, to chętnie z niej korzystam. Dotychczasowy szlak do stolicy, biegnący skrajem Warmii i Mazur, został przeze mnie dość skutecznie zapomniany. Ta niemożliwa do "przełknięcia" ilość radarów na "Siódemce", zwężeń, zakrętów, czarnych punktów, ograniczeń i korków zawsze kojarzyła mi się z tytułem filmu pt. "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz", a nie przyjemną i płynną podróżą. Wygoda, bezpieczeństwo i możliwość szybkiej jazdy, to jednak duża frajda dla takiego gościa jak ja, co to jeszcze chce i może. Zdziwienie moje było więc ogromne, gdy jadąc teraz starą obwodnicą z Gdyni, wjechałem na nowo otwartą obwodnicę południową Trójmiasta i po pół godziny przekraczałem Wisłę w Kiezmarku. Dawniej, gdy trzeba się było przebijać przez cały Gdańsk, ten sam odcinek drogi zabierał mi sporo ponad godzinę. Przyjemne zaskoczenie trwało nadal, bo w Elblągu ponownie wjechałem na dwupasmówkę i pędziłem nią prawie do Ostródy. Potem było jeszcze 30 kilometrów dwupasmówki z Olsztynka do Nidzicy i już mogłem rozglądać się za lewoskrętem, by przed zmrokiem skierować się ku Łomży. Pięknie - pomyślałem nie wiedząc, że następnego dnia myśleć będę tak częściej.

Zosia Borkowska - laureatka XX Giełdy Piosenki w Łomży 

          W sobotę rano Łomża powitała mnie pogodą marną, by nie rzec płaczliwą. Deszcz i mgła nie sprzyjały rozwijaniu emocji. Zaproszony przez dyrektora R.O.K. Jarka Cholewickiego, którego poznałem w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, jako szefa legendarnego studenckiego klubu Łajba w Sopocie, raczyłem się od rana kawą, by jakoś podnieść w sobie ciśnienie. W chwili, gdy dowiedziałem się, że w ramach obowiązków jury będzie musiało przesłuchać około siedemdziesięciu młodych wokalistów odstawiłem kawę. Nie była już potrzebna. Pięknie - pomyślałem po raz pierwszy tego dnia. I się zaczęło...jury
          W jury, prócz minie, zasiadło jeszcze dwóch muzyków: Bogdan Szczepański i Grzegorz Sekmistrz.
Bogdan jest kompozytorem. Skomponował ponad dwieście muzyk do spektakli teatralnych, w tym wiele dla dzieci i młodzieży. Jest muzykiem i aranżerem łomżyńskiej Filharmonii, a także twórcą działającym na innych polach muzycznej dziedziny. Jest artystą wielokrotnie nagradzanym.
          Bogdana też poznałem w latach osiemdziesiątych na jakimś artystycznym zbiegowisku w Spychowie, gdzie koncertowaliśmy, jako młodzi, zdolni i dobrze zapowiadający się artyści. Teraz, w towarzystwie Grzegorza Sekmistrza - zdolnego muzyka, pianisty i wokalisty - przyszło nam oceniać innych artystów, młodszych od nas o dwa pokolenia, zdolnych i dzisiaj bardziej od nas zapowiadających się.kasia Górska - laureatka pierwszego miejsca w kategorii licealistów
          Organizatorzy uczestników konkursu podzielili na kilka grup. Pierwszą grupą byli artyści z pierwszych, drugich i trzecich klas szkoły podstawowej, a ostatnią licealiści, tuż przed maturą. Była też grupa wykonawców śpiewających piosenki po angielsku. 
Przesłuchania szły nam sprawnie i od początku było ciekawie. Z przyjemnością odnotowałem, że dzieciaki najczęściej śpiewają piosenki z tzw. tekstem, trzymając się z daleka od plastikowego repertuaru. Nie tylko wybierali sobie do śpiewania dobre piosenki, ale też dobrze je śpiewali. Z czasem, gdy na scenie przybywało nowych konkursowiczów, popadałem w  coraz to większe zdumienie. Coraz bardziej docierało do mnie, że Łomża i okolice mają tak wiele talentów piosenkarskich, że można nimi obdzielić jeszcze inne regiony Polski. Kiedy ja w młodości chwyciłem się gitary, to bardziej niż indywidualne śpiewanie modne było słuchanie. Teraz są inne czasy, inne rozgłośnie, inne telewizje i inna technika popularyzowania sztuki. Jedno się nie zmienia - wśród śpiewających niewielu w Łomży było chłopaków. U młodych to już chyba tak pewnie zawsze jest, że dziewczyny bardziej wierzą w siebie i szybciej swoje życiowe szanse chcą sprawdzać.
          Maluchy z pierwszych klas były rozbrajające. Śpiewały przepięknie, angażując w to całe swoje kilkuletnie, życiowe doświadczenie. Śpiewając kątem oka sprawdzały reakcję rodziców, a ta zawsze była nadzwyczajna. Obserwowanie rodziców było równie rozkoszne, jak patrzenie na ich pociechy. Te miny, te gesty, te ręce składające się same do burzliwych oklasków... Pięknie - pomyślałem, bo było na co popatrzeć i czym się zachwycać.
          Jeśli ktoś jest ciekawy i chce zobaczyć, jaki był werdykt jury, niech zajrzy na stronę: www.4lomza.pl lub www.superlomza.pl, gdzie znajdzie zdjęcia, recenzje i nasze orzeczenie z XX Giełdy Piosenki w Łomży.
          Dzieciaki śpiewały, a mnie mnie prócz uniesień i zachwytów nachodziły też wątpliwości. Jako jurorzy musieliśmy wybierać, decydować kto lepszy, a kto gorszy. Czasami słuchając nie mieliśmy zupełnie ochoty na to, by ustawiać jakąkolwiek gradację. Chętniej przyznalibyśmy wszystkim nagrody, bo prawie wszyscy na nie zasługiwali.Bogdan Szcepański, Waldemar Chyliński i Wicestarosta Łożyński - Adam Sowa 
Wicestarosta Łomżyński - Adam Sowa, który laureatom wręczał nagrody, widząc naszą rozterkę, wspomniał, że przy okazji zbyt możnego nagradzania możemy zdewaluować wartość swoich decyzji. Była w tym racja, więc nagradzaliśmy w poszczególnych kategoriach tych, którzy w danej chwili wydawali nam się najlepsi wśród najlepszych. A co do "danej chwili"... Zdarzyło się, że dziewczyna, która przepięknie zaśpiewała piosenkę angielską, kompletnie nie błyszczała w piosence polskiej. Po prostu nie radziła sobie z nią, co mocno mnie zdziwiło. Może to była wina złej podpowiedzi nauczyciela, rodzica, czy przyjaciół - nie wiem. Na ogół jednak dzieciaki piosenki miały dobrze dobrane. Pasowały do wieku i możliwości. Nie ma bowiem nic głupszego i śmieszniejszego niż dziesięcioletnia dziewczynka śpiewająca o tragicznej miłości kobiety będącej po rozwodzie. Jak i co wtedy oceniać?
          Dlatego dość sceptycznie odnotowałem zapowiedź wykonania przez uczennicę trzeciej klasy łomżyńskiego gimnazjum piosenki pt. "Dobranoc panowie" do muzyki Andrzeja Zielińskiego i słów Agnieszki Osieckiej. Piosenkę tę śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz. Osiecka, najdelikatniej mówiąc, niezbyt dobrze w swym tekście osądza mężczyzn, więc jak mi się wydawało utwór ten powinien być śpiewany przez kobietę dojrzałą, z pewnym  życiowym doświadczeniem. Inne wykonanie, jak mniemałem, będzie trącić fałszem, niezależnie od starań i jakości głosu artystki. Okazało się, że tym razem byłem w błędzie i po wysłuchaniu Anity Czarneckiej musiałem nieco swe poglądy zweryfikować. Anita bowiem tak zaśpiewała piosenkę Osieckiej, że już po pierwszej zwrotce zapomniałem, iż śpiewa ją nastolatka. Poradziła sobie z dorosłym tekstem i wcale nie prostą muzyką, poradziła sobie też z interpretacją. Śpiewała jakby od niechcenia, lekko i mądrze. Mimo kilku kiksów Anita zrobiła to, czego wymaga się od artystów - śpiewając uwiodła słuchaczy. 
          Pięknie - pomyślałem, gdy Anita skończyła śpiewać.laureatka XX Giełdy Piosenki w Łomży Anita Czarnecka ( w środku) Oczywiście w swojej kategorii wygrała, a werdykt wydaliśmy jednogłośnie. Obok Laury Narolewskiej i Kasi Górskiej, która bardzo udanie zaśpiewała piosenkę Hani Baszaszak do rewelacyjnego tekstu Jonasza Kofty "Samba przed rozstaniem", również Anicie wróżyłbym w przyszłości sukces. Czy wyrośnie z niej gwiazda? Kto wie?
Wracając do domu zastanawiałem się, czy warto młodych ludzi narażać na wysiłek i stres, gdy w mediach i tzw. show-biznesie gwiazdy zapala się błyskawicznie, a gasi jeszcze szybciej? Najczęściej po jednym sezonie. Czy warto zmuszać do wytężonej nauki i pracy kogokolwiek, nie zapewniając mu jednocześnie szansy na sukces? Moim zdaniem od początku tej zabawy należy tłumaczyć dziecku, że nauka śpiewu, konkursy, giełdy i festiwale są dla nich właśnie zabawą, rozwijaniem osobowości i rozszerzaniem horyzontów. Zabawą, a nie wyścigiem do niepewnych karier, drogą do sławy i fortuny. Mam nadzieję, że nauczyciele i rodzice to wiedzą i to swym dzieciom tłumaczą. Tłumaczą, ale nie zniechęcają, bo czy jest ktoś, kto nie chciałby zaistnieć w świadomości milionów? Komu się nie marzy główna wygrana? A poza tym, jak mówią, gdy człowiek śpiewa, to tak, jakby się dwa razy modlił.
          "Trzeba marzyć...", śpiewała swego czasu Ela Wojnowska, która w latach siedemdziesiątych zdobyła wszystkie nagrody na wszystkich ważnych festiwalach w Polsce. Wyjeżdżając z Łomży myślałem o Eli, bo Ela swoją karierę zaczęła będąc takim samym dzieciakiem, jakie śpiewały na XX Giełdzie Piosenki. Cóż więc stoi na przeszkodzie, by Anita, Laura, czy Kasia znalazły się na dobrej drodze do sukcesu? Nic.
          Dojechawszy do domy pomyślałem, że i w Łomży, i podczas konkursu, i w gościnie u Jarka i Beaty Cholewickich, i nawet na drodze, mimo mgły - wszędzie było pięknie. 


18 listopada, 2012

Ciekawym

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:18
          Ciekawym , którzy chcą wiedzieć, jak było podczas zapowiedzianej tydzień temu w Codziennościach wizyty Andrzeja Donarskiego u nas w domu...

Andrzej Donarski

... z kronikarskiego obowiązku wyjaśniam, że czas nam upłynął na przyjaźnieniu się, na wspomnieniach...

Andrzej Donarski na scenie 

... na pracy i na...

Iga i Andrzej Donarski

...pieszczotach. Iga Donarem była zachwycona, więc szybko przeszli na "ty".
          Ponadto laliśmy, laliśmy i zalaliśmy... fundamenty pod - jak to się ostatnio modnie mówi -  zupełnie nowy projekt. Ciekawym, czy nam coś z tego wyjdzie odpowiadam, że bardzo bym chciał, bo zapowiada się ciekawie, więc też ciekawym.


10 listopada, 2012

Lejemy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:18
          Z 29 na 30 listopada kto może i chce obchodzi Andrzejki. Ten stary zwyczaj, w przeddzień imienin Andrzeja, wyróżnia się laniem wosku na zimną wodę. Czynność ta ma służyć przewidywaniu przyszłości. Nie wiem dlaczego ludzie chcą  znać przyszłość? Skąd ta ciekawość jutra? Mnie przyszłość interesuje o tyle, o ile potrafię na nią wpłynąć. Tajemnica jest istotą życia. Bez tajemnicy, która się ściele na tym, co będzie, wszystko straciłoby sens. Żyjemy oddychając tajemnicą i nadzieją. I to właśnie dla tych dwóch rzeczy, choć i tak znamy koniec, borykamy się z doczesnością. Tyle naszego, co się zabawimy.  

Donar

          Zastanawiam się dzisiaj nad tajemnicą, nadzieją i zabawą, gdyż spodziewam się wieczorem gości. Jak już pisałem przyjeżdża do nas dawno niewidziany Andrzej Donarski - ex Mr.Zoob, facet z niepowtarzalnym głosem. Mimo upływu prawie trzydziestu lat, słyszymy go wciąż jeszcze w radio, gdy leci "Kawałek podłogi".



          Do końca miesiąca Andrzej pewnie nie zostanie, ale mam nadzieję, że zdążymy sobie  wywróżyć jakąś wspólną, muzyczną przyszłość lejąc...
          Teraz przerwę wpis... Andrzej dzwonił  przed chwilą z zawiadomieniem, że jest już w drodze do Gdyni.
Cóż, bałagan w domu nie chce się sam sprzątnąć, a więc ruszam ku miotle. Wrócę do pisania, jak już będzie po tych przyspieszonych Andrzejkach, i jak już będzie po laniu...
          Kto niecierpliwy w oczekiwaniu na to, co będzie i kto łasy na wróżbę, to służę - Mina Tyma, piosenka, którą swego czasu przy okazji lania... napisaliśmy z Donarskim dla dodania otuchy i ku pokrzepieniu serc. Piosenka, która teraz, jesienią świetnie wróży najbliższą przyszłość i przepowiada pogodę. No, to lejemy... przepraszam, słuchamy i patrzymy.
wink

04 listopada, 2012

Historia, która wciąż żyje

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:26
          Pewne historie się nie kończą. Zaczynają się w przeszłości, często zabawnie i idą za człowiekiem, śmiejąc mu się w nos, nie bacząc ani na czas, ani okoliczności. Przypominają się i odtwarzają nagle, w niespodziewanych momentach i sytuacjach, których powstania wcześniej nigdy byśmy sobie nie wyobrażali. Tak było i tym razem...
          Widok był piękny. Stałem na wygrzanym słońcem chodniku jakiegoś miasteczka na Majorce i syciłem oczy widokiem. Ułożone na wzgórzach miasteczko opadało wprost do wody i zatłoczonej mariny. Tego dnia i przy tej pogodzie wyglądało przepięknie, co starałem się jakoś utrwalić.



          Stałem i gapiłem się na te "piękne okoliczności przyrody", czekając wraz z innymi uczestnikami wojażu po miastach i miasteczkach Majorki, na tramwaj, który miał nas z pięknego punktu A przewieźć do równie pięknego, jak nie piękniejszego, punktu B.Tramwaj na Majorce 
          Wśród tych "innych uczestników wojażu" była pewna rodzina z Krakowa, z którą znajomość zawarliśmy już dzień wcześniej w Porto Cristo. Tata, mama i dorosła córka na tle reszty uczestników naszej wycieczki wyróżniali się niezwykłą wprost pogodą ducha, otwartością na wszelkie wyzwania, energią godną podziwu i kapitalnym poczuciem humoru. W zawarciu bliższej, wycieczkowej  znajomości pomogła nam wódeczka, jaką częstowaliśmy się wzajemnie, odkręcając co jakiś czas swoje srebrzyste piersiówki. Było wesoło.
W pewnej chwili, gdy czekaliśmy na ten tramwaj, który widać na zdjęciu, głowa zaprzyjaźnionej rodziny - tata z Krakowa, zwracając się do mnie, zaśpiewał refren piosenki  "...Nie gniewaj się Waldek, ten tramwaj jest naprawdę twój, a reszta moja..." Dodać tu trzeba, że nie zdążyliśmy się wcześniej sobie przedstawić, więc zgłupiałem zupełnie. Zgłupiałem i zacząłem się radosnemu panu uważnie przyglądać, na gwałt szukając w pamięci nitek, które powiązałyby roześmianą i śpiewającą osobą, stojącą naprzeciwko mnie z moja przeszłością. Niestety, pamięć nie podpowiadała mi niczego. Zapytałem nieśmiało o to, czy może już wcześniej się poznaliśmy, ale zdumienie na sympatycznym obliczu krakowianina wystarczyło za odpowiedź. Z niedowierzaniem, uznając ten przypadek za przypadek, zacząłem więc zdziwionemu panu wyjaśniać historię piosenki o Waldku i tramwaju. Mówiłem o tekście "Szary blues", który napisałem dla Eli Adamiak, od którego to wszystko się zaczęło, o świetnym bardzie, poecie i tekściarzu Grzesiu Tomczaku z Poznania i jego chwilowej niemocy, gdy dostał zamówienie na tekst dla zespołu rockowego, o Andrzeju Donarskim, który tę piosenkę śpiewał i swoim zaskoczeniu, gdym pierwszy raz usłyszał ją w telewizji
W pewnej chwili zauważyłem, że moich wyjaśnień słucha nie tylko rodzina z Krakowa, ale też cała reszta wycieczki. Opowiadałem o piosence, ale ani razu nie wymieniłem nazwy zespołu, który ją śpiewał. I oto, tuż przy końcu opowieści, szturchnęła mnie w łokieć starsza pani, która z mężem stała z boku i zapytała: - A czy przypadkiem tego nie śpiewał Mr. Zoob?



          Potwierdziłem, a pani z zadowoleniem pokiwała głową i pochwaliła rock'n'rollową wiedzę swojego męża. Mąż owej pani wbił się w dumę, ale w tym momencie podjechał tramwaj, który dla większości naszej wycieczki chyba rzeczywiście w tamtej chwili był naprawdę mój.
         Tak więc historia piosenki "Kartka dla Waldka" wciąż trwa i przypomina się w różnych, czasami bardzo ciekawych momentach. Tak, jak i dzisiaj... Wczoraj Andrzej Donarski zapowiedział się na przyszły tydzień z wizytą. Dawno się nie widzieliśmy, więc będzie o czym pogadać. Mam też nadzieję, że i tym razem, nim Andrzej wróci do Niemiec, napiszemy nowe kawałki i poczynimy rozległe plany .smiley 
Tymczasem, pozdrawiając przemiłych krakowian, zachęcam do posłuchania "Kartki dla Waldka" w wersji bardziej współczesnej, nagranej cztery lata temu...



...a jeśli ktoś ma ochotę posłuchać, jak "Kartka..." brzmiała w latach osiemdziesiątych, to proszę kliknąć poniżej.
Miłej zabawy.

28 paĽdziernika, 2012

Facet z gitarą

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:28
          Wspominając w poprzednim wpisie o skutkach upływu czasu, nie miałem pojęcia, że właśnie w tym samym czasie, gdy o tym pisałem, Przemek Gintrowski doszedł do kresu i dotarł do ostateczności. Pogłoski o jego śmierci szybko okazały się prawdziwe.
          Coraz częściej przychodzi mi żegnać na zawsze przyjaciół i znajomych. Coraz większa liczba osób z mojego towarzystwa przenosi się do wspomnień. Nieubłaganie rzednie tłum, tych, kiedyś pięknych i młodych, gniewnych i pełnych wiary w miłość, w ludzi i w ideały. Odchodzą ci, którzy wiarę swą przy gitarze wyśpiewywali szeptem i krzykiem, i zawsze prawdziwie. Nie fałszowali.

Gintrowki

          Przemka Gintrowskiego poznałem  na Famie w Świnoujściu. Był to chyba rok 1976. Przystojny, wysoki, rzec można - młody bóg. Z rozwichrzonymi, długimi włosami, z lekko zmierzwioną brodą, w opiętych na tyłku modnych dżinsach, w przewiewnej, szeroko rozpiętej na szerokiej piersi koszuli, z jakimś wisiorkiem na szyi, był Przemek osobą, której nie dało się nie zauważyć. Szczególnie dziewczyny zawieszały na Przemku ciekawe i chętne oko, co widziałem często, bo wraz z Elą Adamiak zajmowaliśmy sąsiedni pokój. Przemek, tak jak my, mieszkał w wieloosobowym pokoju koedukacyjnym, w towarzystwie kilku pięknych uczestniczek Famy i - co doskonale pamiętam - miał nad łóżkiem wywieszony plakat z komunikatem: Pogotowie seksualne.
         Był  otwarty, wesoły, pogodny i przyjaźnie nastawiony do ludzi. Nic dziwnego, że polubiliśmy Przemka szybko i bezwarunkowo. Mnie w tym polubieniu bardzo Przemek pomógł śpiewając przepiękne piosenki do cudnej urody tekstów Krzysia Sieniawskiego (1951 - 2001), z których najbardziej do gustu przypadło mi "Przeczucie". Piosenka ta wpadła w moje ucho od pierwszego usłyszenia i tkwi tam do dzisiaj:

Tylko te drzewa wirujące                  
i czas mój głuchy znów jak pień -Przemek Gintrowski
czemużeś stanął, panie Słońce?
Nad czym tak dumasz cały dzień?

Tylko w okrutnej drżą uprzęży
czasu sprzed wczoraj - nasze dni -
czemużeś pobladł, panie Księżyc?
Przecież nie pierwszy wieczór znikł...

Tylko zapragnął we mnie przemian,  
śni inny byt jurajski gad -
czemu się kręcisz, panie Ziemia?
I tak nie wskrzesisz dawnych lat!

Tylko mych snów najdalszy przegon,
po gwiezdnych drogach - bury dym -
czemuś spochmurniał, Panie Niebo?
Czyżbyś się przejął byle czym?

Tylko spod trzepoczących powiek
ostrzem kindżału - biały nów -
czego się boisz, panie Człowiek?

Dlaczego Ci zabrakło słów?!

         Czas mijał... koncerty, festiwale, spotkania. Przemek wiedząc, że zauroczył mnie poezją Sieniawskiego zaprosił go kiedyś w Warszawie na nasz wspólny koncert. Do dzisiaj pamiętam wrażenia, jakie Krzysiu na mnie zrobił. Spodziewałem się spotkać kogoś z rozwianym włosem, szalonego..., a Przemek przedstawił mi sympatycznego, uśmiechniętego i bardzo nieśmiałego gościa w popelinowym płaszczu, z urzędniczą, skórzaną teczką w ręku i berecikiem na głowie. Od poznania Krzysia przestałem ludzi oceniać po wyglądzie.
          Inna piosenka Przemka do tekstu Krzysia, która robiła na mnie - i robi do dzisiaj -  duże wrażenie, to "Śmiech" zaczynająca się od słów "...Bardzo śmiesznie jest umierać / Kiedy żyć byś chciał / Nosić miano Olivera / Kiedy jesteś Brown...". Proszę posłuchać.




          Później, aż do stanu wojennego widywałem Gintrowskiego na scenie wyłącznie w towarzystwie Kaczmarskiego. Ta i dalsza część życia Przemka jest już powszechnie znana. Natomiast ja, zachwycony "Modlitwą o wschodzie słońca" Natana Tenenbauma ("...Każdy Twój wyrok przyjmę twardy / Przed mocą Twoją się ukorzę / Ale chroń mnie Panie od pogardy / Od nienawiści strzeż mnie Boże..."), pieśnią, którą Przemek skomponował i śpiewał wraz z Jackiem, zastanawiam się do dzisiaj  - czy spotkanie na scenie Przemka z Jackiem, i wszystko, co się potem działo, było dla Przemka twórczości najlepszym i jedynym rozwiązaniem? 
Dziękuję Ci Przemku za wszystko, a za "Przeczucie" szczególnie.
 

PS
uroczystości pogrzebowe Przemka rozpoczną się jutro, tj. 29 października 2012 r. o godz. 12.00 mszą św. w kościele św. Anny w Wilanowie przy ulicy Kolegiackiej 1

         

20 paĽdziernika, 2012

Z przymrużeniem oka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:37
Mając w domu taki skarb jak moja, od dzisiaj czteromiesięczna, wnuczka Iga...

Iga

... powinienem myśleć li tylko o przyszłości i o niczym więcej.
          Niestety, nawet najszczęśliwsza rola dziadka nie zagłuszy świadomości upływu czasu.  Zdarza się, że gościa takiego jak ja wpędza to czasem w zadumę i melancholię. Dziesięć lat temu nawet przez chwilę nie pomyślałbym o takim dzianiu się życia.
          Jako autor piosenek zawsze starałem się kojarzyć muzykę z sensowną warstwą słowną. Jeżeli nawet myśl przewodnia nie przewodziła zbyt jasno, refren nie składał się zbyt płynnie, a metafory nie fruwały zbyt wysoko, to chociaż klimat w piosence starałem się stworzyć taki, by tekściarz kompozytora nie kompromitował. Różnie jednak z tym bywało. Są, niestety, piosenki, o których wolałbym nie pamiętać, ale to nie jest takie proste. Zawsze znajdzie się się jakiś powód, który w mej pamięci jakąś głupawą strofę odświeży. Oczywiście, nie będę tu tych strof przypominał, a tych kilka słów ma być tylko wstępem do opowiedzenia pewnej historii, która niedawno mi się przydarzyła. Ku pamięci.
          Gdy z Andrzejem Donarskim zacząłem pisać piosenki dla Mr. Zooba, najczęściej trafiały nam się takie, które należało śpiewać z przymrużeniem oka. Choć minęło sporo czasu, wciąż z przyjemnością odsłuchuję sobie np. piosenkę pt. "Sra ta ta ta".  Mr.Zoob nagrał, Andrzej Donarski zaśpiewał, kabaret Limo sfilmował, a wszyscy, i ja też, w tym filmie wystąpiliśmy. Piosenka o upierdliwym motywie muzycznym, który nie chce wyjść z głowy i nie daje żyć bawi mnie niezmiennie do dzisiaj. Ale nie ze wszystkimi piosenkami tak jest.



          Pamięć - czasem na szczęście, a czasem nie - bywa zawodna. Zapomniałem, że współpraca z popularnym, rockowym  Mr. Zoobem nie była jedyną próbą pisania przeze mnie tekstów dla rockowych zespołów.
JaguarW Gdańsku w latach osiemdziesiątych wiele obiecywano sobie po zespole Jaguar. Czterech bardzo kolorowych chłopaków, niezłych muzyków, grało ostro, głośno i interesująco. Co ciekawe, kapitalnym wokalistą w Jaguarze był perkusista, którego zza bębnów ledwo co było widać. Wizerunkowo, co im mówiłem, nie był to najlepszy pomysł, ale przecież nie pierwszy to w historii pałker, który śpiewał, więc co tam... Z czasem chłopaki też zrozumieli, że nie jest dobrze i zaangażowali nowego perkusistę, a Darka Grzechnika wystawili na front.
          Pisać teksty dla Jaguara zacząłem chyba za sprawą sąsiada, który był szwagrem gitarzysty tego zespołu. Jaguar był laureatem festiwalu w Jarocinie, łatwo więc sobie poradził na młodzieżowym festiwalu we Wrocławiu, który był przepustką do Opola. Jak sobie chłopaki dali radę na festiwalu Opole' 86, nie pamiętam, ale chyba nie tak źle, skoro ktoś mi w ubiegłym roku powiedział, że Jaguar wciąż gra. Heavy metal nigdy nie był muzyką z mojej bajki, a ponieważ taką właśnie bajkę grali muzycy Jaguara, więc po jakimś czasie bezboleśnie się rozstaliśmy. Tyle zapamiętałem z tamtego okresu - i okazało się, że zapamiętałem mało.
          Kilka dni temu pewien pan, którego nazwisko gdzieś mi się zapodziało, mailowo zwrócił się do mnie z prośbą, by mu napisać coś o zespole Hi-Hat. Pan ten, jak pisał, porządkuje właśnie archiwum festiwalu w Opolu i nadział się w przepastnych zakamarkach festiwalowej historii na zespół o takiej właśnie nazwie. Zespół ten w 1986 roku także śpiewał w Opolu i to śpiewał piosenkę z moim tekstem. Zapytał mnie zatem ów pan, czy może wiem coś więcej na ten temat tej kapeli i czy mogę się tą wiedzą z nim podzielić. Jak wielkie i głębokie po tym mailu odwierty poszukiwawcze uczyniłem w swej pamięci, tylko ja wiem. Coś, gdzieś, kiedyś... Ale co, gdzie, kiedy? Skleroza! Starość! Cholera jasna! Aż w końcu - jest! Dornowski!  To nazwisko otworzyło moją pamięć. Przypomniałem sobie, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pisałem teksty dla zespołu Jaguar, zdarzyło mi się skreślić też coś dla innej gdańskiej grupy. Pamięć tym razem zadziałała i podpowiedziała nazwę - Hi-Hat.
W przeciwieństwie do ostrych facetów z Jaguara, członkowie Hi-Hatu byli ludźmi grającymi sympatyczny i dość melodyjny rock'n'roll. Choć zespołów podobnych do Hi-Hatu było wtedy wiele, ich wyróżniało szczególnie to, że gitarzystą w zespole był syn Bernarda Dornowskiego, członka legendarnego zespołu Czerwone Gitary. I znowu pamięć, a właściwie jej brak, dała znać o sobie. Nie pamiętałem nie tylko tekstu, pisanego dla Hi-Hatu, ale nie pamiętałem też  imienia młodego Dornowskiego. Piotrek? Andrzej? Jacek? Pamiętam za to, że wśród przystojniaków w Hi-Hacie młody Dornowski był tym członkiem zespołu, który najbardziej zwracał na siebie uwagę i do niego dziennikarki zwracały się najpierw. Odpytywanie zaczynało się zawsze od słów: "Jest pan synem sławnego...".
          Wysłałem panu archiwiście wiadomość, że niewiele pamiętam z tamtych czasów, że znałem taki zespół, że coś pisałem, ale co, tego nie pamiętam. W odpowiedzi dostałem link do piosenki z Opola. Posłuchałem i jakbym już to słyszał. Chyba to mój tekst, ale nie do końca chcę być tego pewien, więc na wszelki wypadek proszę wszystkich, którzy zdecydują się kliknąć na poniższy link, by słuchając piosenki Hi-Hatu mocno przymrużyli oko.
O takwink


         
Jeżeli ktoś nie rozpoznał Dornowskiego podpowiadam, że to ten gitarzysta w białej marynarce, po lewej stronie sceny. Biorąc pod uwagę upływ czasu, o czym wspomniałem na początku, myślę, że dzisiaj syn Dornowskiego - młody Dornowski - wygląda już zupełnie inaczej i być może sam ma syna, który właśnie zakłada kapelę. Jeżeli tak, to życzę temu najmłodszemu z Dornowskich, by nigdy nie musiał śpiewać głupich tekstów.

13 paĽdziernika, 2012

Mądra miłość.

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:40
          Mądra miłość... Czy miłość można przeżywać biorąc pod uwagę cokolwiek więcej niż to, co w duszy gra i mówi, że ten stan, to jest właśnie to, i nie jest to Coca-Cola. Czy mądra miłość ma coś wspólnego z biznesplanem, z prognozami, targetem, kalkulacją i kalkulatorem? Czy mądrą miłość stać na dystans, rozwagę, prawidłową samoocenę? Czy mądra miłość w ogóle jest możliwa? A jeżeli tak, to kiedy? Wiosną, latem, zimą, czy jesienią?

Jesień w Orłowie fot. W. Chyliński

           W ramach wieloletniej już, rodzinnej akcji pt. "Poczytaj mi dziecko", nie możemy się z Mamą, która niedawno ukończyła osiemdziesiąt cztery lata, oderwać od lektury książki "Pamiątkowe Rupiecie" autorstwa Anny Bikont i Joanny Szczęsnej.pamiątkowe Rupiecie Jest to fantastycznie napisana biografia Wisławy Szymborskiej, której się nie czyta, ale którą się połyka całymi kawałkami i rozdziałami, dziwiąc się jednocześnie, że tak łatwo i szybko "przechodzą".
          Jesień to znakomity czas na wieczorne, wspólne czytanie. Jest w tym jakaś magia, gdy się wygodnie rozsiądziesz w fotelu, w ciepłym kącie, na przeciw swojej siwiuteńkiej, jak gołąbek rodzicielki, której oczy są wciąż ciekawe, ale już nie te. Jest magia, gdy weźmiesz książkę do ręki i zobaczysz skupioną twarz matki, która czeka na ciąg dalszy i zaczniesz głośno "... Z Bułgarii, do której pojechała w 1954 roku, w swoją pierwszą zagraniczną podróż...", albo "... Swoje poetyckie credo nieoczekiwanie umieściła Wisława Szymborska w felietonie na temat..." . Jest w tym magia.
          Dla mnie lektura tej książki ma walory nie tylko poznawcze, ale jest także przyjemnością samą w sobie, wynikającą z dobrze napisanej biografii, która w czytaniu nie nuży, jak to często bywa. Z tego tytułu, że miałem przyjemność poznać Wisławę Szymborską i kilka słów z nią zamienić, czytanie teraz o jej życiu podwaja przyjemność z lektury.Pamiatkowe Rupiecie Uśmiecham się za każdym razem, gdy czytam o jej pobytach w Zakopanem. Wciąż mam w pamięci jej dość filuterny uśmiech i słowa o striptizie. Lało od tygodnia, więc gdy zdarzył się ten jeden, jedyny dzień bez deszczu, z samego rana ruszyliśmy z Asią na spacer do doliny Kościeliskiej. Tego jednego dnia chmury pozwalały chwilami dojrzeć zmoczone, granatowe i groźnie wyglądające góry. Wróciliśmy do Halamy na obiad, a Pani Wisława spotkawszy nas przy stole, spytała o wrażenia ze spaceru. Trochę jeszcze zziębnięci, wszak jesień w górach gościła już na dobre, opowiadaliśmy o marszu, o gorącej herbacie z prądem w pustym, góralskim barze i o tym jak nas wyziębiło. Oczywiście dodaliśmy, że warto było, bo widać było góry. Na to pani Wisława z uśmiechem powiedziała - O tak, ja również z przyjemnością wreszcie oglądałam, jak Giewont z chmur się rozbierał. Można rzec, że Giewont zrobił nam dzisiaj striptiz. 
          W czas posiłków w Halamie, gdy pani Wisława wchodziła do stołówki, a wchodziła tak, jakby chciała być zupełnie niezauważoną, reszta towarzystwa przycichała na ten moment. Było w tym coś z uznania i hołdu, składanego noblistce przez zaiksowskich pisarzy, malarzy, kompozytorów, filmowców i innych twórców. Ten frywolny zwrot o striptizie sprawił, że zobaczyliśmy z Asią w Wisławie Szymborskiej  normalnego człowieka, normalną kobietę. Było w jej powiedzonku, prócz nostalgii także coś erotycznego. Wtedy pierwszy raz zacząłem się zastanawiać, jaką kobietą jest ta urocza, starsza pani.Kornel Filipowicz i Wisława Szymborska fot. z sieci
          Dopiero teraz, czytając biografię Wisławy Szymborskiej dowiadujemy się z Mamą, jak bardzo osobną panią była poetka. Czytamy i podziwiamy, jak bardzo mądrą miłością darzyła Kornela Filipowicza - poetę, pisarza, scenarzystę - i jak on tę mądrość w miłości odwzajemniał.
          Na stronie 222  Teresa Walas mówi "...FilipowiczKornel Filipowicz należał do tych pisarzy, których twórczość i życie składają się w jedną całość..." i dalej "...Był pięknym mężczyzną, człowiekiem powściągliwym, zawsze ujętym w formę... skłonnym do dowcipu..." Przeczytawszy te i inne fragmenty opisujące mężczyznę Wisławy Szymborskiej, siłą rzeczy zacząłem się zastanawiać jakim typem był ów wybranek noblistki. Mówią, że typy ludzkie się powtarzają. Mówią, że bywa nawet tak, iż ktoś jest do kogoś podobny z charakteru i w urodzie też jest niemal taki sam. Stąd często ufamy komuś, kto jest podobny do kogoś, kogo znamy z dobrej strony i wspominamy miło. Zacząłem się zastanawiać, czy ja znam kogoś takiego, kto byłby podobny do pana Kornela.
          Czytając o związku Wisławy Szymborskiej z Kornelem Filipowiczem zazdrościłem im. Zazdrościłem im tej wspaniałej osobności, która żyje życiem drugiej osoby. Wyobrażam sobie, jako że lektury jeszcze nie skończyłem, iż ta ich wspólna oddzielność i ta i ich rozłączność w jedności, to jest właśnie ta mądra miłość. Miłość rozsądna bez granicy poświęcenia. Miłość przytomna, aż do śmierci. Miłość piękna.
          Czytam więc sobie, czytam Mamie i cieszę się, że kilka stronic jeszcze zostało do przeczytania. A gdy tak czytam i gdy zerkam na zdjęcia w książce, to mi różne podobieństwa do głowy przychodzą. Jakie?
A choćby takie, że mam wśród swoich przyjaciółMichał Krukowski fot. W.Chyliński Michała Krukowskiego, który kocha poezję, choć jej chyba nie pisze. Uwielbia piosenki z tekstem i zna ich wiele. Jest mężczyzną pięknym, powściągliwym, zawsze ujętym w formę i zawsze skłonnym do dowcipu. Jest inżynierem budownictwa i jak Kornel Filipowicz (przyrodnik), każdą śrubkę i gwóźdź chętnie odkłada do skrzyneczki, bo się przyda. A co najbardziej ciekawe, to wydaje mi się, że Michał jest bardzo podobny do ukochanego mężczyzny Wisławy Szymborskiej. Ciekawe, czy to podobieństwo sprawia, że Michał też wie, co to jest mądra miłość? Dawno się nie widzieliśmy, więc powód, by się spotkać jest. Koniecznie muszę go o tę miłość zapytać. 
          Bez w ogrodzie Asi zakwitnie za kilka miesięcy, ale kubki z serduszkiem, które towarzyszą nam niemal od trzydziestu lat kwitną codziennie rano zapachem kawy, więc wpadaj Michał, pożyczę Ci dobrą książkę o mądrej miłości.


         
06 paĽdziernika, 2012

Unia Europejska wpuszcza nas w kanał

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:34
          Wszystko przez Asię. Przed trzydziestoma trzema laty, nim wzięliśmy ślub, zaprosiłem Asię na rejs po rzekach, kanałach i jeziorach na szlaku Gdańsk - Iława. Już po tygodniu wiedziałem, że w kwestii żeglarstwa i wodniactwa mamy odmienne upodobania. Liczyłem, że może z czasem uda mi się przekonać żonę do wodnej tułaczki, ale nie, niestety, to ja w praktyce przestałem prawie zupełnie pływać.
          Początkowo było to nawet do zniesienia, bo tak rok w rok, z sezonu na sezon, wciąż ta sama, tradycyjnie rodzinna trasa mogła się znudzić. Klarowanie łódki przed rejsem nie było już oczekiwaną odmianą. Minął jakiś czas i zacząłem tęsknić, między innymi, do takiego widoku:

Kanał Elbląski Pochylnia
fot. z sieci: www.naszafotografia.pl

          O swojej słabości do pływania na byle czym, byle z żaglem i po byle czym, byle z wodą, już wspominałem, więc przyjaciele, znajomi i stali bywalcy „Codzienności” wiedzą, że dużo o tym jest w „Widłągu", a i w poprzednich wpisach też niemało. A teraz jest specjalna okazja, bo...
„...Nieudane było lato
telewizja mówi - A to
ci kawał
Nie ma co jeść na kolację
No bo przez całe wakacje
deszcz lał,
cały świat wpuszcza nas w kanał..."

          Nie, nie, nie, lato było udane. Przytoczony powyżej tekst jest fragmentem piosenki, którą swego czasu napisał i wykonywał Jacek Zwoźniak. Przez wszystkie lata naszej przyjaźni i współpracy słuchałem tej piosenki po wielokroć. Nie jestem pewny, ale chyba też śpiewał ją w  hali „Olivia” na Przeglądzie Piosenki Prawdziwej w 1981 roku, gdy zdobywał tam pierwszą nagrodę - „Złoty Knebel".
         Za każdym razem, gdy Jacek w piosence dochodził do przytoczonego fragmentu, to w mojej głowie niewinnie zaczynała szumieć woda i nieodmiennie pojawiał się obraz przecudnego Kanału Elbląskiego, na brzegach którego niejedne jabłka kradłem i niejedną noc spędziłem.nocleg na brzegu kanału elbląskiego fot. K.Chyliński
Wiele razy pisałem w „Codziennościach” o tym, że od dziecka, wraz z rodzicami, a później samodzielnie podróżowałem w wakacje tym kanałem. Płynąc Nogatem  w górę, od Szkarpawy i Zalewu Wiślanego, po kilku kilometrach wpływa się na ciche wody Kanału Jagiellońskiego, wykopanego jeszcze przez Krzyżaków. Kanałem tym z Nogatu dopływa się do Elbląga. Wpływając tam ma się przedsmak urody poruszania się po wąskiej i w miarę prostej przestrzeni zwanej szlakiem wodnym. Po minięciu Elbląga i jeziora Drużno, które wcale nie tak dawno, bo za naszej ery, miało ponoć szerokie i wygodne połączenie z Bałtykiem, albo wręcz było jego częścią, o czym historycy różnie piszą i mówią, wpływa się na właściwy, znany już teraz na całym świecie - Kanał Elbląski. Kanał Elbląski znany jest przede wszystkim z unikatowych pochylni. Gdyby nie urodzony w Królewcu genialny inżynier z Elbląga - Georg Jackob Steenke, który te pochylnie pochylnia na poczatku wieku XX za pieniądze Fryderyka II wymyślił i cały kanał, zwany aż do II wojny światowej Oberlandzkim, wybudował, to nie byłoby dzisiaj o czym pisać, czego wspominać i o czym marzyć. Kiedyś pochylnie pod Elblągiem miały w Kanadzie konkurencję, ale obecnie, jako czynny obiekt, są jedyne na świecie. Przez cały okres PRL o tych pochylniach i kanale niewiele się mówiło, bo niemieckie, nie nasze... Ja, który poznałem te cuda techniki na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, nie mogłem pojąć, dlaczego się tym nie chwalimy. Te kilka stateczków i przypadkowe wycieczki, które dowiedziały się o możliwości poznania ciekawej trasy z Elbląga do Ostródy, albo odwrotnie, to żadna reklama, fama czy plotka. Z jednej strony dobrze było, bo nie było tłoku. Można było cały dzień płynąć i nie spotkać drugiego nawiedzonego turysty. Wodniactwo w tamtych czasach nie było zbyt popularne. Jeżeli już, to rozwijało się kajakarstwo.kajaki na pochylni 1963 r. fot. Klemens Chyliński Żeglarstwo, nawet to szuwarowo-bagienne, było w powijakach, uprawiane jedynie przez zapaleńców. Nie było żadnej masowej produkcji jachtów i żaglówek. Kluby żeglarskie liczyły po kilkudziesięciu członków, którzy kombinowali przy poniemieckich jachtach i znajdowanych, bądź kleconych w starych szopach i przybrzeżnych hangarach „Słonkach", „P-7" czy innych żeglarskich wynalazkach. Polska  „Omega", choć znana już przed wojną, była rarytasem i niektórym udawało się nawet tę rasową i dzielną łódkę zrobić samemu, domowym sposobem.  „Cadety",  „Hornety",  „Ok dinghy" i  „Finny" dla regatowej młodzieży, która miała być pierwszym, poważnym i masowym pokoleniem polskich żeglarzy, były jeszcze śpiewem przyszłości. Dwóm żeglarzom, a jednocześnie inżynierom z okrętowego biura projektów w Gdańsku: Szmajdzie i Brzezińskiemu, pomysł na pierwszy, mały jacht turystyczny o nazwie  „Karolinka" pewnie już chodził po głowie, ale gdyśmy z ojcem w 1960 roku wpływali na pochylnię w Całunach, czy Jeleniach, to najczęściej byliśmy tam sami. Pięknie było i w jakiś sposób elitarnie, choć nasz namiot wieczorem, po ciemku rozbijaliśmy na brzegu często tuż obok krowiego łajna. Jeżeli nawet rano wlazło się w krowi placek, to widok pochylni wynagradzał przykrość, o ile taka przygoda mogła być przykrością.

Pochylnia fot. Klemens Chyliński

          Od jakiegoś czasu Kanał Elbląski śnił mi się po nocach. Tęsknota za dzieciństwem, sentymenty, wspomnienia - rzecz oczywista, że wszystko razem. Jak się dochodzi sześćdziesiątki, to nic w tym dziwnego. Myślałem, że może w małej części, płynąc od Jezioraka do Rudej Wody, w tym roku posmakuję tej swoistej przyjemności patrzenia na przesuwający się wolno brzeg, na kroczące do tyłu drzewa i na kłaniające się rufie trzciny, gdy je kilwater poruszy. Niestety, nie dane mi było. Jak pisałem wcześniej,  Widłąg sprawił, że poza Jeziorak nosa w tym roku nie wyściubiłem. Planowałem sobie, że po dziesiątkach lat na szlak Kanału Elbląskiego powrócę w roku przyszłym, ale niestety...Pochylnia rok 1972. fot. Waldemar Chyliński
          Dowiedziałem się niedawno, że z powodu remontu Kanał Elbląski od października tego roku będzie zamknięty. Nie miałem świadomości, że na remont kanał będzie czekał aż tyle lat. Pamiętam, że w latach sześćdziesiątych, a może na początku siedemdziesiątych, pochylnie były w sezonie nieczynne, bo rozwaliły się koła, które widać na zdjęciach, a które są ważnym elementem tego całego hydrologicznego ustrojstwa. Łódki wtedy przez góry przeciągano chyba przy pomocy koni i sił własnych. W elbląskim  „Zamechu" koła w jakiś czas niedługi wyszykowano i znowu wszystko ciągnęło się, jak po sznurku. Teraz wreszcie jest szansa, że przez dwa lata kanał przejdzie generalny remont, z pogłębianiem, umacnianiem brzegów, naprawą urządzeń pochylnianych, przebudową śluz i mnóstwem innych prac i robót bezsprzecznie koniecznych –  włącznie. Dzięki Unii Europejskiej, która do remontu dołożyła się w połowie, jest na to aż 115 milionów złotych.
Choć moje plany biorą w łeb, to ja się cieszę, że taką kasę ktoś zdecydował się wreszcie wpuścić w ten kanał. Jak dożyję, to się pięknie jeszcze nim, do Małdyt, Miłomłyna i Iławy, przepłynę. A jak mnie najdzie, to i Ostródę, jak i Stare Jabłonki też odwiedzę, choć tam akurat bywałem o wiele rzadziej. Ważne, by dożyć.
Póki co, to polecam wszystkim namiastkę tej przyjemności, jaką ja pamiętam.
Czasami warto się wpuścić w kanał, choćby tylko po to, by mieć co przeżywać i co wspominać.




NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY