12 kwietnia, 2013

Zajebista Pani Gessler

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:21
          Swego czasu, wraz córką odwiedziła nas dawna znajoma. Córka, piękna kobieta z bajeczną aparycją i dwoma tytułami magistra zdobytymi na atrakcyjnych kierunkach, rwała się do smakowania życia na własny rachunek. Podczas bardzo przyjemniej rozmowy opowiadała nam o swoich wrażeniach z pobytu "gdzieś tam". Chcąc opisać swoje silne emocje związane ze wspomnieniami z podróży użyła słowa - zajebiście. Rozmowa z miejsca utknęła w miejscu.
          Byłbym hipokrytą, obłudnikiem i faryzeuszem, gdybym komukolwiek wmawiał, że nie używam słów powszechnie uznawanych za wulgarne, bądź obelżywe. Bez większych przeszkód, gdy napięcie w mojej psychice dochodzi górnych stanów alarmowych i upodabnia się wezbranej wody w Miedoni, otwieram śluzy, jazy i inne wrota w głowie, i rzeka jebanych kurew i innych chujów spływa ze mnie rwącym nurtem. Gdy zagrożenie zawału serca mija mogę dalej żyć spokojnie. Oczywiście żałuję, że tak się czasami we mnie wzbiera, lecz wpływu na swój słownik w tak wzmożonych sytuacjach nie mam. Nie jest jednak tak, że o swoje nerwy nie dbam i świadomie wystawiam je na wojnę. Wręcz przeciwnie. Z upływem czasu  nauczyłem się unikania sytuacji, które mogą w mojej głowie uczynić spustoszenie podobne do tego, jakie swego czasu huragan Katrina uczynił Luizjanie. Zdarza mi się skląć świat na czym stoi, ale tylko wtedy, gdy to na czym on stoi mocno się zachwieje.
          Kucharz ze mnie marny, by nie rzec żaden. Herbata, jajecznica, placki ziemniaczane, kotlety mielone i sałatka mięsna, którą przyrządzam raz do roku na Wielkanoc, to wszystko, co musiałoby mnie utrzymać przy życiu, gdyby szanowna małżonka zechciała mnie porzucić. Nie ukrywam, że przepadłbym z kretesem. Skazany byłbym na kuchenne rewolucje, w których masy (półproduktów i fabrycznie gotowanych dań) przemocą narzucają swoją ideologię i gnębią inaczej smakujących. Może właśnie w strachu przed takim przewrotem z wielką przyjemnością oglądam programy Magdy Gessler pt. "Kuchenne rewolucje".

Magda Gessler

          Magda Gessler, jak pewnie wszyscy już zauważyli, jest osobą piękną i czarującą. Ma w sobie to coś, co u kobiet podziwiam - przytulną urodę i  ciepłą mądrość. Fascynuje mnie jej pomysłowość na odmienianie restauracyjnych losów. Zastanawiam się oczywiście, ile scen w tym programie jest autentycznych, a ile z patelni wziętych, ale nie przeszkadza mi to w ogólnym lubieniu programu. Zajmuje, bawi i daje do myślenia. Gotować się nie nauczę, bo jakby nie o to w "Kuchennych Rewolucjach" chodzi, ale podziwiam rozwiązania i odmiany, jakich dokonuje pani Magda w jadłospisach, wnętrzach lokali i w samych ludziach. Mógłbym powiedzieć, że to świetny program, ale nie powiem, bo od jakiegoś czasu...

Magda GesslerOd jakiegoś czasu przy gotowaniu kolejnych odcinków "Kuchennych Rewolucji" zaczął chyba mieszać w garnkach jakiś nowy, niewydarzony reżyser. Nie chce mi się wierzyć, że Magda Gessler, sama z siebie do menu swojego słownika dorzuciła słowo, które nie tylko jest wulgarne i okropne, ale kompletnie do niczego nie pasuje. A już z pewnością nie brzmi dobrze w ustach tak uroczej i inteligentnej kobiety.  Słowo to, jak dziegieć na łyżce leżącej przy beczce miodu jeszcze nie obraca smaku w niwecz, ale już  psuje humor i wrażenia. Otóż w zestawie słów używanych publicznie przez Magdę Gessler znalazło się też to słowo, przy którym kiedyś utknęła rozmowa z córką naszej przyjaciółki - zajebiście.         
- Zajebista jest ta pieczeń - mówi Pierwsza Restauratorka III Rzeczypospolitej - Magda Gessler, kobieta dobrze wychowana i siostra bardzo wrażliwego socjalisty - Piotra Ikonowicza. Po zajebistej pieczeni zajebisty jest porządek, zajebisty jest też bałagan, zajebisty jest sos i zajebista jest atmosfera. Zajebiści są ludzie i zajebista jest okolica. Do zajebistego słownika Magda Gessler dorzuca też zajebiste zachowania. Wtedy znika gdzieś dawna "dobra dusza" Gessler, która pomaga, radzi i grzecznie zwraca uwagę. Zjawia się za to gromowładna, zajebista pani Gessler, która nie tylko krzyczy i strofuje, ale też rzuca garami po kuchni i rozsypuje jakieś proszki, które ponoć szkodzą. Z miłej i sympatycznej kobiety wychodzi czasami babochłop, który zachowuje się, nie jak fachowiec w programie TV, oglądanym przez setki tysięcy ludzi, ale jak menel, który sika w bramie. Nie wierzę w to, by tzw. format wymagał takiego zachowania, bo byłoby to traktowanie widza jak menela, który o niczym innym nie marzy, jak tylko o tym, by sobie z panią Magdą razem posikać.
          Etymologicznie rzecz ujmując słowo "zajebisty" pochodzi od słowa "jebać". Słowo "jebać" w języku prasłowiańskim "jebit", pierwotnie oznaczało stosunek płciowy, czy jak lubią to nazywać duchowni i uduchowieni - fizyczny akt miłości. Na ogół jednak ludzie  wolą słowo "jebać" stosować zamiennie ze słowami: pieprzyć, pierdolić, dupczyć, czy ruchać. Magda GesslerO  sympatycznym słowie chędożyć mało kto pamięta. Z czasem słowo na "j" przybierało inne znaczenia. Jebie ktoś, kto opowiada niestworzone rzeczy, jebie ktoś, komu na niczym nie zależy, jebie ktoś, kto kogoś bije, jebie ktoś, kto szybko biegnie, jebie ktoś, kto coś psuje i jebie coś od kogoś, od kogo śmierdzi. Na dobrą sprawę przymiotnikiem "zajebisty" i czasownikiem "jebać" można zastąpić połowę języka polskiego. No cóż, jeżeli nam takie słowa jak: cudowny, rewelacyjny, najlepszy, uroczy, niezwykły, wspaniały, pyszny, czy wyśmienity i boski już nie są potrzebne, to możemy w dniu urodzin babci życzyć - Spełnienia zajebistych marzeń i zajebistego zdrówka! A jak do tego dorzucić równie powszechne, ale starsze w użyciu słowo "kurwa" i razem to zrymować, to życzenia mogłyby wyglądać tak: Jebią wszystkie ptaszki na drzewie, że mamy zajebiste życzenia dla ciebie / Niech te zajebiste tulipany powiedzą ci kurwa, że cię kochamy. Tu słowa "kochamy" raczej nie należy żadnym innym zastępować.
          Kilka lat temu "zajebiście', czy "zajebisty" słyszałem rzadko i tylko w rozmowach młodych ludzi. Raziło mnie ono tak samo, jak razi potwornie sztuczne słowo "ubogacony", które ze względu na twórcę owego słowa, wymawia się w Polsce z namaszczeniem. O "zajebiście" też myślałem, jak o czymś sztucznie utworzonym, śmieciowym kaprysie językowym młodych ludzi. Myślałem tak do czasu, aż wpadł kiedyś do mnie Leszek Szczechula przyjaciel, kolega z jednej klasy, muzyk i żeglarz w jednej osobie. Wpadł i od drzwi rzucił - Ależ zajebisty rejs miałem. Nie wytrzymałem i ściskając się z dawno niewidzianym gościem zdziwiłem się po starodawnemu - Co ty, kurwa pierdolisz? Naprawdę? Leszek zdębiał i spytał - Co się tak wyrażasz?  Wtedy zorientowałem się, że słowo "zajebisty" używane jest tak powszechnie, że nie budzi już żadnych refleksji, ani skojarzeń. Czas jednak płynie i mogę się założyć, że nowe słowa czekają w kolejce na debiut.

Magda Gessler

          Każde pokolenie wprowadza do języka jakieś potoczne słowa, właściwe tylko dla tego pokolenia i czasu, w którym pokolenie to żyje. Tak było za moich czasów ze słowem "fajnie", czy pochodzącym od niego - "fajowo". Tak było też ze słowem "pierniczę". Niektóre modne słowa pobyły sobie w języku czas jakiś i znikały, inne zostawały na dłużej, czasem na zawsze. Niezależnie od tego jakie skojarzenia budzi używane słowo, to jednak zawsze powinno się dbać o to, by używane potocznie kojarzyło się bardziej z potokiem i jego wartkością, niż z rynsztokiem, od którego smród niesie się po horyzont. Dobrze by było, gdyby Magda Gessler pokazała, że w dobrej kuchni nie tylko potrawy, ale także słowa mogą być smaczne i mieć swój, jeżeli nie piękny, to chociaż przyzwoity zapach. 
03 kwietnia, 2013

Bezsens bez sensu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:26
          Przez ponad godzinę, po ponad miesiącu próbowałem dzisiaj wpisać tu coś, co przeszło by ponad czasem przerwy i gdy już byłem blisko końca, i chciałem te swoje „złote myśli” zapisać na stałe, okazało się, że nie zapisałem niczego. Zapiski, które roboczo zatytułowałem  „Bez sensu” po jednym, niewłaściwym kliknięciu rozpłynęły się w internetowej nicości. Bez sensu.
          Podjąć się pisać bez sensu, nie jest sprawą prostą. Zdrowy na umyśle człowiek automatycznie określa położenie swego ego na racjonalnej mapie życia.  Co jednak zrobić ma człowiek, gdy za każdym razem, kiedy przystępuje do procesu myślowego, w jego głowie pojawia się pustka? Cokolwiek by nie wymyślił, na jaki pomysł by nie wpadł, jaki temat by go nie uwiódł, po krótszym lub dłuższym zastanowieniu i tak dojdzie do wniosku, że to wszystko jest bez sensu. I bądź tu mądry, gdy sensu nie widać.
          Nie byłem i ja mądry, gdy przez ponad miesiąc bezskutecznie zabierałem się do kolejnego wpisu na tym blogu. O polityce piszą prawie wszyscy, o dupie Maryni też, na modzie się nie znam, a pisać bez sensu... 
          Kroniki rodzinnej tutaj prowadzić nie chcę, bo nie wszystko, jak u Wajdy, jest na sprzedaż. Łatwo jest przy okazji takiego rodzinnego wpisu zrazić do siebie połowę bliskich. Nie chcę więc naruszać rodzinnych dóbr osobistych i o rodzinie pisać będę nadal ostrożnie. Ale pisać będę.
          Święta, jak co roku przeszły nam w ciepłej i sałatkowej atmosferze, choć za oknem wypatrującym wiosny śnieg padał bez sensu. Z tej okazji nasz stół musiał otworzyć na dworze swoją filię.



          Nie wiem, co o takiej aurze myśli rudzik, ale domyślam się, co myślą bociany, które już przyleciały na polskie żabki. Nie ma rady, trzeba zimę cierpliwie przeczekać – a na razie wspominajmy.
          Najmilszą chwilą świątecznych obchodów był ten moment, gdy Iga ucieszyła się z prezentu.Iga Radość była ogromna i przelała się na wszystkich. Iga za chwilę skończy dziesiąty miesiąc życia i rwie się już do chodzenia. Z chodzika wyrosła, więc prezent – pociąg z pewnością się przyda.  
Patrząc na radość dziecka ma się tę jedną z nielicznych chwil, gdy do człowieka dociera myśl, że jednak coś ma sens. Na takiej właśnie odkrywczej refleksji przyłapałem się, gdy grający, gwiżdżący i gadający pociąg Igi zaczął przemieszczać się po domu.
Nie ma się co oszukiwać. Niewielu z nas pozostawi po sobie jakiekolwiek ślady. Architekci będą trwali w budowlach, póki te będą stały, pisarze zachowają się w książkach, póki ktoś je będzie czytał i litościwie przechowa, malarze przechowają się w obrazach, muzycy w kompozycjach, a naukowcy w wynalazkach odmieniających życie. Ci nieliczni wymienieni zostawią po nas wszystkich pewnie jakiś wyraźny ślad i godny pomnik w rozwoju cywilizacji, ale czy dla większości z nas, w tej naszej czułej i wytartej codzienności, jest to jakimś pocieszeniem? Wnuki, jako kolejne ogniwa w łańcuchu... To chyba ma sens. Nie należy tylko za bardzo dopytywać – jaki?
          Czyż nie jest pychą chcieć być w jakiejkolwiek postaci nieśmiertelnym? Czyż nie jest zarozumialstwem wyróżniać swoje życie w przyszłych pokoleniach? Czyż nie jest jednocześnie głupotą niedbanie o następców i niewyposażanie ich w wiedzę, doświadczenie, czy majątek, który może niczego dobrego nie uczy, ale pomaga w niejednym? Pociąg Igi przecież zniknie kiedyś za horyzontem i wszystko co po mnie zostanie, to jej wspomnienie o mnie. Bo jak mówią – żyjemy tak długo, jak długo żyje pamięć o nas.

Iga i Haczyk

          Minął marzec i kolejna rocznica śmierci Lucyny Legut. Od dwóch lat brakuje mi spotkań z nią. Brakuje mi jej humoru, opowieści, anegdot, żartów i radości, jaką zawsze przy sobie nosiła. Kilka dni temu, 27 marca, w „Międzynarodowy Dzień Teatru” skończyłaby 87 lat. Zostały po niej obrazy, sztuki teatralne, świetne książki i... pamięć. Nawet gdybym chciał o Legut nie pamiętać, to i tak nie mogę, bo zerka na mnie co wieczór z mojej półki z książkami.

Książka Lucyny Legut

Och Lucha... –  to, że już nie pogadamy jest kompletnie bez sensu.
02 marca, 2013

Plagiat czyli złodziejstwo

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:32
         Czytam co rusz, że ktoś, gdzieś popełnił plagiat i w związku z tym nie zasługuje... Bywa, że zacnemu profesorowi po latach wyciągają, iż jego praca doktorska jest w połowie zerżnięta z pracy innego profesora i tzw. zacność naukowego złodzieja zaczyna przypominać brudną szmatę do wycierania tablicy. Najczęściej takie "zapożyczenie" nazywa się plagiatem, a jest to ordynarne złodziejstwo, gdyż plagium znaczy kradzież.
          Przedwczoraj jakiś naukowiec z Poznania ogłosił na wydziałowym forum, że jeżeli ktoś mu przyniesie zerżniętą skądś pracę licencjacką, to nie tylko wyleci na zbity pysk, ale też zasłuży na miano głupka i palanta.
          Wspominano gdzieś niedawno słynny proces o plagiat, jaki odbył się w 1976 roku, w którym oskarżonym był gitarzysta The Beatles - George Harrison. Oskarżono go o to, że w piosence "My Sweet Lord" brzmi melodia z piosenki "He's So Fine" grupy The Chiffons, która istniała w latach pięćdziesiątych. Sąd w wyroku ogłosił, że był to plagiat nieświadomy.
          Jacek Zwoźniak ("Raggazzo da Napoli zajechał Mirafiori..."), którego z racji naszej przyjaźni często wspominam, mawiał, że nie da się napisać piosenki, której linia melodyczna nie otrze się o linię melodyczną innej piosenki, już gdzieś wcześniej napisanej i słyszanej. Robiliśmy sobie nawet testy.  Wymyślałem na poczekaniu jakąś melodię, a Jacek błyskawicznie znajdował podobną, która w mniejszym lub większym stopniu przypominała moją.
         O ile w muzyce czasami zdarza się nieświadomy plagiat, to jest jednak jakaś granica między podobieństwem, nieświadomym ściągnięciem ze swojej nieuporządkowanej pamięci cudzego utworu, a jawnym złodziejstwem, czynionym z pełną świadomością tego skąd i co się kradnie. By nie być gołosłownym, na własnym przykładzie pokażę, jak w bezczelny sposób można udawać, że się tej granicy nie zna i nie widzi.
          Swego czasu, po przyjeździe z Gdańska do Olsztyna, siedząc nad pięknym jeziorem Ukiel napisałem "Piosenkę wariata", która weszła do repertuaru zespołu Kaczki z Nowej Paczki i nieźle się temu zespołowi przysłużyła, przyczyniając się do wielu sukcesów. Wielokrotnie nagrywana znalazła się na kilku płytach. Ja również, po rozstaniu się z zespołem, włączyłem ją do swojego repertuaru i czasem przypominam, tak jak na ubiegłorocznej, jubileuszowej Bazunie, skąd pochodzi poniższy filmik nieznanego mi autora:



          Każdy słuchacz od razu wpadnie na to, że wybijającym się tekstem w tej piosence jest tekst refrenu:
"...Nie mogę wyjść, ani przyjść, ani się położyć
Nie mogę wstać, ani spać, ani siku zrobić..."

Refren ten bardzo podobał się dzieciom, a cała piosenka ich rodzicom i dziadkom, bo w zwrotkach z przyjemnością odczytywali aluzje do ówczesnego życia w rzeczywistości realnego socjalizmu, tuż po stanie wojennym.
          Jakież było moje zdziwienie i wkur...nie jednocześnie tylko ja wiem, gdy po kilku latach natyknąłem się w jakimś kiosku na taką oto kartkę:



          Szlag mnie trafił na miejscu i trafiał później wielokrotnie, bo kartka widniała na wszystkich stojakach we wszystkich kioskach i sklepach z pocztówkami. Złodziej, czyli wydawca owej kartki pocztowej, zmieniając nieco tekst uznał, że wszystko jest w porządku. Zwróciłem się o pomoc do Stowarzyszenia Autorów Zaiks, który pilnuje moich praw autorskich. Zaiks wystosował do wydawcy stosowny list, lecz ten olał i mnie, i Zaiks, i nie raczył nawet odpowiedzieć. Będąc kiedyś współwłaścicielem wydawnictwa, które również wydawało pocztówki, najlepiej wiem, jak zarabiało się w tamtych czasach na kartkach. To nie były i pewnie do dzisiaj nie są małe pieniądze.
          Mógłbym oczywiście wytoczyć proces wydawcy, który ordynarnie mnie okradł, firmie Top Graphic z Krakowa, ale nie wytoczyłem. Biorąc pod uwagę doświadczenia sądowe i procesowe tych, którzy w Polsce chcieli kiedykolwiek dochodzić swoich praw autorskich, odpuściłem. Dla Zaiksu natomiast była to chyba zbyt błaha sprawa, by opłacało się uruchamiać prawniczą maszynerię Stowarzyszenia. A szkoda, bo odpuszczając złodziejaszkom przyzwalamy złodziejom. Pobłażając chuliganom przyzwalamy bandytom. Top Graphic w to graj, bo istnieje do dzisiaj. 
          Może gdyby w naszej kulturze utrwalił się sygnał, że kraść czyjąś pracę, to to samo, co obrabiać sklep, bądź cudzy dom i czeka za to kara, to dzisiaj nikt na uczelniach nie wywieszałby komunikatów, że ten kto rżnie z cudzej pracy jest palantem. 
Ja dopisałbym, że jest przestępcą, bez cienia wyobraźni, fantazji i honoru, po prostu zwykłym, prymitywnym złodziejem.
          
          
27 stycznia, 2013

Tylko dusza się nie starzeje

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:54
          Witam w 2013 roku. W Sylwestra na swój wiekowy garb załadowałem tonę nadziei, nie bacząc na to, że rok ten będzie dla mnie przełomem między kolejnymi dekadami życia. Cóż robić? Choć w mojej głowie wciąż siedzi mały chłopiec, to w lustrze codziennie kłania mi się jakiś, coraz bardziej starszy pan, tylko trochę do mnie podobny. Włos siwieje, w stawach strzyka, w nogach boli, w krzyżu łupie, ale "...w sercu ciągle maj...". Czy to znak, że tylko dusza się nie starzeje, czy to naiwność i próba zakłamania rzeczywistości - czas pokaże. Stawiam na to drugie, wszak czas robi swoje, czyli przemija, a my razem z nim. 
 Kalendarz Solidarności1983 roku        Bywa, że gdy oglądam się wstecz i porównuję czas teraźniejszy do przeszłego, to zdaje mi się, że niektóre kwestie w naszym ludzkim, polskim życiu nie zmieniły się wcale. Gdyby to jeszcze chodziło o takie cechy, jak przyzwoitość, lojalność, pracowitość, czy uczciwość, to brak zmian mógłby cieszyć. Niestety, nie zmieniamy się w podłości, niechlujstwie, zawiści i bałaganie. Wczoraj przeczytałem artykuł w Gazecie o donosach i donosicielach. Według naczelnika Izby Skarbowej liczba donosów nie maleje. Kiedyś rozmawiałem ze znajomym urzędnikiem takiej instytucji, który domyślał się, że najczęstszym motywem pisania donosów jest czysta zawiść, zwykła nienawiść lub bezinteresowna chęć stworzenia bliźniemu problemów. Urząd ma obowiązek każdy donos sprawdzić,  więc wzywa obwinionego obywatela i... Większość donosów to pomówienia. Znajomy urzędnik powiedział, iż patrząc na epistolarny poziom anonimów, to jemu się widzi, że donosy najczęściej piszą ludzie prymitywni, bywają jednak i takie, których autorami mogli być tylko osobnicy z wykształceniem wyższym, często prawniczym. Zastanawiam się, co trzeba mieć w głowie, by czas poświęcony na studia i wykształcenie w efekcie marnować na dogadzaniu swojej podłości.
          Ostatnio w domowych szpargałach znalazłem "podziemny" kalendarz z 1983 roku. Trzydzieści lat... Wciąż takie rzeczy, pochowane gdzieś po książkach i teczkach, jeszcze odkrywam. Pamiętam, że miałem też zbiór znaczków podziemnej Solidarności, ale ponieważ przyjaźniłem się swego czasu z zagorzałym filatelistą Andrzejem Witkowskim, to mu ten mały zbiór podarowałem. Mój syn miał wtedy trzy lata i życie przed nami stało otworem, tyle tylko, że życie to było dość mocno ograniczone. W szarości tamtych dni zniewoleni byliśmy nie tylko przez sytuację polityczną, ale przede wszystkim przez biedę. Staliśmy upokorzeni w kolejkach po wszystko. Zdobycie czegokolwiek, bez układów i znajomości graniczyło z cudem. Pocieszenie, że podczas II wojny światowej ludzie mieli gorzej jakoś humoru nie poprawiało. W moim przypadku, faceta z piórem i gitarą, przeżycie wraz rodziną kolejnych dni i miesięcy było nie lada wyzwaniem, często graniczącym z szaleństwem . Na szczęście powstał w tamtym czasie zespół, który pozwolił mi koncertować i zarabiać. Wiązało się to jednak z częstą nieobecnością w domu. Syn, jak to małe dziecko, przechodził wtedy wszystkie choroby swojego wieku i moja żona nie jedną godzinę spędzała w przychodni. Takie hasła, jak to na kalendarzu, że "Solidarność zwycięży" dawały nadzieję, że "...jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie...". I po paru latach się stało. Tylko głupiec myślał wtedy, że operacja usuwania guza komunizmu przejdzie łatwo i bez bólu. Bolało. Z gospodarką poradzono sobie dość szybko, z mentalnością Polacy borykają się do dzisiaj.
mama          Moja Mama skończy w tym roku osiemdziesiąt pięć lat. Wiele lat temu zachorowała na dość ciężką chorobę. Nadzieją na wyzdrowienie było m.in. otoczenie jej rodzinną opieką. Ponieważ jestem jedynakiem, Mama zamieszkała z nami. Z czasem poradziliśmy sobie z chorobą, lecz ze starością Mamy i chorobami z nią związanymi już sobie nie poradzimy nigdy. Nadzieja, by ta starość nie była zbyt uciążliwa leży w dobrze funkcjonującej Służbie Zdrowia. Niestety, niezmieniające się cechy narodu, które widać w donosach i świństwach, jakie Polak Polakowi itd., wyłażą też w szpitalach i przychodniach. Choć pracują tam ludzie wykształceni i zdawałoby się, że wrażliwi, współczujący i empatyczni, to w "praniu" okazują się niedołężną, bezmyślną zbieraniną urzędasów, co to "od do", a reszta gówno ich obchodzi. Gdy im to wypomnieć, powołują się na przepisy NFZ. Okazuje się, że to przepisy i ustawy każą nam być wrednymi. 
          Na starość są leki, które nie leczą, lecz łagodzą i pozwalają pogodniej człowiekowi z tego świata odchodzić. Takie leki lekarz przepisuje raz, a potem recepty tylko ponawia. Do tej pory w naszej Przychodni było tak, że wystarczyło zostawić w recepcji prośbę o następną dawkę leku dla osoby na stałe chorej i po krótkim czasie odbierało się receptę. Tak było i było dobrze. Pewnie za dobrze, bo...
          Kilka dni temu leki się mojej Mamie skończyły, więc poszedłem do przychodni z prośbą o nową receptę. Tam okazało się, że już tak dobrze nie ma. Pani recepcjonistka powiedziała mi, że Mama musi osobiście przyjść do lekarza. Na moje tłumaczenie, że Mama jest staruszką, że choć jeszcze żwawa i jakoś się trzyma, to jednak śnieg, ślizgawica, grypa w przychodni, kolejka, czas..., dowiedziałem się, że mogę Mamę zastąpić. I tak  też się stało. Zarejestrowano Mamę, a ja po kilku dniach o wyznaczonej porze odwiedziłem Przychodnię. Odsiedziałem swoje wśród kaszlących i gorączkujących, by po prawie dwóch godzinach wejść do lekarza z prośbą o wypisanie recepty. Lekarz, świetny zresztą dr.K., spojrzał w komputer i powiedział - Aha - po czym wypisał receptę. Po powrocie do domu natychmiast zaaplikowałem sobie Coldrex i jakoś chodzę. 
          Owsiak, człowiek zesłany do Polski chyba przez Najwyższą Opatrzność, zainteresował się ostatnio dolą ludzi chorych na starość. Podli, najczęściej katolicy, pospieszyli z donosami, że "Róbta co chceta" chce mordować staruszków. Niezrażony tym Owsiak zrobił co chciał i zebrał ładny grosz, by wspomóc odchodzących, o których Polska nie chce pamiętać.
          Wałęsa powiedział kiedyś, że muszą odejść dwa pokolenia, by było normalnie. Mam nadzieję, że miał rację i w pokoleniu mojej wnuczki urzędnik zamiast sprawdzać donosy chorych z nienawiści, pomoże obywatelom bez zbędnych procedur żyć zdrowo i ładnie, przez cały życia tego czas. Czego wszystkim normalnym szczerze życzę.

20 grudnia, 2012

Święta i nie święta...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:17
         Sam już nie wiem, po raz który odkrywam w grudniu starą jak świat prawdę, że choć każda treść posiada jakąś formę, to forma nie koniecznie zawiera w sobie treść. Treść może mieć sens lub nie, a forma?

Orlowo

          Jesteśmy zlepkiem formy z treścią, to i nic dziwnego, że życie dość często pyta nas o kształt tego zlepku, o jego obraz. Dziwne, ale rzadko pytanie to dotyczy obu tych bytów razem. I tak na przykład: - Jak wyglądam - pyta kobieta. - Ładnie, dobrze, pięknie, znakomicie - odpowiada mężczyzna i pyta - A czy nie za lekko się ubrałaś, czy nie zmarzniesz? Do formy mężczyzna dodaje przychylną treść i barwę, tworząc tym samym jakiś związek, zlepek, całość. Związki te mogą mieć różny kształty i być wypełnione różną treścią. Różną też mogą mieć wagę, ale chyba zawsze, gdy w formie siedzi treść, to rodzi się uczucie.
          Ewa Błaszczyk, aktorka, która przeżyła rodzinną tragedię, w odpowiedzi na formę i treść tej katastrofy założyła Fundację "Akogo" i otworzyła niedawno Klinikę "Budzik". Rozumiem to tak, że pomysłem, wysiłkiem i gestem zmieniła złą treść i formę na całość dobrą, wręcz świętą. Czyż to nie twórcze, boskie działanie?Mikołaj i ja
          Mam czasem wątpliwą przyjemność obserwować z dość bliska ludzi, dla których formą i treścią życia jest szeleszczenie banknotami w kieszeni. Nic z tego dla świata nie wynika, poza tym, że wszystko, co mogłoby ten szelest zagłuszyć staje się wrogie. Na pierwszy rzut oka to normalni ludzie, eleganccy, dobrze wychowani, inteligentni i dowcipni. Mogłoby się wydawać, że to światowcy zanurzeni w ciepłym i życzliwym morzu powodzenia. Któż takich nie zna? Przy bliższym poznaniu okazuje się, że za pudrem szczęścia kryje się nieprzyjemna w zapachu, bagnista gleba braku skrupułów, a kolor na licu jest zimny i szary. Zza ogłady prostactwo wyziera, które nijak się ma do albumu oficjalnych uśmiechów i gestów. I tak zmieniająca się treść zmienia formę. Postać nadal jest układna, miła i wszyscy mają ją za człowieka sukcesu, tyle że treść tego życiowego wzlotu unosi się w formie okropnej, jakże odległej i nieporównywalnej do tej, której używa Ewa Błaszczyk. Nic boskiego i świętego  w tym kształcie się nie znajdzie.
          Zbliżają się Święta. Forma, często kopiowana od pokoleń, w każdej polskiej rodzinie ma podobny kształt. Z treścią zaś bywa różnie. Dla jednych Święta są duchowym przeżyciem, dla innych to tylko tradycja. Dla jednych to szansa zobaczyć się z całą rodziną, dla innych to tylko zbiór pustych gestów i słów, strata czasu i urlop w niecodziennej oprawie.
          Dla mnie Święta są piękną tradycją. Niestety, pięć lat temu w Święta Bożego Narodzenia wydarzył się tragiczny wypadek, w wyniku którego życie straciły dwie osoby z naszej najbliższej rodziny. Od tamtej pory grudniowa barwa, forma i treść zmieniły ten radosny czas w  rocznicę tragedii, ze skutkami której nie możemy się uporać do dzisiaj.

Igusia

          Jest jednak nadzieja. W tym roku przyszła na świat Iga i tym samym nasza rodzina powiększyła się o córkę mojego syna. Dla niej będą to pierwsze Święta na tym świecie. Kiedyś ja czekałem na Mikołaja, teraz sam nim będę. Mam nadzieję, że bycie Mikołajem nie ograniczy moich życzeń. Już wiem, że wśród tych życzeń będzie i takie, by wraz z pojawieniem się Igi powróciła do naszej rodziny jedność formy i treści w radosnym przeżywaniu Świąt.
Może się spełni. Czego sobie i wszystkim serdecznie życzę.
         
29 listopada, 2012

Pięknie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:12
         Może to i banalne spostrzeżenie, ale wbrew pozorom drogi życiowe i drogi komunikacyjne są w pewnym sensie podobne do siebie. Przecież przemieszczając się skądś dokądś, czy planując swoją przyszłość nie jest nam obojętne, w jakim będziemy poruszać się kierunku, jaki będziemy przemierzać teren i jaką nawierzchnię będzie miał nasz trakt. Chociaż są mapy, drogowskazy i GPSy, to bez porządnego rozeznania, rozsądku i wiedzy zawsze można się zgubić, zawsze można zabłądzić.Takie i podobne myśli przychodziły mi do głowy, gdy postanowiłem niedawno wyruszyć w podróż .
          Wszystko zaczęło się w piątek ubiegłego tygodnia. Z domu wyjechać musiałem na tyle wcześnie, by przed zmierzchem być w Łomży. Chciałem bowiem następnego dnia, czyli w  sobotę, wypoczęty zasiąść w jury jubileuszowej Giełdy Piosenki, którą od 20 lat organizuje łomżyński Regionalny Ośrodek Kultury.
          Odkąd istnieje autostrada A-1, a ja mam jakiś interes w centrum kraju, to chętnie z niej korzystam. Dotychczasowy szlak do stolicy, biegnący skrajem Warmii i Mazur, został przeze mnie dość skutecznie zapomniany. Ta niemożliwa do "przełknięcia" ilość radarów na "Siódemce", zwężeń, zakrętów, czarnych punktów, ograniczeń i korków zawsze kojarzyła mi się z tytułem filmu pt. "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz", a nie przyjemną i płynną podróżą. Wygoda, bezpieczeństwo i możliwość szybkiej jazdy, to jednak duża frajda dla takiego gościa jak ja, co to jeszcze chce i może. Zdziwienie moje było więc ogromne, gdy jadąc teraz starą obwodnicą z Gdyni, wjechałem na nowo otwartą obwodnicę południową Trójmiasta i po pół godziny przekraczałem Wisłę w Kiezmarku. Dawniej, gdy trzeba się było przebijać przez cały Gdańsk, ten sam odcinek drogi zabierał mi sporo ponad godzinę. Przyjemne zaskoczenie trwało nadal, bo w Elblągu ponownie wjechałem na dwupasmówkę i pędziłem nią prawie do Ostródy. Potem było jeszcze 30 kilometrów dwupasmówki z Olsztynka do Nidzicy i już mogłem rozglądać się za lewoskrętem, by przed zmrokiem skierować się ku Łomży. Pięknie - pomyślałem nie wiedząc, że następnego dnia myśleć będę tak częściej.

Zosia Borkowska - laureatka XX Giełdy Piosenki w Łomży 

          W sobotę rano Łomża powitała mnie pogodą marną, by nie rzec płaczliwą. Deszcz i mgła nie sprzyjały rozwijaniu emocji. Zaproszony przez dyrektora R.O.K. Jarka Cholewickiego, którego poznałem w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, jako szefa legendarnego studenckiego klubu Łajba w Sopocie, raczyłem się od rana kawą, by jakoś podnieść w sobie ciśnienie. W chwili, gdy dowiedziałem się, że w ramach obowiązków jury będzie musiało przesłuchać około siedemdziesięciu młodych wokalistów odstawiłem kawę. Nie była już potrzebna. Pięknie - pomyślałem po raz pierwszy tego dnia. I się zaczęło...jury
          W jury, prócz minie, zasiadło jeszcze dwóch muzyków: Bogdan Szczepański i Grzegorz Sekmistrz.
Bogdan jest kompozytorem. Skomponował ponad dwieście muzyk do spektakli teatralnych, w tym wiele dla dzieci i młodzieży. Jest muzykiem i aranżerem łomżyńskiej Filharmonii, a także twórcą działającym na innych polach muzycznej dziedziny. Jest artystą wielokrotnie nagradzanym.
          Bogdana też poznałem w latach osiemdziesiątych na jakimś artystycznym zbiegowisku w Spychowie, gdzie koncertowaliśmy, jako młodzi, zdolni i dobrze zapowiadający się artyści. Teraz, w towarzystwie Grzegorza Sekmistrza - zdolnego muzyka, pianisty i wokalisty - przyszło nam oceniać innych artystów, młodszych od nas o dwa pokolenia, zdolnych i dzisiaj bardziej od nas zapowiadających się.kasia Górska - laureatka pierwszego miejsca w kategorii licealistów
          Organizatorzy uczestników konkursu podzielili na kilka grup. Pierwszą grupą byli artyści z pierwszych, drugich i trzecich klas szkoły podstawowej, a ostatnią licealiści, tuż przed maturą. Była też grupa wykonawców śpiewających piosenki po angielsku. 
Przesłuchania szły nam sprawnie i od początku było ciekawie. Z przyjemnością odnotowałem, że dzieciaki najczęściej śpiewają piosenki z tzw. tekstem, trzymając się z daleka od plastikowego repertuaru. Nie tylko wybierali sobie do śpiewania dobre piosenki, ale też dobrze je śpiewali. Z czasem, gdy na scenie przybywało nowych konkursowiczów, popadałem w  coraz to większe zdumienie. Coraz bardziej docierało do mnie, że Łomża i okolice mają tak wiele talentów piosenkarskich, że można nimi obdzielić jeszcze inne regiony Polski. Kiedy ja w młodości chwyciłem się gitary, to bardziej niż indywidualne śpiewanie modne było słuchanie. Teraz są inne czasy, inne rozgłośnie, inne telewizje i inna technika popularyzowania sztuki. Jedno się nie zmienia - wśród śpiewających niewielu w Łomży było chłopaków. U młodych to już chyba tak pewnie zawsze jest, że dziewczyny bardziej wierzą w siebie i szybciej swoje życiowe szanse chcą sprawdzać.
          Maluchy z pierwszych klas były rozbrajające. Śpiewały przepięknie, angażując w to całe swoje kilkuletnie, życiowe doświadczenie. Śpiewając kątem oka sprawdzały reakcję rodziców, a ta zawsze była nadzwyczajna. Obserwowanie rodziców było równie rozkoszne, jak patrzenie na ich pociechy. Te miny, te gesty, te ręce składające się same do burzliwych oklasków... Pięknie - pomyślałem, bo było na co popatrzeć i czym się zachwycać.
          Jeśli ktoś jest ciekawy i chce zobaczyć, jaki był werdykt jury, niech zajrzy na stronę: www.4lomza.pl lub www.superlomza.pl, gdzie znajdzie zdjęcia, recenzje i nasze orzeczenie z XX Giełdy Piosenki w Łomży.
          Dzieciaki śpiewały, a mnie mnie prócz uniesień i zachwytów nachodziły też wątpliwości. Jako jurorzy musieliśmy wybierać, decydować kto lepszy, a kto gorszy. Czasami słuchając nie mieliśmy zupełnie ochoty na to, by ustawiać jakąkolwiek gradację. Chętniej przyznalibyśmy wszystkim nagrody, bo prawie wszyscy na nie zasługiwali.Bogdan Szcepański, Waldemar Chyliński i Wicestarosta Łożyński - Adam Sowa 
Wicestarosta Łomżyński - Adam Sowa, który laureatom wręczał nagrody, widząc naszą rozterkę, wspomniał, że przy okazji zbyt możnego nagradzania możemy zdewaluować wartość swoich decyzji. Była w tym racja, więc nagradzaliśmy w poszczególnych kategoriach tych, którzy w danej chwili wydawali nam się najlepsi wśród najlepszych. A co do "danej chwili"... Zdarzyło się, że dziewczyna, która przepięknie zaśpiewała piosenkę angielską, kompletnie nie błyszczała w piosence polskiej. Po prostu nie radziła sobie z nią, co mocno mnie zdziwiło. Może to była wina złej podpowiedzi nauczyciela, rodzica, czy przyjaciół - nie wiem. Na ogół jednak dzieciaki piosenki miały dobrze dobrane. Pasowały do wieku i możliwości. Nie ma bowiem nic głupszego i śmieszniejszego niż dziesięcioletnia dziewczynka śpiewająca o tragicznej miłości kobiety będącej po rozwodzie. Jak i co wtedy oceniać?
          Dlatego dość sceptycznie odnotowałem zapowiedź wykonania przez uczennicę trzeciej klasy łomżyńskiego gimnazjum piosenki pt. "Dobranoc panowie" do muzyki Andrzeja Zielińskiego i słów Agnieszki Osieckiej. Piosenkę tę śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz. Osiecka, najdelikatniej mówiąc, niezbyt dobrze w swym tekście osądza mężczyzn, więc jak mi się wydawało utwór ten powinien być śpiewany przez kobietę dojrzałą, z pewnym  życiowym doświadczeniem. Inne wykonanie, jak mniemałem, będzie trącić fałszem, niezależnie od starań i jakości głosu artystki. Okazało się, że tym razem byłem w błędzie i po wysłuchaniu Anity Czarneckiej musiałem nieco swe poglądy zweryfikować. Anita bowiem tak zaśpiewała piosenkę Osieckiej, że już po pierwszej zwrotce zapomniałem, iż śpiewa ją nastolatka. Poradziła sobie z dorosłym tekstem i wcale nie prostą muzyką, poradziła sobie też z interpretacją. Śpiewała jakby od niechcenia, lekko i mądrze. Mimo kilku kiksów Anita zrobiła to, czego wymaga się od artystów - śpiewając uwiodła słuchaczy. 
          Pięknie - pomyślałem, gdy Anita skończyła śpiewać.laureatka XX Giełdy Piosenki w Łomży Anita Czarnecka ( w środku) Oczywiście w swojej kategorii wygrała, a werdykt wydaliśmy jednogłośnie. Obok Laury Narolewskiej i Kasi Górskiej, która bardzo udanie zaśpiewała piosenkę Hani Baszaszak do rewelacyjnego tekstu Jonasza Kofty "Samba przed rozstaniem", również Anicie wróżyłbym w przyszłości sukces. Czy wyrośnie z niej gwiazda? Kto wie?
Wracając do domu zastanawiałem się, czy warto młodych ludzi narażać na wysiłek i stres, gdy w mediach i tzw. show-biznesie gwiazdy zapala się błyskawicznie, a gasi jeszcze szybciej? Najczęściej po jednym sezonie. Czy warto zmuszać do wytężonej nauki i pracy kogokolwiek, nie zapewniając mu jednocześnie szansy na sukces? Moim zdaniem od początku tej zabawy należy tłumaczyć dziecku, że nauka śpiewu, konkursy, giełdy i festiwale są dla nich właśnie zabawą, rozwijaniem osobowości i rozszerzaniem horyzontów. Zabawą, a nie wyścigiem do niepewnych karier, drogą do sławy i fortuny. Mam nadzieję, że nauczyciele i rodzice to wiedzą i to swym dzieciom tłumaczą. Tłumaczą, ale nie zniechęcają, bo czy jest ktoś, kto nie chciałby zaistnieć w świadomości milionów? Komu się nie marzy główna wygrana? A poza tym, jak mówią, gdy człowiek śpiewa, to tak, jakby się dwa razy modlił.
          "Trzeba marzyć...", śpiewała swego czasu Ela Wojnowska, która w latach siedemdziesiątych zdobyła wszystkie nagrody na wszystkich ważnych festiwalach w Polsce. Wyjeżdżając z Łomży myślałem o Eli, bo Ela swoją karierę zaczęła będąc takim samym dzieciakiem, jakie śpiewały na XX Giełdzie Piosenki. Cóż więc stoi na przeszkodzie, by Anita, Laura, czy Kasia znalazły się na dobrej drodze do sukcesu? Nic.
          Dojechawszy do domy pomyślałem, że i w Łomży, i podczas konkursu, i w gościnie u Jarka i Beaty Cholewickich, i nawet na drodze, mimo mgły - wszędzie było pięknie. 


18 listopada, 2012

Ciekawym

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:18
          Ciekawym , którzy chcą wiedzieć, jak było podczas zapowiedzianej tydzień temu w Codziennościach wizyty Andrzeja Donarskiego u nas w domu...

Andrzej Donarski

... z kronikarskiego obowiązku wyjaśniam, że czas nam upłynął na przyjaźnieniu się, na wspomnieniach...

Andrzej Donarski na scenie 

... na pracy i na...

Iga i Andrzej Donarski

...pieszczotach. Iga Donarem była zachwycona, więc szybko przeszli na "ty".
          Ponadto laliśmy, laliśmy i zalaliśmy... fundamenty pod - jak to się ostatnio modnie mówi -  zupełnie nowy projekt. Ciekawym, czy nam coś z tego wyjdzie odpowiadam, że bardzo bym chciał, bo zapowiada się ciekawie, więc też ciekawym.


10 listopada, 2012

Lejemy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:18
          Z 29 na 30 listopada kto może i chce obchodzi Andrzejki. Ten stary zwyczaj, w przeddzień imienin Andrzeja, wyróżnia się laniem wosku na zimną wodę. Czynność ta ma służyć przewidywaniu przyszłości. Nie wiem dlaczego ludzie chcą  znać przyszłość? Skąd ta ciekawość jutra? Mnie przyszłość interesuje o tyle, o ile potrafię na nią wpłynąć. Tajemnica jest istotą życia. Bez tajemnicy, która się ściele na tym, co będzie, wszystko straciłoby sens. Żyjemy oddychając tajemnicą i nadzieją. I to właśnie dla tych dwóch rzeczy, choć i tak znamy koniec, borykamy się z doczesnością. Tyle naszego, co się zabawimy.  

Donar

          Zastanawiam się dzisiaj nad tajemnicą, nadzieją i zabawą, gdyż spodziewam się wieczorem gości. Jak już pisałem przyjeżdża do nas dawno niewidziany Andrzej Donarski - ex Mr.Zoob, facet z niepowtarzalnym głosem. Mimo upływu prawie trzydziestu lat, słyszymy go wciąż jeszcze w radio, gdy leci "Kawałek podłogi".



          Do końca miesiąca Andrzej pewnie nie zostanie, ale mam nadzieję, że zdążymy sobie  wywróżyć jakąś wspólną, muzyczną przyszłość lejąc...
          Teraz przerwę wpis... Andrzej dzwonił  przed chwilą z zawiadomieniem, że jest już w drodze do Gdyni.
Cóż, bałagan w domu nie chce się sam sprzątnąć, a więc ruszam ku miotle. Wrócę do pisania, jak już będzie po tych przyspieszonych Andrzejkach, i jak już będzie po laniu...
          Kto niecierpliwy w oczekiwaniu na to, co będzie i kto łasy na wróżbę, to służę - Mina Tyma, piosenka, którą swego czasu przy okazji lania... napisaliśmy z Donarskim dla dodania otuchy i ku pokrzepieniu serc. Piosenka, która teraz, jesienią świetnie wróży najbliższą przyszłość i przepowiada pogodę. No, to lejemy... przepraszam, słuchamy i patrzymy.
wink

04 listopada, 2012

Historia, która wciąż żyje

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:26
          Pewne historie się nie kończą. Zaczynają się w przeszłości, często zabawnie i idą za człowiekiem, śmiejąc mu się w nos, nie bacząc ani na czas, ani okoliczności. Przypominają się i odtwarzają nagle, w niespodziewanych momentach i sytuacjach, których powstania wcześniej nigdy byśmy sobie nie wyobrażali. Tak było i tym razem...
          Widok był piękny. Stałem na wygrzanym słońcem chodniku jakiegoś miasteczka na Majorce i syciłem oczy widokiem. Ułożone na wzgórzach miasteczko opadało wprost do wody i zatłoczonej mariny. Tego dnia i przy tej pogodzie wyglądało przepięknie, co starałem się jakoś utrwalić.



          Stałem i gapiłem się na te "piękne okoliczności przyrody", czekając wraz z innymi uczestnikami wojażu po miastach i miasteczkach Majorki, na tramwaj, który miał nas z pięknego punktu A przewieźć do równie pięknego, jak nie piękniejszego, punktu B.Tramwaj na Majorce 
          Wśród tych "innych uczestników wojażu" była pewna rodzina z Krakowa, z którą znajomość zawarliśmy już dzień wcześniej w Porto Cristo. Tata, mama i dorosła córka na tle reszty uczestników naszej wycieczki wyróżniali się niezwykłą wprost pogodą ducha, otwartością na wszelkie wyzwania, energią godną podziwu i kapitalnym poczuciem humoru. W zawarciu bliższej, wycieczkowej  znajomości pomogła nam wódeczka, jaką częstowaliśmy się wzajemnie, odkręcając co jakiś czas swoje srebrzyste piersiówki. Było wesoło.
W pewnej chwili, gdy czekaliśmy na ten tramwaj, który widać na zdjęciu, głowa zaprzyjaźnionej rodziny - tata z Krakowa, zwracając się do mnie, zaśpiewał refren piosenki  "...Nie gniewaj się Waldek, ten tramwaj jest naprawdę twój, a reszta moja..." Dodać tu trzeba, że nie zdążyliśmy się wcześniej sobie przedstawić, więc zgłupiałem zupełnie. Zgłupiałem i zacząłem się radosnemu panu uważnie przyglądać, na gwałt szukając w pamięci nitek, które powiązałyby roześmianą i śpiewającą osobą, stojącą naprzeciwko mnie z moja przeszłością. Niestety, pamięć nie podpowiadała mi niczego. Zapytałem nieśmiało o to, czy może już wcześniej się poznaliśmy, ale zdumienie na sympatycznym obliczu krakowianina wystarczyło za odpowiedź. Z niedowierzaniem, uznając ten przypadek za przypadek, zacząłem więc zdziwionemu panu wyjaśniać historię piosenki o Waldku i tramwaju. Mówiłem o tekście "Szary blues", który napisałem dla Eli Adamiak, od którego to wszystko się zaczęło, o świetnym bardzie, poecie i tekściarzu Grzesiu Tomczaku z Poznania i jego chwilowej niemocy, gdy dostał zamówienie na tekst dla zespołu rockowego, o Andrzeju Donarskim, który tę piosenkę śpiewał i swoim zaskoczeniu, gdym pierwszy raz usłyszał ją w telewizji
W pewnej chwili zauważyłem, że moich wyjaśnień słucha nie tylko rodzina z Krakowa, ale też cała reszta wycieczki. Opowiadałem o piosence, ale ani razu nie wymieniłem nazwy zespołu, który ją śpiewał. I oto, tuż przy końcu opowieści, szturchnęła mnie w łokieć starsza pani, która z mężem stała z boku i zapytała: - A czy przypadkiem tego nie śpiewał Mr. Zoob?



          Potwierdziłem, a pani z zadowoleniem pokiwała głową i pochwaliła rock'n'rollową wiedzę swojego męża. Mąż owej pani wbił się w dumę, ale w tym momencie podjechał tramwaj, który dla większości naszej wycieczki chyba rzeczywiście w tamtej chwili był naprawdę mój.
         Tak więc historia piosenki "Kartka dla Waldka" wciąż trwa i przypomina się w różnych, czasami bardzo ciekawych momentach. Tak, jak i dzisiaj... Wczoraj Andrzej Donarski zapowiedział się na przyszły tydzień z wizytą. Dawno się nie widzieliśmy, więc będzie o czym pogadać. Mam też nadzieję, że i tym razem, nim Andrzej wróci do Niemiec, napiszemy nowe kawałki i poczynimy rozległe plany .smiley 
Tymczasem, pozdrawiając przemiłych krakowian, zachęcam do posłuchania "Kartki dla Waldka" w wersji bardziej współczesnej, nagranej cztery lata temu...



...a jeśli ktoś ma ochotę posłuchać, jak "Kartka..." brzmiała w latach osiemdziesiątych, to proszę kliknąć poniżej.
Miłej zabawy.

28 paĽdziernika, 2012

Facet z gitarą

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:28
          Wspominając w poprzednim wpisie o skutkach upływu czasu, nie miałem pojęcia, że właśnie w tym samym czasie, gdy o tym pisałem, Przemek Gintrowski doszedł do kresu i dotarł do ostateczności. Pogłoski o jego śmierci szybko okazały się prawdziwe.
          Coraz częściej przychodzi mi żegnać na zawsze przyjaciół i znajomych. Coraz większa liczba osób z mojego towarzystwa przenosi się do wspomnień. Nieubłaganie rzednie tłum, tych, kiedyś pięknych i młodych, gniewnych i pełnych wiary w miłość, w ludzi i w ideały. Odchodzą ci, którzy wiarę swą przy gitarze wyśpiewywali szeptem i krzykiem, i zawsze prawdziwie. Nie fałszowali.

Gintrowki

          Przemka Gintrowskiego poznałem  na Famie w Świnoujściu. Był to chyba rok 1976. Przystojny, wysoki, rzec można - młody bóg. Z rozwichrzonymi, długimi włosami, z lekko zmierzwioną brodą, w opiętych na tyłku modnych dżinsach, w przewiewnej, szeroko rozpiętej na szerokiej piersi koszuli, z jakimś wisiorkiem na szyi, był Przemek osobą, której nie dało się nie zauważyć. Szczególnie dziewczyny zawieszały na Przemku ciekawe i chętne oko, co widziałem często, bo wraz z Elą Adamiak zajmowaliśmy sąsiedni pokój. Przemek, tak jak my, mieszkał w wieloosobowym pokoju koedukacyjnym, w towarzystwie kilku pięknych uczestniczek Famy i - co doskonale pamiętam - miał nad łóżkiem wywieszony plakat z komunikatem: Pogotowie seksualne.
         Był  otwarty, wesoły, pogodny i przyjaźnie nastawiony do ludzi. Nic dziwnego, że polubiliśmy Przemka szybko i bezwarunkowo. Mnie w tym polubieniu bardzo Przemek pomógł śpiewając przepiękne piosenki do cudnej urody tekstów Krzysia Sieniawskiego (1951 - 2001), z których najbardziej do gustu przypadło mi "Przeczucie". Piosenka ta wpadła w moje ucho od pierwszego usłyszenia i tkwi tam do dzisiaj:

Tylko te drzewa wirujące                  
i czas mój głuchy znów jak pień -Przemek Gintrowski
czemużeś stanął, panie Słońce?
Nad czym tak dumasz cały dzień?

Tylko w okrutnej drżą uprzęży
czasu sprzed wczoraj - nasze dni -
czemużeś pobladł, panie Księżyc?
Przecież nie pierwszy wieczór znikł...

Tylko zapragnął we mnie przemian,  
śni inny byt jurajski gad -
czemu się kręcisz, panie Ziemia?
I tak nie wskrzesisz dawnych lat!

Tylko mych snów najdalszy przegon,
po gwiezdnych drogach - bury dym -
czemuś spochmurniał, Panie Niebo?
Czyżbyś się przejął byle czym?

Tylko spod trzepoczących powiek
ostrzem kindżału - biały nów -
czego się boisz, panie Człowiek?

Dlaczego Ci zabrakło słów?!

         Czas mijał... koncerty, festiwale, spotkania. Przemek wiedząc, że zauroczył mnie poezją Sieniawskiego zaprosił go kiedyś w Warszawie na nasz wspólny koncert. Do dzisiaj pamiętam wrażenia, jakie Krzysiu na mnie zrobił. Spodziewałem się spotkać kogoś z rozwianym włosem, szalonego..., a Przemek przedstawił mi sympatycznego, uśmiechniętego i bardzo nieśmiałego gościa w popelinowym płaszczu, z urzędniczą, skórzaną teczką w ręku i berecikiem na głowie. Od poznania Krzysia przestałem ludzi oceniać po wyglądzie.
          Inna piosenka Przemka do tekstu Krzysia, która robiła na mnie - i robi do dzisiaj -  duże wrażenie, to "Śmiech" zaczynająca się od słów "...Bardzo śmiesznie jest umierać / Kiedy żyć byś chciał / Nosić miano Olivera / Kiedy jesteś Brown...". Proszę posłuchać.




          Później, aż do stanu wojennego widywałem Gintrowskiego na scenie wyłącznie w towarzystwie Kaczmarskiego. Ta i dalsza część życia Przemka jest już powszechnie znana. Natomiast ja, zachwycony "Modlitwą o wschodzie słońca" Natana Tenenbauma ("...Każdy Twój wyrok przyjmę twardy / Przed mocą Twoją się ukorzę / Ale chroń mnie Panie od pogardy / Od nienawiści strzeż mnie Boże..."), pieśnią, którą Przemek skomponował i śpiewał wraz z Jackiem, zastanawiam się do dzisiaj  - czy spotkanie na scenie Przemka z Jackiem, i wszystko, co się potem działo, było dla Przemka twórczości najlepszym i jedynym rozwiązaniem? 
Dziękuję Ci Przemku za wszystko, a za "Przeczucie" szczególnie.
 

PS
uroczystości pogrzebowe Przemka rozpoczną się jutro, tj. 29 października 2012 r. o godz. 12.00 mszą św. w kościele św. Anny w Wilanowie przy ulicy Kolegiackiej 1

         

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY