06 września, 2013

Rym do wyrazu życie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:08
          Jak daleko sięgam pamięcią w związki mego pióra z piosenką, to Adam Drąg zawsze był legendą. Dzisiaj Adaś – solidny, poważny i doświadczony pan, nic a nic nie tracąc ze swego młodzieńczego uroku – jeszcze bardziej jest legendą, a jego twórczość jeszcze bardziej jest legendarna. 

Adam Drąg

          Adama Drąga poznałem na początku lat siedemdziesiątych. Już wtedy ten, kto mi o nim opowiadał, był pewien, że Adam to żywy pomnik piosenki turystycznej, choć ta piosenka ledwie wtedy raczkowała. Ale faktycznie, jeszcze nie za bardzo rozgościłem się w kręgach, jeszcze nie za bardzo poznałem środowisko, a już znałem większość napisanych i śpiewanych przez Adama piosenek. Nie zdarzyło mi się nigdy uczestniczyć w koncercie, w którym publiczność nie śpiewałaby razem z Adamem takich utworów, jak: „Rzeki to idące drogi”, „Ech muzyka, muzyka, muzyka”, „A ja sobie śpiewam”, czy tę, która wciąż na mnie robi piorunujące wrażenie – „Śni się lasom las”. na gitarze gra Adam Drąg
          W tamtych czasach spotykaliśmy się często. Jako że obaj mieszkaliśmy w Gdańsku, to takie kluby, jak: Żak, Kwadratowa, Mechanik czy Medyk chętnie gościły nas na swoich scenach. Z racji mieszkania w tym samym mieście także eskapady na festiwale i przeglądy odbywaliśmy razem. Giełdy, Bazuny, czy inne konkursy – to wszystko łączyło nas w jedno, bardzo sympatyczne towarzystwo. Siłą rzeczy, w końcu, postanowiliśmy razem coś napisać. 
          Zawsze podziwiałem u Adasia wielki talent – rzadki dar – układania pięknych melodii, które w prosty i niebanalny sposób sprawiają,  że serce i dusza same rwą się do śpiewania.Giełda W Szklarskiej Porębie 1975r.
       Pamiętam, jak któregoś, jesiennego dnia, wieczorową porą poszedłem do Adama z wizytą. Mieszkał w budynku gomułkowskiego sznytu. Dom ten stał przy ulicy Batorego we Wrzeszczu, wśród urokliwych, starych willi, pięknie położonych pod lasem morenowego wzgórza.  Mieszkanie zdaje się należało do rodziców, bądź teściów Adama. Adam wraz z żoną, choć pewnie nieco skrępowany, przyjął mnie bardzo serdecznie i zaprowadził do pokoju, w którym pomiędzy dziecięcym łóżeczkiem i pieluchami stał niewielki stół. Popijając herbatę położyłem na tym stole swój nowy, jeszcze ciepły wiersz. Adam przeczytał go pobieżnie, złożył kartkę na pół i odłożył gdzieś na stertę innych papierzysk. Ani się nie skrzywił, ani uśmiechnął, nic specjalnego nie powiedział i żadnym gestem nie dał mi nic do zrozumienia. Pokiwał głową i tyle. Zagadnął mnie o wspólnych znajomych i tak potoczyła się rozmowa. Przy herbacie oplotkowaliśmy kogo się dało, wspominając ludzi i koncerty.Adam Drąg Chciałem poprosić Adama, by coś mi zaśpiewał, ale nim to uczyniłem spojrzałem na dziecko, wanienkę i zegarek. Zrozumiawszy, że czas na mnie, wstałem, pożegnałem się miło i wyszedłem. Nie zapytałem Adama, czy coś do mojego tekstu skomponuje, i czy w ogóle tekst mu się podoba. Jakoś tak nie wypadało o to pytać, choć ciekawość mnie zżerała. Swoje też zrobiła duma młodego tekściarza. Być może miała też w tym udział pierwsza, spieniona woda sodowa, która niejedno młodym psuje i niejedno burzy. Może uważałem się za „wziętego” tekściarza, bo kilka moich wierszy kilku artystów po kilku przeglądach obwiozło z sukcesem i nie wypadało mi pytać się o wartość tego, co uważałem za świetne. No, cóż... Każdy czas w człowieku ma swojego poetę i swojego idiotę, a bywa, że ten czas jest jak Head&Shoulders – dwa w jednym
           Prawdę mówiąc wkrótce zapomniałem, że dałem Adamowi jakiś tekst. Lepiej zapamiętałem aurę tamtej wizyty i jesienny spacer. Pisałem wtedy sporo i z czasem zapominałem o kolejnych wykwitach mojego pióra. Bardzo więc byłem zaskoczony, gdy po kilku miesiącach na jakiejś imprezie Adam zapowiedział i zaśpiewał nową piosenkę. Była tak piękna, że z trudem rozpoznawałem w niej swój tekst.
Z pisaniem u mnie jest tak, że gdy już coś piszę, to często tekst sam mi podpowiada melodię. Potem, gdy kompozytor tekst ubierze w swoją muzykę, bywa, że tekst traci na wartości, ale częściej jest tak, że dzięki muzyce słowa w piosence szybują w rejony takiej finezji, w jakiej nigdy przedtem nie były. Tak właśnie stało się z kilkoma piosenkami, które ze mną napisał Grzegorz Marchowski i tak było, gdy muzykę układała Ela Adamiak. Później to samo uczucie nachodziło mnie, gdy piosenki pisałem wraz  z Kaziem Lewandowskim czy Andrzejem „Mr.Zoob” Donarskim. Niestety, wymyślanych przez siebie melodii zbytnio nie cenię...
Myślę o tym wszystkim i wspominam, bo kilka dni temu otrzymałem od Adama niezwykły prezent - jego pierwszą, autorską płytę pt. „Adam Drąg”.okładka płyty Adam Drąg
          Na płycie Adama Drąga, wśród wszystkich, pięknych i sławnych, jego piosenek znalazły się też te mniej znane, bądź całkiem nieznane. Są na niej także trzy piosenki skomponowane przez Adama do moich tekstów. Z tych trzech znałem tylko jedną z nich – „Piosenkę bez tytułu”. I tak, jak już pisałem, w chwili, gdy pierwszy raz ją usłyszałem, oniemiałem z zachwytu. Teraz znowu dotarła do mnie prawda, że Adaś w słowach „Jeszcze się tyle stanie / Jeszcze się tyle zmieni / Rosną nam nowe twarze / Do słońca..." znalazł muzykę, o istnieniu której nie miałem zielonego pojęcia.  Teraz na nowo zachwycam się piosenką, choć mam ją w swoim repertuarze. W wykonaniu Adama piosenka zyskuje nadzwyczajnie – i w tym właśnie tkwi siła talentu Adama, że on muzycznie słyszy, czuje i rozumie coś, czego inni na co dzień nie dostrzegają. Adam swoją muzyką potrafi pokazać to, co dla wszystkich jest wartością.
          Z czasem nasza piosenka stała się w kręgach tzw. piosenki turystycznej prawdziwym hitem, z czego od lat jestem dumny.



          Zdaje mi się, że Adam zawsze najlepiej czuł się w środowisku artystów piosenki turystycznej. Wielu innych, których spotkałem na różnych imprezach i festiwalach wędrującej muzy, przeniosło się z czasem w szersze rejony piosenki literackiej, poezji śpiewanej, czy nawet kabaretu. Ela Adamiak, grupa Boom, Jacek Zwoźniak czy Krzysztof Piasecki są najlepszym tego przykładem. Adam, choć zaliczył piękny epizod zakładając swego czasu z Rudim SchubertemWały Jagiellońskie „Wały Jagiellońskie", pozostaje wciąż przede wszystkim we wdzięcznej pamięci turystycznej braci jedną z najważniejszych postaci. Jego piosenki są dla tego nurtu twórczości w Polsce tym, czym są piosenki Czerwonych Gitar dla popu, czy Perfectu dla rocka. Piosenki Adama w świecie piosenki turystycznej są największymi evergreenami. Kto nie wierzy, niech zapyta pierwszego lepszego człowieka idącego przez kraj w traperkach, z plecakiem, a do tego taszczącego ze sobą gitarę. Dla mnie Adam jest także jedynym człowiekiem w moim życiu, któremu udało się  namówić mnie raz na studencki rajd pieszy. Wrażenia z tamtego rajdu mam w pamięci do dzisiaj, choć chyba nie wszystkie kilometry pamiętam.
          Ucieszyłem się z wydania płyty Adama. Ucieszyłem się z tego, że już na pewno nie zaginą oryginalne wykonania piosenek, bez których nie rozpali się żadne rasowe ognisko. Słucham tej płyty w samochodzie od kilku dni i z radością spostrzegam, że „stare" piosenki mnie rozczulają, a „nowe" - przynajmniej mnie - z każdym dniem podobają się coraz bardziej. To fantastyczna płyta, choć i ja, i  wielu tzw. fachowców pewnie mogłoby wytknąć jej niejedno i spytać dlaczego coś jest tak, a nie inaczej. Nie warto jednak na drobiazgi zwracać uwagi, bo siła Adamowych piosenek tkwi nie w perfekcji wykonania czy aranżu, lecz w samej istocie ich istnienia. I to jest właśnie piękne, że „Śni się lasom las" zostanie na zawsze, gdy większość dzisiejszych przebojów pójdzie w zapomnienie.
          Tak jak kiedyś Adam zaskoczył mnie muzyką do „Piosenki bez tytułu" , tak teraz zaskoczył mnie piosenką „Na uwadze mając biedę". Znowu nie pamiętałem tekstu tej piosenki, ani tego, kiedy i w jakich okolicznościach trafił on do Adama. Z jej treści wynika, że musiałem napisać ją pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy ruszyła druga fala emigracji, a w Polsce uwolniono gospodarkę ze sztywnych ram socjalizmu. Słuchając Adama w tej piosence mam dzisiaj nieodparte wrażenie, że coś jednak z tamtej historii teraz się w Polsce powtarza. Posłuchajcie...



          Podobnie jest też z trzecią naszą wspólną piosenką. Także nie pamiętam, kiedy Adamowi dałem ten tekst. Sądząc po jej słowach musiałem napisać je w stanie wojennym. Teraz cieszę się, że Adam tekst ocalił i umieścił na płycie, bo choć życie diametralnie się zmieniło, to jednak  wciąż trochę prawdy w tej piosence tkwi i także dziś piosenka ta trochę odzwierciedla życie.



           Adamie, jeżeli czytasz te słowa, to wiedz, że wydałeś świetną i bardzo potrzebną płytę, a talentu zazdroszczę Ci tak, jak zazdroszczę sobie, że Cię znam.

           PS. Przy okazji tego wpisu chciałem też podziękować cudnej Marysi z Poznania, która na moją prośbę, by piosenek Adama słuchało się jeszcze milej, w bardzo szybkim czasie oprawiła je w obrazki. Dziękuję Ci, marychaj! :)
18 sierpnia, 2013

Mój sierpień 1980

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:30
          Dokładnie 33 lata temu, 18 sierpnia 1980 roku, wieczorem, przyszedł do nas Zbyszek Joachimiak – poeta, kolega z Koła Młodych Związku Literatów Polskich w Gdańsku. Gdańsk od kilku dni żył pod napięciem tego, co się działo w stoczni. W stoczni strajk, a w mieście strach, że wszystko skończy się, jak w grudniu 1970 roku. Asia, ja i nasz pięciomiesięczny syn trwaliśmy w maleńkim mieszkaniu na gdańskiej Zaspie w nieznośnym oczekiwaniu na rozwój wypadków. I wtedy, wieczorem 18 sierpnia, Zbyszek pojawił się z propozycją byśmy – my, młodzi literaci – spotkali się w swoim gronie w siedzibie ZLP przy ulicy Mariackiej.
          Podróż następnego dnia przez niepewne swego losu miasto była jak przedzieranie się przez szary tłum pytających i zatrwożonych ludzkich spojrzeń, z których każde wyrażało nadzieję na spełnienie choćby części życzeń wyrażanych w stoczni. Pogoda była piękna. Ciepło i słonecznie. Gdańska starówka, jakby nie zważając na czas, nadal gościnnie przyjmowała turystów. W kamieniczce ZLP spotkała się większość z nas. Zaczęła się dyskusja.
          Dzisiaj, wiedząc to, co się stało w następnych dniach, tygodniach czy miesiącach łatwo wyśmiać każde wypowiedziane wówczas zdanie. Wtedy nikt nie ważył się na słowa nieprzemyślane i nie szafował opiniami, sądami czy wnioskami. Doskonale wiedzieliśmy, że nie jesteśmy zwartym tłumem w stoczni, że nas łatwo policzyć i rozliczyć z każdego działania czy zaniechania. Wiedzieliśmy chyba wszyscy też to, że się boimy. A jednak... 
          W swoich szpargałach znalazłem stare wydawnictwo z tamtych czasów. Jest to 12. numer almanachu gdańskich środowisk twórczych „Punkt”. Spisywany z zadyszką, redagowany w pośpiechu i wydany przez Wydawnictwo Morskie w nakładzie 30 tys. egzemplarzy z nadzieją, że w razie czego gdzieś się zachowa i kiedyś zaświadczy.
Pamięć mi podpowiada, że cały ten nakład nie trafił jednak do kiosków i że były z nim jakieś kłopoty. Chyba Adzik Zawistowski – poeta, dramaturg i pisarz, a obecnie dyrektor Departamentu Kultury w Pomorskim Urzędzie Marszałkowskim – powiedział mi wtedy, że ten numer„Punktu” w stanie wojennym poszedł na zmielenie. Pewny tej wiadomości jednak nie jestem, ale pewny jestem tego, że mój egzemplarz ocalał.
Trzystustronicowy numer almanachu jest w większości dokładnie spisaną kroniką wydarzeń i zbiorem dokumentów. Zawiera też pierwsze literackie próby zapisania uczuć, jakie zrodziły się wtedy między gdańszczanami. Jest małym albumem fotograficznym i tomikiem wierszy, które wtedy, na gorąco, powstawały.
          Nasza dyskusja w średniowiecznych piwnicach knajpki „U Literatów” nie była burzliwa. Zastanawialiśmy się nie „czy”, tylko „jak” wystąpić z poparciem dla stoczniowców. Doskonale wiedzieliśmy, że Grudzień '70 łatwo było władzy spacyfikować, bo w odwecie za Marzec '68 inteligencja wypięła się na robotników. Zdaniem większości z nas tym razem nie mogło się to powtórzyć. Uważając na słowa podjęliśmy rezolucję.
 


          Było to pierwsze, pisemne, oficjalne poparcie, jakie zostało udzielone stoczniowcom w sierpniu 1980 roku. Pamiętam, że gdy wróciłem do domu, nie byłem pewien czy prześpię noc do rana. Tym bardziej pewien nie byłem, że jeszcze wieczorem o naszej rezolucji informowało świat  Radio Wolna Europa. Na szczęście rzeka wydarzeń toczyła się tym razem po innych niż zazwyczaj kamieniach.
          Teraz, gdy piszę te słowa i jednocześnie przeglądam stary numer „Punktu”, natknąłem się na wiersz Bożeny Ptak, który unaocznił mi, że dobrze zapamiętałem i powyżej opisałem tamten czas.



          Znalazłem też w tym „Punkcie” piękny wiersz Antka Pawlaka, poety, dziennikarza, a obecnie rzecznika Prezydenta Gdańska, który nie uczestnicząc w tamtym zebraniu zauważył w swym przeżyciu Sierpnia śp. Mariana Terleckiego, współsygnatariusza naszej rezolucji.



          Było, minęło, a jednak wciąż nacieszyć się nie mogę, że choć w tak niewielki, wręcz mikroskopijny i może mało ważny sposób przyłożyłem rękę do przebiegu dziejów.
          Dwa dni po naszej rezolucji, 20 sierpnia 1980 roku w stoczni pojawił się Apel, nadesłany z Warszawy, a podpisany przez elitę polskich intelektualistów. Ale to, choć ta sama, to już jednak inna historia... 
02 sierpnia, 2013

Odpowiedzialność Pana Dziejaszka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:21
          Nie wszyscy moi znajomi we wszystkim się ze mną zgadzają. I dobrze, choć mam z tym czasem kłopot. Cóż by to jednak było, gdyby wszyscy mieli o wszystkim takie samo zdanie, taki sam, dobrze wyrobiony pogląd, podobne przypuszczenia i identyczne oceny. Nuda, Panie Dziejaszku, nuda by była.
          Dzień przed kolejną rocznicą Powstania Warszawskiego wśród moich znajomych na Facebooku rozgorzała dyskusja, która toczy się w Polsce od 69 lat. Zasadniczym problemem okazała się ocena tego, co się w tamtym czasie w Warszawie stało i jak nazwać konsekwencje owego "stania się". 
          Swoje zdanie na temat Powstania w Warszawie w sierpniu 1944 roku wyłożyłem cztery lata temu, pisząc rzecz pt. Moralne zwycięstwo. Powołałem się w swoim wpisie na rozmowy, sądy i opinie żyjącego do dzisiaj powstańca...

Tadeusz Kozak

 mego wuja – Tadeusza Kozaka, który w dość wyważonych słowach nazwał Powstanie czynem daremnym i bezsensownym.

          Od jakiegoś czasu zauważam zjawisko, że im młodszy interlokutor w dyskusji historycznej bierze udział, tym sądy ma bardziej radykalne i w jego mniemaniu jedynie słuszne. Gdy słyszę od dwudziestoparoletniego magistra historii, że PRL była państwem zbrodniczym, to się zastanawiam, czy przypadkiem ja swoich pierwszych trzydziestu pięciu lat nie przeżyłem na Księżycu. Nie było wtedy – jak dzisiaj na to patrzę – zbyt pięknie, choć dzieciństwo i młodość wspominam jako czas może nie bogaty, ale barwny i ciepły w uczucia. Nie mogłem i nie miałem za co smakować wolności w pojęciu obecnie rozumianym, ale nikt mi nie zabraniał publicznie śpiewać o tym, że jest Nad głową noc, a noc jak koń/ I niepokoju tyle we mnie/ Gdzieś leci świat, gdzieś pędzi dom/ Ktoś bliski znika mi bezwiednie... .
          Piosenkę tę nawet puścili w komuszej TVP, co prawda o zacytowany fragment okrojoną, ale jednak pokazali. Nikt mnie nie pałował, gdy poszedłem na koncert Jacka Kaczmarskiego i wielokrotnie świetnie bawiłem się, koncertując razem z zespołem BABA, gdy Jacek Zwoźniak kpił ze zbrojnego ramienia partii śpiewając, iż  milicjanci są w narodzie ... jako te chabry pośród łanów zboża...”.

chabry pośród łanów zboża

          Nie do końca więc wszystko było tak, jak to dzisiaj niektórzy głoszą, choć bywało często okropnie i nie do zniesienia. Wolność jednak nosi się w sobie i jeśli się ją w sobie ma, to reszta jest wartością odjętą bądź dodaną. A jak bardzo odjęta, czy jak bardzo dodana jest ta wartość, zależy już tylko od samego człowieka.
          Tymczasem młodzieńcy, którzy dopiero co nauczyli się czytać, już chcą mi obrzydzić moje pierwsze wzruszenia, pierwszego guza i pierwszą miłość.
          Podobnie jest z oceną Powstania Warszawskiego. Ci, którzy walczyli i ci, którzy byli tak zwaną ludnością cywilną wspominają tamten czas jako czas pięknie wzburzony, czas szlachetnego zrywu, ale też jako czas późniejszego koszmaru. Prawie wszyscy nazywają Powstanie najczarniejszą tragedią, która nastąpiła po kilku dniach narodowego uniesienia i wielkiej radości. Ci, którzy przeżyli, często mówili o hekatombie 200 tys.ofiar złożonych bezmyślnie historii. Ci, którzy z racji wykształcenia, zawodu i pozycji do oceny byli i są zobligowani, mówią i piszą tak (cytaty i zestawienie przytaczam za portalem Na temat):

PAWEŁ JASIENICA – pisarz, m.in. autor dzieł historycznych: Polska Piastów, Polska Jagiellonów i Polska Obojga Narodów:  
Powstanie Warszawskie było skierowane militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Rosjanom, a faktycznie przeciwko samym Polakom.”

Gen. WŁADYSŁAW ANDERSnaczelny dowódca sił zbrojnych na Zachodzie:
Stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność.”

Prof. WIESŁAW CHRZANOWSKI polityk, profesor nauk prawnych, powstaniec warszawski:
Wywołanie Powstania jest karygodną zbrodnią, za którą ponoszą odpowiedzialność pewne polskie ośrodki. Tak te wypadki ocenia polskie społeczeństwo, tak wyglądają one w rzeczywistości. Winni muszą ponieść odpowiedzialność.

WŁADYSŁAW POBÓG-MALINOWSKI oficer, historyk, po II wojnie światowej na emigracji:
Za decyzję porwania się do walki, która w warunkach chwili była bezsensem politycznym, a militarnie - szaleństwem wręcz zbrodniczym, zapłacono niewiarygodnie wysoką cenę.”

Mjr STANISŁAW ŻOCHOWSKI pseud. Brodzic, oficer Narodowych Sił Zbrojnych, członek Sztabu Naczelnego Wodza, pisarz:
Płk Demel polecił mi przygotować uzasadnienie dla odznaczenia gen. Bora krzyżem Virtuti Militari II klasy. Odszukałem statut Orderu. II klasa może być przyznana generałowi za samodzielne działanie, które było zwycięską bitwą lub walnie przyczyniło się do zwycięstwa. Złożyłem wniosek na oddanie gen. Bora pod sąd za zniszczenie stolicy, spowodowanie ogromnych strat i nieosiągniecie żadnego celu.”

JAN ENGELGARD historyk, publicysta, samorządowiec:
Za fatalny błąd Komendy Głównej AK, za polityczne kalkulacje nie mające szans na powodzenie – zapłacili niewinni ludzie. Gdyby powstańcom powiedziano przed walką – nie mamy porozumienia z nikim, Zachód nam nie pomoże, a Sowieci się nie ruszą, Niemcy zaś wykorzystają sytuację, by nas wyrżnąć, a miasto legnie w gruzach – wtedy też ochoczo zgodziliby się na ofiarę, by „przeciwstawić się zbrodniczym totalitaryzmom”?


DARIUSZ BALISZEWSKI dziennikarz i publicysta:
Nikt nie wie, dlaczego powstanie wybuchło. Wbrew wszelkim racjom politycznym, wszelkim przestrogom i wszelkim ostrzeżeniom, w tym kolejnych kurierów z Londynu, by uprzedzić warszawskich dowódców, że nie mogą liczyć na żadną pomoc wojskową Zachodu”.


Prof. JAN CIECHANOWSKI historyk emigracyjny, powstaniec warszawski:
Powstanie zakończyło się straszliwą klęską, katastrofą i ruiną, która nie dotknęła żadnej innej stolicy w Europie od czasu najazdu Hunów na Rzym. 200 tysięcy ludzi zginęło, 500 tys. wygnano i skazano na poniewierkę. Miasto zrównano z ziemią. To największy błąd popełniony przez dowództwo AK.”

          Pewnie wielu znajdzie wiele przeciwnych opinii i wyjdzie im, że klęska była jednak jakimś substytutem zwycięstwa, bo tak to już z nami jest, że czarne czasem jest u nas białe. I dobrze, że tak jest, bo Pan Dziejaszek by umarł z nudów. Nad sensem słowa odpowiedzialność też – wobec różnych ocen Powstania – można by się pochylić, zagadać i pokłócić. Nie powinniśmy tylko w tej dyskusji i kłótni zapędzać się na pozycje, z których nie ma odwrotu, ani żadnego, patriotycznego wyjścia. Nie powinniśmy używać słów i argumentów (do siebie też to odnoszę i siebie też pouczam), które nas jako znajomych wykończą i w realu, i na FB. Bądźmy więc odpowiedzialni za przyszłość, gdy dyskutujemy o przeszłości. Lubmy się, Panie Dziejaszku, w każdej rozmowie.

     
24 lipca, 2013

Druga księżniczka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:36
          Cały świat przez kilka ostatnich dni warował pod szpitalem w Londynie czekając na królewskiego potomka. W tym samym czasie nasza rodzina czekała na nie mniejsze, a wręcz większe i bardziej radosne dla nas wydarzenie. I doczekaliśmy się. Ba, tłumy też były.



          Z prawdziwą przyjemnością informuję wszystkich przyjaciół, znajomych i cały świat, że w mojej rodzinie pojawiła się druga wnuczka - księżniczka Maja.



          Maja urodziła się dzisiaj - 24 lipca 2013 roku, piętnaście minut po północy, pod znakiem Lwa. W chwili narodzin ważyła 3160 gram i mierzyła 53 centymetry. Jest rozkoszna, piękna i podobna do... całej naszej rodziny.
          Z tego powodu, że jedynactwo zaczęło być naszą rodzinną tradycją, bo ja, Asia i nasz syn Radek - wszyscy jesteśmy jedynakami, to pojawienie się Mai w rok i miesiąc po narodzinach Igi, rozwiązało problem rozwoju naszej familii definitywnie. Bardzo się z tego cieszę.
          Moja pierworodna wnuczka - księżniczka Iga już wczoraj rozkładając pasjansa próbowała zgadnąć dzień i godzinę pojawienia się na świecie siostry, ale jak widać poniżej, pasjans jej nie wyszedł.



Dzisiaj Iga jest już szczęśliwą siostrą i mam nadzieję, że do kart i wróżb będzie miała stosunek negatywny. Póki co wszyscy czekamy na... 



...powrót naszej księżnej Katarzyny z księżniczką Mają do domu.



          
29 czerwca, 2013

Zmiany i... wszystko po staremu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:50
          Swego czasu, we Wrocławiu Jacek Zwoźniak - nieodżałowany przyjaciel mój, lider zespołu BABA, autor popularnej " Ragazza da Napoli" (Ragazz da Provinazia), laureat festiwali piosenek w Krakowie i Opolu, a także zdobywca "Złotego Knebla" na Przeglądzie Piosenki Zakazanej w hali "Olivia" w 1981 roku - opowiedział mi o znanym Muzyku taką oto anegdotkę:
Muzyk, który z Krakowa przyjechał do Wrocławia na festiwal "Jazz nad Odrą", po upojnej nocy w studenckim klubie Pałacyk obudził się w swoim pokoju w Grand-Hotelu usytuowanym naprzeciwko dworca.


klub Pałacyk

Ponieważ  czuł się podle, postanowił coś w sobie, na sobie, bądź wokół siebie zmienić. W pierwszym odruchu chciał udać się na dworzec i porzucić przyczyny swego stanu, lecz doszedł do wniosku, że choć przyczyny porzuci, to skutki pojadą razem z nim. Pomysł ucieczki więc zarzucił, ale kombinował dalej. Postanowił się przebrać, wedle zasady: skoro piłeś w garniturze, to kaca lecz w dresie i odwrotnie. Niestety, ponieważ jego wyjazd na festiwal miał znamiona ucieczki z domu, to z ciuchów miał ,co miał i właśnie to, co miał, to miał na sobie. W tej sytuacji wpadł - jak mu się wydawało - na genialny pomysł, by zejść do hotelowego fryzjera. Było pusto, rozsiadł się w fotelu i zamówił zgolenie niewielkiej brody, co to ją już jakiś czas nosił z fasonem. Fryzjer zamówienie przyjął, owinął szyję Muzyka białą szmatką, obficie namydlił mu brodę i poszedł do nieodległego kąta ostrzyć brzytwę. Trwało to dłuższą chwilą, a w tym czasie Muzyka zemdliło i to co miał w żołądku pojawiło się w umywalce będącej podstawą lustra zawieszonego na przeciwko bladego Muzyka. Gdy zjawił się fryzjer i zobaczył, co zobaczył, pragnący jakoś wybrnąć z niekomfortowej sytuacji Muzyk rzekł - Tak pan golisz, że rzygać się chce. Po czym wstał, wytarł mydło w szmatkę i wyszedł.
          Jak z powyższej opowiastki wynika, zmiany bywają czasem złudnym pomysłem na lepsze, ale bywa też, że są całkiem niezłym sposobem na nudę, bądź... nudności. Jeżeli nawet przestawienie mebli nie zmieni domowemu aranżerowi stanu posiadania, to niewątpliwie zmieni mu nastrój i humor. Młodzi ludzie dla poprawy jakości swego losu często zmieniają pracę, uczniowie szkoły, dziewczyny chłopaków, a małżonkowie małżonków. Tylko dzieci i starcy nie mają co zmieniać, bo albo jeszcze, albo już nie ma czego na co.
          Ja dzisiaj postanowiłem zmienić szatę graficzną swojej strony. A co? Niech będzie trochę inaczej. Przynajmniej przez jakiś czas. A że ostatnio widziałem się z końmi, to niech ta moja szata będzie trochę westernowa. I ha ha!
          Pisałem ostatnio o Matytach nad Jeziorakiem i o gospodarzach agroturystycznego gospodarstwa Przystań - Dorocie Paśko-Sawczyńskiej i Jacku Sawczyńskim. Tak, jak przypuszczałem, książka Doroty zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że postanowiłem, tym razem wraz z Asią, odwiedzić brzegi Jezioraka raz jeszcze. Po drodze zahaczyliśmy o miejsca opisane w książce - Wieprz i Gubławki, ale celem podróży były Matyty.



Jeziorak, jak zawsze...



przywitał nas najpiękniejszymi swoimi widokami. Przy pomoście "Przystani" cumowały trzy łódki...



a może tam cumować co najmniej osiem. Mogę więc do Matyt nie tylko dojechać, ale też przypłynąć i zawsze będę miał gdzie przycupnąć. I zrobię to! Jeszcze tu dobiję.



Przypłynę, bo mam wrażenie, że zawsze znajdzie się powód, by pogadać z Dorotą i Jackiem.

od lewej Asia Jacek i Dorota

Prócz Jezioraka w Matytach Sawczyńscy, jak pisałem, mają też konie. Od wyboru...



do koloru... A najwięcej rasy huculskiej. Jak mi wyjaśniła Dorota - są to konie wytrzymałe, dzielne, samodzielne i spokojne.



Można się w Matytach nauczyć konno jeździć i można sobie pojeździć, bo jest gdzie i jest pięknie.

Lekcja jazdy konnej w Matytach

O jednym jednak trzeba w Matytach pamiętać -  żal wyjeżdżać...



Ale zawsze można wrócić i... wszystko będzie po staremu.

PS. Opowieść o życiu panny z Weepers polecam z całego serca wszystkim, którzy lubią przyglądać się życiu z różnych stron.  Koniecznie zaś książkę Doroty pt."Z Weepers do Wieprza droga panny Preuss" powinni przeczytać wszyscy, którzy kiedykolwiek byli, są lub będą nad Jeziorakiem, na Jezioraku, bądź w tamtych stronach. Tę niezwykłą powieść zamówić można bezpośrednio u autorki, pisząc na adres: matyty@post.pl
Polecam gorąco!!!
15 czerwca, 2013

Przypadki, cuda i zbiegi okoliczności

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:36
          W cuda nie wierzę. Czasami, gdy słyszę, że ktoś coś boskopodobnego zobaczył na szybie, na drzewie, czy na niebie, to mam poważne wątpliwości… co do zdrowia psychicznego cudownie nawiedzonego. Frapuje mnie natomiast zjawisko przypadku i zbiegu okoliczności.
          W połowie ubiegłego tygodnia, surfując po Internecie natknąłem się na informację o interesującej książce autorstwa Doroty Paśko-Sawczyńskiej. Wszystkie dzwonki w mojej głowie zaczęły dzwonić, gdy przeczytałem tytuł: "Z Weepers do Wieprza droga panny Preuss"
          Od dziecka nazwisko Preuss łączyło mi się z nazwą wsi Wieprz, a dokładnie z wyspą Bukowiec na jeziorze Jeziorak, która z Wieprzem połączona jest groblą. Wyspa ta do epoki Gierka, należała do rodziny Pruessów, która to rodzina swe korzenie wywodziła z czasów, gdy na tym terenie niepodzielnie rządzili Prusowie, zwani tu Pomezanami. Wyspę Prusowie nazywali Wepren. Ja wyspą na Jezioraku zainteresowałem się już jako młode chłopię, gdy na wyspie tej byłem uczestnikiem obozu żeglarskiego zorganizowanego przez klub mojego ojca - Yacht Klub Stoczni Północnej. Pamiętam, że szefem i komendantem obozu był przemiły i nadzwyczaj spokojny Stanisław Paszko - na zdjęciu poniżej pierwszy po lewej stronie. Zdobyłem wtedy swój pierwszy stopień żeglarskiego wtajemniczenia - stopień Żeglarza. Pamiętam, że na wyspie było gospodarstwo, że mieszkał tam ktoś z Preussów i pamiętam, że był tam też mały cmentarz rodzinny.



          Na zdjęciu powyżej ja, to ten jasnowłosy młodzian, drugi z prawej, a obok mojej Mamy ubranej w białe spodnie, stoi mój Tato wyraźnie zachwycony harcersko-żeglarskim obyczajem zbierania się rano i wieczorem.  Zdjęcie przedstawia apel uczestników obozu na wyspie Bukowiec w roku 1966. Cóż to były za czasy...  Kto zaglądał już do mojego blogu, bądź czytał powieścio-gawędę „Widłąg”, ten wie, że tereny wokół Iławy są mi szczególnie bliskie, bo stamtąd pochodzi moja rodzina od strony ojca i tam, na Jezioraku spędzałem przez ponad dwadzieścia lat  wszystkie swoje dziecięce i młodzieżowe wakacje.
Zapisałem sobie adres strony z informacją o książce, by zaraz po powrocie z wyprawy, jaka mi się szykowała właśnie w tamte strony, móc ją zamówić.
          Mój wyjazd wiązał się z zaproszeniem na urodziny Piotra Bakala – barda, pomysłodawcy i głównego organizatora Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej, którego to Przeglądu Nr.1 w 1978 roku byłem laureatem. Piotr nie tylko wymyślił ten festiwal, ale przez lata "rozbudowując" go i uparcie promując sprawił, że piosenka autorska ma dziś swoje, zauważalne miejsce w polskiej kulturze.
          Nim jednak do Piotra dotarłem, jak zawsze przejeżdżając przez Małdyty skręciłem na Morąg. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności popatrzenia na Kanał Elbląski, który tyle razy wiódł mnie ku szczęściu....

Kanał Elbląski fot. W Chyliński
fot. W. Chyliński

i na jezioro Ruda Woda, na którym pierwszy raz w życiu, kilkuletniemu szkrabowi, ojciec pozwolił - w ramach uczenia syna żeglarstwa - na prawie godzinny, mój pierwszy, samotny rejs.


fot. W. Chyliński
 
          Niecały rok temu życiowa partnerka Piotra – Kasia Byks nabyła między jeziorem Ruda Woda, a Jeziorakiem urocze siedlisko położone wśród naprawdę pięknych okoliczności przyrody.


fot. W.Chyliński

          Właśnie tam, do domu Kasi i Piotra dojechałem w końcu w ubiegły piątek, jadąc niespiesznie z Gdyni krajową siódemką. Jechałem krótko, nieco ponad godzinę i dziwiłem się, że to tak szybko, że tak blisko. Łódką z Gdańska do Małdyt płynęliśmy dwa dni. Przez myśl mi nawet przeszło, że ta odległość się skróciła nie dzięki nowej drodze i mocy silnika, ale przez czas, który coraz szybciej mi upływa. Ot, po prostu...
Na miejscu zbierali się już zaproszeni goście - przyjaciele Piotra i Kasi.

U kasi i Piotra na Mazurach fot. M Cofta
fot. Mariusz Cofta

          Wśród gości byli też moi starzy znajomi, a wszyscy szczególni, niezwykli i serdeczni. Był m.in.Tomek Kordeusz, z którym ostatni raz widziałem się na festiwalu w Opolu w 1987 roku

Tomek Kordeusz
fot. W. Chyliński

Wtedy, w Opolu jego piosenka „Mamy po dwadzieścia lat” śpiewana przez Halinę Benedyk święciła prawdziwe tryumfy, a Tomek chodził w glorii i chwale. Wygrał tamto Opole, a piosenka była przebojem.



          Cieszyłem się więc ze spotkania tylu pięknych ludzi, cieszyłem z pięknej pogody, z chwili odpoczynku, oddechu i zapomnienia wspomaganego nieco alkoholem.
Bawiliśmy się do białego rana, pospołu śpiewając, żartując i sycąc własnym towarzystwem.
Wśród gości Kasi i Piotra było też małżeństwo, które zaprosiło nas wszystkich następnego dnia do siebie. Mieszkali niedaleko, parę kilometrów dalej, w  małej wsi położonej nad Jeziorakiem.


fot. Mariusz Cofta

          W sobotę pojechaliśmy więc w gościnę do Matyt, bo tak zwie wieś, do której nas zaproszono. Tam okazało się, że moi nowi znajomi od kilku lat z dużym sukcesem prowadzą piękne gospodarstwo agroturystyczne „Przystań”. Ona, absolwentka AWF w Poznaniu i SGH w Warszawie, on artysta plastyk po ASP w Krakowie odnaleźli się, gdy któregoś lata on przypłynął do niej na jachcie o znaczącej i proroczej, jak się okazało, nazwie „Losu Dar”. Ten los sprawił, że teraz mają dwójkę dzieci, hotelik, małą restaurację, 20 hektarów ziemi, 20 koni i przy domu własny pomost na moim ukochanym jeziorze. Dane mi było zwiedzić ten dar, to gospodarstwo, zobaczyć pokaz akrobacji na koniach i miło pogawędzić o życiu z uroczym i bardzo inteligentnym Stasiem - synem gospodarzy. Siedząc ze Stasiem na łące, jak na obrazie Chełmońskiego, mogłem tylko podziwiać i zachwycać się nieskończenie wszystkim co widziałem.


fot. Mariusz Cofta

          I wszystko byłoby równie piękne i niebywałe, gdyby nie to, że najpiękniejsze i najdziwniejsze miało dopiero nastąpić. Zorientowałem się w pewnej chwili rozmowy z gospodynią "Przystani", iż mam do czynienia nie tylko z Panią na Matytach, ale też z autorką książki, o której dwa dni wcześniej tak intensywnie myślałem, i którą to książkę obiecałem sobie przez Internet rychło zamówić.
Jeżeli to nie był przypadek, to musiał to być niezwykły zbieg okoliczności, bo w cuda, jak napisałem na początku, to ja nie wierzę.
          Z Matyt wyjechałem z książką i z miłą w niej dedykacją, z której wynika, że moje piosenki towarzyszą Dorocie od prawie trzydziestu lat. Wyjechałem też, mam nadzieję, z nową przyjaźnią.
          Po powrocie do domu okazało się, że pierwszą czytelniczką książki Doroty Paśko-Sawczyńskiej chce być moja Mama. Już po przeczytaniu kilku stron dotarły do mnie jej słowa – Boże, to jest tak napisane, że wszystko jest jak żywe. Jakbym tam była, a przecież tyle lat już po Jezioraku nie pływałam. A pamiętasz ten maleńki, rodzinny cmentarzyk Preussów na wyspie?
Teraz ja zaczynam lekturę i już wiem, że będzie to dla mnie wzruszające zajęcie i pięknie spędzony czas. Wiem też, że do gospodarstwa "Przystań", gdzie Dorota z Jackiem "... piękne pędzą chwile, gościnnością otoczony, przyjmowany mile..." będę wracał. Polecam wszystkim książkę Doroty, miejsce Matyty, gospodarstwo "Przystań" i tych wszystkich wspaniałych ludzi, których spotkałem nad cudownym jeziorem Jeziorak.


06 czerwca, 2013

Czemu ja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:37
           –  Czemu ja? – pytał mój syn, gdy prosiliśmy go, by coś zrobił. Ledwo zaczął chodzić i mówić, a już bronił swojej odrębności, indywidualności i świętego spokoju. –  Temu, że cię prosimy, temu, że masz być z nami, a nie osobno i temu, że nas kochasz, jako i my ciebie kochamy – odpowiadałem, ale pomagało tylko do następnego razu, następnej prośby czy polecenia. Potem „czemujowanie” jakoś przeszło i tylko przezwisko do Radka na dłużej przylgnęło: „Czemuja". A i o tym przezwisku pewnie całkiem bym zapomniał, gdybym kilka dni temu nie zobaczył w TVN napisu na pasku z pytaniem, które się zaczynało od pięknego słowa „Czego":


 
          Gdyby to pytanie „Czego...?" dotyczyło jeszcze czego innego... ? Ale ono dotyczyło oświaty, więc się zdziwiłem. Z powyższego zdjęcia wynika jasna odpowiedź, dlaczego rodzice masowo rezygnują ze szkół publicznych – rezygnują, bo widzą w TVN do czego prowadzi niezrezygnowanie. Nie czepiam się stacji TVN, a gdzieżby tam, nawet bardzo ją lubię i oglądam bez przerwy,  mimo że mi kiedyś nie zapłaciła za wywiad, co sama zaproponowała. Widać po tym pasku, że TVN nadal nie ma pieniędzy i oszczędza kosztem jakości.
         Krzysztof Kowalkowski, przyjaciel mój i dawny sąsiad, o którym czasami tu wspominam, a który nie dość, że tyra w normalnej, urzędniczej pracy, to zanurzył się też po same uszy w pisarstwie i wydał kolejną książkę. Tym razem nie jest to monografia, którejś z pięknych, kociewskich miejscowości, ale rzecz o polskim pilocie, który zginął nad Holandią – Alojzym Gusowskim. Krzysztof do pracy nad tą książką przyłożył się tym bardziej, że bohaterem jego dzieła jest wujek jego żony. Niedawno w Holandii odbyła się miła uroczystość, o której napisano nawet w ichniejszej gazecie:


          Wciąż słyszymy o tym, że ktoś za granicą odniósł sukces i mu cały świat gratulował. Tymczasem Krzysztof pojechał do Holandii, by pogratulować i podziękować Holendrom. To miły i rzadki gest, zważywszy na okoliczności. W holenderskiej gazecie napisali o tym tak:
Raalte: – Na początku stycznia została w Polsce zaprezentowana książka poświęcona Alojzemu Gusowskiemu. Ten polski pilot zginął w katastrofie wraz z innymi członkami załogi 20 czerwca 1942 r. w okolicach Schoonheten, podczas powrotnego lotu z Osnabruck, po zbombardowaniu tego miasta. Jeden z Polaków przeżył tę katastrofę, czterech innych, między innymi Gusowski, zginęło.
We wtorek po południu polski autor książki przekazał ją burmistrzowi gminy Raalte
Pietowi Zoonowi. Tą ceremonią chciał autor książki Krzysztof Kowalkowski i jego małżonka Elżbieta, bratanica Gusowskiego, przekazać swoje wielkie uznanie za utrzymywanie grobów pilotów na cmentarzu miejskim przy ulicy Westdorplaan, gdzie znajduje sie ich ostatnie miejsce spoczynku. Jest dla nas wielkim zaszczytem fakt, ze historia o II wojnie światowej zostaje przekazywana uczniom, którzy zaangażowani są i biorą udział w obchodach uroczystości przy grobach polskich pilotów” mówiła Elżbieta płynnie w języku angielskim. Również wyraziła swoje wielkie uznanie dla pracy swojego męża, który z małej książki o Gusowskim w miarę upływu czasu, mając coraz więcej informacji i zdjęć, powiększył ją do 135 stron. To jest znaczące osiągnięcie dla mojej rodziny!”. Podziękowała również rodzinie Wassing, którą poznała w 1985 r. Appie Wassing jest od kilkunastu lat aktywnym członkiem Towarzystwa Przyjaciół Polskiego Dziecka raaltowskiego stowarzyszenia, i on też był zaangażowany w uczczenie pamięci poległych pilotów. Rodziny czterech poległych pilotów również wtedy przyjechały do Raalte i od tego czasu ze wszystkimi utrzymywany jest kontakt. W czasach, gdy w Polsce panował komunizm, musiano organizować się po kryjomu. Dzwoniliśmy wtedy późnym wieczorem, ponieważ była większa szansa na to, żeby nie być podsłuchiwanym przez służby sowieckie” śmieje się Wassing. Liczne kontakty z Polakami doprowadziły do tego, że ma polskiego zięcia i polską synową.
Burmistrz Piet Zoon również wyraził swoje uznanie.  Życiorys Gusowskiego chce wykorzystać w nadchodzących obchodach około 4 maja. Razem z Wassingiem i Richardem Woolderinkiem, autorem książki
Raalte w czasie wojny”, miał krótką rozmowę o rodzinach poległych pilotów, które planuje zaprosić do Raalte w maju 2014 albo 2015 r., aby wspólnie  obchodzić uroczystości związane z Dniem Zwycięstwa.
 Tłumaczenie: Elżbieta Wassing
          Podziwiam Krzyśka za jego badawczą i pisarską pasję. Nie pyta „Czemu ja?", nie docieka „czego" mu tak mało płacą za tak dobrą robotę, tylko robi pożyteczne, piękne i porządne rzeczy. Miło mieć takich ludzi, jak Krzysztof, za przyjaciół. Gratuluję Ci, Krzysiu, książki i gestu – i dziękuję, że jesteś.
          U nas też będzie wielka uroczystość.  Za kilka dni moja wnusia Igusia skończy roczek.

Iga Chylińska

          Od jakiegoś czasu czekaliśmy na jej pierwszy krok. Wszystko wskazywało, że ten pierwszy w życiu krok Iga zrobi przed urodzinami i stało się – od dwóch dni nasza wnusia Igusia chodzi sama, bez niczyjej pomocy. Może niezbyt pewnie, ale za to uparcie stawia nogi na ziemi, a resztę na swoim.

Igusia i Asia Chylińskie

          Radość w związku z tym ogarnęła nas wielka i końca jej nie widać. Nie ukrywam, że trochę z niepokojem będę teraz czekać na Igi pierwsze słowa i zdania. Mam nadzieję, że nie będzie to pytanie: – Czemu ja?
04 maja, 2013

Dżi Es Dżi

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:15
           W Trójmieście od dawna toczy się wojenka o to, które miasto jest lepsze i który prezydent ważniejszy. Gdańsk siłą dwóch lwów i korony czuje się najważniejszy, czego Gdynia, wymachująca mieczem i dwoma śledziami, znieść nie może. Sopot, nie zważając na nic, w czasie, gdy Gdynia z Gdańskiem wojuje, spokojnie, jak mewa łowi swoje i chyba najlepiej na tym wychodzi. Logikę wojny G–G Sopot zostawia tym, którzy coś z tego rozumieją. A zrozumieć trudno, bo w sumie, to Gdynia nie ma armat.

Gdynia fot. Waldemar Chyliński

          Gdańsk ma tysiąc lat, Gdynia dopiero w 2026 r. dojdzie do setki. Od zawsze Gdańsk był stolicą tego regionu i zawsze był ważnym rozdziałem w historii Europy i świata. Gdynia jest miastem mniejszym, dużo młodszym i w związku z tym historycznie dla świata niemal niezauważalnym. Niemniej, po działaniach prezydenta Gdyni gdańszczanie sądzą, że w ocenie Gdyni Gdańsk to pikuś, gdy tymczasem z punktu widzenia Gdańska jest dokładnie odwrotnie.

Tramwaj konny w Gdańsku

          Gdańsk, nie mogąc dogadać się z Gdynią na temat dalszego rozwoju całego regionu, założył bez niej związek metropolitalny. Dla Gdyni było to jak policzek i gdy Gdańsk powołał Gdański Obszar Metropolitalny, do którego przystąpiło 29 pomorskich gmin, to Gdynia z piętnastoma ościennymi gminami założyła coś podobnego, tyle że konkurencyjnego. I nie bacząc na to, iż Gdańsk jest także stolicą Kaszub, z kaszubska nazwała swój związek „Nordą”, co znaczy „Północ”.
          Józef Lipiński – mąż siostry mojej mamy, chłop postawny i silny – w drugiej połowie ubiegłego wieku był kierowcą w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym Gdańsk – Gdynia, co w skrócie  zapisywano: WPK G–G. Litery tego skrótu malowano na każdym pojeździe komunikacji miejskiej nad i pod herbem (dzisiaj nazwalibyśmy to logotypem – tj. logo – firmy), na który to herb składały się trzy inne herby: Gdańska, Sopotu i Gdyni
          Wuj był człowiekiem pogodnym, wesołym i niezwykle życzliwym. My, dzieciaki wszystkich sióstr mojej mamy i ja, przy każdej okazji z radością wieszaliśmy się mu na szyi. Uwielbialiśmy go, bo szanował nas, dzieci. Zawsze miał czas by wysłuchać, pogłaskać, ucieszyć cukierkiem czy wspomóc miłym słowem. Powiedzieć, że wuj był dobrym człowiekiem, to powiedzieć niewiele. Ze wszystkich mężów moich ciotek, wujka Józka lubiłem najbardziej. Teraz, gdy piszę te słowa, w głowie jak w kinie wyświetla mi się film wspomnień z wujkiem Józkiem w roli głównej. Dzięki niemu, wbrew przepisom, odbyłem swoje pierwsze wycieczki po Gdańsku. U zbiegu ulicy Hibnera (dzisiaj to ulica Do Studzienki) i Grunwaldzkiej we Wrzeszczu była kiedyś pętla autobusowa. Mieszkałem tuż za rogiem, pięćdziesiąt metrów od niej. Autobus wujka Józka czasem tam zajeżdżał. Wtedy, jeżeli mama pozwoliła, biegłem na pętlę i zabierałem się przynajmniej na jeden kurs.

Autobus w Gdańsku/zdjęcie z sieci

          Z pętli tej ku Cygańskiej Górze, bądź – jak mówili ludzie – na Cygankę (dzisiaj Suchanino) – i dalej, do Gdańska, odjeżdżał wówczas, ze mną w środku, czerwony autobus marki San lub Jelcz – zwany też czasem Karosą, produkowany przez Polskę na licencji Skody w mieście Jelcz-Laskowice. Jelcz/KarosaNazwa Karosa bardziej mi się podobała. Skojarzenie Karosy z karocą, którą w bajkach podróżowali książęta sprawiało, że ten zatłoczony szarymi ludźmi autobus, warcząc i podskakując szlachetniał. Jadąc na Cygankę przeistaczał się w pojazd królewski, a ja, siedząc na ciepłej i trzęsącej się pokrywie silnika, z pasażera na gapę zmieniałem się w prawdziwego rycerza.
          Tenże wujek Józek zabrał mnie kiedyś swoim autobusem do Gdyni. Podczas tej podróży dowiedziałem się, że Sopot i Gdynia nie są, jak mi się do tej pory zdawało, dzielnicami Gdańska. Wujek tłumaczył mi to podczas jazdy, a nawet pokazywał granice między miastami, choć jednocześnie przekonywał, że w sumie to jedno miasto. Niestety, jak teraz, tak i wtedy, ja granic nie widziałem. Przejazd Wielką Aleją  z Wrzeszcza do Gdańska był i jest równie miejską podróżą, jak przejazd z Oliwy do Sopotu, czy z Sopotu do Gdyni. Jakiś większy fragment trawnika, czy znak drogowy z nazwą, to jeszcze nie dowód na to, że się jest za granicą. 
          Od dawna dziwi mnie brak jedności i zgody w Trójmieście, które de facto jest jednym organizmem miejskim. Tej jedności, w której ponoć jest siła i tej zgody, która ponoć buduje w naszej aglomeracji jak nie było, tak nie ma. Pisałem już wiele razy, że będąc gdańszczaninem z urodzenia i wychowania, obecnie z racji zamieszkania jestem gdynianinem. Zaś z sympatii do Sopotu mógłbym się też nazwać sopocianinem, w którego centrum bywam częściej niż w centrach Gdańska czy Gdyni. Lubię jednako wszystkie trzy człony mojego miasta, więc zależy mi, by wszędzie był ład i porządek. Tymczasem to wielkie Trój-miasto bez sensu dubluje inwestycje i robi wiele innych dziwnych rzeczy. Choć bardzo nowoczesne lotnisko Rębiechowo ma jeszcze spore możliwości rozwoju, to Gdynia w Kosakowie buduje własne lotnisko. Gdańsk i Sopot na niewidzialnej granicy obu miast postawiły piękną halę Ergo-Arenę, która z powodzeniem pomieściłaby też widzów z Gdyni, ale Gdynia woli mieć swoje, więc też zafundowała sobie halę. Oczywiście, Gdyni wolno robić co chce, tyle że piękna i wielka PGE Arena, która sportowo powinna służyć całemu Trójmiastu, przynosi straty, podczas gdy Arka i Bałtyk grają na swoim, równie wypasionym stadionie. Kiepski ze mnie kibic i nie znam się na rozgrywkach, sympatiach i antypatiach klubowych, ale gdyby wcześniej PGE Arenę zlokalizowano na terenie gdzieś pomiędzy Gdańskiem, Gdynią i Sopotem, przeprowadzając przy okazji akcję pt. „Szanujmy się”, to może przy okazji i wojny kibiców by się skończyły. Może...
          Teraz dzieje się coś takiego, co działo się też za Gierka – najpierw rośniemy w siłę, potem budujemy na potęgę, a gdy na końcu wreszcie kalkulujemy, to wychodzi nam, że ten interes jest chory od chwili pomysłu. Nie zdziwi mnie, gdy za kilka lat miasta nie chcąc dopłacać do pustych obiektów, zaczną je rozbierać. Niektórzy twierdzą, że na drodze do rozsądku stoją ambicje prezydenta Gdyni. I pewnie coś w tym jest, bo dopiero niedawno prezydent Gdyni, po prasowej krytyce napisał do prezydenta Gdańska coś o współpracy, na co ten odpowiedział: „... Strategia dla metropolii musi być jedna. Dlatego propozycji, abyśmy działali równocześnie i się wzajemnie popierali, wolałbym nie komentować.... Szkoda, że oba miasta nie mają wspólnego wujka Józka, który pokazując granice przekonałby wszystkich, że Trójmiasto to jedno miasto.
          Gdybym to ja był prezydentem Gdańska, największego miasta w okolicy i siedziby władz całego regionu, to – tak jak prezydent Adamowicz – dążyłbym do stworzenia jednego, silnego i sprawnego organizmu miejskiego, który dbałby  o równomierny rozwój wszystkich, nie wyróżniając nikogo. 

Sopot fot. Waldemar Chyliński

          W sytuacji tych ciągłych nieporozumień między miastami najlepiej, jak napisałem na początku, wychodzi Sopot. Sopocki prezydent Jacek Karnowski lubi się z gdańskim prezydentem Pawłem Adamowiczem, a przewodniczący Rady Miasta Sopotu Wojciech Fułek z gdyńskim prezydentem Wojciechem Szczurkiem – i w ten oto sposób, spokojnie i bez fanfar, Sopot  stał się najbogatszą gminą w Polsce. 
         Może by tak związek miast nazywać po prostu Metropolią Gdańsk – Sopot – Gdynia i pożyczyć logo od dawnego WPK G–G? W skrócie można by tę naszą metropolię zapisywać jako GSG, co wszyscy powinni „kupić”. Gdynia mogłaby mówić, że pierwsze G to ona, a drugie to Gdańsk, zaś w Gdańsku mówiono by, że jest dokładnie na odwrót. Sopot w środku i tak by łowił swoje, bo w oku cyklonu zawsze jest cicho i spokojnie.
         By nasze GSG brzmiało światowo, to tak jak skrót Los Angeles – LA – czytamy z angielska: eL Ej, nasz skrót też by można czytać z angielska – Dżi Es Dżi!  
I będzie ok.
12 kwietnia, 2013

Zajebista Pani Gessler

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:21
          Swego czasu, wraz córką odwiedziła nas dawna znajoma. Córka, piękna kobieta z bajeczną aparycją i dwoma tytułami magistra zdobytymi na atrakcyjnych kierunkach, rwała się do smakowania życia na własny rachunek. Podczas bardzo przyjemniej rozmowy opowiadała nam o swoich wrażeniach z pobytu "gdzieś tam". Chcąc opisać swoje silne emocje związane ze wspomnieniami z podróży użyła słowa - zajebiście. Rozmowa z miejsca utknęła w miejscu.
          Byłbym hipokrytą, obłudnikiem i faryzeuszem, gdybym komukolwiek wmawiał, że nie używam słów powszechnie uznawanych za wulgarne, bądź obelżywe. Bez większych przeszkód, gdy napięcie w mojej psychice dochodzi górnych stanów alarmowych i upodabnia się wezbranej wody w Miedoni, otwieram śluzy, jazy i inne wrota w głowie, i rzeka jebanych kurew i innych chujów spływa ze mnie rwącym nurtem. Gdy zagrożenie zawału serca mija mogę dalej żyć spokojnie. Oczywiście żałuję, że tak się czasami we mnie wzbiera, lecz wpływu na swój słownik w tak wzmożonych sytuacjach nie mam. Nie jest jednak tak, że o swoje nerwy nie dbam i świadomie wystawiam je na wojnę. Wręcz przeciwnie. Z upływem czasu  nauczyłem się unikania sytuacji, które mogą w mojej głowie uczynić spustoszenie podobne do tego, jakie swego czasu huragan Katrina uczynił Luizjanie. Zdarza mi się skląć świat na czym stoi, ale tylko wtedy, gdy to na czym on stoi mocno się zachwieje.
          Kucharz ze mnie marny, by nie rzec żaden. Herbata, jajecznica, placki ziemniaczane, kotlety mielone i sałatka mięsna, którą przyrządzam raz do roku na Wielkanoc, to wszystko, co musiałoby mnie utrzymać przy życiu, gdyby szanowna małżonka zechciała mnie porzucić. Nie ukrywam, że przepadłbym z kretesem. Skazany byłbym na kuchenne rewolucje, w których masy (półproduktów i fabrycznie gotowanych dań) przemocą narzucają swoją ideologię i gnębią inaczej smakujących. Może właśnie w strachu przed takim przewrotem z wielką przyjemnością oglądam programy Magdy Gessler pt. "Kuchenne rewolucje".

Magda Gessler

          Magda Gessler, jak pewnie wszyscy już zauważyli, jest osobą piękną i czarującą. Ma w sobie to coś, co u kobiet podziwiam - przytulną urodę i  ciepłą mądrość. Fascynuje mnie jej pomysłowość na odmienianie restauracyjnych losów. Zastanawiam się oczywiście, ile scen w tym programie jest autentycznych, a ile z patelni wziętych, ale nie przeszkadza mi to w ogólnym lubieniu programu. Zajmuje, bawi i daje do myślenia. Gotować się nie nauczę, bo jakby nie o to w "Kuchennych Rewolucjach" chodzi, ale podziwiam rozwiązania i odmiany, jakich dokonuje pani Magda w jadłospisach, wnętrzach lokali i w samych ludziach. Mógłbym powiedzieć, że to świetny program, ale nie powiem, bo od jakiegoś czasu...

Magda GesslerOd jakiegoś czasu przy gotowaniu kolejnych odcinków "Kuchennych Rewolucji" zaczął chyba mieszać w garnkach jakiś nowy, niewydarzony reżyser. Nie chce mi się wierzyć, że Magda Gessler, sama z siebie do menu swojego słownika dorzuciła słowo, które nie tylko jest wulgarne i okropne, ale kompletnie do niczego nie pasuje. A już z pewnością nie brzmi dobrze w ustach tak uroczej i inteligentnej kobiety.  Słowo to, jak dziegieć na łyżce leżącej przy beczce miodu jeszcze nie obraca smaku w niwecz, ale już  psuje humor i wrażenia. Otóż w zestawie słów używanych publicznie przez Magdę Gessler znalazło się też to słowo, przy którym kiedyś utknęła rozmowa z córką naszej przyjaciółki - zajebiście.         
- Zajebista jest ta pieczeń - mówi Pierwsza Restauratorka III Rzeczypospolitej - Magda Gessler, kobieta dobrze wychowana i siostra bardzo wrażliwego socjalisty - Piotra Ikonowicza. Po zajebistej pieczeni zajebisty jest porządek, zajebisty jest też bałagan, zajebisty jest sos i zajebista jest atmosfera. Zajebiści są ludzie i zajebista jest okolica. Do zajebistego słownika Magda Gessler dorzuca też zajebiste zachowania. Wtedy znika gdzieś dawna "dobra dusza" Gessler, która pomaga, radzi i grzecznie zwraca uwagę. Zjawia się za to gromowładna, zajebista pani Gessler, która nie tylko krzyczy i strofuje, ale też rzuca garami po kuchni i rozsypuje jakieś proszki, które ponoć szkodzą. Z miłej i sympatycznej kobiety wychodzi czasami babochłop, który zachowuje się, nie jak fachowiec w programie TV, oglądanym przez setki tysięcy ludzi, ale jak menel, który sika w bramie. Nie wierzę w to, by tzw. format wymagał takiego zachowania, bo byłoby to traktowanie widza jak menela, który o niczym innym nie marzy, jak tylko o tym, by sobie z panią Magdą razem posikać.
          Etymologicznie rzecz ujmując słowo "zajebisty" pochodzi od słowa "jebać". Słowo "jebać" w języku prasłowiańskim "jebit", pierwotnie oznaczało stosunek płciowy, czy jak lubią to nazywać duchowni i uduchowieni - fizyczny akt miłości. Na ogół jednak ludzie  wolą słowo "jebać" stosować zamiennie ze słowami: pieprzyć, pierdolić, dupczyć, czy ruchać. Magda GesslerO  sympatycznym słowie chędożyć mało kto pamięta. Z czasem słowo na "j" przybierało inne znaczenia. Jebie ktoś, kto opowiada niestworzone rzeczy, jebie ktoś, komu na niczym nie zależy, jebie ktoś, kto kogoś bije, jebie ktoś, kto szybko biegnie, jebie ktoś, kto coś psuje i jebie coś od kogoś, od kogo śmierdzi. Na dobrą sprawę przymiotnikiem "zajebisty" i czasownikiem "jebać" można zastąpić połowę języka polskiego. No cóż, jeżeli nam takie słowa jak: cudowny, rewelacyjny, najlepszy, uroczy, niezwykły, wspaniały, pyszny, czy wyśmienity i boski już nie są potrzebne, to możemy w dniu urodzin babci życzyć - Spełnienia zajebistych marzeń i zajebistego zdrówka! A jak do tego dorzucić równie powszechne, ale starsze w użyciu słowo "kurwa" i razem to zrymować, to życzenia mogłyby wyglądać tak: Jebią wszystkie ptaszki na drzewie, że mamy zajebiste życzenia dla ciebie / Niech te zajebiste tulipany powiedzą ci kurwa, że cię kochamy. Tu słowa "kochamy" raczej nie należy żadnym innym zastępować.
          Kilka lat temu "zajebiście', czy "zajebisty" słyszałem rzadko i tylko w rozmowach młodych ludzi. Raziło mnie ono tak samo, jak razi potwornie sztuczne słowo "ubogacony", które ze względu na twórcę owego słowa, wymawia się w Polsce z namaszczeniem. O "zajebiście" też myślałem, jak o czymś sztucznie utworzonym, śmieciowym kaprysie językowym młodych ludzi. Myślałem tak do czasu, aż wpadł kiedyś do mnie Leszek Szczechula przyjaciel, kolega z jednej klasy, muzyk i żeglarz w jednej osobie. Wpadł i od drzwi rzucił - Ależ zajebisty rejs miałem. Nie wytrzymałem i ściskając się z dawno niewidzianym gościem zdziwiłem się po starodawnemu - Co ty, kurwa pierdolisz? Naprawdę? Leszek zdębiał i spytał - Co się tak wyrażasz?  Wtedy zorientowałem się, że słowo "zajebisty" używane jest tak powszechnie, że nie budzi już żadnych refleksji, ani skojarzeń. Czas jednak płynie i mogę się założyć, że nowe słowa czekają w kolejce na debiut.

Magda Gessler

          Każde pokolenie wprowadza do języka jakieś potoczne słowa, właściwe tylko dla tego pokolenia i czasu, w którym pokolenie to żyje. Tak było za moich czasów ze słowem "fajnie", czy pochodzącym od niego - "fajowo". Tak było też ze słowem "pierniczę". Niektóre modne słowa pobyły sobie w języku czas jakiś i znikały, inne zostawały na dłużej, czasem na zawsze. Niezależnie od tego jakie skojarzenia budzi używane słowo, to jednak zawsze powinno się dbać o to, by używane potocznie kojarzyło się bardziej z potokiem i jego wartkością, niż z rynsztokiem, od którego smród niesie się po horyzont. Dobrze by było, gdyby Magda Gessler pokazała, że w dobrej kuchni nie tylko potrawy, ale także słowa mogą być smaczne i mieć swój, jeżeli nie piękny, to chociaż przyzwoity zapach. 
03 kwietnia, 2013

Bezsens bez sensu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:26
          Przez ponad godzinę, po ponad miesiącu próbowałem dzisiaj wpisać tu coś, co przeszło by ponad czasem przerwy i gdy już byłem blisko końca, i chciałem te swoje „złote myśli” zapisać na stałe, okazało się, że nie zapisałem niczego. Zapiski, które roboczo zatytułowałem  „Bez sensu” po jednym, niewłaściwym kliknięciu rozpłynęły się w internetowej nicości. Bez sensu.
          Podjąć się pisać bez sensu, nie jest sprawą prostą. Zdrowy na umyśle człowiek automatycznie określa położenie swego ego na racjonalnej mapie życia.  Co jednak zrobić ma człowiek, gdy za każdym razem, kiedy przystępuje do procesu myślowego, w jego głowie pojawia się pustka? Cokolwiek by nie wymyślił, na jaki pomysł by nie wpadł, jaki temat by go nie uwiódł, po krótszym lub dłuższym zastanowieniu i tak dojdzie do wniosku, że to wszystko jest bez sensu. I bądź tu mądry, gdy sensu nie widać.
          Nie byłem i ja mądry, gdy przez ponad miesiąc bezskutecznie zabierałem się do kolejnego wpisu na tym blogu. O polityce piszą prawie wszyscy, o dupie Maryni też, na modzie się nie znam, a pisać bez sensu... 
          Kroniki rodzinnej tutaj prowadzić nie chcę, bo nie wszystko, jak u Wajdy, jest na sprzedaż. Łatwo jest przy okazji takiego rodzinnego wpisu zrazić do siebie połowę bliskich. Nie chcę więc naruszać rodzinnych dóbr osobistych i o rodzinie pisać będę nadal ostrożnie. Ale pisać będę.
          Święta, jak co roku przeszły nam w ciepłej i sałatkowej atmosferze, choć za oknem wypatrującym wiosny śnieg padał bez sensu. Z tej okazji nasz stół musiał otworzyć na dworze swoją filię.



          Nie wiem, co o takiej aurze myśli rudzik, ale domyślam się, co myślą bociany, które już przyleciały na polskie żabki. Nie ma rady, trzeba zimę cierpliwie przeczekać – a na razie wspominajmy.
          Najmilszą chwilą świątecznych obchodów był ten moment, gdy Iga ucieszyła się z prezentu.Iga Radość była ogromna i przelała się na wszystkich. Iga za chwilę skończy dziesiąty miesiąc życia i rwie się już do chodzenia. Z chodzika wyrosła, więc prezent – pociąg z pewnością się przyda.  
Patrząc na radość dziecka ma się tę jedną z nielicznych chwil, gdy do człowieka dociera myśl, że jednak coś ma sens. Na takiej właśnie odkrywczej refleksji przyłapałem się, gdy grający, gwiżdżący i gadający pociąg Igi zaczął przemieszczać się po domu.
Nie ma się co oszukiwać. Niewielu z nas pozostawi po sobie jakiekolwiek ślady. Architekci będą trwali w budowlach, póki te będą stały, pisarze zachowają się w książkach, póki ktoś je będzie czytał i litościwie przechowa, malarze przechowają się w obrazach, muzycy w kompozycjach, a naukowcy w wynalazkach odmieniających życie. Ci nieliczni wymienieni zostawią po nas wszystkich pewnie jakiś wyraźny ślad i godny pomnik w rozwoju cywilizacji, ale czy dla większości z nas, w tej naszej czułej i wytartej codzienności, jest to jakimś pocieszeniem? Wnuki, jako kolejne ogniwa w łańcuchu... To chyba ma sens. Nie należy tylko za bardzo dopytywać – jaki?
          Czyż nie jest pychą chcieć być w jakiejkolwiek postaci nieśmiertelnym? Czyż nie jest zarozumialstwem wyróżniać swoje życie w przyszłych pokoleniach? Czyż nie jest jednocześnie głupotą niedbanie o następców i niewyposażanie ich w wiedzę, doświadczenie, czy majątek, który może niczego dobrego nie uczy, ale pomaga w niejednym? Pociąg Igi przecież zniknie kiedyś za horyzontem i wszystko co po mnie zostanie, to jej wspomnienie o mnie. Bo jak mówią – żyjemy tak długo, jak długo żyje pamięć o nas.

Iga i Haczyk

          Minął marzec i kolejna rocznica śmierci Lucyny Legut. Od dwóch lat brakuje mi spotkań z nią. Brakuje mi jej humoru, opowieści, anegdot, żartów i radości, jaką zawsze przy sobie nosiła. Kilka dni temu, 27 marca, w „Międzynarodowy Dzień Teatru” skończyłaby 87 lat. Zostały po niej obrazy, sztuki teatralne, świetne książki i... pamięć. Nawet gdybym chciał o Legut nie pamiętać, to i tak nie mogę, bo zerka na mnie co wieczór z mojej półki z książkami.

Książka Lucyny Legut

Och Lucha... –  to, że już nie pogadamy jest kompletnie bez sensu.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY