01 grudnia, 2013

Droga dla żab

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:40
          Św. Franciszek, prekursor ekologii byłby wniebowzięty. Ludzie coraz bardziej zwracają uwagę na jeszcze żywe otoczenie samych siebie, a nie tylko na samych siebie. Szczyty ekologiczne, segregacja śmieci, ograniczenie emisji dwutlenku węgla itd.itd.
          Obecny papież Franciszek dorzuca do tych działań jeszcze i taką myśl, że człowiek jest być może też ważnym składnikiem przyrody. I to składnikiem czasem tak słabym, jak tylko może być słabym umysłowo ograniczony organizm w łańcuchu życia.
          Listopad, to chyba najbardziej ponury czas w roku. Szaro, buro i nieprzyjemnie. Mgły o świcie, przymrozki o zmierzchu. Z tej nieciekawej rzeczywistości wyłania się czasem bezlistna jabłonka z krwiście czerwonymi jabłkami, którym nie spieszno na dół. Jeszcze jakaś żółć na poległych liściach, jakaś zgniła zieleń w zaniku, ale to już tylko westchnienie po kolorach lata. Te resztki przyszło mi tydzień temu podziwiać, gdym się znowu wybrał w drogę.


 
          Otóż zdarzyło mi się, podobnie jak rok wcześniej, być zaproszonym do pięknie nad Narwią położonej Łomży na Giełdę Piosenki. W ubiegłym roku zachwyciłem się licznymi talentami wokalnymi, jakimi inkrustowane jest to rodzinne miasto Hanki Bielickiej. W tym roku przeżyłem coś podobnego, z tym, że do przyjemności słuchania śpiewającej młodzieży doszła jeszcze przyjemność podziwiania postępów, jakie w śpiewaniu młodzież ta przez rok zrobiła. Choć generalnie wszyscy uczestnicy konkursu byli dobrze przygotowani, to jednak takie wokalistki, jak licealistka Magdalena Kocoń…


fot.4lomza
...czy świetna uczennica piątej klasy -  Laura Narolewska, która na zdjęciu poniżej odbiera nagrodę…



…okazały się bezkonkurencyjne. Magda śpiewała pięknie. Umiejętnie i z dużym wdziękiem interpretowała piosenki, znakomicie przy tym panując głosem nad muzyką i tekstem. Z tych samych powodów miło było słuchać także śpiewu Laury. Bardzo jestem ciekaw, jak potoczą się ich dalsze losy, bo głosu i zdolności Magdalenie i Laurze pozazdrościć może wielu starających się o sukces na estradzie.



          Gdy w sobotę wieczorem ostatni werdykt  został wydany, a laureaci nagrodzeni, poczułem się jak facet, który wykonał kawał roboty i wcale się nie zmęczył.
          By moja muzyczna podróż miała ciąg dalszy w niedzielę rano dyrektor Regionalnego Domu Kultury - Jarek Cholewicki zaproponował mi poranną wizytę w Drozdowie, we dworze położonym nieopodal Łomży.


fot; Biernacki
          Dwór w Drozdowie należał do rodziny Witolda Lutosławskiego, w którym kompozytor spędził część swojego dzieciństwa. Historia tego majątku odnotowała też fakt, że 1939 roku zmarł w nim konkurent polityczny Józefa Piłsudskiego - Roman Dmowski. Obiło mi się kiedyś o uszy, że Dmowski miał jakieś rodzinne koligacje z Dmowskimi z Olszyca Szlacheckiego, którzy byli kuzynostwem rodziny mojej mamy. Jeżeli tak, to i ja..., a jeżeli nie... to co mi szkodzi o tym "obiciu" wspomnieć?
          Nieuprzedzony sądziłem, że na miejscu znajdę muzeum sławnego kompozytora, a w nim izbę pamięci poświęconą Dmowskiemu, lecz niestety...
          W starym dworze mieści się obecnie muzeum, ale... przyrody. Jest tam wypchany niedźwiedź i rodzina łosiów, z czego tata łoś wraz z porożem, niedaleko tak samo urządzonego jelenia, figuruje, jako trofeum myśliwskie na ścianie.


fot. J.Cholewicki
Są tam też wypreparowane ptaki, wnyki kłusowników znalezione przez myśliwych i akwaria pełne bajecznie kolorowych ryb…


fot. J.Cholewicki
          Obok zacnego budynku, z dużą finansową pomocą Unii Europejskiej, wybudowano drugi budynek, gdzie gromadzi się i bada florę. Mnie najbardziej zaciekawiło to, że wewnątrz tego nowoczesnego domu urządzono izbę zielarki, taką samą, jaką zobaczyć można w  domu babki zielarki w  Wilkowyjach, w serialu Ranczo.


fot. J. Cholewicki
          O rodzinie Lutosławskich i ich przyjacielu Dmowskim pamięta się tam tylko w salonie na parterze, a o muzyczną legendę, od dwudziestu lat, raz w roku zabiegają dwaj znakomici śpiewacy z Gdańska – urodzony w Łomży Jacek Szymański….


fot. 4Lomza

… który jest pomysłodawcą i dyrektorem Międzynarodowego Festiwalu – Muzyczne Dni Drozdowo oraz Dariusz Wójcik, który Jacka Szymańskiego w organizacji wspiera i występami festiwal zaszczyca. By było ciekawiej, to zdradzę, że obu panów znam od dawna, bo obaj są miłymi i w miarę częstymi gośćmi w sklepie Asi.
          Droga z Łomży do Drozdowa jest wąska i dziurawa, lecz w pewnym momencie robi się szeroka i gładka jak stół. Po takiej drodze jedzie się przez ponad kilometr, po czym wszystko wraca do koślawej normy. Jarek Cholewicki widząc moje zdziwienie, zupełnie tak samo, jak chłopiec w filmie Łozińskiego zapytał – I co się dziwisz?
Ponieważ nic nie odpowiedziałem, a dziwiłem się nadal, wyjaśnił – Na tym odcinku często ginęły żaby, więc zrobili drogę dla żab.
          Nie pytałem kiedy zrobią tu taką samą drogę dla ludzi, ale może kiedyś do samorządowców trafi przesłanie papieża Franciszka, że choć wzorem św.Franciszka miłość i troskę braciom mniejszym należy okazywać zawsze i wszędzie, to o współbraci też trzeba dbać. Szczególnie na drodze.

18 listopada, 2013

Leżałem sobie w wannie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:33
           Lubię w niedzielę, późnym popołudniem poleżeć sobie w wannie. Wczoraj była niedziela, więc leżałem sobie w wannie czytając zaległą prasę, gdy nagle rozległ się…
          Mało mam ostatnio powodów do zadowolenia. Może to depresja jesienna, a może wynik skojarzeń, ale gdy się zastanowię nad tym, co tu i teraz, to niewiele spraw i rzeczy mnie cieszy.  Nie cieszy mnie dobry wskaźnik produktu krajowego brutto i nie cieszy mnie żadna o poranku radość z tego, że witam się z tym zasmarkanym światem. Prócz moich wnuczek...

Igusia Maja i Haczyk

...nie cieszy mnie teraz prawie nic.  Nie cieszy mnie sytuacja premiera Tuska próbującego wytłumaczyć narodowi, że nie jest źle i nie cieszy mnie sytuacja Jarosława Kaczyńskiego próbującego wytłumaczyć narodowi, że jest bardzo źle. Nie cieszy mnie, bo każdy widzi, że jest jak zawsze – jednym układa się lepiej, drugim gorzej, trzecim byle jak, a czwartym jakoś tak, że może być. Tak było i będzie na wieki wieków, a ważne jest tylko to, by procent niezadowolonych był mniejszy od procenta szczęśliwych. Różnica między uśmiechniętymi, a skwaszonymi, to jest to, co winno być dla wszystkich polityków troską i najwyższym nakazem, jako dobro ojczyzny i pomyślność obywateli.
          Nim z gazetami udałem się wczoraj do wanny, zadzwonił do mnie Donar – ten od "Kawałka podłogi" i „Miny Tyma”:



          Gadaliśmy długo o wszystkich i wszystkim, a snując opowieści z przeszłości rozczulaliśmy się jak dzieci stworzonymi historiami. Zwierzając się z tego, co się komu przydarzyło, jak potrąceni optymiści planowaliśmy piękną przyszłość. Rozmarzyłem się, ale nie omieszkałem w ramach wspomnień powiedzieć Donarskiemu, że wciąż z Asią pamiętamy jego ubiegłoroczną wizytę i te pyszne rogale św.Marcina, które z Marysią nam przywiózł. Takie rogale to nie byle co, gdyż kupić je można tylko w Poznaniu, bo tylko w Poznaniu mają na ich wyrób patent i europejski certyfikat. Ponoć najbardziej strzeżoną i słodką tajemnicą poznańskich rogali jest biały mak, który stosuje się do ich wyrobu.
           Oblizałem się na wspomnienie tamtych słodkości i gdyśmy skończyli gadać zająłem się kilkoma spóźnionymi pomysłami, by w końcu odkręcić kran nad wanną. Czekając na wodę rozmyślałem o innych powodach do niezadowolenia i wyszło mi, że choć zmieniłem już opony, to w tym roku nawet mina Tyma mnie nie cieszy, gdy sobie uświadomiam, że nieubłagalnie idzie zima. Jak sobie przypomnę, te przymrozki, te zamiecie i te wiecznie zaśnieżone drogi, to skóra mi cierpnie i zaczynam mieć dreszcze.
          A propos drogi, dreszczy i cierpnięcia. Byłem ostatnio w Warszawie na zebraniu w ZAiKSie. Członkiem ZAiKSu jestem od trzydziestu czterech lat, ale jakoś do tej pory w żadnych zebraniach udziału nie brałem. A to nie było czasu, a to mi się nie chciało, a to nie bardzo miałem się w Warszawie gdzie zatrzymać. Wybierali się więc na zebrania i do władz głównie ludzie z Warszawy. Teraz i ja wybrałem się z ciekawości w drogę do stolicy. Jako człowiek znad morza, czyli spoza „towarzystwa”, od początku do końca byłem w okropnej mniejszości. Spotkałem się za to na Hipotecznej z wieloma, dawno niewidzianymi, warszawskimi znajomymi, ale moją radość z ich spotkania przyćmiło to, co usłyszałem od Andrzeja Kuryły – szefa Komisji Rewizyjnej. Po zebraniu postanowiłem, że do Zaiksu wybierać się będę częściej, by powodów do przygnębienia nie mieć więcej. Ze sprawozdania Andrzeja wynikało, że rządząca obecnie Zaiksem ekipa do dóbr członków Stowarzyszenia ma stosunek - mówiąc delikatnie - dość niefrasobliwy. Niektórzy koledzy przekonywali mnie, że nie jest tak źle, ale nie przekonali zupełnie, bo ja swoje usłyszałem, a nie mam powodów nie wierzyć Kuryle, którego znam i cenię od lat.
          Więc, gdy wieczorem leżąc w wannie topiłem oczy w morzu liter, usłyszałem nagle... dzwonek, który bardzo mnie zdziwił - niedziela, ciemno, a tu ktoś bez zapowiedzi. Przy furtce stała kobieta, która powiedziała, że ma coś dla nas od Andrzeja Donarskiego. W rękach trzymała paczkę. Po rozpakowaniu okazało się, że w paczce są…



… rogale św. Marcina. Nie muszę chyba pisać, jak bardzo byliśmy z Asią zaskoczeni. Wyszedłem z wanny, no i masz… leżały przede mną świeżutkie, pachnące i przepiękne dowody przyjaźni.
          Wyjaśniło się później, że Andrzej po naszej rozmowie zadzwonił z Monachium do Marysi mieszkającą w Poznaniu, a ta…  
Co tu dużo pisać, wszystkim życzę takich wzruszeń za każdym razem, gdy wyjdą z wanny.
04 paĽdziernika, 2013

Tekst wiersz słowa

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:57
        Dostałem list. Napisała do mnie znajoma znajomych z Facebooka i zadała kilka pytań. Napisała, że moje odpowiedzi potrzebne są jej do pracy, więc zlekceważyć nijak nie wypadało, zaś w kilku słowach też odpowiedzieć nie umiałem.
Wśród pytań: Czym jest dla Pana poezja? Czym jest poezja śpiewana? Co dla Pana jest ważniejsze – tekst czy muzyka? A może postawić należy znak równości między muzyką a tekstem? – były i zahaczające o aktualia: Jak ocenia Pan dzisiejszą publiczność? – i – Czy coś się zmieniło przez ostatnie lata?.
        Ernest Hemingway mawiał, że człowiek na starość wcale nie mądrzeje, tylko staje się ostrożny. Młodym jestem teraz w sposób dość umiarkowany, więc i ten, spośród wielu innych, powód sprawia, że wbrew oczekiwaniom nie jest mi łatwo odpowiedzieć na takie pytania. Oceniać obecny stan rzeczy w piosence mi trudno, bom człek wygodny i leniwy, i z wiekiem coraz  trudniej przychodzi mi szukać okazji, by ucha nadstawić. W mass-mediach, bez specjalnych poszukiwań, piosenek z interesującym tekstem prawie nie uświadczysz, więc o dniu dzisiejszym w piosence wiem tyle, co przypadkiem się dowiem. Ale spróbuję generalnie, „po linii i na bazie” tego, co mi chodzi po głowie napisać coś na temat.
          Z przedszkola nie pamiętam wiele, ale zapamiętałem piosenkę o maju, która bardzo podnosiła mnie na duchu. Zmęczony zimą, śnieżną breją na ulicy i przymrozkami, przygnębiony chłodnym mrokiem przy śniadaniu i wczesnymi wieczorami, zirytowany pończochami, które od jesieni co rano trzeba było wciągać na zaspane nogi i wiecznie zmarznięty, gdy przychodził maj ochoczo śpiewałem żwawą pieśń w nadziei na więcej słońca za oknem. I życzenie spełniało się szybko, bo drzewa i ptaki, trawniki i podwórka w całym mieście coraz bardziej budziły się do życia. Ubranie stawało się lżejsze, w powietrzu wisiała radosna obietnica lata, a w piaskownicy, jak na zdjęciu poniżej, znów kusiły babki. Ja to ten pierwszy od prawej.



Chodziliśmy po sali parami w kółko i ile tchu w piersiach pokrzykując czasem,  śpiewaliśmy: Maj, maj jest na ziemi/ Świat, świat się zieleni/ Raz, dwa przedszkolacy/ Raz, dwa trzy
To była pierwsza zapamiętana przeze mnie piosenka. Miała radosną melodię, a tekst składnie informował, że Dziś majowe mamy święto/ A więc z miną uśmiechniętą/ Wędrujemy w świat/ Wędrujemy w świat
          Chyba właśnie wtedy moja podświadomość pojęła, że piosenka może być jak sprawiające błogość ciastko, i jak lekarstwo, uwalniające ciało od bólu. Nie zastanawiałem się jeszcze wtedy nad jakością i jednością tekstu i muzyki, nie dochodziłem, czy treść odnosi się do święta robotników, czy do święta św. Józefa robotnika – i mało mnie to obchodziło. Wtedy śpiewałem pod portretami komunistów, choć dzisiaj byłoby inaczej, gdyż tekst tej piosenki odnalazłem na portalu katolickim.
           Że tekst może mieć zasadnicze i negatywne znaczenie dla odbiorcy piosenki dowiedziałem się już w szkole podstawowej. Nim Beatlesi zawładnęli światową wyobraźnią, brutalnie zetknąłem się z obowiązującą w Polsce doktryną muzyczną, serwującą młodzieży wartości socjalistycznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Nasza pani od śpiewu kazała mi w trzeciej klasie przychodzić na zajęcia chóru, gdzie śpiewało się głównie jakąś pieśń o taczankach i Czapajewie. Tamtym paniom od śpiewu powinniśmy dzisiaj z honorami dać medale, bo jak mało kto potrafiły zwykłą piosenką skutecznie zniszczyć w całym pokoleniu sympatię, jeżeli ktoś jakąś miał, do bratniego narodu, który zafundował nam ustrój zadekretowanego szczęścia. Przez tego Czapajewa znienawidziłem wszelkie utwory słowno-muzyczne i już myślałem, że na zawsze, ale…
          Pewnego dnia w mego ojca ukochanym radio marki Beethoven  Krystyna Konarska cudnie zaśpiewała „… to ja sprawiłam, że za tobą chodzi w ślad melodyjka ta, la, la, lalalala, la, la la…” Zakochałem się w tej piosence od razu i zrozumiałem, że piosenki, oprócz tego, że spełniają życzenia, to jeszcze rodzą emocje i przechowują je w pamięci zwrotek i refrenów. Wystarczy zanucić kilka nutek jakiejś dawnej piosenki, by wszystko, co kiedyś wraz z nią w duszy grało, odezwało się na nowo pełną harmonią uczuć i wspomnień.



          Nie mogąc się uwolnić od miłego uszom motywu, „lalałem” sobie piosenkę „Powracająca melodyjka” bez przerwy, bo było w niej to coś, co zniewala. Później jeszcze wiele różnych piosenek czepiało się moich uszu i nie dawało o sobie zapomnieć, ale tamta była zdecydowanie pierwsza.
          Czasami jest w piosence taka siła, która szlagwortem ogłuszy, cantem zachwyci, refrenem zwiąże i bez pardonu z człowieka niewolnika zrobi. Tę niemożność uwolnienia się od muzycznej frazy spróbowałem opisać kiedyś w piosence, którą nagrał Andrzej Donarski z zespołem Mr. Zoob, a kabaret Limo skręcił do niej, wraz z Donarem, teledysk.



          Napisałem tekst, a gdy Andrzej przysłał mi muzykę, zorientowałem się, że wpadłem w pułapkę, którą zastawiłem i przez dłuższy czas w kółko „kręciło” mi się w głowie „… i tak w koło lata i tak sra ta ta ta…”
          Jak prawie wszyscy kochałem Beatlesów, ale prawdę o świecie i o sobie odnalazłem i wypiekłem z zupełnie innego muzycznego ciasta. To Tadeusz Woźniak był tym artystą, którego piosenki, gdy byłem w miarę dojrzałym już młodzieńcem, zniewoliły mnie od pierwszego słuchania. 



          Sławny „Zegarmistrz światła”, nim stał się przebojem, najpierw zaciekawił. „Smak i zapach pomarańczy” już zachwycił, a „Ballada o Potęgowej” i "Pośrodku świata" powaliły mnie na kolana. Całość twórczości Tadeusza Woźniaka unosiła mnie nad ziemią. Do dzisiaj wożę ze sobą w samochodzie płytę z piosenkami tego barda nad bardami, by w każdej chwili móc odnaleźć uczucie, które sprawi, że choć na chwilę zrobi mi się mądrzej i piękniej na tym łez padole. Taką terapeutyczną moc ma słowo odziane w muzykę, gdy dobry kompozytor potrafi znaleźć akurat tę właściwą nutę, która przy tym właśnie tekście warta jest wszystkich pieniędzy tego świata.



          Waga słowa związanego z muzyką jest nieporównywalna do czegokolwiek, co służy estetycznemu przedstawianiu złożoności życia. Jeżeli muzyka sama z siebie jest sztuką i poezja jest sztuką, to połączenie tych dwóch wartości z wykonaniem, które także jest sztuką, może objawić się, jako cud powszechnego zachwytu, oszołomienia i zrozumienia jednocześnie.
          Dlaczego i po co, dla kogo i z jakim przesłaniem pisze się wiersze, tego nie wiem. Wiem tylko, że samo uzewnętrznianie się w słowach pisanych na papierze było dla mnie zawsze kwintesencją burzy myśli i wrażeń, niepokojów i euforii. Było streszczeniem wszelkich stanów psychicznych i nastrojów, jakie się we mnie i wokół mnie kłębiły. Było musem wyrażania się w ten, a nie w inny sposób.
         Tak więc wiersze same się rodziły i gdyby nie przypadkowy debiut w prasie, umarłyby pewnie spokojnie w szufladach. Przypadek też sprawił, że kiedyś znajomy sięgnął po jeden z nich i skojarzył go z muzyką, a następnie zaśpiewał. Po kilku miesiącach piosenkę z tym wierszem znało już bardzo wiele osób, gdyż nie tylko krążyła na taśmach, nagrywanych gdzieś na koncertach, ale też dlatego, że szybko wydano ją w wielu studenckich śpiewnikach. Taka była i jest siła słowa w piosence, że nakład właściwie drukuje się sam i nie można wyznaczyć mu końca.
         I  w tym momencie dochodzimy do pytania: Co wierszem, a co tekstem jest w piosence? Są tacy, którzy na swoich płytach nieudolnie bawią się w literackich krytyków i ogłaszają, że jedna piosenka jest do wiersza, inna do tekstu, a jeszcze inna do słów. Jak oni to wartościują, jakie mają powody, o co im chodzi i co im to daje – nie wiem. Mądrzy zazwyczaj piszą przy wszystkich tytułach, że utwór jest do tekstu lub do słów i nie kombinują, bo jak ocenić np. „Remedium” – piosenkę śpiewaną przez Marylę Rodowicz. Czy warstwa słowna użyta w tym utworze czystą poezją jest, czyli wierszem, czy też jest to zwykły tekst? A może to tylko słowa?
         Wśród wielkich polskich tekściarzy są: Julian Tuwim, Marian Hemar, Jeremi Przybora, Agnieszka Osiecka, Magda Czapińska, Bogdan Loebl, Bogdan Chorążuk, Jonasz Kofta, Jacek Kaczmarski czy Wojciech Młynarski. Dla mnie to poeci, choć Młynarski przed określeniem „poeta” broni się rękami i nogami, uznając siebie za fachowego tekściarza, by nie rzec – dobrego rzemieślnika. Z moich skromnych doświadczeń wynika, że –  niestety – nie każdy tekst bywa poezją, za to prawie każda poezja może być tekstem. Co za tym idzie – rzecz jest nie w nazewnictwie i przyporządkowaniu, ale w wartości tego czegoś ulotnego, co sprawia, że nagle dostrzegamy to, co nas urzeka mądrością i urodą. Myślę, że tacy poeci piosenki, jak: Andrzej Poniedzielski, Grzegorz Tomczak, Piotr Bukartyk, Robert Kasprzycki czy inni, mają podobne zdanie. Wszystko zależy od tego jak i po co słowa zostały złożone do kupy.
          Dobry poeta, który bywa tekściarzem i tekściarz, który bywa poetą, wiedzą, że czasem tekst podbija i niesie muzykę, a czasem należy tylko lekko muzykę okrasić słowem, by nie przeszkadzać jej powabom. Dobry kompozytor zaś wie, że zupełnie inaczej splata się muzykę ze słowem, które waży i może istnieć samodzielnie, a inaczej, gdy słowo samo śpiewa i wybija rytm. Inaczej traktuje się małżeństwo muzyki z tekstem, gdy chodzi o zabawę, a inaczej, gdy rzecz jest w filozoficznej zadumie zakreślona. Inaczej, gdy piosenka pisana jest dla umilenia czasu, a inaczej, gdy czas ten próbuje jakoś nazwać i zrozumieć. Być może właśnie o tym rozmawiałem kiedyś z kompozytorką Elą Adamiak, wyciągając jakiś tekst z portfela.



          Za tzw. komuny, gdy były trzy kanały radiowe i dwa telewizyjne, o życiu bądź śmierci piosenki decydował często jeden redaktor. Od jego gustu i widzimisię zależało, czy coś ukazało się na antenie, czy nie. Oprócz oficjalnego życia kulturalnego istniało też drugie życie artystyczne, nieoficjalne, studenckie, które unikało przymusu i cenzury. Właśnie w tym drugim życiu żyło się bardziej prawdziwie. Można się było prawdą wysłowić, na co wiele przykładów znaleźć można – choćby w twórczości Jacka Kaczmarskiego, tyle że o sukcesie finansowym raczej marzyć nie było co. Publiczność w klubach studenckich miała świadomość, że przychodząc na koncert „swoich” artystów uczestniczy w tworzeniu innej, niż oficjalna rzeczywistości. Między „podmiotem wykonawczym”, a „podmiotem odbiorczym” wzbudzała się nie tylko fala, na której obydwaj odbierali, ale też i swoista, prawie rodzinna więź, o którą dzisiaj trudno. Sadzę, że dzisiaj redaktor w rozgłośni czy stacji TV, jeżeli nie ma swojego programu autorskiego, to nie ma nic do gadania. Jak kiedyś rządził układ, tak teraz wszystkim rządzi kasa, o czym świadczą plastikowe popisy plastikowych piosenkarek, które plastikowymi długopisami same sobie piszą plastikowe teksty o plastikowych wartościach i plastikowych uczuciach w ich całkiem realnym życiu. Kasa sprawia, że zawód tworzącego dla innych tekściarza zanika.  Jeżeli nawet trafi się jakiś niegłupi koncert i wytworzy się czuła i inteligentna więź z publicznością, to i tak gdzieś na końcu życie dopisze do rachunku cenę za relatywizm – ducha dzisiejszych czasów.
          Na szczęście jest tak, że każde pokolenie ma swoich tekściarzy i każdy czas ma swoich poetów. Choć nie każdy wiersz ma muzykę, to każda piosenka ma słowa. Życie nie znosi pustki, więc i dzisiaj na pewno powstają piękne wiersze, które można śpiewać i dobre teksty, które z muzyką łatwo zapamiętać i powtórzyć. Są też tacy ludzie, jak Piotr Bakal, który od lat organizując przeglądy bardów, choć trochę stara się pamiętać o autorach słów piosenek. Może to jest jakiś pomysł, by zorganizować im specjalną imprezę? Może warto znaleźć czas dla poetów piosenki? Muszę o tym pomyśleć.
06 września, 2013

Rym do wyrazu życie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:08
          Jak daleko sięgam pamięcią w związki mego pióra z piosenką, to Adam Drąg zawsze był legendą. Dzisiaj Adaś – solidny, poważny i doświadczony pan, nic a nic nie tracąc ze swego młodzieńczego uroku – jeszcze bardziej jest legendą, a jego twórczość jeszcze bardziej jest legendarna. 

Adam Drąg

          Adama Drąga poznałem na początku lat siedemdziesiątych. Już wtedy ten, kto mi o nim opowiadał, był pewien, że Adam to żywy pomnik piosenki turystycznej, choć ta piosenka ledwie wtedy raczkowała. Ale faktycznie, jeszcze nie za bardzo rozgościłem się w kręgach, jeszcze nie za bardzo poznałem środowisko, a już znałem większość napisanych i śpiewanych przez Adama piosenek. Nie zdarzyło mi się nigdy uczestniczyć w koncercie, w którym publiczność nie śpiewałaby razem z Adamem takich utworów, jak: „Rzeki to idące drogi”, „Ech muzyka, muzyka, muzyka”, „A ja sobie śpiewam”, czy tę, która wciąż na mnie robi piorunujące wrażenie – „Śni się lasom las”. na gitarze gra Adam Drąg
          W tamtych czasach spotykaliśmy się często. Jako że obaj mieszkaliśmy w Gdańsku, to takie kluby, jak: Żak, Kwadratowa, Mechanik czy Medyk chętnie gościły nas na swoich scenach. Z racji mieszkania w tym samym mieście także eskapady na festiwale i przeglądy odbywaliśmy razem. Giełdy, Bazuny, czy inne konkursy – to wszystko łączyło nas w jedno, bardzo sympatyczne towarzystwo. Siłą rzeczy, w końcu, postanowiliśmy razem coś napisać. 
          Zawsze podziwiałem u Adasia wielki talent – rzadki dar – układania pięknych melodii, które w prosty i niebanalny sposób sprawiają,  że serce i dusza same rwą się do śpiewania.Giełda W Szklarskiej Porębie 1975r.
       Pamiętam, jak któregoś, jesiennego dnia, wieczorową porą poszedłem do Adama z wizytą. Mieszkał w budynku gomułkowskiego sznytu. Dom ten stał przy ulicy Batorego we Wrzeszczu, wśród urokliwych, starych willi, pięknie położonych pod lasem morenowego wzgórza.  Mieszkanie zdaje się należało do rodziców, bądź teściów Adama. Adam wraz z żoną, choć pewnie nieco skrępowany, przyjął mnie bardzo serdecznie i zaprowadził do pokoju, w którym pomiędzy dziecięcym łóżeczkiem i pieluchami stał niewielki stół. Popijając herbatę położyłem na tym stole swój nowy, jeszcze ciepły wiersz. Adam przeczytał go pobieżnie, złożył kartkę na pół i odłożył gdzieś na stertę innych papierzysk. Ani się nie skrzywił, ani uśmiechnął, nic specjalnego nie powiedział i żadnym gestem nie dał mi nic do zrozumienia. Pokiwał głową i tyle. Zagadnął mnie o wspólnych znajomych i tak potoczyła się rozmowa. Przy herbacie oplotkowaliśmy kogo się dało, wspominając ludzi i koncerty.Adam Drąg Chciałem poprosić Adama, by coś mi zaśpiewał, ale nim to uczyniłem spojrzałem na dziecko, wanienkę i zegarek. Zrozumiawszy, że czas na mnie, wstałem, pożegnałem się miło i wyszedłem. Nie zapytałem Adama, czy coś do mojego tekstu skomponuje, i czy w ogóle tekst mu się podoba. Jakoś tak nie wypadało o to pytać, choć ciekawość mnie zżerała. Swoje też zrobiła duma młodego tekściarza. Być może miała też w tym udział pierwsza, spieniona woda sodowa, która niejedno młodym psuje i niejedno burzy. Może uważałem się za „wziętego” tekściarza, bo kilka moich wierszy kilku artystów po kilku przeglądach obwiozło z sukcesem i nie wypadało mi pytać się o wartość tego, co uważałem za świetne. No, cóż... Każdy czas w człowieku ma swojego poetę i swojego idiotę, a bywa, że ten czas jest jak Head&Shoulders – dwa w jednym
           Prawdę mówiąc wkrótce zapomniałem, że dałem Adamowi jakiś tekst. Lepiej zapamiętałem aurę tamtej wizyty i jesienny spacer. Pisałem wtedy sporo i z czasem zapominałem o kolejnych wykwitach mojego pióra. Bardzo więc byłem zaskoczony, gdy po kilku miesiącach na jakiejś imprezie Adam zapowiedział i zaśpiewał nową piosenkę. Była tak piękna, że z trudem rozpoznawałem w niej swój tekst.
Z pisaniem u mnie jest tak, że gdy już coś piszę, to często tekst sam mi podpowiada melodię. Potem, gdy kompozytor tekst ubierze w swoją muzykę, bywa, że tekst traci na wartości, ale częściej jest tak, że dzięki muzyce słowa w piosence szybują w rejony takiej finezji, w jakiej nigdy przedtem nie były. Tak właśnie stało się z kilkoma piosenkami, które ze mną napisał Grzegorz Marchowski i tak było, gdy muzykę układała Ela Adamiak. Później to samo uczucie nachodziło mnie, gdy piosenki pisałem wraz  z Kaziem Lewandowskim czy Andrzejem „Mr.Zoob” Donarskim. Niestety, wymyślanych przez siebie melodii zbytnio nie cenię...
Myślę o tym wszystkim i wspominam, bo kilka dni temu otrzymałem od Adama niezwykły prezent - jego pierwszą, autorską płytę pt. „Adam Drąg”.okładka płyty Adam Drąg
          Na płycie Adama Drąga, wśród wszystkich, pięknych i sławnych, jego piosenek znalazły się też te mniej znane, bądź całkiem nieznane. Są na niej także trzy piosenki skomponowane przez Adama do moich tekstów. Z tych trzech znałem tylko jedną z nich – „Piosenkę bez tytułu”. I tak, jak już pisałem, w chwili, gdy pierwszy raz ją usłyszałem, oniemiałem z zachwytu. Teraz znowu dotarła do mnie prawda, że Adaś w słowach „Jeszcze się tyle stanie / Jeszcze się tyle zmieni / Rosną nam nowe twarze / Do słońca..." znalazł muzykę, o istnieniu której nie miałem zielonego pojęcia.  Teraz na nowo zachwycam się piosenką, choć mam ją w swoim repertuarze. W wykonaniu Adama piosenka zyskuje nadzwyczajnie – i w tym właśnie tkwi siła talentu Adama, że on muzycznie słyszy, czuje i rozumie coś, czego inni na co dzień nie dostrzegają. Adam swoją muzyką potrafi pokazać to, co dla wszystkich jest wartością.
          Z czasem nasza piosenka stała się w kręgach tzw. piosenki turystycznej prawdziwym hitem, z czego od lat jestem dumny.



          Zdaje mi się, że Adam zawsze najlepiej czuł się w środowisku artystów piosenki turystycznej. Wielu innych, których spotkałem na różnych imprezach i festiwalach wędrującej muzy, przeniosło się z czasem w szersze rejony piosenki literackiej, poezji śpiewanej, czy nawet kabaretu. Ela Adamiak, grupa Boom, Jacek Zwoźniak czy Krzysztof Piasecki są najlepszym tego przykładem. Adam, choć zaliczył piękny epizod zakładając swego czasu z Rudim SchubertemWały Jagiellońskie „Wały Jagiellońskie", pozostaje wciąż przede wszystkim we wdzięcznej pamięci turystycznej braci jedną z najważniejszych postaci. Jego piosenki są dla tego nurtu twórczości w Polsce tym, czym są piosenki Czerwonych Gitar dla popu, czy Perfectu dla rocka. Piosenki Adama w świecie piosenki turystycznej są największymi evergreenami. Kto nie wierzy, niech zapyta pierwszego lepszego człowieka idącego przez kraj w traperkach, z plecakiem, a do tego taszczącego ze sobą gitarę. Dla mnie Adam jest także jedynym człowiekiem w moim życiu, któremu udało się  namówić mnie raz na studencki rajd pieszy. Wrażenia z tamtego rajdu mam w pamięci do dzisiaj, choć chyba nie wszystkie kilometry pamiętam.
          Ucieszyłem się z wydania płyty Adama. Ucieszyłem się z tego, że już na pewno nie zaginą oryginalne wykonania piosenek, bez których nie rozpali się żadne rasowe ognisko. Słucham tej płyty w samochodzie od kilku dni i z radością spostrzegam, że „stare" piosenki mnie rozczulają, a „nowe" - przynajmniej mnie - z każdym dniem podobają się coraz bardziej. To fantastyczna płyta, choć i ja, i  wielu tzw. fachowców pewnie mogłoby wytknąć jej niejedno i spytać dlaczego coś jest tak, a nie inaczej. Nie warto jednak na drobiazgi zwracać uwagi, bo siła Adamowych piosenek tkwi nie w perfekcji wykonania czy aranżu, lecz w samej istocie ich istnienia. I to jest właśnie piękne, że „Śni się lasom las" zostanie na zawsze, gdy większość dzisiejszych przebojów pójdzie w zapomnienie.
          Tak jak kiedyś Adam zaskoczył mnie muzyką do „Piosenki bez tytułu" , tak teraz zaskoczył mnie piosenką „Na uwadze mając biedę". Znowu nie pamiętałem tekstu tej piosenki, ani tego, kiedy i w jakich okolicznościach trafił on do Adama. Z jej treści wynika, że musiałem napisać ją pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy ruszyła druga fala emigracji, a w Polsce uwolniono gospodarkę ze sztywnych ram socjalizmu. Słuchając Adama w tej piosence mam dzisiaj nieodparte wrażenie, że coś jednak z tamtej historii teraz się w Polsce powtarza. Posłuchajcie...



          Podobnie jest też z trzecią naszą wspólną piosenką. Także nie pamiętam, kiedy Adamowi dałem ten tekst. Sądząc po jej słowach musiałem napisać je w stanie wojennym. Teraz cieszę się, że Adam tekst ocalił i umieścił na płycie, bo choć życie diametralnie się zmieniło, to jednak  wciąż trochę prawdy w tej piosence tkwi i także dziś piosenka ta trochę odzwierciedla życie.



           Adamie, jeżeli czytasz te słowa, to wiedz, że wydałeś świetną i bardzo potrzebną płytę, a talentu zazdroszczę Ci tak, jak zazdroszczę sobie, że Cię znam.

           PS. Przy okazji tego wpisu chciałem też podziękować cudnej Marysi z Poznania, która na moją prośbę, by piosenek Adama słuchało się jeszcze milej, w bardzo szybkim czasie oprawiła je w obrazki. Dziękuję Ci, marychaj! :)
18 sierpnia, 2013

Mój sierpień 1980

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:30
          Dokładnie 33 lata temu, 18 sierpnia 1980 roku, wieczorem, przyszedł do nas Zbyszek Joachimiak – poeta, kolega z Koła Młodych Związku Literatów Polskich w Gdańsku. Gdańsk od kilku dni żył pod napięciem tego, co się działo w stoczni. W stoczni strajk, a w mieście strach, że wszystko skończy się, jak w grudniu 1970 roku. Asia, ja i nasz pięciomiesięczny syn trwaliśmy w maleńkim mieszkaniu na gdańskiej Zaspie w nieznośnym oczekiwaniu na rozwój wypadków. I wtedy, wieczorem 18 sierpnia, Zbyszek pojawił się z propozycją byśmy – my, młodzi literaci – spotkali się w swoim gronie w siedzibie ZLP przy ulicy Mariackiej.
          Podróż następnego dnia przez niepewne swego losu miasto była jak przedzieranie się przez szary tłum pytających i zatrwożonych ludzkich spojrzeń, z których każde wyrażało nadzieję na spełnienie choćby części życzeń wyrażanych w stoczni. Pogoda była piękna. Ciepło i słonecznie. Gdańska starówka, jakby nie zważając na czas, nadal gościnnie przyjmowała turystów. W kamieniczce ZLP spotkała się większość z nas. Zaczęła się dyskusja.
          Dzisiaj, wiedząc to, co się stało w następnych dniach, tygodniach czy miesiącach łatwo wyśmiać każde wypowiedziane wówczas zdanie. Wtedy nikt nie ważył się na słowa nieprzemyślane i nie szafował opiniami, sądami czy wnioskami. Doskonale wiedzieliśmy, że nie jesteśmy zwartym tłumem w stoczni, że nas łatwo policzyć i rozliczyć z każdego działania czy zaniechania. Wiedzieliśmy chyba wszyscy też to, że się boimy. A jednak... 
          W swoich szpargałach znalazłem stare wydawnictwo z tamtych czasów. Jest to 12. numer almanachu gdańskich środowisk twórczych „Punkt”. Spisywany z zadyszką, redagowany w pośpiechu i wydany przez Wydawnictwo Morskie w nakładzie 30 tys. egzemplarzy z nadzieją, że w razie czego gdzieś się zachowa i kiedyś zaświadczy.
Pamięć mi podpowiada, że cały ten nakład nie trafił jednak do kiosków i że były z nim jakieś kłopoty. Chyba Adzik Zawistowski – poeta, dramaturg i pisarz, a obecnie dyrektor Departamentu Kultury w Pomorskim Urzędzie Marszałkowskim – powiedział mi wtedy, że ten numer„Punktu” w stanie wojennym poszedł na zmielenie. Pewny tej wiadomości jednak nie jestem, ale pewny jestem tego, że mój egzemplarz ocalał.
Trzystustronicowy numer almanachu jest w większości dokładnie spisaną kroniką wydarzeń i zbiorem dokumentów. Zawiera też pierwsze literackie próby zapisania uczuć, jakie zrodziły się wtedy między gdańszczanami. Jest małym albumem fotograficznym i tomikiem wierszy, które wtedy, na gorąco, powstawały.
          Nasza dyskusja w średniowiecznych piwnicach knajpki „U Literatów” nie była burzliwa. Zastanawialiśmy się nie „czy”, tylko „jak” wystąpić z poparciem dla stoczniowców. Doskonale wiedzieliśmy, że Grudzień '70 łatwo było władzy spacyfikować, bo w odwecie za Marzec '68 inteligencja wypięła się na robotników. Zdaniem większości z nas tym razem nie mogło się to powtórzyć. Uważając na słowa podjęliśmy rezolucję.
 


          Było to pierwsze, pisemne, oficjalne poparcie, jakie zostało udzielone stoczniowcom w sierpniu 1980 roku. Pamiętam, że gdy wróciłem do domu, nie byłem pewien czy prześpię noc do rana. Tym bardziej pewien nie byłem, że jeszcze wieczorem o naszej rezolucji informowało świat  Radio Wolna Europa. Na szczęście rzeka wydarzeń toczyła się tym razem po innych niż zazwyczaj kamieniach.
          Teraz, gdy piszę te słowa i jednocześnie przeglądam stary numer „Punktu”, natknąłem się na wiersz Bożeny Ptak, który unaocznił mi, że dobrze zapamiętałem i powyżej opisałem tamten czas.



          Znalazłem też w tym „Punkcie” piękny wiersz Antka Pawlaka, poety, dziennikarza, a obecnie rzecznika Prezydenta Gdańska, który nie uczestnicząc w tamtym zebraniu zauważył w swym przeżyciu Sierpnia śp. Mariana Terleckiego, współsygnatariusza naszej rezolucji.



          Było, minęło, a jednak wciąż nacieszyć się nie mogę, że choć w tak niewielki, wręcz mikroskopijny i może mało ważny sposób przyłożyłem rękę do przebiegu dziejów.
          Dwa dni po naszej rezolucji, 20 sierpnia 1980 roku w stoczni pojawił się Apel, nadesłany z Warszawy, a podpisany przez elitę polskich intelektualistów. Ale to, choć ta sama, to już jednak inna historia... 
02 sierpnia, 2013

Odpowiedzialność Pana Dziejaszka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:21
          Nie wszyscy moi znajomi we wszystkim się ze mną zgadzają. I dobrze, choć mam z tym czasem kłopot. Cóż by to jednak było, gdyby wszyscy mieli o wszystkim takie samo zdanie, taki sam, dobrze wyrobiony pogląd, podobne przypuszczenia i identyczne oceny. Nuda, Panie Dziejaszku, nuda by była.
          Dzień przed kolejną rocznicą Powstania Warszawskiego wśród moich znajomych na Facebooku rozgorzała dyskusja, która toczy się w Polsce od 69 lat. Zasadniczym problemem okazała się ocena tego, co się w tamtym czasie w Warszawie stało i jak nazwać konsekwencje owego "stania się". 
          Swoje zdanie na temat Powstania w Warszawie w sierpniu 1944 roku wyłożyłem cztery lata temu, pisząc rzecz pt. Moralne zwycięstwo. Powołałem się w swoim wpisie na rozmowy, sądy i opinie żyjącego do dzisiaj powstańca...

Tadeusz Kozak

 mego wuja – Tadeusza Kozaka, który w dość wyważonych słowach nazwał Powstanie czynem daremnym i bezsensownym.

          Od jakiegoś czasu zauważam zjawisko, że im młodszy interlokutor w dyskusji historycznej bierze udział, tym sądy ma bardziej radykalne i w jego mniemaniu jedynie słuszne. Gdy słyszę od dwudziestoparoletniego magistra historii, że PRL była państwem zbrodniczym, to się zastanawiam, czy przypadkiem ja swoich pierwszych trzydziestu pięciu lat nie przeżyłem na Księżycu. Nie było wtedy – jak dzisiaj na to patrzę – zbyt pięknie, choć dzieciństwo i młodość wspominam jako czas może nie bogaty, ale barwny i ciepły w uczucia. Nie mogłem i nie miałem za co smakować wolności w pojęciu obecnie rozumianym, ale nikt mi nie zabraniał publicznie śpiewać o tym, że jest Nad głową noc, a noc jak koń/ I niepokoju tyle we mnie/ Gdzieś leci świat, gdzieś pędzi dom/ Ktoś bliski znika mi bezwiednie... .
          Piosenkę tę nawet puścili w komuszej TVP, co prawda o zacytowany fragment okrojoną, ale jednak pokazali. Nikt mnie nie pałował, gdy poszedłem na koncert Jacka Kaczmarskiego i wielokrotnie świetnie bawiłem się, koncertując razem z zespołem BABA, gdy Jacek Zwoźniak kpił ze zbrojnego ramienia partii śpiewając, iż  milicjanci są w narodzie ... jako te chabry pośród łanów zboża...”.

chabry pośród łanów zboża

          Nie do końca więc wszystko było tak, jak to dzisiaj niektórzy głoszą, choć bywało często okropnie i nie do zniesienia. Wolność jednak nosi się w sobie i jeśli się ją w sobie ma, to reszta jest wartością odjętą bądź dodaną. A jak bardzo odjęta, czy jak bardzo dodana jest ta wartość, zależy już tylko od samego człowieka.
          Tymczasem młodzieńcy, którzy dopiero co nauczyli się czytać, już chcą mi obrzydzić moje pierwsze wzruszenia, pierwszego guza i pierwszą miłość.
          Podobnie jest z oceną Powstania Warszawskiego. Ci, którzy walczyli i ci, którzy byli tak zwaną ludnością cywilną wspominają tamten czas jako czas pięknie wzburzony, czas szlachetnego zrywu, ale też jako czas późniejszego koszmaru. Prawie wszyscy nazywają Powstanie najczarniejszą tragedią, która nastąpiła po kilku dniach narodowego uniesienia i wielkiej radości. Ci, którzy przeżyli, często mówili o hekatombie 200 tys.ofiar złożonych bezmyślnie historii. Ci, którzy z racji wykształcenia, zawodu i pozycji do oceny byli i są zobligowani, mówią i piszą tak (cytaty i zestawienie przytaczam za portalem Na temat):

PAWEŁ JASIENICA – pisarz, m.in. autor dzieł historycznych: Polska Piastów, Polska Jagiellonów i Polska Obojga Narodów:  
Powstanie Warszawskie było skierowane militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Rosjanom, a faktycznie przeciwko samym Polakom.”

Gen. WŁADYSŁAW ANDERSnaczelny dowódca sił zbrojnych na Zachodzie:
Stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność.”

Prof. WIESŁAW CHRZANOWSKI polityk, profesor nauk prawnych, powstaniec warszawski:
Wywołanie Powstania jest karygodną zbrodnią, za którą ponoszą odpowiedzialność pewne polskie ośrodki. Tak te wypadki ocenia polskie społeczeństwo, tak wyglądają one w rzeczywistości. Winni muszą ponieść odpowiedzialność.

WŁADYSŁAW POBÓG-MALINOWSKI oficer, historyk, po II wojnie światowej na emigracji:
Za decyzję porwania się do walki, która w warunkach chwili była bezsensem politycznym, a militarnie - szaleństwem wręcz zbrodniczym, zapłacono niewiarygodnie wysoką cenę.”

Mjr STANISŁAW ŻOCHOWSKI pseud. Brodzic, oficer Narodowych Sił Zbrojnych, członek Sztabu Naczelnego Wodza, pisarz:
Płk Demel polecił mi przygotować uzasadnienie dla odznaczenia gen. Bora krzyżem Virtuti Militari II klasy. Odszukałem statut Orderu. II klasa może być przyznana generałowi za samodzielne działanie, które było zwycięską bitwą lub walnie przyczyniło się do zwycięstwa. Złożyłem wniosek na oddanie gen. Bora pod sąd za zniszczenie stolicy, spowodowanie ogromnych strat i nieosiągniecie żadnego celu.”

JAN ENGELGARD historyk, publicysta, samorządowiec:
Za fatalny błąd Komendy Głównej AK, za polityczne kalkulacje nie mające szans na powodzenie – zapłacili niewinni ludzie. Gdyby powstańcom powiedziano przed walką – nie mamy porozumienia z nikim, Zachód nam nie pomoże, a Sowieci się nie ruszą, Niemcy zaś wykorzystają sytuację, by nas wyrżnąć, a miasto legnie w gruzach – wtedy też ochoczo zgodziliby się na ofiarę, by „przeciwstawić się zbrodniczym totalitaryzmom”?


DARIUSZ BALISZEWSKI dziennikarz i publicysta:
Nikt nie wie, dlaczego powstanie wybuchło. Wbrew wszelkim racjom politycznym, wszelkim przestrogom i wszelkim ostrzeżeniom, w tym kolejnych kurierów z Londynu, by uprzedzić warszawskich dowódców, że nie mogą liczyć na żadną pomoc wojskową Zachodu”.


Prof. JAN CIECHANOWSKI historyk emigracyjny, powstaniec warszawski:
Powstanie zakończyło się straszliwą klęską, katastrofą i ruiną, która nie dotknęła żadnej innej stolicy w Europie od czasu najazdu Hunów na Rzym. 200 tysięcy ludzi zginęło, 500 tys. wygnano i skazano na poniewierkę. Miasto zrównano z ziemią. To największy błąd popełniony przez dowództwo AK.”

          Pewnie wielu znajdzie wiele przeciwnych opinii i wyjdzie im, że klęska była jednak jakimś substytutem zwycięstwa, bo tak to już z nami jest, że czarne czasem jest u nas białe. I dobrze, że tak jest, bo Pan Dziejaszek by umarł z nudów. Nad sensem słowa odpowiedzialność też – wobec różnych ocen Powstania – można by się pochylić, zagadać i pokłócić. Nie powinniśmy tylko w tej dyskusji i kłótni zapędzać się na pozycje, z których nie ma odwrotu, ani żadnego, patriotycznego wyjścia. Nie powinniśmy używać słów i argumentów (do siebie też to odnoszę i siebie też pouczam), które nas jako znajomych wykończą i w realu, i na FB. Bądźmy więc odpowiedzialni za przyszłość, gdy dyskutujemy o przeszłości. Lubmy się, Panie Dziejaszku, w każdej rozmowie.

     
24 lipca, 2013

Druga księżniczka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:36
          Cały świat przez kilka ostatnich dni warował pod szpitalem w Londynie czekając na królewskiego potomka. W tym samym czasie nasza rodzina czekała na nie mniejsze, a wręcz większe i bardziej radosne dla nas wydarzenie. I doczekaliśmy się. Ba, tłumy też były.



          Z prawdziwą przyjemnością informuję wszystkich przyjaciół, znajomych i cały świat, że w mojej rodzinie pojawiła się druga wnuczka - księżniczka Maja.



          Maja urodziła się dzisiaj - 24 lipca 2013 roku, piętnaście minut po północy, pod znakiem Lwa. W chwili narodzin ważyła 3160 gram i mierzyła 53 centymetry. Jest rozkoszna, piękna i podobna do... całej naszej rodziny.
          Z tego powodu, że jedynactwo zaczęło być naszą rodzinną tradycją, bo ja, Asia i nasz syn Radek - wszyscy jesteśmy jedynakami, to pojawienie się Mai w rok i miesiąc po narodzinach Igi, rozwiązało problem rozwoju naszej familii definitywnie. Bardzo się z tego cieszę.
          Moja pierworodna wnuczka - księżniczka Iga już wczoraj rozkładając pasjansa próbowała zgadnąć dzień i godzinę pojawienia się na świecie siostry, ale jak widać poniżej, pasjans jej nie wyszedł.



Dzisiaj Iga jest już szczęśliwą siostrą i mam nadzieję, że do kart i wróżb będzie miała stosunek negatywny. Póki co wszyscy czekamy na... 



...powrót naszej księżnej Katarzyny z księżniczką Mają do domu.



          
29 czerwca, 2013

Zmiany i... wszystko po staremu

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:50
          Swego czasu, we Wrocławiu Jacek Zwoźniak - nieodżałowany przyjaciel mój, lider zespołu BABA, autor popularnej " Ragazza da Napoli" (Ragazz da Provinazia), laureat festiwali piosenek w Krakowie i Opolu, a także zdobywca "Złotego Knebla" na Przeglądzie Piosenki Zakazanej w hali "Olivia" w 1981 roku - opowiedział mi o znanym Muzyku taką oto anegdotkę:
Muzyk, który z Krakowa przyjechał do Wrocławia na festiwal "Jazz nad Odrą", po upojnej nocy w studenckim klubie Pałacyk obudził się w swoim pokoju w Grand-Hotelu usytuowanym naprzeciwko dworca.


klub Pałacyk

Ponieważ  czuł się podle, postanowił coś w sobie, na sobie, bądź wokół siebie zmienić. W pierwszym odruchu chciał udać się na dworzec i porzucić przyczyny swego stanu, lecz doszedł do wniosku, że choć przyczyny porzuci, to skutki pojadą razem z nim. Pomysł ucieczki więc zarzucił, ale kombinował dalej. Postanowił się przebrać, wedle zasady: skoro piłeś w garniturze, to kaca lecz w dresie i odwrotnie. Niestety, ponieważ jego wyjazd na festiwal miał znamiona ucieczki z domu, to z ciuchów miał ,co miał i właśnie to, co miał, to miał na sobie. W tej sytuacji wpadł - jak mu się wydawało - na genialny pomysł, by zejść do hotelowego fryzjera. Było pusto, rozsiadł się w fotelu i zamówił zgolenie niewielkiej brody, co to ją już jakiś czas nosił z fasonem. Fryzjer zamówienie przyjął, owinął szyję Muzyka białą szmatką, obficie namydlił mu brodę i poszedł do nieodległego kąta ostrzyć brzytwę. Trwało to dłuższą chwilą, a w tym czasie Muzyka zemdliło i to co miał w żołądku pojawiło się w umywalce będącej podstawą lustra zawieszonego na przeciwko bladego Muzyka. Gdy zjawił się fryzjer i zobaczył, co zobaczył, pragnący jakoś wybrnąć z niekomfortowej sytuacji Muzyk rzekł - Tak pan golisz, że rzygać się chce. Po czym wstał, wytarł mydło w szmatkę i wyszedł.
          Jak z powyższej opowiastki wynika, zmiany bywają czasem złudnym pomysłem na lepsze, ale bywa też, że są całkiem niezłym sposobem na nudę, bądź... nudności. Jeżeli nawet przestawienie mebli nie zmieni domowemu aranżerowi stanu posiadania, to niewątpliwie zmieni mu nastrój i humor. Młodzi ludzie dla poprawy jakości swego losu często zmieniają pracę, uczniowie szkoły, dziewczyny chłopaków, a małżonkowie małżonków. Tylko dzieci i starcy nie mają co zmieniać, bo albo jeszcze, albo już nie ma czego na co.
          Ja dzisiaj postanowiłem zmienić szatę graficzną swojej strony. A co? Niech będzie trochę inaczej. Przynajmniej przez jakiś czas. A że ostatnio widziałem się z końmi, to niech ta moja szata będzie trochę westernowa. I ha ha!
          Pisałem ostatnio o Matytach nad Jeziorakiem i o gospodarzach agroturystycznego gospodarstwa Przystań - Dorocie Paśko-Sawczyńskiej i Jacku Sawczyńskim. Tak, jak przypuszczałem, książka Doroty zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że postanowiłem, tym razem wraz z Asią, odwiedzić brzegi Jezioraka raz jeszcze. Po drodze zahaczyliśmy o miejsca opisane w książce - Wieprz i Gubławki, ale celem podróży były Matyty.



Jeziorak, jak zawsze...



przywitał nas najpiękniejszymi swoimi widokami. Przy pomoście "Przystani" cumowały trzy łódki...



a może tam cumować co najmniej osiem. Mogę więc do Matyt nie tylko dojechać, ale też przypłynąć i zawsze będę miał gdzie przycupnąć. I zrobię to! Jeszcze tu dobiję.



Przypłynę, bo mam wrażenie, że zawsze znajdzie się powód, by pogadać z Dorotą i Jackiem.

od lewej Asia Jacek i Dorota

Prócz Jezioraka w Matytach Sawczyńscy, jak pisałem, mają też konie. Od wyboru...



do koloru... A najwięcej rasy huculskiej. Jak mi wyjaśniła Dorota - są to konie wytrzymałe, dzielne, samodzielne i spokojne.



Można się w Matytach nauczyć konno jeździć i można sobie pojeździć, bo jest gdzie i jest pięknie.

Lekcja jazdy konnej w Matytach

O jednym jednak trzeba w Matytach pamiętać -  żal wyjeżdżać...



Ale zawsze można wrócić i... wszystko będzie po staremu.

PS. Opowieść o życiu panny z Weepers polecam z całego serca wszystkim, którzy lubią przyglądać się życiu z różnych stron.  Koniecznie zaś książkę Doroty pt."Z Weepers do Wieprza droga panny Preuss" powinni przeczytać wszyscy, którzy kiedykolwiek byli, są lub będą nad Jeziorakiem, na Jezioraku, bądź w tamtych stronach. Tę niezwykłą powieść zamówić można bezpośrednio u autorki, pisząc na adres: matyty@post.pl
Polecam gorąco!!!
15 czerwca, 2013

Przypadki, cuda i zbiegi okoliczności

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:36
          W cuda nie wierzę. Czasami, gdy słyszę, że ktoś coś boskopodobnego zobaczył na szybie, na drzewie, czy na niebie, to mam poważne wątpliwości… co do zdrowia psychicznego cudownie nawiedzonego. Frapuje mnie natomiast zjawisko przypadku i zbiegu okoliczności.
          W połowie ubiegłego tygodnia, surfując po Internecie natknąłem się na informację o interesującej książce autorstwa Doroty Paśko-Sawczyńskiej. Wszystkie dzwonki w mojej głowie zaczęły dzwonić, gdy przeczytałem tytuł: "Z Weepers do Wieprza droga panny Preuss"
          Od dziecka nazwisko Preuss łączyło mi się z nazwą wsi Wieprz, a dokładnie z wyspą Bukowiec na jeziorze Jeziorak, która z Wieprzem połączona jest groblą. Wyspa ta do epoki Gierka, należała do rodziny Pruessów, która to rodzina swe korzenie wywodziła z czasów, gdy na tym terenie niepodzielnie rządzili Prusowie, zwani tu Pomezanami. Wyspę Prusowie nazywali Wepren. Ja wyspą na Jezioraku zainteresowałem się już jako młode chłopię, gdy na wyspie tej byłem uczestnikiem obozu żeglarskiego zorganizowanego przez klub mojego ojca - Yacht Klub Stoczni Północnej. Pamiętam, że szefem i komendantem obozu był przemiły i nadzwyczaj spokojny Stanisław Paszko - na zdjęciu poniżej pierwszy po lewej stronie. Zdobyłem wtedy swój pierwszy stopień żeglarskiego wtajemniczenia - stopień Żeglarza. Pamiętam, że na wyspie było gospodarstwo, że mieszkał tam ktoś z Preussów i pamiętam, że był tam też mały cmentarz rodzinny.



          Na zdjęciu powyżej ja, to ten jasnowłosy młodzian, drugi z prawej, a obok mojej Mamy ubranej w białe spodnie, stoi mój Tato wyraźnie zachwycony harcersko-żeglarskim obyczajem zbierania się rano i wieczorem.  Zdjęcie przedstawia apel uczestników obozu na wyspie Bukowiec w roku 1966. Cóż to były za czasy...  Kto zaglądał już do mojego blogu, bądź czytał powieścio-gawędę „Widłąg”, ten wie, że tereny wokół Iławy są mi szczególnie bliskie, bo stamtąd pochodzi moja rodzina od strony ojca i tam, na Jezioraku spędzałem przez ponad dwadzieścia lat  wszystkie swoje dziecięce i młodzieżowe wakacje.
Zapisałem sobie adres strony z informacją o książce, by zaraz po powrocie z wyprawy, jaka mi się szykowała właśnie w tamte strony, móc ją zamówić.
          Mój wyjazd wiązał się z zaproszeniem na urodziny Piotra Bakala – barda, pomysłodawcy i głównego organizatora Ogólnopolskiego Przeglądu Piosenki Autorskiej, którego to Przeglądu Nr.1 w 1978 roku byłem laureatem. Piotr nie tylko wymyślił ten festiwal, ale przez lata "rozbudowując" go i uparcie promując sprawił, że piosenka autorska ma dziś swoje, zauważalne miejsce w polskiej kulturze.
          Nim jednak do Piotra dotarłem, jak zawsze przejeżdżając przez Małdyty skręciłem na Morąg. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności popatrzenia na Kanał Elbląski, który tyle razy wiódł mnie ku szczęściu....

Kanał Elbląski fot. W Chyliński
fot. W. Chyliński

i na jezioro Ruda Woda, na którym pierwszy raz w życiu, kilkuletniemu szkrabowi, ojciec pozwolił - w ramach uczenia syna żeglarstwa - na prawie godzinny, mój pierwszy, samotny rejs.


fot. W. Chyliński
 
          Niecały rok temu życiowa partnerka Piotra – Kasia Byks nabyła między jeziorem Ruda Woda, a Jeziorakiem urocze siedlisko położone wśród naprawdę pięknych okoliczności przyrody.


fot. W.Chyliński

          Właśnie tam, do domu Kasi i Piotra dojechałem w końcu w ubiegły piątek, jadąc niespiesznie z Gdyni krajową siódemką. Jechałem krótko, nieco ponad godzinę i dziwiłem się, że to tak szybko, że tak blisko. Łódką z Gdańska do Małdyt płynęliśmy dwa dni. Przez myśl mi nawet przeszło, że ta odległość się skróciła nie dzięki nowej drodze i mocy silnika, ale przez czas, który coraz szybciej mi upływa. Ot, po prostu...
Na miejscu zbierali się już zaproszeni goście - przyjaciele Piotra i Kasi.

U kasi i Piotra na Mazurach fot. M Cofta
fot. Mariusz Cofta

          Wśród gości byli też moi starzy znajomi, a wszyscy szczególni, niezwykli i serdeczni. Był m.in.Tomek Kordeusz, z którym ostatni raz widziałem się na festiwalu w Opolu w 1987 roku

Tomek Kordeusz
fot. W. Chyliński

Wtedy, w Opolu jego piosenka „Mamy po dwadzieścia lat” śpiewana przez Halinę Benedyk święciła prawdziwe tryumfy, a Tomek chodził w glorii i chwale. Wygrał tamto Opole, a piosenka była przebojem.



          Cieszyłem się więc ze spotkania tylu pięknych ludzi, cieszyłem z pięknej pogody, z chwili odpoczynku, oddechu i zapomnienia wspomaganego nieco alkoholem.
Bawiliśmy się do białego rana, pospołu śpiewając, żartując i sycąc własnym towarzystwem.
Wśród gości Kasi i Piotra było też małżeństwo, które zaprosiło nas wszystkich następnego dnia do siebie. Mieszkali niedaleko, parę kilometrów dalej, w  małej wsi położonej nad Jeziorakiem.


fot. Mariusz Cofta

          W sobotę pojechaliśmy więc w gościnę do Matyt, bo tak zwie wieś, do której nas zaproszono. Tam okazało się, że moi nowi znajomi od kilku lat z dużym sukcesem prowadzą piękne gospodarstwo agroturystyczne „Przystań”. Ona, absolwentka AWF w Poznaniu i SGH w Warszawie, on artysta plastyk po ASP w Krakowie odnaleźli się, gdy któregoś lata on przypłynął do niej na jachcie o znaczącej i proroczej, jak się okazało, nazwie „Losu Dar”. Ten los sprawił, że teraz mają dwójkę dzieci, hotelik, małą restaurację, 20 hektarów ziemi, 20 koni i przy domu własny pomost na moim ukochanym jeziorze. Dane mi było zwiedzić ten dar, to gospodarstwo, zobaczyć pokaz akrobacji na koniach i miło pogawędzić o życiu z uroczym i bardzo inteligentnym Stasiem - synem gospodarzy. Siedząc ze Stasiem na łące, jak na obrazie Chełmońskiego, mogłem tylko podziwiać i zachwycać się nieskończenie wszystkim co widziałem.


fot. Mariusz Cofta

          I wszystko byłoby równie piękne i niebywałe, gdyby nie to, że najpiękniejsze i najdziwniejsze miało dopiero nastąpić. Zorientowałem się w pewnej chwili rozmowy z gospodynią "Przystani", iż mam do czynienia nie tylko z Panią na Matytach, ale też z autorką książki, o której dwa dni wcześniej tak intensywnie myślałem, i którą to książkę obiecałem sobie przez Internet rychło zamówić.
Jeżeli to nie był przypadek, to musiał to być niezwykły zbieg okoliczności, bo w cuda, jak napisałem na początku, to ja nie wierzę.
          Z Matyt wyjechałem z książką i z miłą w niej dedykacją, z której wynika, że moje piosenki towarzyszą Dorocie od prawie trzydziestu lat. Wyjechałem też, mam nadzieję, z nową przyjaźnią.
          Po powrocie do domu okazało się, że pierwszą czytelniczką książki Doroty Paśko-Sawczyńskiej chce być moja Mama. Już po przeczytaniu kilku stron dotarły do mnie jej słowa – Boże, to jest tak napisane, że wszystko jest jak żywe. Jakbym tam była, a przecież tyle lat już po Jezioraku nie pływałam. A pamiętasz ten maleńki, rodzinny cmentarzyk Preussów na wyspie?
Teraz ja zaczynam lekturę i już wiem, że będzie to dla mnie wzruszające zajęcie i pięknie spędzony czas. Wiem też, że do gospodarstwa "Przystań", gdzie Dorota z Jackiem "... piękne pędzą chwile, gościnnością otoczony, przyjmowany mile..." będę wracał. Polecam wszystkim książkę Doroty, miejsce Matyty, gospodarstwo "Przystań" i tych wszystkich wspaniałych ludzi, których spotkałem nad cudownym jeziorem Jeziorak.


06 czerwca, 2013

Czemu ja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:37
           –  Czemu ja? – pytał mój syn, gdy prosiliśmy go, by coś zrobił. Ledwo zaczął chodzić i mówić, a już bronił swojej odrębności, indywidualności i świętego spokoju. –  Temu, że cię prosimy, temu, że masz być z nami, a nie osobno i temu, że nas kochasz, jako i my ciebie kochamy – odpowiadałem, ale pomagało tylko do następnego razu, następnej prośby czy polecenia. Potem „czemujowanie” jakoś przeszło i tylko przezwisko do Radka na dłużej przylgnęło: „Czemuja". A i o tym przezwisku pewnie całkiem bym zapomniał, gdybym kilka dni temu nie zobaczył w TVN napisu na pasku z pytaniem, które się zaczynało od pięknego słowa „Czego":


 
          Gdyby to pytanie „Czego...?" dotyczyło jeszcze czego innego... ? Ale ono dotyczyło oświaty, więc się zdziwiłem. Z powyższego zdjęcia wynika jasna odpowiedź, dlaczego rodzice masowo rezygnują ze szkół publicznych – rezygnują, bo widzą w TVN do czego prowadzi niezrezygnowanie. Nie czepiam się stacji TVN, a gdzieżby tam, nawet bardzo ją lubię i oglądam bez przerwy,  mimo że mi kiedyś nie zapłaciła za wywiad, co sama zaproponowała. Widać po tym pasku, że TVN nadal nie ma pieniędzy i oszczędza kosztem jakości.
         Krzysztof Kowalkowski, przyjaciel mój i dawny sąsiad, o którym czasami tu wspominam, a który nie dość, że tyra w normalnej, urzędniczej pracy, to zanurzył się też po same uszy w pisarstwie i wydał kolejną książkę. Tym razem nie jest to monografia, którejś z pięknych, kociewskich miejscowości, ale rzecz o polskim pilocie, który zginął nad Holandią – Alojzym Gusowskim. Krzysztof do pracy nad tą książką przyłożył się tym bardziej, że bohaterem jego dzieła jest wujek jego żony. Niedawno w Holandii odbyła się miła uroczystość, o której napisano nawet w ichniejszej gazecie:


          Wciąż słyszymy o tym, że ktoś za granicą odniósł sukces i mu cały świat gratulował. Tymczasem Krzysztof pojechał do Holandii, by pogratulować i podziękować Holendrom. To miły i rzadki gest, zważywszy na okoliczności. W holenderskiej gazecie napisali o tym tak:
Raalte: – Na początku stycznia została w Polsce zaprezentowana książka poświęcona Alojzemu Gusowskiemu. Ten polski pilot zginął w katastrofie wraz z innymi członkami załogi 20 czerwca 1942 r. w okolicach Schoonheten, podczas powrotnego lotu z Osnabruck, po zbombardowaniu tego miasta. Jeden z Polaków przeżył tę katastrofę, czterech innych, między innymi Gusowski, zginęło.
We wtorek po południu polski autor książki przekazał ją burmistrzowi gminy Raalte
Pietowi Zoonowi. Tą ceremonią chciał autor książki Krzysztof Kowalkowski i jego małżonka Elżbieta, bratanica Gusowskiego, przekazać swoje wielkie uznanie za utrzymywanie grobów pilotów na cmentarzu miejskim przy ulicy Westdorplaan, gdzie znajduje sie ich ostatnie miejsce spoczynku. Jest dla nas wielkim zaszczytem fakt, ze historia o II wojnie światowej zostaje przekazywana uczniom, którzy zaangażowani są i biorą udział w obchodach uroczystości przy grobach polskich pilotów” mówiła Elżbieta płynnie w języku angielskim. Również wyraziła swoje wielkie uznanie dla pracy swojego męża, który z małej książki o Gusowskim w miarę upływu czasu, mając coraz więcej informacji i zdjęć, powiększył ją do 135 stron. To jest znaczące osiągnięcie dla mojej rodziny!”. Podziękowała również rodzinie Wassing, którą poznała w 1985 r. Appie Wassing jest od kilkunastu lat aktywnym członkiem Towarzystwa Przyjaciół Polskiego Dziecka raaltowskiego stowarzyszenia, i on też był zaangażowany w uczczenie pamięci poległych pilotów. Rodziny czterech poległych pilotów również wtedy przyjechały do Raalte i od tego czasu ze wszystkimi utrzymywany jest kontakt. W czasach, gdy w Polsce panował komunizm, musiano organizować się po kryjomu. Dzwoniliśmy wtedy późnym wieczorem, ponieważ była większa szansa na to, żeby nie być podsłuchiwanym przez służby sowieckie” śmieje się Wassing. Liczne kontakty z Polakami doprowadziły do tego, że ma polskiego zięcia i polską synową.
Burmistrz Piet Zoon również wyraził swoje uznanie.  Życiorys Gusowskiego chce wykorzystać w nadchodzących obchodach około 4 maja. Razem z Wassingiem i Richardem Woolderinkiem, autorem książki
Raalte w czasie wojny”, miał krótką rozmowę o rodzinach poległych pilotów, które planuje zaprosić do Raalte w maju 2014 albo 2015 r., aby wspólnie  obchodzić uroczystości związane z Dniem Zwycięstwa.
 Tłumaczenie: Elżbieta Wassing
          Podziwiam Krzyśka za jego badawczą i pisarską pasję. Nie pyta „Czemu ja?", nie docieka „czego" mu tak mało płacą za tak dobrą robotę, tylko robi pożyteczne, piękne i porządne rzeczy. Miło mieć takich ludzi, jak Krzysztof, za przyjaciół. Gratuluję Ci, Krzysiu, książki i gestu – i dziękuję, że jesteś.
          U nas też będzie wielka uroczystość.  Za kilka dni moja wnusia Igusia skończy roczek.

Iga Chylińska

          Od jakiegoś czasu czekaliśmy na jej pierwszy krok. Wszystko wskazywało, że ten pierwszy w życiu krok Iga zrobi przed urodzinami i stało się – od dwóch dni nasza wnusia Igusia chodzi sama, bez niczyjej pomocy. Może niezbyt pewnie, ale za to uparcie stawia nogi na ziemi, a resztę na swoim.

Igusia i Asia Chylińskie

          Radość w związku z tym ogarnęła nas wielka i końca jej nie widać. Nie ukrywam, że trochę z niepokojem będę teraz czekać na Igi pierwsze słowa i zdania. Mam nadzieję, że nie będzie to pytanie: – Czemu ja?
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY