02 kwietnia, 2014

Co było - będzie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:03
           Za sprawą pewnego bardzo sympatycznego hanysa – Marka Łukaszczyka, który namówił mnie i Adama Drąga do wspólnych koncertów, po raz kolejny przekonałem się, że przyjaźnie z dawnych lat wciąż są żywe. Zagraliśmy ostatnio z Adamem w Szczecinie i Chorzowie bardzo udane koncerty... I wspólne przebywanie na scenie spodobało nam się na tyle, że wcale nie zamierzamy na tym poprzestać. Przyklepujemy teraz w naszym kalendarzu kolejne terminy i już się cieszymy na wspólne śpiewanie.

od lewej Adam Drąg i Waldemar Chyliński

          Przy okazji naszych podróży zdarza się, że z Adamem zaczynamy wspominać stare lata, starych znajomych i dawne imprezy. Pewnie to wynik tego, że śpiewamy na koncertach swoje stare piosenki, które wszyscy na widowni znają i śpiewają z nami. Słuchacze mają z tymi piosenkami wiele, często bardzo osobistych wspomnień, o czym po koncercie czasem opowiadają.
          Z nami nie jest inaczej. Mnie np. wiele piosenek przypomina zdarzenia, anegdoty i historie związane z Jackiem Zwoźniakiem, o którym w Codziennościach pisałem kilka razy. Ponieważ Adam także ceni twórczość Jacka, postanowiliśmy, że włączymy do naszego repertuaru kilka jego piosenek, mając nadzieję, że w ten sposób inni o nim też nie zapomną. Jacek 17 marca obchodziłby swoje 62. urodziny. 
          A skoro o Jacku mowa, to przypomnę poniżej zaktualizowane nieco wspomnienie, które kiedyś napisałem dla Strefy Piosenki.

Jacek Zwoźniak i Waldek Chyliński

          Tak jak dziś, był piękny i słoneczny dzień. Rok 1977. Mieszkaliśmy w akademiku przy ul. Żołnierskiej w Olsztynie. W pokoju 806. Wróciliśmy właśnie z koncertów, które graliśmy w Katowicach. Jacek chciał odespać podróż, ja poszedłem do łazienki się odświeżyć. W łazience na półce stał szampon „Sylwia”, którym wymyłem włosy. Nie wiem dlaczego, ale nagle przyszło mi na myśl, że gdyby tak kiedyś urodziła mi się córka, to dałbym jej na imię Sylwia. Po powrocie do pokoju odkryciem imienia swojej ewentualnej córki podzieliłem się z drzemiącym Jackiem. Mruknął coś w rodzaju: – No, no, to byś dopiero dziecko uszczęśliwił… – i zasnął.
          Myślałem wtedy, że chodzi mu o nazwę szamponu, ale jak się później boleśnie okazało, chodziło mu o mnie.
          Znaliśmy się jak łyse konie. Jacka poznałem na pierwszej Yapie w Łodzi w 1974 roku, występował tam z założoną przez siebie grupą BABA, którą tworzył wraz z Kubą Wenclem i Markiem Ferdkiem.

grupa BABA Jacek Zwoźniak, Marek Ferdek i Kuba Wencel

          Nazwę BABA Jacek tłumaczył jako skrót: Bezmiar Atrakcji Bez Ambicji, bądź: Byli Alkoholicy Byłym Abstynentom. Coś wtedy musiało być w powietrzu, bo tak, jak ludziom zdarzają się miłości od pierwszego wejrzenia, tak nam, młodym wtedy artystom, od pierwszego wejrzenia zdarzyła się przyjaźń. Ja w Jacku podziwiałem talent satyryczno-muzyczny, on chyba cenił moją niezborną, poetycką naturę.
          Dzięki Zwoźniakowi odbyłem, wraz z jego BABĄ, swoją pierwszą, normalną, artystyczną trasę koncertową po Zielonogórskiem. Dzięki Jackowi nabrałem do siebie trochę dystansu i odnalazłem, dotąd mi nieznane, inne punkty widzenia świata. Moje melancholijne do tej pory teksty dzięki niemu z czasem zaczęły się uśmiechać, bywały pogodniejsze. Gdyby nie Jacek pewnie wiele rzeczy nigdy by się w moim życiu nie zdarzyło, pewnie o wielu rzeczach nie miałbym pojęcia, pewnie na świat dzisiaj patrzyłbym zupełnie inaczej i w związku z tym pewnie byłbym zupełnie innym człowiekiem.
           Jak wspomniałem, Jacek był niezwykle utalentowanym facetem, który z muzycznym łączył talent literacki. Był niezastąpionym kompanem podczas wszelkich biesiad i przyjacielskich spotkań. Ileż to pięknych dni i nocy spędziłem z Jackiem w jego rodzinnym Wrocławiu, po którym oprowadzał mnie z żarliwością prawdziwego miłośnika miasta. Na niezliczonych, wspólnych koncertach z wielkim smakiem trawiliśmy najlepsze lata naszego życia, aż pewnego dnia Jacek odkrył dla siebie piosenkę „Dzień na kacu”, którą napisałem kiedyś wraz Elą Adamiak, podczas podróży na FAMĘ. Tak się z tą piosenką utożsamił, że dopisał trzecią zwrotkę, która idzie tak:

                    Ptaszek idiota ci znów
                    W drewnianej głowie się telepie.
                    Nie masz nadziei, bo któż
                    Przekona cię, że będzie lepiej.

          Potem już zawsze razem (widać to na pierwszym zdjęciu powyżej) śpiewaliśmy tę piosenkę na koncertach i była ona przyjmowana z ogromnym aplauzem – i z dużym zrozumieniem... treści.
          Gdy w marcu 1980 roku moja żona pojechała do szpitala rodzić dziecko, modliłem się w duszy, by nie była to dziewczynka, bo jak z taką, Jackową przepowiednią o córce poety miałaby żyć:

                    Nie przychodź ty mała na świat.
                    I nie daj się zrobić przypadkiem.
                    Poecie łatwiej, to fakt,
                    Zbałamucić twą przyszłą matkę...


          Jackowi często zdarzało się opisywać przyjaciół w swoich piosenkach. Gdy słyszę w „Ragazzo da Napoli” fragment:

                    Twój ragazzo forda capri ci nie kupi,
                    „Buona notte" pewnie też nie powie ci.
                    Jeszcze wierzysz, że dla ciebie śpiewa Drupi.
                    Ciao bambino, spadaj mała, tam są drzwi...


… to wiem, że chodzi o pięknego, czerwonego Forda Capri, którego właścicielem był ojciec Andrzeja Swacyny, a którym to Fordem Andrzej czasem w Kętrzynie zadawał szyku.
          Gdy natomiast słyszę w piosence „Plaga zaimków” fragment:

                    Raz poeta, chyba z Pruszcza,
                    zaczął problem mi wyłuszczać,
                    że choć człowiek niby wolny,
                    jeszcze młody, bardzo zdolny,
                    to mu stoi w oku solą,
                    że mu śpiewać nie pozwolą...


… to doskonale zdaję sobie sprawę, że Jacek przytoczył pewien fragment naszej rozmowy. A ja poetą chyba z Pruszcza... Gdańskiego, a nie z Gdańska, zostałem w tej piosence tylko dlatego, by Jacek miał rym do słowa: „wyłuszczać”
           Wspominam Jacka, ale myślę też o wszystkich przyjaciołach, z którymi w tamtym czasie tworzyliśmy – razem z Jackiem – niezwykle kolorową „paczkę”. Wraz z Jackiem w samochodzie, w wypadku pod Wrocławiem, w 1989 roku zginął Kuba Wencel, z którym Jacek związany był od dzieciństwa. Obaj mieli po 37 lat. Wracali z koncertu w Danielce.
          Andrzej Swacyna, nasz serdeczny przyjaciel, który przez te wszystkie szalone lata grał ze mną na gitarze, także był admiratorem talentu Jacentego – jak lubił Zwoźniaka nazywać. Za kilka dni, 10 kwietnia, minie 14 lat, jak Swacynki z nami nie ma.

Andrzej Swacyna

          Nie ma też Marka Ferdka, zwanego Solowym, który był znakomitym muzykiem – tym trzecim w trio BABA. W styczniu skończyłby 60 lat. Po odejściu Marka, które definitywnie zamknęło żywą historię zespołu Jacka, napisałem piosenkę pt. „Co się stało”:

                    Jeszcze niedawno z kropli potoki,
                    Jeszcze niedawno z chwili godziny,
                    Jeszcze niedawno radość ze słoty,
                    A dzisiaj jesień z wiosną mylimy.
 
                    Jeszcze niedawno w porywach uczuć
                    Błogosławiona naiwność słów,
                    A dziś bezsenne noce bez butów
                    Wychodzą z życia w martwotę snu.
..

          Dziś piosenkę tę śpiewa zespół Wolny Przedział i można ją znaleźć na jego płycie. Pisząc w 2010 roku piosenkę „Co się stało” nie wiedziałem, że pytanie w niej zawarte powtórzę już rok później w Olsztynie.
         W sierpniu 2011 roku pożegnałem w Olsztynie Zbyszka Rojka, który na początku grał ze mną na basie, a potem zakładał z Andrzejem Janeczką „Trzeci Oddech Kaczuchy”. Później tworzyliśmy razem zespół i pierwszy program zespołu „Kaczki z Nowej Paczki”. Na początku bieżącego roku Zbychu też świętowałby jubileusz sześćdziesięciolecia.

Asia i Zbyszek Rojkowie

          Z całej tej muzycznej paczki zostałem właściwie już  tylko ja i dzięki Bogu wciąż jeszcze mogę ich wszystkich wspominać.
          A co do „Córki poety”... Gdy tę piosenkę pierwszy raz usłyszałem, to szlag mnie trafił równo i własnym uszom uwierzyć nie mogłem. Pokłóciłem się wtedy z Jackiem okropnie, ale nie na długo, bo jak z takim śmiesznym okularnikiem, który przez całe życie żałował, że nie urodził się Johnem Lennonem, można było się kłócić. Zrewanżowałem mu się zresztą później, gdy napisałem „Piosenkę wariata”, pisząc o nim m.in.

                    ... Mówią psychiczny o mnie,
                    Mówią wariat prawie,
                    Gdy się w tramwaju pytam
                    – Po co jest ten tłok?
          ref.    
                    Nie mogę wyjść
                    Ani przyjść,
                    Ani się położyć.
                    Nie mogę wstać
                    Ani spać,
                    Ani siku zrobić...


          Tyle wspomnień na dzisiaj.
          Mam nadzieję, że dzięki koncertom z Adamem, które przed nami, co było – wciąż jeszcze będzie, więc serdecznie zapraszamy na wspólne śpiewanie i dalsze przyjaźnienie się.

          PS.
          Przy okazji wspominania przyjaciół pamiętam też, że 27 marca minęła 88. rocznica urodzin Lucyny Legut, która trzy lata temu, ku smutkowi widzów, fanów i przyjaciół podpisała kontrakt na wieczność ze sceną Niebieskiego Teatru. Kochana Lucha, znakomita pisarka, malarka i bardzo popularna na Wybrzeżu aktorka, o której też wiele razy w Codziennościach pisałem i z którą bardzo przyjaźniłem się w ostatnich latach jej życia, wciąż ciepło tkwi mi w pamięci, a gdy o niej wspomnę, to wspomnienie cudownie poprawia mi humor.

Lucyna Legut i Waldek Chyliński

          


                                                         
 
   
14 marca, 2014

Wojna, pokój, czacza i coś jeszcze

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:29
             Nie było w nim nic nadzwyczajnego. Ot, przeciętny facet, niezbyt wielkiego wzrostu, z uśmiechem od ucha do ucha i słabym, ale wyczuwalnym, góralskim zaśpiewem w głosie. Siedziałem z Asią przy stoliku w mesie małego, starego statku wycieczkowego i czułem się jak inżynier Mamoń. Zdaje się, że żona tego gościa miała na imię Halinka i, podobnie jak mąż, życie traktowała z humorem. Ucieszyłem się, że z tak pozytywnie do życia nastawionymi ludźmi przyjdzie nam w tym rejsie spędzić przy jednym stole trochę czasu. Pani Halinka z Asią błyskawicznie znalazły wspólne tematy do rozmowy. Nam, facetom, z początku poznawanie się szło dość opornie. On miał na imię Wojtek i był moim rówieśnikiem. Wtedy mieszkał w Katowicach.
          Nasz statek, który od dawna powinien golić radzieckie brody, kołysał się wśród fal, a my bujaliśmy się płynąc nim od portu do portu po Morzu Czarnym, gdyż mojej żonie przyszło jesienią do głowy, że grudzień tamtego, 1988 roku najpiękniej spędzimy w rejsie od Odessy do Batumi.
          Niezbyt chętnie dałem się namówić na tę eskapadę. W mojej rodzinie wciąż żywe były wspomnienia z czasów wojny. O agresorach z 1 września 1939 roku i tych z 17 września bardzo źle u nas mówiono. Niemców i Rosjan nie lubiano. Nie pomagało istnienie NRD i nie pomogły obowiązkowe lekcje rosyjskiego czy lektury o Arteku. Moje osobiste doświadczenia też nie zachęcały do podróży. Kilka lat wcześniej wraz z Elą Adamiak...
        
Ela Adamiak

...i Andrzejem Poniedzielskim odwiedziliśmy Moskwę i Leningrad. Dziwna, śmieszna i straszna jednocześnie była to wizyta. Pojechaliśmy tam z koncertami i mieliśmy według organizatorów dziesięć dni na zapoznanie się z tym „rajem na ziemi". W stolicy światowego proletariatu niespodziewanie, poza planem podróży, zostaliśmy zaproszeni do Teatru na Tagance, gdzie mieliśmy zaśpiewać kilka ballad i poznać Włodzimierza Wysockiego. Nie poznaliśmy, bo nasz „propusk” na stolicę kończył się dzień przed możliwym spotkaniem z Wysockim. Choć bardzo nam zależało, to nikt się tam naszym problemem (pozornie) nie interesował i nikt z ambasady pomóc nie chciał. I choć do następnego koncertu w Leningradzie mieliśmy jeszcze trzy dni, nikt nie chciał z nami rozmawiać o przedłużeniu wizyty nad rzeką Moskwą. A wszystko przez Poniedzielskiego, któremu zachciało się już podczas pierwszego koncertu zaśpiewać „Balladę o Kołobrzegu". W piosence tej chodziło mniej więcej o to, że na plaży w Kołobrzegu koło brzegu bawiło się dziecko, które w pewnym momencie poszło sobie pływać. Pływało, a potem ...przyszła fala, ta, co zmywa i małe dziecko już nie pływa...  Utonęło, ale po pewnym czasie, choć nieżywe, to jednak wraz z falą wypłynęło na brzeg z powrotem. Z faktu tego wypłynięcia Andrzej w swej balladzie morał wysnuł taki, że ... najlepiej jednak graniczyć z morzem, bo co zabierze, to zawsze zwraca... Moje słowa, że ...chciał jeszcze coś powiedzieć, chciał jeszcze wytłumaczyć, w życiu o prawdę mu szło... i że ...on zamiast drzwi odnalazł w domu mur, krat w swoim oknie splot... takiego wrażenia, jak to utopione dziecko, na radzieckich komunistach nie zrobiły.Koncert Wałów Jagiellońskich - Waldemar Chyliński
          Po powrocie do Polski Andrzej Poniedzielski otrzymał zakaz występów, którym początkowo bardzo się przejęliśmy. Szybko jednak okazało się, że wszyscy, łącznie z tymi, którzy ten zakaz wymyślili, mają go głęboko w d...użej niepamięci. Bez przeszkód więc kontynuowaliśmy nasze koncerty. W Polsce w tamtym czasie wolność słowa była oczywiście ograniczana, ale nie na tyle, byśmy nie mieli okazji się wyrażać. Wyrażaliśmy się więc na takich koncertach, jak ten na zdjęciu, który był firmowym koncertem Wałów Jagiellońskich pt. „Wars wita was". Wyrażaliśmy się w sposób nieco zawoalowany i metaforyczny, ale się wyrażaliśmy na tyle jasno, że kto chciał ten zrozumiał. U „zbawców świata" za wschodnią granicą jakiekolwiek wyrażanie się było rzeczą nie do pomyślenia. A ja – że się tak wyrażę – nigdy nie czułem się zbawcą świata. Natomiast, jak dzisiaj patrzę, byłem wtedy szczupły i młody, że o piękności już nie wspomnę. I to przez tę piękność tamten czas wspominam mile.
          Wracając do rejsu... Czacza to gruziński bimber, pędzony z mandarynek. Lany w szklanki zamiast wina i wzmacniany długimi a kunsztownymi toastami, wygłaszanymi przez gościnnych i życzliwych Gruzinów, po trzecim toaście wydaje się być biletem do siódmego nieba. Przekonałem się o tym pewnego dnia rejsu, gdzieś między Batumi, Poti, a Jałtą, gdy pewien Gruzin zaprosił mnie i Wojtka do swojej kabiny. Od początku było pięknie, gościnnie i wesoło. Czacza była pyszna, toasty długie, zabawa przednia. Rzecz w tym, że nie pamiętam, jak się przyjęcie skończyło. Rano okazało się, że ból głowy po czaczy jest całkiem znośny, tylko Asi było żal... Gruzina. Wyszło bowiem, że Gruzin nie tylko okazał się życzliwym i gościnnym gospodarzem tego męskiego przyjęcia, ale też uczynnym człowiekiem. Ugościł, a po przyjęciu wskazał drogę do żony i kabiny, gdy okazało się, że toasty dla były mnie ciut za długie, to w pomocy nie ustał i na własnych plecach do tejże kabiny i żony mnie zaniósł, nie bacząc na sztorm i rozhuśtany pokład. Na koniec rejsu Gruzin, który był marynarzem i płynął do Odessy, by zamustrować na statek do Singapuru, oprowadził nas po tym ulubionym mieście Aloszy Awdiejewa. Tak się Gruzin w roli przewodnika zapamiętał, że o swojej pracy zupełnie zapomniał. Gdy się okazało, że jego statek odpłynął bez niego, skwitował to z uśmiechem: – Ne uwidi Gruzin Singapura, i Singapur ne uwidi Gruzina, ot żyzń... Pożegnał się z nami i spokojnym krokiem przeszedł sobie do mojej historii, znikając za rogiem.
          Gdyby nie ten Gruzin, nie ta czacza i coś jeszcze, to cały ten szary, mokry i nijaki rejs można by było łatwo zapomnieć, a to, co by zostało, zamknąć w rozdziale „Stracony czas". Organizatorzy zadbali, byśmy z mieszkańcami odwiedzanych ziem kontakt mieli dość umiarkowany i bardziej handlowy niż poznawczy. Płynąc do Batumi i z powrotem odwiedzaliśmy porty Związku Radzieckiego, choć dla nas wszystko to była Rosja. Dopiero potem historia wykreślała zakłamane hasła z reklamowych ulotek biur podróży. Nie wszędzie była Rosja i nie wszyscy byli Rosjanami, choć jak dzisiaj widać – Rosjanie bardzo by tego chcieli.
          Wspominam tamtą wyprawę nie tylko ze względu na dzisiejszy gorący czas na Krymie, który grozi wybuchem strasznej wojny. Wspominam go również ze względu na dwa złote medale w skokach narciarskich, które dopiero co na olimpiadzie w Soczi – też tam dopłynęliśmy – zdobył Kamil Stoch.
          Gruzin, Odessa, Ukraina, Rosjanie, Krym, Batumi, medale, Soczi, olimpiada, Poniedzielski i morze w Kołobrzegu, które w przeciwieństwie do Rosjan, co zabierze, to zawsze zwróci... – wszystko to łączy mi się teraz w jedno. Spoiwem tych wszystkich nazw, pojęć i wartości w tej opowieści jest  towarzyszący nam przy stole podczas tamtego rejsu... 

Wojtek Fortuna 

... Wojtek Fortuna, pierwszy w historii Polski złoty medalista olimpiady zimowej w skokach narciarskich, który, jeżeli dziś pamięta tamte dni, to pewnie dlatego, że Gruzin przed wypiciem czaczy, gdy wygłaszał toast, mówił jakoś tak: – Wypijmy za to, by nam się w szczęśliwych rodzinach szczęśliwie dzieci rodziły, a szczęśliwi staruszkowie u kresu życia z uśmiechem szli witać się z Bogiem. By nam tutaj, w tym naszym ogrodzie życia los sprzyjał łaskawie i smutek codzienny rozpraszał. By wśród ludzi złej krwi, zawiści i nienawiści nie było, a między narodami wojen. By wszystkim ludziom muzyka radość przynosiła, a światu pokój. Wypijmy za to i za nas, byśmy szczęśliwie zawsze do spokojnych portów zawijali, i byśmy zawsze mogli śpiewać.

 

          Ciekawe, czy Rosjanie, którzy dzisiaj tak licznie popierają wojenną i imperialną retorykę swojego führera, widzą gdzieś w tej burzy i w tym sztormie szczęśliwy port, do którego będą mogli cali i zdrowi zawinąć w przyszłości? Wątpię. Nic tak nie ogłupia, jak narodowa fobia i nic tak nie wykańcza, jak mocarstwowa demagogia.

          PS.
          Niedawno z Adamem Drągiem byłem gościem szczecińskiego Browaru Polskiego, gdzie wystąpiliśmy na wspólnym, autorskim koncercie. Jak wieść potem niosła – koncert bardzo się udał.



W związku z tym, że z Adamem na scenie dobrze nam razem, informuję, że 21 marca br. planujemy przeżyć podobny, równie udany jak w Szczecinie, wieczór. Bardzo serdecznie wszystkich w imieniu Adama i swoim zapraszam do Leśniczówki w Chorzowie. Niech śni się lasom las...

          PS.2
          W związku z wątpliwościami, co do dokładnej daty wyżej opisanego rejsu, wymagających czytelników proszę, by przyjęli informację, że rejs po Morzu Czarnym odbył się w latach osiemdziesiątych. Ustaleniu dokładnej daty poświęcę osobny wpis, po przeprowadzeniu drobiazgowego śledztwa. :) 
07 lutego, 2014

Z lamusa

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:24
          Wszystko zmienia się w takim tempie, że nadążyć nie sposób. Wziąłem wczoraj do ręki gitarę, a że przyplątała mi się jakaś nowa melodyjka, to chciałem ją zapamiętać. Odnalazłem na dnie szuflady dyktafon i starym sposobem chciałem nowy motyw nagrać. Nacisnąłem na klawisz i... nic. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że dyktafon nagrywa na maleńkiej taśmie kasetowej, której w środku nie ma. Szczęśliwie wśród jakichś starych rupieci taką taśmę odnalazłem. Nie wpadło mi do głowy, że mógłbym swój pomysł nagrać na komputerze, tablecie, czy telefonie, który leżał obok.
          Dobrą chwilę trwało, nim olśniło mnie, że srebrzysty, prawie nieużywany i leżący przede mną dyktafon oraz maleńka taśma w kasecie, wciąż jeszcze fabrycznie zapakowana w folię, to już przeżytki – obiekty muzealne i relikty przeszłości. Nie do wiary...
          Bez fanfar i kampanii reklamowej, jakiś czas temu moje „Codzienności” wzbogaciłem o link do podstrony, na której ogłaszam, że mam do sprzedania obie swoje autorskie płyty.
          Kto z prawej strony  bloga zauważy link „Tu do nabycia”, kliknie i przeczyta, ten dowie się, że mam na zbyciu coś, czego nigdy nie miałem w nadmiarze. Właściwie to nigdy nie miałem tyle, bym mógł oferować do sprzedaży. A teraz, po dziesięciu latach od wydania, mam i polecam.
          Mimo braku reklamy i mało widocznego linku, muszę się pochwalić, że moje płyty wciąż znajdują nabywców. Cieszy mnie to bardzo, bo w dzisiejszych czasach, gdy artysta ogłosi się z efektem swojej pracy, to bez wsparcia wydawców, sponsorów, mediów i przeróżnych korporacji, ma nikłe szanse na zaistnienie i dotarcie do większej niż rodzina liczby słuchaczy – nie mówiąc już o zdobyciu popularności, choćby na swoim podwórku.



          Jak wspomniałem, moje płyty wydane zostały ponad dziesięć lat temu. Wydawca, czyli Sławek Słupski, który wpadł na wydawniczy pomysł i bardzo dopingował mnie w działaniu, wziął na siebie także ryzyko i spory wysiłek finansowy. Nie sposób też nie pamiętać o Ewie Swacynie – żonie Andrzeja, która z dużym zaangażowaniem patronowała całemu przedsięwzięciu. Bez natchnienia tej dwójki ludzi nic by się nie stało i nic by nie było. Zagonienie mnie  w tamtym czasie do roboty było tym, czym jest szkwał dla znudzonych flautą żagli. Ruszyłem się i popłynąłem, mój rejs trwał nadal.
          Z promocją pierwszej płyty firma Sławka poradziła sobie znakomicie. Płyta została dołączona do miesięcznika „Zabytki” i była z nim reklamowana. Sam natknąłem się w kilku kioskach na plakat ze swoją podobizną.
          Z drugą płytą nie poszło już tak łatwo. Ogłoszenie, że wydałem płytę z wielu powodów spadło na moje barki. I prawdę mówiąc, gdyby nie przychylność Niny Terentiew, wtedy szefowej II programu TVP, Teresy Drozdy  i Janusza Deblessema z  radiowej „Trójki”, gdyby nie szczodrość Andrzeja Rezlera – ówczesnego wicedyrektora internetowej spółki TP, firmy Signet i czegoś tam jeszcze, gdyby nie sympatia dla mnie Piotra Bakala, który przy okazji festiwalu OPPA zorganizował w Warszawie mały koncert promocyjny płyty „Słowa...”,  i wreszcie gdyby nie łaskawość kilku prasowych dziennikarzy, to pies z przetrąconym uchem, by o moich nowych wtedy i starych, ale na nowo nagranych piosenkach nie usłyszał.  Do dzisiaj tamtą przychylność i pomoc wszystkim pamiętam i wszystkim jestem wciąż za to niezmiernie wdzięczny. 
          Nie mógłbym dzisiaj oferować płyt wydanych przed dekadą, gdyby nie fakt, że jakimś cudem część płyt, o których myśleliśmy, że już nie istnieją, odnalazła się w magazynie. W sfatygowanym, zakurzonym kartonie, gdzieś w ciemnym kącie firmowego magazynu leżały sobie zapomniane. Dzięki temu zapomnieniu, coś, co było wyczerpane, jest jeszcze do nabycia.
          Pierwsza z płyt „A może tylko nam się zdaje” jest zbiorem, wyciągniętych – często z piwnic zaprzyjaźnionych fanów piosenki poetyckiej – nagrań, które tkwiły tam od dziesiątków lat. Piosenki nagrane na taśmach szpulowych starych magnetofonów Tonette i ZK-140 szumią i trzeszczą. Śpiewane gdzieś w małych klubach studenckich i młodzieżowych przywracają wspomnienia młodości. Dla amatorów starych klimatów, koneserów i zbieraczy śladów po dawnych czasach, płyta ta może być całkiem dobrym uzupełnieniem kolekcji.
          W większości śpiewanych wtedy piosenek towarzyszył mi na gitarze niezapomniany Andrzej Swacyna. Na kiepskiej jakości zdjęciu z tamtych czasów od lewej widać Andrzeja i mnie podczas jakiegoś występu. Gdzie i kiedy odbył się ten koncert – nie wiem. Pewne jest tylko to, że działo się  to pomiędzy 1976 a 1980 rokiem.



          Druga płyta „Słowa...” powstawała na normalnych zasadach. Została zaplanowana, przemyślana, nagrana i wydana, tak jak chcieliśmy. O organizację, teksty i vocal martwiłem się ja, natomiast aranżacjami i opracowaniem muzycznym całości zajmował się Wojtek Staroniewicz – znakomity saksofonista jazzowy i producent muzyczny. On też – przyjaciel od lat młodzieńczych – do współpracy przy naszym przedsięwzięciu zapraszał muzyków. W ten oto sposób w nagraniach moich piosenek udział wzięli świetni instrumentaliści jazzowi, najlepsi nie tylko na Wybrzeżu. Dzięki temu, płyta wciąż nie traci – nie tylko moim zdaniem – na wartości, choć ja, niestety, nieuchronnie posuwam się w czasie.



           O tym, że muzyki naszej czas nie rusza i ona wciąż się podoba, przekonałem się niedawno, gdy trafiłem kilka dni temu na blog „Babskim Uchem” autorstwa Marty Ratajczak z Poznania – fanki i znawczyni jazzu. Na jej blogu ukazała się świeża recenzja płyty „Słowa...”.  Proszę przeczytać „Babskim Uchem”, a przekonacie się sami.
          Jeżeli ktoś z Drogich Czytelników i Przyjaciół tych „Codzienności” nie ma jeszcze w kolekcji moich płyt – to zachęcam... Płyta CD też już przechodzi do lamusa, więc może tym bardziej warto mieć na pamiątkę taką płytę, na której muzyka do lamusa wciąż się nie wybiera. Wystarczy kliknąć na podstronę „Tu do nabycia!!!” i zamówić, a wnet listonosz zadzwoni do drzwi z przesyłką. smiley
26 stycznia, 2014

Gender Iga i ja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:36
         Pod ostatnim wpisem, który uczyniłem jeszcze w tamtym roku, odkryłem dzisiaj taki oto komentarz podpisany przez pana Piotra:
"To już nie Codzienności, ani nawet nie Tygodniości, czy Miesięczności. Może Kwartalności albo Roczności? Panie zmiłuj się i napisz coś. Ile można czekać?"
          Nie powiem, z jednej strony komentarz ten ucieszył mnie bardzo, ale z drugiej wpędził w konsternację. Rzeczą oczywistą jest - wzrokowo namacalną i materialnie sprawdzalną, że zaniedbania w prowadzeniu bloga mam i jako autor winny temu jestem niezaprzeczalnie. Chyba nie znam p.Piotra, ale już go lubię, bo choć statystyki mojej strony wciąż notują sporą ilość wejść dziennie, to jednak dopiero taka uwaga czytelnika budzi autora, któremu się często wydaje, że wspomniane wejścia są bardziej przypadkowe niż docelowe. Ma p.Piotr rację sugerując, że tytuł "Codzienności" może wskazywać na zamiar opisywania aktualności. I pewnie taki zamiar na początku tworzenia bloga rzeczywiście miałem. Nazwę "Codzienności" można jednak odczytać także, jako zakres tematów, którymi chcę się zajmować, czyli zwykłymi radościami i frasobliwościami spraw codziennych, choć zauważanymi od "święta". "Świętości", to chyba jednak nie byłaby dobra nazwa dla tego tu notatnika.
Tak, czy inaczej niech "Codzienności" w odświętnym cyklu, jako nazwa zostaną, a p.Piotra i innych zniecierpliwionych proszę o wybaczenie.
          Anim się spojrzał, a tu już po Świętach. Nowy Rok, jak fajerwerk zgasł i styczeń swego końca dochodzi. Czas pomyka z życzeniami, które sobie i światu dopiero co składaliśmy, lecz co to za życzenia, o co w nich chodziło... trudno spamiętać.
          Ledwie podzieliliśmy się opłatkiem, ledwie wybrzmiały ostatnie dźwięki kolęd, a już jak dzwon rozbrzmiewa wszędzie słowo - gender. Większość, jak mniemam, nie ma zielonego pojęcia o co chodzi, ale zawierzając tym, co to od wieków głoszą swą nieomylność podpierając się li tylko i wyłącznie wiarą, stają słowu "gender" przeciw.


fot. Aleksandra Marciniak
          A, że samemu słowu, czy dziedzinie naukowych dociekań trudno się sprzeciwić, wymyślono, że nie tyle brzydka jest nauka, co idea za nią stojąca.
I choć ideę tę najlepiej i najprościej określiła prof. Środa...


... to wychodzi na to, że nawet naukowe zachęcenie chłopa do sprzątania, to zwyczajna utopia, której kościół, ustami swych najwyższych dostojników w całej rozciągłości nie popiera 
          Ja się w tym wszystkim jakoś odnaleźć nie potrafię. Z jednaj strony zawsze sprzątałem, zmywałem i starałem się we wszystkich pracach domowych być użyteczny, a z drugiej strony trzęsie mnie do dzisiaj, gdy sobie przypomnę, jak w przedszkolu z braku koleżanek pani wychowawczyni kazała mi tańczyć z kolegą. Mówiła przy tym, że to nic strasznego, bo co to za różnica?



           Patrzę na tych przeciwników gender w sukienkach, którzy nigdy nie zaznali życia małżeńskiego, nigdy - przynajmniej teoretycznie - nie przyłożyli ojcowskiej ręki do wychowania potomstwa, jak z właściwą doświadczeniu i wiedzy mocą głoszą jakieś prawa, prawdy i recepty na chorobę zwaną życiem i szlag mnie trafia. Gdy zdarza mi się, czy zdarza się, któremuś z moich znajomych wygłosić jakiś pogląd na życie, pożycie i współżycie, to ja wiem, jaka wartość za tym stoi. Wiem kim ów znajomy jest i jakie ma życiowe doświadczenie. Nie zgaduję, czy jest on wierzącym katolikiem, mężem, kawalerem, panną z odzysku, praktykujący luteraninem, agnostykiem, buddystą, ateistą, czy rozwodnikiem i nałogowym pijakiem. Nie muszę. Wiem z jakich powodów go słucham, wiem jaką wagę mają jego słowa i wiem, czy to co mówi ma sens i jaką ma wagę. A co ja mam myśleć o facecie w koloratce, którego tytułują profesorem, a który z niepokojąco płomiennym wzrokiem tłumaczy, że seks to ruch tłoka w cylindrze, a seks ludzi niezorientowanych hetero,  to ruch tłoka w rurze wydechowej? Nie wiem. I nie próbując nawet zgadywać, jacy inni szatani w wykładach ks.Oko są czynni, powracam do normalności, takiej jaką wyznaję i rozumiem.
          Dzisiaj u nas padał śnieg, co dla mojej starszej wnuczki Igi było powodem do zabrania się do prac, które zwyczajowo wykonują chłopy. Jak na genderową pannę przystało ubrała ciepłe spodnie i...



...  w mig wszystko wokół domu zostało odśnieżone. Szatan nie baba!
          Mam nadzieję, że mi p. Piotr i wierni przyjaciele w lekturze Codzienności wybaczą, ale choć spóźnione, to jednak szczere, składam wszystkim noworoczne życzenia - Oby się w Nowym Roku dobrze działo!
18 grudnia, 2013

Olsztyn kocham i... Święta

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:07
          Olsztyn w moim życiu, podobnie jak Gdańsk, Jeziorak, czy Gdynia, odegrał bardzo ważną i szczególną rolę. Niezależnie od pory roku wciąż lubię to miasto odwiedzać. Lubię tam być. Lubię tam doświadczać uczucia miłości, bo niejeden wiersz mój kiedyś w Olsztynie powstał i niejedna piosenka. Jestem fanem Olsztyna.


fot. W. Chyliński
          Nie od razu spodobała mi się ta piosenka. Jak na zespół Czerwony Tulipan, a więc jak na Stefana Brzozowskiego, Krysię Świątecką i Ewę Cichocką wydawała mi się zbyt jasno „wyłożona”, zbyt prosto podana i zbyt oczywista. A jednak już przy kolejnych odsłuchaniach, przy słowach refrenu z wolna popadałem w miły trans. Choć od tamtej pory minęło sporo czasu, to za każdym razem, kiedy tylko przydarzy mi się podróżować do Olsztyna, widząc na horyzoncie miasto, zaczynam śpiewać: Olsztyn kocham – moją małą Amerykę...


 
           Kiedyś, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, wysiadłem na dworcu w Olsztynie nie bardzo wiedząc, co i jak dalej ma być. Po niedługim czasie, otoczony ambitnymi, młodymi artystami czułem się w Olsztynie, jak w niebie, a dokładniej, to tak czułem się w klubie… „Niebo", który istniał przy olsztyńskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Dość przekornie klub siedzibę swą miał w piwnicy starego budynku przy ulicy Pieniężnego, w samym centrum miasta. Przeżyłem wtedy w Olsztynie cudowny czas. Spotkałem tam i zaprzyjaźniłem się z pięknymi ludźmi. Do dzisiaj, gdy chcę poprawić sobie humor, zaszywam się na chwilę w sobie i ożywiam wspomnienia z tamtych lat. Ożywa w nich Jacek Zwoźniak, który na moją prośbę z Wrocławia na czas jakiś, tak jak ja z Trójmiasta, zjechał na studia do Olsztyna, przypomina się gitarzysta Andrzej Swacyna z Kętrzyna, ożywa muzyk i kompozytor Zbyszek Rojek, poeta Jacek Karaszewski, poeta i pisarz Jurek Ignaciuk i wielu innych,  których już nigdy nie spotkam. Paru jednak znajomych w stolicy Warmii i Mazur jeszcze mi zostało. Prócz członków Czerwonego Tulipana, z którymi kilka dobrych lat przeżyłem na scenie, stara przyjaźń wciąż łączy mnie z cudnym człowiekiem i muzykiem Mateuszem Iwaszczyszynem i takimż samym Tadeuszem Prusińskim – dziennikarzem, autorem kilku książek, a obecnie asystentem prezydenta miasta.


fot. z arch. T. Prusińskiego
           Niedawno zadzwoniła do mnie Krysia Świątecka. Zapytała, czy w połowie grudnia mam czas, by wpaść do Olsztyna na premierę jej recitalu. Zdziwiłem się, bo zdążyłem zapomnieć, że Krystyna Świątecka kiedyś stanowiła samodzielną firmę, która w dziedzinie poezji śpiewanej odnosiła niezaprzeczalne sukcesy. Od lat głos Krysi kojarzył mi się wyłącznie z repertuarem zespołu Czerwony Tulipan, a tu, masz… – niespodzianka!
          Takiej okazji nie mogłem przegapić i jadąc w minioną sobotę do Olsztyna zastanawiałem się, że dziwnie będzie zobaczyć Krysię na scenie bez Ewy i Stefana...


fot. z sieci 
... ale w chwilę po minięciu Gietrzwałdu zacząłem sobie podśpiewywać: Olsztyn kocham – moją małą Amerykę… i wszystkie rozterki uleciały.
              Tadeusz Prusiński umówił się ze mną na parkingu przy ul. Pieniężnego. Tam miał na mnie czekać i stamtąd mieliśmy się wybrać na obiad. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu umówiony parking (na którym oczywiście zaparkowałem) znajdował się dokładnie w miejscu, w którym niegdyś stał budynek mojego wydziału. Tadeusz, wskazując na środek tego potwornie zaniedbanego, prywatnego parkingu, powiedział, że „Niebo" pod ziemią wciąż istnieje, tyle że wejście w diabły zasypali. No, cóż…– życie.
          Bardzo smaczny obiad zjedliśmy „U Artystów”, a potem gadaliśmy i gadaliśmy, aż od tego gadania i wspomnień zrobiło się gęsto. Na dworze było już ciemno, gdy skończyliśmy, a że do recitalu zostało mi jeszcze trochę czasu, postanowiłem zajechać pod akademik przy Żołnierskiej, gdzie działo się nie mniej, niż w „Niebie". Stanąłem przed akademikiem…


fot. W. Chyliński
 … i wzruszyłem się jak dziecko. Gapiłem się na rozświetlony budynek, liczyłem piętra i koniecznie chciałem w jednym z okien ujrzeć kogoś z przyjaciół. Nie zobaczyłem. W pokoju 806 A2 mieszkają pewnie dzisiaj studenci, którzy – przy naszej większej przed laty staranności – mogliby być dzisiaj naszymi wnukami. Może by i mogli.
          Potem pojechałem do Romka Trębskiego. Romek w 1977 był z poetą Jackiem Karaszewskim prawowitym mieszkańcem dwuosobowego pokoju 806 A2 w akademiku przy Żołnierskiej, w którym to pokoju mytj. Jacek Zwoźniak, Andrzej Swacyna i jamieszkaliśmy „na waleta”, znaczy sięwaletowaliśmy. W mieszkaniu Romka zastałem dawno niewidzianą Jolę Wiszowatą, która za moich czasów w Olsztynie była głównym aniołem w „Niebie", a dziś aniołuje w dziale zagranicznym „Gazety Wyborczej", w której pracuje od pierwszego dnia jej powstania. Patrzyłem na Jolcię i nie mogłem uwierzyć, bo Jolcia od lat się nie zmienia nic a nic – wciąż jest młoda. Nic a nic nie zmieniła się też Ewa Cichocka, która wpadła do Trębskich przed koncertem Krysi z dziwnym, ale smacznym zielonym napojem. Zapewne to jakiś cudowny eliksir młodości, którego oczywiście skosztowałem... i czekam.


fot. W.Chyliński
          – Nazywam się Krysia Świątecka i śpiewam piosenki… Tymi słowy Krysia rozpoczęła recital. Później ze sceny popłynęły pięknej urody piosenki, a czasem pieśni z nowego repertuaru artystki, której towarzyszył świetny zespół muzyków. Dla olsztynian ta odmiana i chwilowe odejście Krysi od zespołu Stefana Brzozowskiego nie było zaskoczeniem, bo już wcześniej Ewa Cichocka pokazywała się od czasu do czasu poza repertuarem Czerwonego Tulipana. Dla Krysi zbudowanie i wykonanie nowego recitalu było z pewnością  sentymentalnym powrotem do formy, w której z powodzeniem istniała przed laty, zanim powstał zbiór olsztyńskich gwiazd o nazwie Czerwony Tulipan. Jak się okazało, sobotni powrót był w pełni i wielce udany. Gdy już wybrzmiał ostatni bis i wśród zadowolonych i uśmiechniętych słuchaczy opuszczałem salę koncertową Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie coś sobie postanowiłem. Postanowiłem mianowicie, że prócz przepięknie zaśpiewanego kiedyś przez Krysię „Liryku na jesień” będzie miała Krysia do śpiewania więcej moich piosenek. Co postanowiłem, to i uczyniłem. Zaraz po powrocie do domu skontaktowałem się z poznańskim kompozytorem Ryszardem Nowakiem i przygotowaliśmy dla Krysi nową piosenkę – i myślę, że na tym się nie skończy.
 
          Wielkimi krokami zbliżają się Święta, więc wszystkim przyjaciołom i odwiedzającym moją internetową stronę „Codzienności” życzę niecodziennie miłych,  niezwykle pięknych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia, które przyniosą każdemu z osobna i wszystkim razem spokój oraz worek prezentów.
01 grudnia, 2013

Droga dla żab

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:40
          Św. Franciszek, prekursor ekologii byłby wniebowzięty. Ludzie coraz bardziej zwracają uwagę na jeszcze żywe otoczenie samych siebie, a nie tylko na samych siebie. Szczyty ekologiczne, segregacja śmieci, ograniczenie emisji dwutlenku węgla itd.itd.
          Obecny papież Franciszek dorzuca do tych działań jeszcze i taką myśl, że człowiek jest być może też ważnym składnikiem przyrody. I to składnikiem czasem tak słabym, jak tylko może być słabym umysłowo ograniczony organizm w łańcuchu życia.
          Listopad, to chyba najbardziej ponury czas w roku. Szaro, buro i nieprzyjemnie. Mgły o świcie, przymrozki o zmierzchu. Z tej nieciekawej rzeczywistości wyłania się czasem bezlistna jabłonka z krwiście czerwonymi jabłkami, którym nie spieszno na dół. Jeszcze jakaś żółć na poległych liściach, jakaś zgniła zieleń w zaniku, ale to już tylko westchnienie po kolorach lata. Te resztki przyszło mi tydzień temu podziwiać, gdym się znowu wybrał w drogę.


 
          Otóż zdarzyło mi się, podobnie jak rok wcześniej, być zaproszonym do pięknie nad Narwią położonej Łomży na Giełdę Piosenki. W ubiegłym roku zachwyciłem się licznymi talentami wokalnymi, jakimi inkrustowane jest to rodzinne miasto Hanki Bielickiej. W tym roku przeżyłem coś podobnego, z tym, że do przyjemności słuchania śpiewającej młodzieży doszła jeszcze przyjemność podziwiania postępów, jakie w śpiewaniu młodzież ta przez rok zrobiła. Choć generalnie wszyscy uczestnicy konkursu byli dobrze przygotowani, to jednak takie wokalistki, jak licealistka Magdalena Kocoń…


fot.4lomza
...czy świetna uczennica piątej klasy -  Laura Narolewska, która na zdjęciu poniżej odbiera nagrodę…



…okazały się bezkonkurencyjne. Magda śpiewała pięknie. Umiejętnie i z dużym wdziękiem interpretowała piosenki, znakomicie przy tym panując głosem nad muzyką i tekstem. Z tych samych powodów miło było słuchać także śpiewu Laury. Bardzo jestem ciekaw, jak potoczą się ich dalsze losy, bo głosu i zdolności Magdalenie i Laurze pozazdrościć może wielu starających się o sukces na estradzie.



          Gdy w sobotę wieczorem ostatni werdykt  został wydany, a laureaci nagrodzeni, poczułem się jak facet, który wykonał kawał roboty i wcale się nie zmęczył.
          By moja muzyczna podróż miała ciąg dalszy w niedzielę rano dyrektor Regionalnego Domu Kultury - Jarek Cholewicki zaproponował mi poranną wizytę w Drozdowie, we dworze położonym nieopodal Łomży.


fot; Biernacki
          Dwór w Drozdowie należał do rodziny Witolda Lutosławskiego, w którym kompozytor spędził część swojego dzieciństwa. Historia tego majątku odnotowała też fakt, że 1939 roku zmarł w nim konkurent polityczny Józefa Piłsudskiego - Roman Dmowski. Obiło mi się kiedyś o uszy, że Dmowski miał jakieś rodzinne koligacje z Dmowskimi z Olszyca Szlacheckiego, którzy byli kuzynostwem rodziny mojej mamy. Jeżeli tak, to i ja..., a jeżeli nie... to co mi szkodzi o tym "obiciu" wspomnieć?
          Nieuprzedzony sądziłem, że na miejscu znajdę muzeum sławnego kompozytora, a w nim izbę pamięci poświęconą Dmowskiemu, lecz niestety...
          W starym dworze mieści się obecnie muzeum, ale... przyrody. Jest tam wypchany niedźwiedź i rodzina łosiów, z czego tata łoś wraz z porożem, niedaleko tak samo urządzonego jelenia, figuruje, jako trofeum myśliwskie na ścianie.


fot. J.Cholewicki
Są tam też wypreparowane ptaki, wnyki kłusowników znalezione przez myśliwych i akwaria pełne bajecznie kolorowych ryb…


fot. J.Cholewicki
          Obok zacnego budynku, z dużą finansową pomocą Unii Europejskiej, wybudowano drugi budynek, gdzie gromadzi się i bada florę. Mnie najbardziej zaciekawiło to, że wewnątrz tego nowoczesnego domu urządzono izbę zielarki, taką samą, jaką zobaczyć można w  domu babki zielarki w  Wilkowyjach, w serialu Ranczo.


fot. J. Cholewicki
          O rodzinie Lutosławskich i ich przyjacielu Dmowskim pamięta się tam tylko w salonie na parterze, a o muzyczną legendę, od dwudziestu lat, raz w roku zabiegają dwaj znakomici śpiewacy z Gdańska – urodzony w Łomży Jacek Szymański….


fot. 4Lomza

… który jest pomysłodawcą i dyrektorem Międzynarodowego Festiwalu – Muzyczne Dni Drozdowo oraz Dariusz Wójcik, który Jacka Szymańskiego w organizacji wspiera i występami festiwal zaszczyca. By było ciekawiej, to zdradzę, że obu panów znam od dawna, bo obaj są miłymi i w miarę częstymi gośćmi w sklepie Asi.
          Droga z Łomży do Drozdowa jest wąska i dziurawa, lecz w pewnym momencie robi się szeroka i gładka jak stół. Po takiej drodze jedzie się przez ponad kilometr, po czym wszystko wraca do koślawej normy. Jarek Cholewicki widząc moje zdziwienie, zupełnie tak samo, jak chłopiec w filmie Łozińskiego zapytał – I co się dziwisz?
Ponieważ nic nie odpowiedziałem, a dziwiłem się nadal, wyjaśnił – Na tym odcinku często ginęły żaby, więc zrobili drogę dla żab.
          Nie pytałem kiedy zrobią tu taką samą drogę dla ludzi, ale może kiedyś do samorządowców trafi przesłanie papieża Franciszka, że choć wzorem św.Franciszka miłość i troskę braciom mniejszym należy okazywać zawsze i wszędzie, to o współbraci też trzeba dbać. Szczególnie na drodze.

18 listopada, 2013

Leżałem sobie w wannie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:33
           Lubię w niedzielę, późnym popołudniem poleżeć sobie w wannie. Wczoraj była niedziela, więc leżałem sobie w wannie czytając zaległą prasę, gdy nagle rozległ się…
          Mało mam ostatnio powodów do zadowolenia. Może to depresja jesienna, a może wynik skojarzeń, ale gdy się zastanowię nad tym, co tu i teraz, to niewiele spraw i rzeczy mnie cieszy.  Nie cieszy mnie dobry wskaźnik produktu krajowego brutto i nie cieszy mnie żadna o poranku radość z tego, że witam się z tym zasmarkanym światem. Prócz moich wnuczek...

Igusia Maja i Haczyk

...nie cieszy mnie teraz prawie nic.  Nie cieszy mnie sytuacja premiera Tuska próbującego wytłumaczyć narodowi, że nie jest źle i nie cieszy mnie sytuacja Jarosława Kaczyńskiego próbującego wytłumaczyć narodowi, że jest bardzo źle. Nie cieszy mnie, bo każdy widzi, że jest jak zawsze – jednym układa się lepiej, drugim gorzej, trzecim byle jak, a czwartym jakoś tak, że może być. Tak było i będzie na wieki wieków, a ważne jest tylko to, by procent niezadowolonych był mniejszy od procenta szczęśliwych. Różnica między uśmiechniętymi, a skwaszonymi, to jest to, co winno być dla wszystkich polityków troską i najwyższym nakazem, jako dobro ojczyzny i pomyślność obywateli.
          Nim z gazetami udałem się wczoraj do wanny, zadzwonił do mnie Donar – ten od "Kawałka podłogi" i „Miny Tyma”:



          Gadaliśmy długo o wszystkich i wszystkim, a snując opowieści z przeszłości rozczulaliśmy się jak dzieci stworzonymi historiami. Zwierzając się z tego, co się komu przydarzyło, jak potrąceni optymiści planowaliśmy piękną przyszłość. Rozmarzyłem się, ale nie omieszkałem w ramach wspomnień powiedzieć Donarskiemu, że wciąż z Asią pamiętamy jego ubiegłoroczną wizytę i te pyszne rogale św.Marcina, które z Marysią nam przywiózł. Takie rogale to nie byle co, gdyż kupić je można tylko w Poznaniu, bo tylko w Poznaniu mają na ich wyrób patent i europejski certyfikat. Ponoć najbardziej strzeżoną i słodką tajemnicą poznańskich rogali jest biały mak, który stosuje się do ich wyrobu.
           Oblizałem się na wspomnienie tamtych słodkości i gdyśmy skończyli gadać zająłem się kilkoma spóźnionymi pomysłami, by w końcu odkręcić kran nad wanną. Czekając na wodę rozmyślałem o innych powodach do niezadowolenia i wyszło mi, że choć zmieniłem już opony, to w tym roku nawet mina Tyma mnie nie cieszy, gdy sobie uświadomiam, że nieubłagalnie idzie zima. Jak sobie przypomnę, te przymrozki, te zamiecie i te wiecznie zaśnieżone drogi, to skóra mi cierpnie i zaczynam mieć dreszcze.
          A propos drogi, dreszczy i cierpnięcia. Byłem ostatnio w Warszawie na zebraniu w ZAiKSie. Członkiem ZAiKSu jestem od trzydziestu czterech lat, ale jakoś do tej pory w żadnych zebraniach udziału nie brałem. A to nie było czasu, a to mi się nie chciało, a to nie bardzo miałem się w Warszawie gdzie zatrzymać. Wybierali się więc na zebrania i do władz głównie ludzie z Warszawy. Teraz i ja wybrałem się z ciekawości w drogę do stolicy. Jako człowiek znad morza, czyli spoza „towarzystwa”, od początku do końca byłem w okropnej mniejszości. Spotkałem się za to na Hipotecznej z wieloma, dawno niewidzianymi, warszawskimi znajomymi, ale moją radość z ich spotkania przyćmiło to, co usłyszałem od Andrzeja Kuryły – szefa Komisji Rewizyjnej. Po zebraniu postanowiłem, że do Zaiksu wybierać się będę częściej, by powodów do przygnębienia nie mieć więcej. Ze sprawozdania Andrzeja wynikało, że rządząca obecnie Zaiksem ekipa do dóbr członków Stowarzyszenia ma stosunek - mówiąc delikatnie - dość niefrasobliwy. Niektórzy koledzy przekonywali mnie, że nie jest tak źle, ale nie przekonali zupełnie, bo ja swoje usłyszałem, a nie mam powodów nie wierzyć Kuryle, którego znam i cenię od lat.
          Więc, gdy wieczorem leżąc w wannie topiłem oczy w morzu liter, usłyszałem nagle... dzwonek, który bardzo mnie zdziwił - niedziela, ciemno, a tu ktoś bez zapowiedzi. Przy furtce stała kobieta, która powiedziała, że ma coś dla nas od Andrzeja Donarskiego. W rękach trzymała paczkę. Po rozpakowaniu okazało się, że w paczce są…



… rogale św. Marcina. Nie muszę chyba pisać, jak bardzo byliśmy z Asią zaskoczeni. Wyszedłem z wanny, no i masz… leżały przede mną świeżutkie, pachnące i przepiękne dowody przyjaźni.
          Wyjaśniło się później, że Andrzej po naszej rozmowie zadzwonił z Monachium do Marysi mieszkającą w Poznaniu, a ta…  
Co tu dużo pisać, wszystkim życzę takich wzruszeń za każdym razem, gdy wyjdą z wanny.
04 paĽdziernika, 2013

Tekst wiersz słowa

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:57
        Dostałem list. Napisała do mnie znajoma znajomych z Facebooka i zadała kilka pytań. Napisała, że moje odpowiedzi potrzebne są jej do pracy, więc zlekceważyć nijak nie wypadało, zaś w kilku słowach też odpowiedzieć nie umiałem.
Wśród pytań: Czym jest dla Pana poezja? Czym jest poezja śpiewana? Co dla Pana jest ważniejsze – tekst czy muzyka? A może postawić należy znak równości między muzyką a tekstem? – były i zahaczające o aktualia: Jak ocenia Pan dzisiejszą publiczność? – i – Czy coś się zmieniło przez ostatnie lata?.
        Ernest Hemingway mawiał, że człowiek na starość wcale nie mądrzeje, tylko staje się ostrożny. Młodym jestem teraz w sposób dość umiarkowany, więc i ten, spośród wielu innych, powód sprawia, że wbrew oczekiwaniom nie jest mi łatwo odpowiedzieć na takie pytania. Oceniać obecny stan rzeczy w piosence mi trudno, bom człek wygodny i leniwy, i z wiekiem coraz  trudniej przychodzi mi szukać okazji, by ucha nadstawić. W mass-mediach, bez specjalnych poszukiwań, piosenek z interesującym tekstem prawie nie uświadczysz, więc o dniu dzisiejszym w piosence wiem tyle, co przypadkiem się dowiem. Ale spróbuję generalnie, „po linii i na bazie” tego, co mi chodzi po głowie napisać coś na temat.
          Z przedszkola nie pamiętam wiele, ale zapamiętałem piosenkę o maju, która bardzo podnosiła mnie na duchu. Zmęczony zimą, śnieżną breją na ulicy i przymrozkami, przygnębiony chłodnym mrokiem przy śniadaniu i wczesnymi wieczorami, zirytowany pończochami, które od jesieni co rano trzeba było wciągać na zaspane nogi i wiecznie zmarznięty, gdy przychodził maj ochoczo śpiewałem żwawą pieśń w nadziei na więcej słońca za oknem. I życzenie spełniało się szybko, bo drzewa i ptaki, trawniki i podwórka w całym mieście coraz bardziej budziły się do życia. Ubranie stawało się lżejsze, w powietrzu wisiała radosna obietnica lata, a w piaskownicy, jak na zdjęciu poniżej, znów kusiły babki. Ja to ten pierwszy od prawej.



Chodziliśmy po sali parami w kółko i ile tchu w piersiach pokrzykując czasem,  śpiewaliśmy: Maj, maj jest na ziemi/ Świat, świat się zieleni/ Raz, dwa przedszkolacy/ Raz, dwa trzy
To była pierwsza zapamiętana przeze mnie piosenka. Miała radosną melodię, a tekst składnie informował, że Dziś majowe mamy święto/ A więc z miną uśmiechniętą/ Wędrujemy w świat/ Wędrujemy w świat
          Chyba właśnie wtedy moja podświadomość pojęła, że piosenka może być jak sprawiające błogość ciastko, i jak lekarstwo, uwalniające ciało od bólu. Nie zastanawiałem się jeszcze wtedy nad jakością i jednością tekstu i muzyki, nie dochodziłem, czy treść odnosi się do święta robotników, czy do święta św. Józefa robotnika – i mało mnie to obchodziło. Wtedy śpiewałem pod portretami komunistów, choć dzisiaj byłoby inaczej, gdyż tekst tej piosenki odnalazłem na portalu katolickim.
           Że tekst może mieć zasadnicze i negatywne znaczenie dla odbiorcy piosenki dowiedziałem się już w szkole podstawowej. Nim Beatlesi zawładnęli światową wyobraźnią, brutalnie zetknąłem się z obowiązującą w Polsce doktryną muzyczną, serwującą młodzieży wartości socjalistycznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Nasza pani od śpiewu kazała mi w trzeciej klasie przychodzić na zajęcia chóru, gdzie śpiewało się głównie jakąś pieśń o taczankach i Czapajewie. Tamtym paniom od śpiewu powinniśmy dzisiaj z honorami dać medale, bo jak mało kto potrafiły zwykłą piosenką skutecznie zniszczyć w całym pokoleniu sympatię, jeżeli ktoś jakąś miał, do bratniego narodu, który zafundował nam ustrój zadekretowanego szczęścia. Przez tego Czapajewa znienawidziłem wszelkie utwory słowno-muzyczne i już myślałem, że na zawsze, ale…
          Pewnego dnia w mego ojca ukochanym radio marki Beethoven  Krystyna Konarska cudnie zaśpiewała „… to ja sprawiłam, że za tobą chodzi w ślad melodyjka ta, la, la, lalalala, la, la la…” Zakochałem się w tej piosence od razu i zrozumiałem, że piosenki, oprócz tego, że spełniają życzenia, to jeszcze rodzą emocje i przechowują je w pamięci zwrotek i refrenów. Wystarczy zanucić kilka nutek jakiejś dawnej piosenki, by wszystko, co kiedyś wraz z nią w duszy grało, odezwało się na nowo pełną harmonią uczuć i wspomnień.



          Nie mogąc się uwolnić od miłego uszom motywu, „lalałem” sobie piosenkę „Powracająca melodyjka” bez przerwy, bo było w niej to coś, co zniewala. Później jeszcze wiele różnych piosenek czepiało się moich uszu i nie dawało o sobie zapomnieć, ale tamta była zdecydowanie pierwsza.
          Czasami jest w piosence taka siła, która szlagwortem ogłuszy, cantem zachwyci, refrenem zwiąże i bez pardonu z człowieka niewolnika zrobi. Tę niemożność uwolnienia się od muzycznej frazy spróbowałem opisać kiedyś w piosence, którą nagrał Andrzej Donarski z zespołem Mr. Zoob, a kabaret Limo skręcił do niej, wraz z Donarem, teledysk.



          Napisałem tekst, a gdy Andrzej przysłał mi muzykę, zorientowałem się, że wpadłem w pułapkę, którą zastawiłem i przez dłuższy czas w kółko „kręciło” mi się w głowie „… i tak w koło lata i tak sra ta ta ta…”
          Jak prawie wszyscy kochałem Beatlesów, ale prawdę o świecie i o sobie odnalazłem i wypiekłem z zupełnie innego muzycznego ciasta. To Tadeusz Woźniak był tym artystą, którego piosenki, gdy byłem w miarę dojrzałym już młodzieńcem, zniewoliły mnie od pierwszego słuchania. 



          Sławny „Zegarmistrz światła”, nim stał się przebojem, najpierw zaciekawił. „Smak i zapach pomarańczy” już zachwycił, a „Ballada o Potęgowej” i "Pośrodku świata" powaliły mnie na kolana. Całość twórczości Tadeusza Woźniaka unosiła mnie nad ziemią. Do dzisiaj wożę ze sobą w samochodzie płytę z piosenkami tego barda nad bardami, by w każdej chwili móc odnaleźć uczucie, które sprawi, że choć na chwilę zrobi mi się mądrzej i piękniej na tym łez padole. Taką terapeutyczną moc ma słowo odziane w muzykę, gdy dobry kompozytor potrafi znaleźć akurat tę właściwą nutę, która przy tym właśnie tekście warta jest wszystkich pieniędzy tego świata.



          Waga słowa związanego z muzyką jest nieporównywalna do czegokolwiek, co służy estetycznemu przedstawianiu złożoności życia. Jeżeli muzyka sama z siebie jest sztuką i poezja jest sztuką, to połączenie tych dwóch wartości z wykonaniem, które także jest sztuką, może objawić się, jako cud powszechnego zachwytu, oszołomienia i zrozumienia jednocześnie.
          Dlaczego i po co, dla kogo i z jakim przesłaniem pisze się wiersze, tego nie wiem. Wiem tylko, że samo uzewnętrznianie się w słowach pisanych na papierze było dla mnie zawsze kwintesencją burzy myśli i wrażeń, niepokojów i euforii. Było streszczeniem wszelkich stanów psychicznych i nastrojów, jakie się we mnie i wokół mnie kłębiły. Było musem wyrażania się w ten, a nie w inny sposób.
         Tak więc wiersze same się rodziły i gdyby nie przypadkowy debiut w prasie, umarłyby pewnie spokojnie w szufladach. Przypadek też sprawił, że kiedyś znajomy sięgnął po jeden z nich i skojarzył go z muzyką, a następnie zaśpiewał. Po kilku miesiącach piosenkę z tym wierszem znało już bardzo wiele osób, gdyż nie tylko krążyła na taśmach, nagrywanych gdzieś na koncertach, ale też dlatego, że szybko wydano ją w wielu studenckich śpiewnikach. Taka była i jest siła słowa w piosence, że nakład właściwie drukuje się sam i nie można wyznaczyć mu końca.
         I  w tym momencie dochodzimy do pytania: Co wierszem, a co tekstem jest w piosence? Są tacy, którzy na swoich płytach nieudolnie bawią się w literackich krytyków i ogłaszają, że jedna piosenka jest do wiersza, inna do tekstu, a jeszcze inna do słów. Jak oni to wartościują, jakie mają powody, o co im chodzi i co im to daje – nie wiem. Mądrzy zazwyczaj piszą przy wszystkich tytułach, że utwór jest do tekstu lub do słów i nie kombinują, bo jak ocenić np. „Remedium” – piosenkę śpiewaną przez Marylę Rodowicz. Czy warstwa słowna użyta w tym utworze czystą poezją jest, czyli wierszem, czy też jest to zwykły tekst? A może to tylko słowa?
         Wśród wielkich polskich tekściarzy są: Julian Tuwim, Marian Hemar, Jeremi Przybora, Agnieszka Osiecka, Magda Czapińska, Bogdan Loebl, Bogdan Chorążuk, Jonasz Kofta, Jacek Kaczmarski czy Wojciech Młynarski. Dla mnie to poeci, choć Młynarski przed określeniem „poeta” broni się rękami i nogami, uznając siebie za fachowego tekściarza, by nie rzec – dobrego rzemieślnika. Z moich skromnych doświadczeń wynika, że –  niestety – nie każdy tekst bywa poezją, za to prawie każda poezja może być tekstem. Co za tym idzie – rzecz jest nie w nazewnictwie i przyporządkowaniu, ale w wartości tego czegoś ulotnego, co sprawia, że nagle dostrzegamy to, co nas urzeka mądrością i urodą. Myślę, że tacy poeci piosenki, jak: Andrzej Poniedzielski, Grzegorz Tomczak, Piotr Bukartyk, Robert Kasprzycki czy inni, mają podobne zdanie. Wszystko zależy od tego jak i po co słowa zostały złożone do kupy.
          Dobry poeta, który bywa tekściarzem i tekściarz, który bywa poetą, wiedzą, że czasem tekst podbija i niesie muzykę, a czasem należy tylko lekko muzykę okrasić słowem, by nie przeszkadzać jej powabom. Dobry kompozytor zaś wie, że zupełnie inaczej splata się muzykę ze słowem, które waży i może istnieć samodzielnie, a inaczej, gdy słowo samo śpiewa i wybija rytm. Inaczej traktuje się małżeństwo muzyki z tekstem, gdy chodzi o zabawę, a inaczej, gdy rzecz jest w filozoficznej zadumie zakreślona. Inaczej, gdy piosenka pisana jest dla umilenia czasu, a inaczej, gdy czas ten próbuje jakoś nazwać i zrozumieć. Być może właśnie o tym rozmawiałem kiedyś z kompozytorką Elą Adamiak, wyciągając jakiś tekst z portfela.



          Za tzw. komuny, gdy były trzy kanały radiowe i dwa telewizyjne, o życiu bądź śmierci piosenki decydował często jeden redaktor. Od jego gustu i widzimisię zależało, czy coś ukazało się na antenie, czy nie. Oprócz oficjalnego życia kulturalnego istniało też drugie życie artystyczne, nieoficjalne, studenckie, które unikało przymusu i cenzury. Właśnie w tym drugim życiu żyło się bardziej prawdziwie. Można się było prawdą wysłowić, na co wiele przykładów znaleźć można – choćby w twórczości Jacka Kaczmarskiego, tyle że o sukcesie finansowym raczej marzyć nie było co. Publiczność w klubach studenckich miała świadomość, że przychodząc na koncert „swoich” artystów uczestniczy w tworzeniu innej, niż oficjalna rzeczywistości. Między „podmiotem wykonawczym”, a „podmiotem odbiorczym” wzbudzała się nie tylko fala, na której obydwaj odbierali, ale też i swoista, prawie rodzinna więź, o którą dzisiaj trudno. Sadzę, że dzisiaj redaktor w rozgłośni czy stacji TV, jeżeli nie ma swojego programu autorskiego, to nie ma nic do gadania. Jak kiedyś rządził układ, tak teraz wszystkim rządzi kasa, o czym świadczą plastikowe popisy plastikowych piosenkarek, które plastikowymi długopisami same sobie piszą plastikowe teksty o plastikowych wartościach i plastikowych uczuciach w ich całkiem realnym życiu. Kasa sprawia, że zawód tworzącego dla innych tekściarza zanika.  Jeżeli nawet trafi się jakiś niegłupi koncert i wytworzy się czuła i inteligentna więź z publicznością, to i tak gdzieś na końcu życie dopisze do rachunku cenę za relatywizm – ducha dzisiejszych czasów.
          Na szczęście jest tak, że każde pokolenie ma swoich tekściarzy i każdy czas ma swoich poetów. Choć nie każdy wiersz ma muzykę, to każda piosenka ma słowa. Życie nie znosi pustki, więc i dzisiaj na pewno powstają piękne wiersze, które można śpiewać i dobre teksty, które z muzyką łatwo zapamiętać i powtórzyć. Są też tacy ludzie, jak Piotr Bakal, który od lat organizując przeglądy bardów, choć trochę stara się pamiętać o autorach słów piosenek. Może to jest jakiś pomysł, by zorganizować im specjalną imprezę? Może warto znaleźć czas dla poetów piosenki? Muszę o tym pomyśleć.
06 września, 2013

Rym do wyrazu życie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:08
          Jak daleko sięgam pamięcią w związki mego pióra z piosenką, to Adam Drąg zawsze był legendą. Dzisiaj Adaś – solidny, poważny i doświadczony pan, nic a nic nie tracąc ze swego młodzieńczego uroku – jeszcze bardziej jest legendą, a jego twórczość jeszcze bardziej jest legendarna. 

Adam Drąg

          Adama Drąga poznałem na początku lat siedemdziesiątych. Już wtedy ten, kto mi o nim opowiadał, był pewien, że Adam to żywy pomnik piosenki turystycznej, choć ta piosenka ledwie wtedy raczkowała. Ale faktycznie, jeszcze nie za bardzo rozgościłem się w kręgach, jeszcze nie za bardzo poznałem środowisko, a już znałem większość napisanych i śpiewanych przez Adama piosenek. Nie zdarzyło mi się nigdy uczestniczyć w koncercie, w którym publiczność nie śpiewałaby razem z Adamem takich utworów, jak: „Rzeki to idące drogi”, „Ech muzyka, muzyka, muzyka”, „A ja sobie śpiewam”, czy tę, która wciąż na mnie robi piorunujące wrażenie – „Śni się lasom las”. na gitarze gra Adam Drąg
          W tamtych czasach spotykaliśmy się często. Jako że obaj mieszkaliśmy w Gdańsku, to takie kluby, jak: Żak, Kwadratowa, Mechanik czy Medyk chętnie gościły nas na swoich scenach. Z racji mieszkania w tym samym mieście także eskapady na festiwale i przeglądy odbywaliśmy razem. Giełdy, Bazuny, czy inne konkursy – to wszystko łączyło nas w jedno, bardzo sympatyczne towarzystwo. Siłą rzeczy, w końcu, postanowiliśmy razem coś napisać. 
          Zawsze podziwiałem u Adasia wielki talent – rzadki dar – układania pięknych melodii, które w prosty i niebanalny sposób sprawiają,  że serce i dusza same rwą się do śpiewania.Giełda W Szklarskiej Porębie 1975r.
       Pamiętam, jak któregoś, jesiennego dnia, wieczorową porą poszedłem do Adama z wizytą. Mieszkał w budynku gomułkowskiego sznytu. Dom ten stał przy ulicy Batorego we Wrzeszczu, wśród urokliwych, starych willi, pięknie położonych pod lasem morenowego wzgórza.  Mieszkanie zdaje się należało do rodziców, bądź teściów Adama. Adam wraz z żoną, choć pewnie nieco skrępowany, przyjął mnie bardzo serdecznie i zaprowadził do pokoju, w którym pomiędzy dziecięcym łóżeczkiem i pieluchami stał niewielki stół. Popijając herbatę położyłem na tym stole swój nowy, jeszcze ciepły wiersz. Adam przeczytał go pobieżnie, złożył kartkę na pół i odłożył gdzieś na stertę innych papierzysk. Ani się nie skrzywił, ani uśmiechnął, nic specjalnego nie powiedział i żadnym gestem nie dał mi nic do zrozumienia. Pokiwał głową i tyle. Zagadnął mnie o wspólnych znajomych i tak potoczyła się rozmowa. Przy herbacie oplotkowaliśmy kogo się dało, wspominając ludzi i koncerty.Adam Drąg Chciałem poprosić Adama, by coś mi zaśpiewał, ale nim to uczyniłem spojrzałem na dziecko, wanienkę i zegarek. Zrozumiawszy, że czas na mnie, wstałem, pożegnałem się miło i wyszedłem. Nie zapytałem Adama, czy coś do mojego tekstu skomponuje, i czy w ogóle tekst mu się podoba. Jakoś tak nie wypadało o to pytać, choć ciekawość mnie zżerała. Swoje też zrobiła duma młodego tekściarza. Być może miała też w tym udział pierwsza, spieniona woda sodowa, która niejedno młodym psuje i niejedno burzy. Może uważałem się za „wziętego” tekściarza, bo kilka moich wierszy kilku artystów po kilku przeglądach obwiozło z sukcesem i nie wypadało mi pytać się o wartość tego, co uważałem za świetne. No, cóż... Każdy czas w człowieku ma swojego poetę i swojego idiotę, a bywa, że ten czas jest jak Head&Shoulders – dwa w jednym
           Prawdę mówiąc wkrótce zapomniałem, że dałem Adamowi jakiś tekst. Lepiej zapamiętałem aurę tamtej wizyty i jesienny spacer. Pisałem wtedy sporo i z czasem zapominałem o kolejnych wykwitach mojego pióra. Bardzo więc byłem zaskoczony, gdy po kilku miesiącach na jakiejś imprezie Adam zapowiedział i zaśpiewał nową piosenkę. Była tak piękna, że z trudem rozpoznawałem w niej swój tekst.
Z pisaniem u mnie jest tak, że gdy już coś piszę, to często tekst sam mi podpowiada melodię. Potem, gdy kompozytor tekst ubierze w swoją muzykę, bywa, że tekst traci na wartości, ale częściej jest tak, że dzięki muzyce słowa w piosence szybują w rejony takiej finezji, w jakiej nigdy przedtem nie były. Tak właśnie stało się z kilkoma piosenkami, które ze mną napisał Grzegorz Marchowski i tak było, gdy muzykę układała Ela Adamiak. Później to samo uczucie nachodziło mnie, gdy piosenki pisałem wraz  z Kaziem Lewandowskim czy Andrzejem „Mr.Zoob” Donarskim. Niestety, wymyślanych przez siebie melodii zbytnio nie cenię...
Myślę o tym wszystkim i wspominam, bo kilka dni temu otrzymałem od Adama niezwykły prezent - jego pierwszą, autorską płytę pt. „Adam Drąg”.okładka płyty Adam Drąg
          Na płycie Adama Drąga, wśród wszystkich, pięknych i sławnych, jego piosenek znalazły się też te mniej znane, bądź całkiem nieznane. Są na niej także trzy piosenki skomponowane przez Adama do moich tekstów. Z tych trzech znałem tylko jedną z nich – „Piosenkę bez tytułu”. I tak, jak już pisałem, w chwili, gdy pierwszy raz ją usłyszałem, oniemiałem z zachwytu. Teraz znowu dotarła do mnie prawda, że Adaś w słowach „Jeszcze się tyle stanie / Jeszcze się tyle zmieni / Rosną nam nowe twarze / Do słońca..." znalazł muzykę, o istnieniu której nie miałem zielonego pojęcia.  Teraz na nowo zachwycam się piosenką, choć mam ją w swoim repertuarze. W wykonaniu Adama piosenka zyskuje nadzwyczajnie – i w tym właśnie tkwi siła talentu Adama, że on muzycznie słyszy, czuje i rozumie coś, czego inni na co dzień nie dostrzegają. Adam swoją muzyką potrafi pokazać to, co dla wszystkich jest wartością.
          Z czasem nasza piosenka stała się w kręgach tzw. piosenki turystycznej prawdziwym hitem, z czego od lat jestem dumny.



          Zdaje mi się, że Adam zawsze najlepiej czuł się w środowisku artystów piosenki turystycznej. Wielu innych, których spotkałem na różnych imprezach i festiwalach wędrującej muzy, przeniosło się z czasem w szersze rejony piosenki literackiej, poezji śpiewanej, czy nawet kabaretu. Ela Adamiak, grupa Boom, Jacek Zwoźniak czy Krzysztof Piasecki są najlepszym tego przykładem. Adam, choć zaliczył piękny epizod zakładając swego czasu z Rudim SchubertemWały Jagiellońskie „Wały Jagiellońskie", pozostaje wciąż przede wszystkim we wdzięcznej pamięci turystycznej braci jedną z najważniejszych postaci. Jego piosenki są dla tego nurtu twórczości w Polsce tym, czym są piosenki Czerwonych Gitar dla popu, czy Perfectu dla rocka. Piosenki Adama w świecie piosenki turystycznej są największymi evergreenami. Kto nie wierzy, niech zapyta pierwszego lepszego człowieka idącego przez kraj w traperkach, z plecakiem, a do tego taszczącego ze sobą gitarę. Dla mnie Adam jest także jedynym człowiekiem w moim życiu, któremu udało się  namówić mnie raz na studencki rajd pieszy. Wrażenia z tamtego rajdu mam w pamięci do dzisiaj, choć chyba nie wszystkie kilometry pamiętam.
          Ucieszyłem się z wydania płyty Adama. Ucieszyłem się z tego, że już na pewno nie zaginą oryginalne wykonania piosenek, bez których nie rozpali się żadne rasowe ognisko. Słucham tej płyty w samochodzie od kilku dni i z radością spostrzegam, że „stare" piosenki mnie rozczulają, a „nowe" - przynajmniej mnie - z każdym dniem podobają się coraz bardziej. To fantastyczna płyta, choć i ja, i  wielu tzw. fachowców pewnie mogłoby wytknąć jej niejedno i spytać dlaczego coś jest tak, a nie inaczej. Nie warto jednak na drobiazgi zwracać uwagi, bo siła Adamowych piosenek tkwi nie w perfekcji wykonania czy aranżu, lecz w samej istocie ich istnienia. I to jest właśnie piękne, że „Śni się lasom las" zostanie na zawsze, gdy większość dzisiejszych przebojów pójdzie w zapomnienie.
          Tak jak kiedyś Adam zaskoczył mnie muzyką do „Piosenki bez tytułu" , tak teraz zaskoczył mnie piosenką „Na uwadze mając biedę". Znowu nie pamiętałem tekstu tej piosenki, ani tego, kiedy i w jakich okolicznościach trafił on do Adama. Z jej treści wynika, że musiałem napisać ją pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy ruszyła druga fala emigracji, a w Polsce uwolniono gospodarkę ze sztywnych ram socjalizmu. Słuchając Adama w tej piosence mam dzisiaj nieodparte wrażenie, że coś jednak z tamtej historii teraz się w Polsce powtarza. Posłuchajcie...



          Podobnie jest też z trzecią naszą wspólną piosenką. Także nie pamiętam, kiedy Adamowi dałem ten tekst. Sądząc po jej słowach musiałem napisać je w stanie wojennym. Teraz cieszę się, że Adam tekst ocalił i umieścił na płycie, bo choć życie diametralnie się zmieniło, to jednak  wciąż trochę prawdy w tej piosence tkwi i także dziś piosenka ta trochę odzwierciedla życie.



           Adamie, jeżeli czytasz te słowa, to wiedz, że wydałeś świetną i bardzo potrzebną płytę, a talentu zazdroszczę Ci tak, jak zazdroszczę sobie, że Cię znam.

           PS. Przy okazji tego wpisu chciałem też podziękować cudnej Marysi z Poznania, która na moją prośbę, by piosenek Adama słuchało się jeszcze milej, w bardzo szybkim czasie oprawiła je w obrazki. Dziękuję Ci, marychaj! :)
18 sierpnia, 2013

Mój sierpień 1980

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:30
          Dokładnie 33 lata temu, 18 sierpnia 1980 roku, wieczorem, przyszedł do nas Zbyszek Joachimiak – poeta, kolega z Koła Młodych Związku Literatów Polskich w Gdańsku. Gdańsk od kilku dni żył pod napięciem tego, co się działo w stoczni. W stoczni strajk, a w mieście strach, że wszystko skończy się, jak w grudniu 1970 roku. Asia, ja i nasz pięciomiesięczny syn trwaliśmy w maleńkim mieszkaniu na gdańskiej Zaspie w nieznośnym oczekiwaniu na rozwój wypadków. I wtedy, wieczorem 18 sierpnia, Zbyszek pojawił się z propozycją byśmy – my, młodzi literaci – spotkali się w swoim gronie w siedzibie ZLP przy ulicy Mariackiej.
          Podróż następnego dnia przez niepewne swego losu miasto była jak przedzieranie się przez szary tłum pytających i zatrwożonych ludzkich spojrzeń, z których każde wyrażało nadzieję na spełnienie choćby części życzeń wyrażanych w stoczni. Pogoda była piękna. Ciepło i słonecznie. Gdańska starówka, jakby nie zważając na czas, nadal gościnnie przyjmowała turystów. W kamieniczce ZLP spotkała się większość z nas. Zaczęła się dyskusja.
          Dzisiaj, wiedząc to, co się stało w następnych dniach, tygodniach czy miesiącach łatwo wyśmiać każde wypowiedziane wówczas zdanie. Wtedy nikt nie ważył się na słowa nieprzemyślane i nie szafował opiniami, sądami czy wnioskami. Doskonale wiedzieliśmy, że nie jesteśmy zwartym tłumem w stoczni, że nas łatwo policzyć i rozliczyć z każdego działania czy zaniechania. Wiedzieliśmy chyba wszyscy też to, że się boimy. A jednak... 
          W swoich szpargałach znalazłem stare wydawnictwo z tamtych czasów. Jest to 12. numer almanachu gdańskich środowisk twórczych „Punkt”. Spisywany z zadyszką, redagowany w pośpiechu i wydany przez Wydawnictwo Morskie w nakładzie 30 tys. egzemplarzy z nadzieją, że w razie czego gdzieś się zachowa i kiedyś zaświadczy.
Pamięć mi podpowiada, że cały ten nakład nie trafił jednak do kiosków i że były z nim jakieś kłopoty. Chyba Adzik Zawistowski – poeta, dramaturg i pisarz, a obecnie dyrektor Departamentu Kultury w Pomorskim Urzędzie Marszałkowskim – powiedział mi wtedy, że ten numer„Punktu” w stanie wojennym poszedł na zmielenie. Pewny tej wiadomości jednak nie jestem, ale pewny jestem tego, że mój egzemplarz ocalał.
Trzystustronicowy numer almanachu jest w większości dokładnie spisaną kroniką wydarzeń i zbiorem dokumentów. Zawiera też pierwsze literackie próby zapisania uczuć, jakie zrodziły się wtedy między gdańszczanami. Jest małym albumem fotograficznym i tomikiem wierszy, które wtedy, na gorąco, powstawały.
          Nasza dyskusja w średniowiecznych piwnicach knajpki „U Literatów” nie była burzliwa. Zastanawialiśmy się nie „czy”, tylko „jak” wystąpić z poparciem dla stoczniowców. Doskonale wiedzieliśmy, że Grudzień '70 łatwo było władzy spacyfikować, bo w odwecie za Marzec '68 inteligencja wypięła się na robotników. Zdaniem większości z nas tym razem nie mogło się to powtórzyć. Uważając na słowa podjęliśmy rezolucję.
 


          Było to pierwsze, pisemne, oficjalne poparcie, jakie zostało udzielone stoczniowcom w sierpniu 1980 roku. Pamiętam, że gdy wróciłem do domu, nie byłem pewien czy prześpię noc do rana. Tym bardziej pewien nie byłem, że jeszcze wieczorem o naszej rezolucji informowało świat  Radio Wolna Europa. Na szczęście rzeka wydarzeń toczyła się tym razem po innych niż zazwyczaj kamieniach.
          Teraz, gdy piszę te słowa i jednocześnie przeglądam stary numer „Punktu”, natknąłem się na wiersz Bożeny Ptak, który unaocznił mi, że dobrze zapamiętałem i powyżej opisałem tamten czas.



          Znalazłem też w tym „Punkcie” piękny wiersz Antka Pawlaka, poety, dziennikarza, a obecnie rzecznika Prezydenta Gdańska, który nie uczestnicząc w tamtym zebraniu zauważył w swym przeżyciu Sierpnia śp. Mariana Terleckiego, współsygnatariusza naszej rezolucji.



          Było, minęło, a jednak wciąż nacieszyć się nie mogę, że choć w tak niewielki, wręcz mikroskopijny i może mało ważny sposób przyłożyłem rękę do przebiegu dziejów.
          Dwa dni po naszej rezolucji, 20 sierpnia 1980 roku w stoczni pojawił się Apel, nadesłany z Warszawy, a podpisany przez elitę polskich intelektualistów. Ale to, choć ta sama, to już jednak inna historia... 
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY