18 sierpnia, 2014

Każdego dnia

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:28
          Każdego dnia dzieje się coś. Każdego dnia pesymista przygotowuje się na najgorsze, a optymista wierzy w sukces. Każdego dnia cieszę się z lata, które dla mnie w tym roku zaczęło się 20 kwietnia i trwa, trwa i trwa... A jako pesymista z rosnącą melancholią czekam już na jesień i zimę. Cykl ma swoje prawa i nikt tego nie zmieni. Na szczęście są takie przestrzenie w rzeczywistości człowieka, które siłom wyższym nie podlegają. No, chyba, że zaczniemy się zastanawiać nad teorią wszechmogącego przypadku, zbiegu okoliczności, czy fiksum - dyrdum.
          Dzisiaj w Radio Tok FM usłyszałem fachowca od badań sondażowych, który mówił coś takiego: "... i wiadomo, że w rankingach miast zawsze wygrywa Gdynia, tylko jak zapytać gdynian, co tak właściwie sprawia, że są dumni ze swojego miasta, to się niczego konkretnego nie dowiemy..." Podejrzewałem, to od dawna, odkąd zamieszkałem w Gdyni. Naprawdę starałem się tym miastem zauroczyć, pokochać je, choćby polubić i... lata mijały, a me serce ani drgnęło. Nie ma w tym mieście niczego takiego, czego nie można znaleźć w innych miastach. Cały urok Gdyni skupia się przy Skwerze Kościuszki i przechowuje w przedwojennym micie - miasta z morza i marzeń. Fakt, można się rozmarzyć, gdy się patrzy na brzeg morza w Gdyni

fot. W. Chyliński

Można nawet dostać zawrotu głowy, gdy się w innym miejscu miasta zerknie w górę:

fot. W.Chyliński

Ale gdy się na Gdynię spojrzy z pewnej dali, to ten "zawrót głowy" niczym fallus sterczy i wystaje z całkiem przeciętnego organizmu miejskiego.

fot. W.Chyliński

Moja ulica w Gdyni z pewnej odległości też ma swój urok...

W.Chyliński

... ale gdy się jej z bliska przyjrzeć, to...

fot. W.Chyliński

... wielkomiejskość Gdyni wprost rzuca się w oczy. I nie jest to uliczka gdzieś na obrzeżach miasta, a droga tuż przy jednej z głównych, gdyńskich arterii. By się nie użalać dodam, że w sąsiedztwie, na innych ulicach jest jeszcze gorzej. Chodzimy po dziurach, przeskakując kałuże, ale za to możemy odlecieć, bo mamy nikomu nie potrzebne lotnisko. Mamy nową i dumną Trasę Kwiatkowskiego, mamy jakieś "słoiki"...



... ale tuż obok Trasy mamy niezmieniony, przedwojenny jeszcze Pekin i takie budowle w dawnym Orłowie...



          Może się czepiam, ale w przeciwieństwie do większości gdynian nie daję się omamić reklamie - spoty w TV, darmowe koncerty, czy pokazy latających samolotów. Nie kręci mnie propaganda Urzędu Miejskiego, na którą idą miliony złotych z miejskiej kasy.
          W Gdyni podoba mi się tylko to, że mieszka tu paru fajnych ludzi, a wśród nich ci, którzy stworzyli zespół "Wolny Przedział".
Piosenkę "Każdego dnia" napisałem wiele lat temu dla Beaty Bartelik, która również mieszka w Gdyni. Teraz nawet mieszka niedaleko mnie, przy czym jej ulicę jakiś czas temu, jakimś cudem wyremontowano. W przeciwieństwie do piosenki "Sen na pogodne dni" piosenka "Każdego dnia" poważnie zaistniała tylko raz - w całkiem niezłym programie telewizyjnym, który był właściwie recitalem Beaty. Teraz z zakamarków pamięci na światło dzienne piosenkę tę wydobył Zbyszek Szukalski, a przepięknie, z dużą dbałością o detal odświeżyła Arleta Rusiecka. Całość udanie nagrał Wolny Przedział, któremu niniejszym serdecznie dziękuję. W przeciwieństwie do Gdyni, która "...każdego dnia chciałby Gdańska rolę grać..." nasza piosenka nie udaje niczego. Po prostu jest. Znowu jest.




27 lipca, 2014

Rosjanie, jedźcie na wieś

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:22
          Cholera, wygląda na to, że prawie wszyscy Rosjanie zwariowali. W ich głowach tłuką się jednocześnie kontrofensywne przeświadczenia o zagrożeniu i supermocarstwowości. Pewnie nie będą spali, dopóki świat w strachu przed nimi nie zadrży w posadach i nie padnie na kolana. Biedny kraj, biedny naród. Staram się nie lękać i nie przejmować zbytnio tym, że na wschodzie odżył kolejny szalony führer – Putin. Nim ten debil zdoła podpalić świat, może by ktoś wpływowy zechciał podpowiedzieć Rosjanom: dajcie na luz, pomyślcie o czymś przyjemnym i jedźcie na wieś odpocząć. Już takie Putiny rządziły kiedyś na świecie i nikomu to na dobre nie wyszło.
          Mimo że nie cierpię na przerost ambicji i nie gnębi mnie żaden strach, to w trosce o zdrowie psychiczne i jakość moich piosenek kilka dni temu postanowiłem ruszyć się z domu, by na zaproszenie Adama Drąga – kompozytora, autora tekstów i barda, z którym ostatnio z dużym zadowoleniem koncertuję – odwiedzić go w jego uroczej samotni pod Toruniem.

dom Adama Drąga

Adam przywitał mnie serdecznie...





i gościł po królewsku, sam przyrządzając pyszne posiłki. Tak jak chciał, czułem się, jak u siebie w domu.



Podjadłszy nieco siadaliśmy na tarasie...,



a tam śpiew ptaków mieszał się czasem z radosnym śmiechem dzieci, kąpiących się w pobliskim jeziorze. Na ogół jednak nasz zmysł słuchu pieściła cudowna, wiejska cisza. Nasze sjesty nie trwały zbyt długo, bo dom Adama, to dom muzyka...,



gdzie na poddaszu nie tylko gitarzysta znajdzie swój kawałek raju.



Grać u Adama można niemal w każdym miejscu, ale mnie najbardziej przypadł do gustu wygodny kącik prób w salonie, naprzeciwko kuchni. Zagrać, zagryźć, zaśpiewać, ot co...



Tam mi się z Adamem...



najlepiej grało...



i śpiewało.

Adam Drąg i Waldemar Chyliński

Co dobre zawsze szybko się kończy, więc i mnie przyszło się w pewnym momencie pożegnać z gościnnym domem Adama Drąga, domem wymyślonym na 102...



Odjeżdżając zerknąłem w lusterko wsteczne i zauważyłem, że zegar na ścianie domu już zaczął odliczać czas do mojej ponownej wizyty na wsi pod Toruniem. 



Dzięki Adamie za wszystko, było pięknie, pysznie i wygodnie. Do zobaczenia wkrótce :)
12 lipca, 2014

Początek i koniec

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 08:12
          Początek każdej sprawy zazwyczaj budzi nadzieję. Niewiadoma karmi wyobraźnię, a że nie lubimy smutnych zakończeń, to dopóki  końca nie widać, łudzimy się każdą jasną perspektywą. Rozsądek podpowiada, iż życie należy planować tak, by przyszłość w jak najmniejszym stopniu zależna była od przypadku, złośliwości losu i natury, czy logiki chaosu. Niestety, zdarza się, że wydarzenia zaczynają wokół człowieka wirować niczym trąba powietrzna i to, co nas spotka za rok, czy za chwilę, jest równie nieodgadnione jak sens życia.
          Początek tego lata miałem smutny. Pod koniec czerwca zmarł mój wuj – Tadeusz Kozak. Lubiłem go od dziecka i darzyłem – jak wszyscy, którzy go znali – ogromnym szacunkiem. Wuj człowiekiem był niezwykłym – wychowywał się prawie sam, gdyż matkę stracił wcześnie, podczas nalotu 1 września 1939 roku, na drodze z Warszawy do Siedlec. Mój dziadek i mama wujka byli rodzeństwem. Z tej przyczyny wuj w czasie wojny  często mieszkał w Olszycu Szlacheckim, rodzinnej wsi mojej mamy. Był ulubieńcem mojej babci, która do końca swego życia traktowała go jak syna. Był żołnierzem AK, który w wieku 19 lat walczył w Powstaniu Warszawskim, na Żoliborzu, pod dowództwem ppłk. Mieczysława Niedzielskiego ps. „Żywiciel". Potem był w obozie w Niemczech, a gdy wrócił do ruin stolicy, nie miał tam już czego szukać. Jak większość mojej rodziny w pierwszych latach po wojnie przeniósł się na Wybrzeże i zamieszkał w Gdańsku. Tu, zatrudniwszy się w porcie, skończył studia na Politechnice Gdańskiej i aż do emerytury pracował w przemyśle okrętowym. W 1955 roku ożenił się z przepiękną inżynier geolog Krystyną. Do teraz żyli szczęśliwie. Niby się można było tego spodziewać, bo gdy człowiek dochodzi 90. roku życia, to rzeczą naturalną jest umrzeć, a jednak za każdym razem wiadomość o śmierci spada jak grom z jasnego nieba i to się już chyba nigdy nie zmieni. Nadzieja na życie wieczne na ziemi nie opuszcza nas do samego końca. Wbrew logice, doświadczeniu i wiedzy nie chcemy tracić, nie chcemy się rozstawać i zapominać.
Żegnaj wujku, a może – do zobaczenia. Dziękuję Ci za wszystkie dobre chwile, które spędziłem razem z Tobą.
         Morze tego roku szumi słońcem już od wiosny. Nic tylko chcieć żyć i cieszyć się każdego dnia początkiem.



          Kto czytał moje poprzednie wpisy, ten wie, że od początku roku, wraz z legendarnym w środowisku poezji śpiewanej i piosenki turystycznej – Adamem Drągiem stworzyliśmy duet Jako taki specyficzny „tandem wykonawczy" w ostatnich dniach czerwca zostaliśmy zaproszeni na jubileuszowy koncert Bazuny. Bazuna była jedną z pierwszych studenckich imprez na jakiej byłem, jeszcze jako uczeń szkoły średniej. Najpierw jako autor, potem już wykonawca wtapiałem się tam w środowisko kultury studenckiej. Później, przez czterdzieści lat nie miałem okazji, aż tu dwa lata temu z okazji 40. Bazuny i teraz, z okazji jubileuszu jej organizatora – klubu FiFy, byłem dwukrotnie zaszczycony zaproszeniem, z którego chętnie skorzystałem. Taki wypad na imprezę po ponad czterdziestu latach to nie tylko czas radosnej zabawy, ale także dużej refleksji. Tak było dwa lata temu i nie inaczej w tym roku.

od lewej Adam Drąg i Waldemar Chyliński

Choć z racji odległych miejsca zamieszkania spotykamy się z Adamem tylko na koncertach, to nadrabiając czas przeszły w imię przyszłości bawimy się znakomicie. Koniec początku niekoniecznie zaraz musi być początkiem końca, o czym śpiewamy w naszej wspólnie napisanej lat temu czterdzieści „Piosence bez tytułu":



Teraz czeka nas kolejny koncert i ponownie z Adamem wybieramy się w muzyczną podróż na południe Polski, ale nim to nastąpi obchodzić będę pierwsze urodziny mojej młodszej wnuczki Majki.



Iga dwa latka skończyła dwa tygodnie temu. Być dziadkiem takich dziewuch, to szczęście nie do opisania.



          Wczoraj mieliśmy upał, a dziś od rana deszcz pada na całym Wybrzeżu. Coś ma swój początek i koniec. Ot, życie, co jak pogoda się plecie – raz ciepło jest zimą, raz zimno jest w lecie.  W przyszłym tygodniu słońce, a wraz z nim i ciepło ma wrócić. Już się na to cieszę i kombinuję, jak choć na chwilę wyrwać się tam, gdzie „tygrysy" – takie jak ja – lubią być najbardziej.



          Cieszę się także z tego, że na rynku ukazała się właśnie płyta Piotra Święcickiego, nagrana przez Tolka Murackiego (świetnego barda, niestrudzonego propagatora twórczości Jaromira Nohavicy i właściciela studia i firmy „Warsztat Antoniego"). Płyta nosi tytuł  „Piosenki mojego życia" i znalazły się na niej aż cztery piosenki mojego autorstwa.



Polecam tę płytę serdecznie. To nie jest przypadkowy zbiór różnych, jakoś tam ważnych dla wykonawcy piosenek. Płyta „Piosenki mojego życia" to swego rodzaju życiowa manifestacja wartości tkwiących w uczuciach i poglądach Piotra Święcickiego. Każdy z nas zapewne ma w swej pamięci piosenki, które ważne były na różnych etapach życiowej drogi, i które wskazywały i nazywały uczucia godne przeżycia i utrwalenia w pamięci. Takie uczucia, takie piosenki i związane z nimi doświadczenia każdy z nas nosi w sobie, ale Piotr Święcicki się wyróżnił. Bard postanowił te uczucia, nie tylko zebrać i nazwać, ale też w znakomitej formie słuchaczowi zaproponować do słuchania i przeżycia. Warto polubić te małe dzieła, bardzo dobrze zaśpiewane, zagrane i nagrane, bo mówią o czymś ważnym i istotnym, co jest ponad słowami, dźwiękami i myślami, z jakich składa się nasza codzienność. Wśród autorów  tej płyty słuchacz  odnajdzie utwory napisane przez Marię Jasnorzewską-Pawlikowską, Macieja Zembatego, Józefa Czechowicza, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Agnieszkę Osiecką czy Bogusława Nowickiego, a skomponowane m.in. przez Seweryna Krajewskiego, Adama Drąga, czy Elę Adamiak. Naprawdę warto.
Koniec.
08 czerwca, 2014

Najpierw było słowo...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:16
          Najpierw było słowo – wymieniane pocztą mailową z najbliższymi znajomymi, którzy także próbowali nadążyć za cywilizacyjnym postępem. Nasyciwszy się – dzięki temu cudownemu wynalazkowi, jakim jest Internet – wiadomościami rodzinnymi, zawodowymi, plotkarskimi i politycznymi, zaczęliśmy sobie rozsyłać maile z kawałami. Bywało, że otwierałem dziennie po pięć maili, w których znajdowało się kilkadziesiąt kawałów naraz. Zapamiętać choćby jeden, przy tej ilości puent, nie było sposobu. Początkowo, jak taki rozrywkowy listonosz, wszystkie te śmiesznostki rozsyłałem dalej. Cierpliwości i poczucia humoru niektórym jednak brakło i kończyło się prośbą, by im śmieciem różnorakim skrzynki nie zatykać. Postanowiłem więc, że te przesyłane mi śmiesznostki wysyłał będę tylko do tych, którzy mi je nadsyłają. Ponieważ lista przesyłających z czasem zrobiła się krótka, okazało się, że w kółko wysyłamy sobie wciąż te same kawały. Przestało być śmiesznie i choć do nikogo próśb i gróźb nie wysłałem, to jednak korespondencji pod tytułem „coś wesołego" już nie otwierałem.
          Mniej więcej w tym samym czasie jedna z moich uroczych przyjaciółek – taka, co to ją znam, znam i znam... – zapytała mnie, dlaczego nie założę sobie strony w Internecie, na której zbiorę do kupy – tak się wyraziła! – informacje o sobie, zdjęcia, piosenki, dyskografię, itp. Ktoś inny, kogo pytałem o zdanie w tej sprawie, podpowiedział, że warto przy okazji zakładania autorskiej strony pomyśleć też o blogu. – Blog, na którym co jakiś czas umieścisz wpis ze słowem od siebie sprawi, że strona ożywi się, zrobi się ciekawsza i będzie częściej odwiedzana. Podtrzymasz dzięki temu wiele znajomości, które z czasem (czyt. – z nudów) mogłyby się skończyć, a kto wie, czy się zapomniani starzy i nowi znajomi nie odnajdą?
          
Będzie już prawie dziewięć lat, jak zerkając z balkonu na miasto rozważałem chęci rozpisywania się w internecie.



          Do jesieni 2006 roku zeszło mi zastanawianie się, czy mi się chce, czy mi się nie chce. W końcu dzięki mojemu własnemu, bardzo skomplikowanemu wysiłkowi umysłowemu, strona powstała i jest. Przeczytałem kiedyś, że przeciętny blog żyje około trzech miesięcy, więc gdy wraz z moim blogiem obchodziłem pierwszą rocznicę istnienia „Codzienności" w Internecie, to zdało mi się, że jestem nadzwyczajnym rekordzistą.
          Mijały miesiące, lata, a ja wciąż – ku swojemu zdumieniu – miałem tu coś do napisania. Z czasem ta energia opadła z sił i choć liczba odwiedzający wciąż mnie zobowiązuje, to jednak życie robi swoje i teraz piszę coraz rzadziej. Słowo, choć było pierwsze i wciąż nie chce być ostatnim, nie pcha się już zbyt często  na afisz. Choć w życiu wydarzenia i zmiany wciąż mnie zaskakują i proszą się o pamięć, to jednak moja internetowa energia podążyła jakiś czas temu za innym wynalazkiem, zaniedbując blog.
          Facebook – to jest to, co po mailach, stronach internetowych i blogach stało się płaszczyzną, by nie rzec – stołem, przy którym zasiadają teraz moi bliżsi i dalsi znajomi. Z Facebooka dowiaduję się co u kogo piszczy w trawie i to Facebook zastępuje mi gazetę, informuje o pogodzie, rekomenduje książki i zaśmieca głowę setkami nieważnych wydarzeń. Choć czasem męczy byle czym, jest potrzebny, bo najpierw jest słowo, a potem jego wartość.
          By ze słowa wyłuskać wartość, to słowo to należy poznać. Jakże byłem zdumiony wczoraj, gdy na wspomnianym już balkonie spostrzegłem moją straszą wnuczkę Igę, która z przejęciem wertowała książkę, chcąc coś z niej wyłuskać.

Iga

Reakcje na słowo, rysunek i dźwięk (książka wydawała też odgłosy) były różne.
Takie...

Iga

I takie...



Widoczna w oczach Igi filozoficzna zaduma sprawiła, że ucieszyłem się, iż młodsza Maja...

Maja

... ma jeszcze przynajmniej rok na takie zamyślenia.

Maja

A na razie, zanim się Maja zorientuje, że pierwsze było słowo, niech odkrywa prawdę, że nim człowiek cokolwiek nazwał, to najpierw to narysował. 

Maja

Kończę i pozdrawiam wszystkich z ciepłej dzisiaj i słonecznej Gdyni, która po aferze z bezsensownym lotniskiem obraz ma taki, że brakuje mu tylko bąbelków z wody sodowej i mydlanych baniek. Oto my, Gdynia i bańki:

Waldek Iga Gdynia i bańki

Do przeczytania :)
02 maja, 2014

Pejzaże, pejzaże...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:09
          Późną jesienią ubiegłego roku, goszcząc w Matytach u Doroty Paśko-Sawczyńskiej i jej męża Jacka Sawczyńskiego na ich spóźnionych imieninach, poznałem - jak to u nich - nietuzinkowego człowieka. Gadało nam się dobrze, a kolejne toasty szybko zbliżały nas do siebie. Także nasze poglądy na życie i przeżycie okazały się zbieżne. Tadeusz jest żeglarzem, szkutnikiem, podróżnikiem, amatorem harleyów - davidsonów i przedsiębiorcą w jednym. Na dodatek gra i śpiewa. W  zamian za płytę otrzymałem od Tadeusza Śwista wizytówkę i zaproszenie do mariny "Skarbek" w Iławie, której jest właścicielem.

przystań Skarbek w Iławie

Ledwie się wiosna zaczęła przeglądać w pierwszej ładnej pogodzie, a mnie już coś ciągnęło do tych wód niebieskich, do brzegów zielonych, do pól i łąk okrytych słońcem rozmaitym. Prognoza długoterminowa zapowiadała, że po świętach wielkanocnych temperatura przekroczy 20 stopni Celsjusza i będzie niewielkie zachmurzenie. Nie czekając na bardziej dokładne prognozy zadzwoniłem do Tadeusza, który zapewnił mnie, że choć do sezonu zostało jeszcze kilka dni, mogę śmiało przyjechać - łódka będzie czekać.
          Asia nie bardzo wierzyła w prognozę, zadzwoniłem więc do swego starego druha od żaglowania - Leszka Szczechuli, który bez zastanawiania się, od razu zaakceptował mój pomysł przywitania wiosny pod żaglami. Umówionego dnia stawiliśmy się w "Skarbku", gdzie czekał na nas s/y "Neverin" . Późnym popołudniem, po zaopatrzeniu i sklarowaniu łódki ruszyliśmy w kierunku Widłąga.

Jeziorak

Nie będę się zbytnio rozpisywał o tym jak żeglowaliśmy, bo te kilka zdjęć powyżej i poniżej opowie więcej. Dodam tylko, że nasza kilkudniowa wyprawa udała się bardzo - był wiatr, było słońce, było gorąco i było pięknie. Zadowolony jestem pewnie też dlatego, że przez te kilka dni na Jezioraku spotkaliśmy tylko kilka jachtów...

Samotny biały żagiel na Jezioraku

... a bywało że na całym jeziorze byliśmy tylko my. 
Jak zawsze, gdy zobaczyłem wejście na Widłąg wzruszyłem się do łez.. Ech,Widłąg, ech... życie moje...

Wejście na Widłąg

Nasz pierwszy wieczór na Widłągu był pastelowy. Uroczy i ciepły, nieco przydymiony. Kolacja i rozmowy przy ognisku, i wspomnienia...
Na Widłągu pierwszy raz byłem jako sześcioletnie dziecię. Potem wracałem tam z rodzicami każdego roku, aż do... założenia własnej rodziny. Wróciłem po piętnastu latach i od tamtej pory, co jakiś czas staram się tam wciąż wracać.

wieczór na Widłągu

Następnego dnia rano Widłąg przywitał nas swoją pełną krasą...

Widłąg

... a Jeziorak przyjemną, żeglarską pogodą.

Leszek

W drodze do Siemian wiało już całkiem nieźle. Po południu zaś flauta znowu rozkosznie rozścieliła się od brzegu do brzegu.

jeziorak

W kolejne dni raz wiało, raz nie, ale nam to w niczym nie przeszkadzało...

Waldek Chyliński na Jezioraku

... i jak postanowiliśmy odwiedzić Matyty, tak odwiedziliśmy, choć to kawałek drogi.
Dorotę i Jacka zastaliśmy przy pracy. Jacek szykował gospodarstwo na przyjęcie gości i letników, a Dorota w tym czasie szkoliła córkę Asię w układaniu konia.

Dorota i Asia w Matytach 

Piątego dnia przyszedł czas na pożegnanie. Na Lecha czekał w Pile remont łódki klasy Pirat, a ja chciałem zdążyć na wernisaż Misi Kondratowicz. Wróciliśmy więc do Iławy. Najpiękniej jak umieliśmy podziękowaliśmy Tadeuszowi za "Neverina"...

Neverin

... i ruszyliśmy w nasze drogi powrotne do domów wierząc, że do przyjaznej mariny "Skarbek" i jej niezwykłego szefa wrócimy szybko.
Żegnając pejzaże Jezioraka wiedziałem, że niebawem nasycę oczy pejzażami Marii Kondratowicz.
          Maria "Miśka" Kondratowicz ukończyła architekturę na Politechnice Gdańskiej i malarstwo na ASP w Poznaniu. Znam Misię od dawien, dawna, od 1971 roku. Poznałem ją jako śpiewającą członkinię studenckiej grupy "Kaszuby" na pierwszej Bazunie. Razem pomagaliśmy Eli Adamiak nagrywać w studio P.G. jej pierwsze piosenki, wśród których były i te mojego autorstwa. Razem śpiewaliśmy w chórku sławnej piosenki Eli "Jesienna zaduma". Z sympatią słuchałem Misi na licznych koncertach, gdy towarzyszyła Stasiowi Wawrykiewiczowi. Byłem też w domu Misi, we Wrzeszczu przy Grunwaldzkiej, tamtego wieczoru, kiedy powstał zespół Jurka Filara i Jacka Cygana - "Nasza Basia Kochana", w którym Miśka miała swój ważny udział.  I wiem jak i skąd wzięła się ta nazwa.
          Jakiś czas temu Jacek Cygan wpadł na pomysł, by zorganizować wystawę obrazów, które Misia namalowała inspirując się piosenkami. Jak wymyślił, tak i zrobił. Kilka dni temu, 29 kwietnia w klubie Winda w Gdańsku odbył się wernisaż i koncert.

okładka katalogu

We wtorek wieczorem cudownej urody pejzaże pędzla Miśki otoczyły piosenki, które były przyczyną powstania obrazów. Sławny w Gdańsku klub Winda wypełniony był tego dnia po brzegi. Tylko dzięki uprzejmości Kasi Burakowskiej - szefowej klubu, znalazło się dla mnie miejsce w sali koncertowej. Bardzo chciałem być na tym śpiewającym wernisażu, gdyż jeden z obrazów namalowany został po wysłuchaniu piosenki, której tekst wyszedł spod mojego pióra - "Biegnę w pole"


          
Niestety, z powodu choroby Ela Adamiak nie dotarła do Gdańska. Szkoda, bo lata całe nie słyszałem tej piosenki. Dotarł za to Jurek Filar, który wraz z Misią i Jackiem Cyganem zaśpiewali piosenki "Naszej Basi Kochanej"

Nasza Basia Kochana

Dotarł Jan "Mufka" Błyszczak i zaśpiewał piosenkę "Zegar", a także "Jezioro"



Dotarła też Wolna Grupa Bukowina, przy której występie publika rozczuliła się do reszty i wydawać się mogło, że czas, tak jak pejzaż wg. Modiglianiego - po prostu nie istnieje.

Wolna Grupa Bukowina

Cudowny, pełen dobrych uczuć wieczór zakończył się sprzedażą obrazów.



Gdy wychodziłem z klubu usłyszałem, że z kilkudziesięciu obrazów wystawionych na wernisażu niesprzedane zostały tylko trzy. A więc sukces!
          Za pejzaże Jezioraka i pejzaże Marii Kondratowicz, za pejzaże w piosenkach Wojtka Belona i Mufki, za klimaty w tekstach Jacka Cygana i za uśmiech Jurka Filara wdzięczny dzisiaj jestem losowi, który pozwolił mi tej wiosny przeżyć taki piękny czas. Dzięki.

PS
Już po opublikowaniu powyższych wrażeń,od znanego podróżnika Michała Kochańczyka dostałem kilka jego zdjęć z wernisażu.

Barbara Covellin i Waldemar Chyliński

Między innymi to, na którym jestem z dawno niewidzianą  Barbarą Covellin. Basia, która mieszka w Szwecji jest od czasów studenckich bardzo serdeczną przyjaciółką Misi i wielu, wielu naszych wspólnych znajomych. Zadurzyłem się kiedyś w Basi, ale to było tak dawno, że chyba tylko ja to jeszcze pamiętam i piosenka "Na poduszkach moich dłoni". 

02 kwietnia, 2014

Co było - będzie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:03
           Za sprawą pewnego bardzo sympatycznego hanysa – Marka Łukaszczyka, który namówił mnie i Adama Drąga do wspólnych koncertów, po raz kolejny przekonałem się, że przyjaźnie z dawnych lat wciąż są żywe. Zagraliśmy ostatnio z Adamem w Szczecinie i Chorzowie bardzo udane koncerty... I wspólne przebywanie na scenie spodobało nam się na tyle, że wcale nie zamierzamy na tym poprzestać. Przyklepujemy teraz w naszym kalendarzu kolejne terminy i już się cieszymy na wspólne śpiewanie.

od lewej Adam Drąg i Waldemar Chyliński

          Przy okazji naszych podróży zdarza się, że z Adamem zaczynamy wspominać stare lata, starych znajomych i dawne imprezy. Pewnie to wynik tego, że śpiewamy na koncertach swoje stare piosenki, które wszyscy na widowni znają i śpiewają z nami. Słuchacze mają z tymi piosenkami wiele, często bardzo osobistych wspomnień, o czym po koncercie czasem opowiadają.
          Z nami nie jest inaczej. Mnie np. wiele piosenek przypomina zdarzenia, anegdoty i historie związane z Jackiem Zwoźniakiem, o którym w Codziennościach pisałem kilka razy. Ponieważ Adam także ceni twórczość Jacka, postanowiliśmy, że włączymy do naszego repertuaru kilka jego piosenek, mając nadzieję, że w ten sposób inni o nim też nie zapomną. Jacek 17 marca obchodziłby swoje 62. urodziny. 
          A skoro o Jacku mowa, to przypomnę poniżej zaktualizowane nieco wspomnienie, które kiedyś napisałem dla Strefy Piosenki.

Jacek Zwoźniak i Waldek Chyliński

          Tak jak dziś, był piękny i słoneczny dzień. Rok 1977. Mieszkaliśmy w akademiku przy ul. Żołnierskiej w Olsztynie. W pokoju 806. Wróciliśmy właśnie z koncertów, które graliśmy w Katowicach. Jacek chciał odespać podróż, ja poszedłem do łazienki się odświeżyć. W łazience na półce stał szampon „Sylwia”, którym wymyłem włosy. Nie wiem dlaczego, ale nagle przyszło mi na myśl, że gdyby tak kiedyś urodziła mi się córka, to dałbym jej na imię Sylwia. Po powrocie do pokoju odkryciem imienia swojej ewentualnej córki podzieliłem się z drzemiącym Jackiem. Mruknął coś w rodzaju: – No, no, to byś dopiero dziecko uszczęśliwił… – i zasnął.
          Myślałem wtedy, że chodzi mu o nazwę szamponu, ale jak się później boleśnie okazało, chodziło mu o mnie.
          Znaliśmy się jak łyse konie. Jacka poznałem na pierwszej Yapie w Łodzi w 1974 roku, występował tam z założoną przez siebie grupą BABA, którą tworzył wraz z Kubą Wenclem i Markiem Ferdkiem.

grupa BABA Jacek Zwoźniak, Marek Ferdek i Kuba Wencel

          Nazwę BABA Jacek tłumaczył jako skrót: Bezmiar Atrakcji Bez Ambicji, bądź: Byli Alkoholicy Byłym Abstynentom. Coś wtedy musiało być w powietrzu, bo tak, jak ludziom zdarzają się miłości od pierwszego wejrzenia, tak nam, młodym wtedy artystom, od pierwszego wejrzenia zdarzyła się przyjaźń. Ja w Jacku podziwiałem talent satyryczno-muzyczny, on chyba cenił moją niezborną, poetycką naturę.
          Dzięki Zwoźniakowi odbyłem, wraz z jego BABĄ, swoją pierwszą, normalną, artystyczną trasę koncertową po Zielonogórskiem. Dzięki Jackowi nabrałem do siebie trochę dystansu i odnalazłem, dotąd mi nieznane, inne punkty widzenia świata. Moje melancholijne do tej pory teksty dzięki niemu z czasem zaczęły się uśmiechać, bywały pogodniejsze. Gdyby nie Jacek pewnie wiele rzeczy nigdy by się w moim życiu nie zdarzyło, pewnie o wielu rzeczach nie miałbym pojęcia, pewnie na świat dzisiaj patrzyłbym zupełnie inaczej i w związku z tym pewnie byłbym zupełnie innym człowiekiem.
           Jak wspomniałem, Jacek był niezwykle utalentowanym facetem, który z muzycznym łączył talent literacki. Był niezastąpionym kompanem podczas wszelkich biesiad i przyjacielskich spotkań. Ileż to pięknych dni i nocy spędziłem z Jackiem w jego rodzinnym Wrocławiu, po którym oprowadzał mnie z żarliwością prawdziwego miłośnika miasta. Na niezliczonych, wspólnych koncertach z wielkim smakiem trawiliśmy najlepsze lata naszego życia, aż pewnego dnia Jacek odkrył dla siebie piosenkę „Dzień na kacu”, którą napisałem kiedyś wraz Elą Adamiak, podczas podróży na FAMĘ. Tak się z tą piosenką utożsamił, że dopisał trzecią zwrotkę, która idzie tak:

                    Ptaszek idiota ci znów
                    W drewnianej głowie się telepie.
                    Nie masz nadziei, bo któż
                    Przekona cię, że będzie lepiej.

          Potem już zawsze razem (widać to na pierwszym zdjęciu powyżej) śpiewaliśmy tę piosenkę na koncertach i była ona przyjmowana z ogromnym aplauzem – i z dużym zrozumieniem... treści.
          Gdy w marcu 1980 roku moja żona pojechała do szpitala rodzić dziecko, modliłem się w duszy, by nie była to dziewczynka, bo jak z taką, Jackową przepowiednią o córce poety miałaby żyć:

                    Nie przychodź ty mała na świat.
                    I nie daj się zrobić przypadkiem.
                    Poecie łatwiej, to fakt,
                    Zbałamucić twą przyszłą matkę...


          Jackowi często zdarzało się opisywać przyjaciół w swoich piosenkach. Gdy słyszę w „Ragazzo da Napoli” fragment:

                    Twój ragazzo forda capri ci nie kupi,
                    „Buona notte" pewnie też nie powie ci.
                    Jeszcze wierzysz, że dla ciebie śpiewa Drupi.
                    Ciao bambino, spadaj mała, tam są drzwi...


… to wiem, że chodzi o pięknego, czerwonego Forda Capri, którego właścicielem był ojciec Andrzeja Swacyny, a którym to Fordem Andrzej czasem w Kętrzynie zadawał szyku.
          Gdy natomiast słyszę w piosence „Plaga zaimków” fragment:

                    Raz poeta, chyba z Pruszcza,
                    zaczął problem mi wyłuszczać,
                    że choć człowiek niby wolny,
                    jeszcze młody, bardzo zdolny,
                    to mu stoi w oku solą,
                    że mu śpiewać nie pozwolą...


… to doskonale zdaję sobie sprawę, że Jacek przytoczył pewien fragment naszej rozmowy. A ja poetą chyba z Pruszcza... Gdańskiego, a nie z Gdańska, zostałem w tej piosence tylko dlatego, by Jacek miał rym do słowa: „wyłuszczać”
           Wspominam Jacka, ale myślę też o wszystkich przyjaciołach, z którymi w tamtym czasie tworzyliśmy – razem z Jackiem – niezwykle kolorową „paczkę”. Wraz z Jackiem w samochodzie, w wypadku pod Wrocławiem, w 1989 roku zginął Kuba Wencel, z którym Jacek związany był od dzieciństwa. Obaj mieli po 37 lat. Wracali z koncertu w Danielce.
          Andrzej Swacyna, nasz serdeczny przyjaciel, który przez te wszystkie szalone lata grał ze mną na gitarze, także był admiratorem talentu Jacentego – jak lubił Zwoźniaka nazywać. Za kilka dni, 10 kwietnia, minie 14 lat, jak Swacynki z nami nie ma.

Andrzej Swacyna

          Nie ma też Marka Ferdka, zwanego Solowym, który był znakomitym muzykiem – tym trzecim w trio BABA. W styczniu skończyłby 60 lat. Po odejściu Marka, które definitywnie zamknęło żywą historię zespołu Jacka, napisałem piosenkę pt. „Co się stało”:

                    Jeszcze niedawno z kropli potoki,
                    Jeszcze niedawno z chwili godziny,
                    Jeszcze niedawno radość ze słoty,
                    A dzisiaj jesień z wiosną mylimy.
 
                    Jeszcze niedawno w porywach uczuć
                    Błogosławiona naiwność słów,
                    A dziś bezsenne noce bez butów
                    Wychodzą z życia w martwotę snu.
..

          Dziś piosenkę tę śpiewa zespół Wolny Przedział i można ją znaleźć na jego płycie. Pisząc w 2010 roku piosenkę „Co się stało” nie wiedziałem, że pytanie w niej zawarte powtórzę już rok później w Olsztynie.
         W sierpniu 2011 roku pożegnałem w Olsztynie Zbyszka Rojka, który na początku grał ze mną na basie, a potem zakładał z Andrzejem Janeczką „Trzeci Oddech Kaczuchy”. Później tworzyliśmy razem zespół i pierwszy program zespołu „Kaczki z Nowej Paczki”. Na początku bieżącego roku Zbychu też świętowałby jubileusz sześćdziesięciolecia.

Asia i Zbyszek Rojkowie

          Z całej tej muzycznej paczki zostałem właściwie już  tylko ja i dzięki Bogu wciąż jeszcze mogę ich wszystkich wspominać.
          A co do „Córki poety”... Gdy tę piosenkę pierwszy raz usłyszałem, to szlag mnie trafił równo i własnym uszom uwierzyć nie mogłem. Pokłóciłem się wtedy z Jackiem okropnie, ale nie na długo, bo jak z takim śmiesznym okularnikiem, który przez całe życie żałował, że nie urodził się Johnem Lennonem, można było się kłócić. Zrewanżowałem mu się zresztą później, gdy napisałem „Piosenkę wariata”, pisząc o nim m.in.

                    ... Mówią psychiczny o mnie,
                    Mówią wariat prawie,
                    Gdy się w tramwaju pytam
                    – Po co jest ten tłok?
          ref.    
                    Nie mogę wyjść
                    Ani przyjść,
                    Ani się położyć.
                    Nie mogę wstać
                    Ani spać,
                    Ani siku zrobić...


          Tyle wspomnień na dzisiaj.
          Mam nadzieję, że dzięki koncertom z Adamem, które przed nami, co było – wciąż jeszcze będzie, więc serdecznie zapraszamy na wspólne śpiewanie i dalsze przyjaźnienie się.

          PS.
          Przy okazji wspominania przyjaciół pamiętam też, że 27 marca minęła 88. rocznica urodzin Lucyny Legut, która trzy lata temu, ku smutkowi widzów, fanów i przyjaciół podpisała kontrakt na wieczność ze sceną Niebieskiego Teatru. Kochana Lucha, znakomita pisarka, malarka i bardzo popularna na Wybrzeżu aktorka, o której też wiele razy w Codziennościach pisałem i z którą bardzo przyjaźniłem się w ostatnich latach jej życia, wciąż ciepło tkwi mi w pamięci, a gdy o niej wspomnę, to wspomnienie cudownie poprawia mi humor.

Lucyna Legut i Waldek Chyliński

          


                                                         
 
   
14 marca, 2014

Wojna, pokój, czacza i coś jeszcze

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 10:29
             Nie było w nim nic nadzwyczajnego. Ot, przeciętny facet, niezbyt wielkiego wzrostu, z uśmiechem od ucha do ucha i słabym, ale wyczuwalnym, góralskim zaśpiewem w głosie. Siedziałem z Asią przy stoliku w mesie małego, starego statku wycieczkowego i czułem się jak inżynier Mamoń. Zdaje się, że żona tego gościa miała na imię Halinka i, podobnie jak mąż, życie traktowała z humorem. Ucieszyłem się, że z tak pozytywnie do życia nastawionymi ludźmi przyjdzie nam w tym rejsie spędzić przy jednym stole trochę czasu. Pani Halinka z Asią błyskawicznie znalazły wspólne tematy do rozmowy. Nam, facetom, z początku poznawanie się szło dość opornie. On miał na imię Wojtek i był moim rówieśnikiem. Wtedy mieszkał w Katowicach.
          Nasz statek, który od dawna powinien golić radzieckie brody, kołysał się wśród fal, a my bujaliśmy się płynąc nim od portu do portu po Morzu Czarnym, gdyż mojej żonie przyszło jesienią do głowy, że grudzień tamtego, 1988 roku najpiękniej spędzimy w rejsie od Odessy do Batumi.
          Niezbyt chętnie dałem się namówić na tę eskapadę. W mojej rodzinie wciąż żywe były wspomnienia z czasów wojny. O agresorach z 1 września 1939 roku i tych z 17 września bardzo źle u nas mówiono. Niemców i Rosjan nie lubiano. Nie pomagało istnienie NRD i nie pomogły obowiązkowe lekcje rosyjskiego czy lektury o Arteku. Moje osobiste doświadczenia też nie zachęcały do podróży. Kilka lat wcześniej wraz z Elą Adamiak...
        
Ela Adamiak

...i Andrzejem Poniedzielskim odwiedziliśmy Moskwę i Leningrad. Dziwna, śmieszna i straszna jednocześnie była to wizyta. Pojechaliśmy tam z koncertami i mieliśmy według organizatorów dziesięć dni na zapoznanie się z tym „rajem na ziemi". W stolicy światowego proletariatu niespodziewanie, poza planem podróży, zostaliśmy zaproszeni do Teatru na Tagance, gdzie mieliśmy zaśpiewać kilka ballad i poznać Włodzimierza Wysockiego. Nie poznaliśmy, bo nasz „propusk” na stolicę kończył się dzień przed możliwym spotkaniem z Wysockim. Choć bardzo nam zależało, to nikt się tam naszym problemem (pozornie) nie interesował i nikt z ambasady pomóc nie chciał. I choć do następnego koncertu w Leningradzie mieliśmy jeszcze trzy dni, nikt nie chciał z nami rozmawiać o przedłużeniu wizyty nad rzeką Moskwą. A wszystko przez Poniedzielskiego, któremu zachciało się już podczas pierwszego koncertu zaśpiewać „Balladę o Kołobrzegu". W piosence tej chodziło mniej więcej o to, że na plaży w Kołobrzegu koło brzegu bawiło się dziecko, które w pewnym momencie poszło sobie pływać. Pływało, a potem ...przyszła fala, ta, co zmywa i małe dziecko już nie pływa...  Utonęło, ale po pewnym czasie, choć nieżywe, to jednak wraz z falą wypłynęło na brzeg z powrotem. Z faktu tego wypłynięcia Andrzej w swej balladzie morał wysnuł taki, że ... najlepiej jednak graniczyć z morzem, bo co zabierze, to zawsze zwraca... Moje słowa, że ...chciał jeszcze coś powiedzieć, chciał jeszcze wytłumaczyć, w życiu o prawdę mu szło... i że ...on zamiast drzwi odnalazł w domu mur, krat w swoim oknie splot... takiego wrażenia, jak to utopione dziecko, na radzieckich komunistach nie zrobiły.Koncert Wałów Jagiellońskich - Waldemar Chyliński
          Po powrocie do Polski Andrzej Poniedzielski otrzymał zakaz występów, którym początkowo bardzo się przejęliśmy. Szybko jednak okazało się, że wszyscy, łącznie z tymi, którzy ten zakaz wymyślili, mają go głęboko w d...użej niepamięci. Bez przeszkód więc kontynuowaliśmy nasze koncerty. W Polsce w tamtym czasie wolność słowa była oczywiście ograniczana, ale nie na tyle, byśmy nie mieli okazji się wyrażać. Wyrażaliśmy się więc na takich koncertach, jak ten na zdjęciu, który był firmowym koncertem Wałów Jagiellońskich pt. „Wars wita was". Wyrażaliśmy się w sposób nieco zawoalowany i metaforyczny, ale się wyrażaliśmy na tyle jasno, że kto chciał ten zrozumiał. U „zbawców świata" za wschodnią granicą jakiekolwiek wyrażanie się było rzeczą nie do pomyślenia. A ja – że się tak wyrażę – nigdy nie czułem się zbawcą świata. Natomiast, jak dzisiaj patrzę, byłem wtedy szczupły i młody, że o piękności już nie wspomnę. I to przez tę piękność tamten czas wspominam mile.
          Wracając do rejsu... Czacza to gruziński bimber, pędzony z mandarynek. Lany w szklanki zamiast wina i wzmacniany długimi a kunsztownymi toastami, wygłaszanymi przez gościnnych i życzliwych Gruzinów, po trzecim toaście wydaje się być biletem do siódmego nieba. Przekonałem się o tym pewnego dnia rejsu, gdzieś między Batumi, Poti, a Jałtą, gdy pewien Gruzin zaprosił mnie i Wojtka do swojej kabiny. Od początku było pięknie, gościnnie i wesoło. Czacza była pyszna, toasty długie, zabawa przednia. Rzecz w tym, że nie pamiętam, jak się przyjęcie skończyło. Rano okazało się, że ból głowy po czaczy jest całkiem znośny, tylko Asi było żal... Gruzina. Wyszło bowiem, że Gruzin nie tylko okazał się życzliwym i gościnnym gospodarzem tego męskiego przyjęcia, ale też uczynnym człowiekiem. Ugościł, a po przyjęciu wskazał drogę do żony i kabiny, gdy okazało się, że toasty dla były mnie ciut za długie, to w pomocy nie ustał i na własnych plecach do tejże kabiny i żony mnie zaniósł, nie bacząc na sztorm i rozhuśtany pokład. Na koniec rejsu Gruzin, który był marynarzem i płynął do Odessy, by zamustrować na statek do Singapuru, oprowadził nas po tym ulubionym mieście Aloszy Awdiejewa. Tak się Gruzin w roli przewodnika zapamiętał, że o swojej pracy zupełnie zapomniał. Gdy się okazało, że jego statek odpłynął bez niego, skwitował to z uśmiechem: – Ne uwidi Gruzin Singapura, i Singapur ne uwidi Gruzina, ot żyzń... Pożegnał się z nami i spokojnym krokiem przeszedł sobie do mojej historii, znikając za rogiem.
          Gdyby nie ten Gruzin, nie ta czacza i coś jeszcze, to cały ten szary, mokry i nijaki rejs można by było łatwo zapomnieć, a to, co by zostało, zamknąć w rozdziale „Stracony czas". Organizatorzy zadbali, byśmy z mieszkańcami odwiedzanych ziem kontakt mieli dość umiarkowany i bardziej handlowy niż poznawczy. Płynąc do Batumi i z powrotem odwiedzaliśmy porty Związku Radzieckiego, choć dla nas wszystko to była Rosja. Dopiero potem historia wykreślała zakłamane hasła z reklamowych ulotek biur podróży. Nie wszędzie była Rosja i nie wszyscy byli Rosjanami, choć jak dzisiaj widać – Rosjanie bardzo by tego chcieli.
          Wspominam tamtą wyprawę nie tylko ze względu na dzisiejszy gorący czas na Krymie, który grozi wybuchem strasznej wojny. Wspominam go również ze względu na dwa złote medale w skokach narciarskich, które dopiero co na olimpiadzie w Soczi – też tam dopłynęliśmy – zdobył Kamil Stoch.
          Gruzin, Odessa, Ukraina, Rosjanie, Krym, Batumi, medale, Soczi, olimpiada, Poniedzielski i morze w Kołobrzegu, które w przeciwieństwie do Rosjan, co zabierze, to zawsze zwróci... – wszystko to łączy mi się teraz w jedno. Spoiwem tych wszystkich nazw, pojęć i wartości w tej opowieści jest  towarzyszący nam przy stole podczas tamtego rejsu... 

Wojtek Fortuna 

... Wojtek Fortuna, pierwszy w historii Polski złoty medalista olimpiady zimowej w skokach narciarskich, który, jeżeli dziś pamięta tamte dni, to pewnie dlatego, że Gruzin przed wypiciem czaczy, gdy wygłaszał toast, mówił jakoś tak: – Wypijmy za to, by nam się w szczęśliwych rodzinach szczęśliwie dzieci rodziły, a szczęśliwi staruszkowie u kresu życia z uśmiechem szli witać się z Bogiem. By nam tutaj, w tym naszym ogrodzie życia los sprzyjał łaskawie i smutek codzienny rozpraszał. By wśród ludzi złej krwi, zawiści i nienawiści nie było, a między narodami wojen. By wszystkim ludziom muzyka radość przynosiła, a światu pokój. Wypijmy za to i za nas, byśmy szczęśliwie zawsze do spokojnych portów zawijali, i byśmy zawsze mogli śpiewać.

 

          Ciekawe, czy Rosjanie, którzy dzisiaj tak licznie popierają wojenną i imperialną retorykę swojego führera, widzą gdzieś w tej burzy i w tym sztormie szczęśliwy port, do którego będą mogli cali i zdrowi zawinąć w przyszłości? Wątpię. Nic tak nie ogłupia, jak narodowa fobia i nic tak nie wykańcza, jak mocarstwowa demagogia.

          PS.
          Niedawno z Adamem Drągiem byłem gościem szczecińskiego Browaru Polskiego, gdzie wystąpiliśmy na wspólnym, autorskim koncercie. Jak wieść potem niosła – koncert bardzo się udał.



W związku z tym, że z Adamem na scenie dobrze nam razem, informuję, że 21 marca br. planujemy przeżyć podobny, równie udany jak w Szczecinie, wieczór. Bardzo serdecznie wszystkich w imieniu Adama i swoim zapraszam do Leśniczówki w Chorzowie. Niech śni się lasom las...

          PS.2
          W związku z wątpliwościami, co do dokładnej daty wyżej opisanego rejsu, wymagających czytelników proszę, by przyjęli informację, że rejs po Morzu Czarnym odbył się w latach osiemdziesiątych. Ustaleniu dokładnej daty poświęcę osobny wpis, po przeprowadzeniu drobiazgowego śledztwa. :) 
07 lutego, 2014

Z lamusa

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 09:24
          Wszystko zmienia się w takim tempie, że nadążyć nie sposób. Wziąłem wczoraj do ręki gitarę, a że przyplątała mi się jakaś nowa melodyjka, to chciałem ją zapamiętać. Odnalazłem na dnie szuflady dyktafon i starym sposobem chciałem nowy motyw nagrać. Nacisnąłem na klawisz i... nic. Dopiero po chwili przypomniałem sobie, że dyktafon nagrywa na maleńkiej taśmie kasetowej, której w środku nie ma. Szczęśliwie wśród jakichś starych rupieci taką taśmę odnalazłem. Nie wpadło mi do głowy, że mógłbym swój pomysł nagrać na komputerze, tablecie, czy telefonie, który leżał obok.
          Dobrą chwilę trwało, nim olśniło mnie, że srebrzysty, prawie nieużywany i leżący przede mną dyktafon oraz maleńka taśma w kasecie, wciąż jeszcze fabrycznie zapakowana w folię, to już przeżytki – obiekty muzealne i relikty przeszłości. Nie do wiary...
          Bez fanfar i kampanii reklamowej, jakiś czas temu moje „Codzienności” wzbogaciłem o link do podstrony, na której ogłaszam, że mam do sprzedania obie swoje autorskie płyty.
          Kto z prawej strony  bloga zauważy link „Tu do nabycia”, kliknie i przeczyta, ten dowie się, że mam na zbyciu coś, czego nigdy nie miałem w nadmiarze. Właściwie to nigdy nie miałem tyle, bym mógł oferować do sprzedaży. A teraz, po dziesięciu latach od wydania, mam i polecam.
          Mimo braku reklamy i mało widocznego linku, muszę się pochwalić, że moje płyty wciąż znajdują nabywców. Cieszy mnie to bardzo, bo w dzisiejszych czasach, gdy artysta ogłosi się z efektem swojej pracy, to bez wsparcia wydawców, sponsorów, mediów i przeróżnych korporacji, ma nikłe szanse na zaistnienie i dotarcie do większej niż rodzina liczby słuchaczy – nie mówiąc już o zdobyciu popularności, choćby na swoim podwórku.



          Jak wspomniałem, moje płyty wydane zostały ponad dziesięć lat temu. Wydawca, czyli Sławek Słupski, który wpadł na wydawniczy pomysł i bardzo dopingował mnie w działaniu, wziął na siebie także ryzyko i spory wysiłek finansowy. Nie sposób też nie pamiętać o Ewie Swacynie – żonie Andrzeja, która z dużym zaangażowaniem patronowała całemu przedsięwzięciu. Bez natchnienia tej dwójki ludzi nic by się nie stało i nic by nie było. Zagonienie mnie  w tamtym czasie do roboty było tym, czym jest szkwał dla znudzonych flautą żagli. Ruszyłem się i popłynąłem, mój rejs trwał nadal.
          Z promocją pierwszej płyty firma Sławka poradziła sobie znakomicie. Płyta została dołączona do miesięcznika „Zabytki” i była z nim reklamowana. Sam natknąłem się w kilku kioskach na plakat ze swoją podobizną.
          Z drugą płytą nie poszło już tak łatwo. Ogłoszenie, że wydałem płytę z wielu powodów spadło na moje barki. I prawdę mówiąc, gdyby nie przychylność Niny Terentiew, wtedy szefowej II programu TVP, Teresy Drozdy  i Janusza Deblessema z  radiowej „Trójki”, gdyby nie szczodrość Andrzeja Rezlera – ówczesnego wicedyrektora internetowej spółki TP, firmy Signet i czegoś tam jeszcze, gdyby nie sympatia dla mnie Piotra Bakala, który przy okazji festiwalu OPPA zorganizował w Warszawie mały koncert promocyjny płyty „Słowa...”,  i wreszcie gdyby nie łaskawość kilku prasowych dziennikarzy, to pies z przetrąconym uchem, by o moich nowych wtedy i starych, ale na nowo nagranych piosenkach nie usłyszał.  Do dzisiaj tamtą przychylność i pomoc wszystkim pamiętam i wszystkim jestem wciąż za to niezmiernie wdzięczny. 
          Nie mógłbym dzisiaj oferować płyt wydanych przed dekadą, gdyby nie fakt, że jakimś cudem część płyt, o których myśleliśmy, że już nie istnieją, odnalazła się w magazynie. W sfatygowanym, zakurzonym kartonie, gdzieś w ciemnym kącie firmowego magazynu leżały sobie zapomniane. Dzięki temu zapomnieniu, coś, co było wyczerpane, jest jeszcze do nabycia.
          Pierwsza z płyt „A może tylko nam się zdaje” jest zbiorem, wyciągniętych – często z piwnic zaprzyjaźnionych fanów piosenki poetyckiej – nagrań, które tkwiły tam od dziesiątków lat. Piosenki nagrane na taśmach szpulowych starych magnetofonów Tonette i ZK-140 szumią i trzeszczą. Śpiewane gdzieś w małych klubach studenckich i młodzieżowych przywracają wspomnienia młodości. Dla amatorów starych klimatów, koneserów i zbieraczy śladów po dawnych czasach, płyta ta może być całkiem dobrym uzupełnieniem kolekcji.
          W większości śpiewanych wtedy piosenek towarzyszył mi na gitarze niezapomniany Andrzej Swacyna. Na kiepskiej jakości zdjęciu z tamtych czasów od lewej widać Andrzeja i mnie podczas jakiegoś występu. Gdzie i kiedy odbył się ten koncert – nie wiem. Pewne jest tylko to, że działo się  to pomiędzy 1976 a 1980 rokiem.



          Druga płyta „Słowa...” powstawała na normalnych zasadach. Została zaplanowana, przemyślana, nagrana i wydana, tak jak chcieliśmy. O organizację, teksty i vocal martwiłem się ja, natomiast aranżacjami i opracowaniem muzycznym całości zajmował się Wojtek Staroniewicz – znakomity saksofonista jazzowy i producent muzyczny. On też – przyjaciel od lat młodzieńczych – do współpracy przy naszym przedsięwzięciu zapraszał muzyków. W ten oto sposób w nagraniach moich piosenek udział wzięli świetni instrumentaliści jazzowi, najlepsi nie tylko na Wybrzeżu. Dzięki temu, płyta wciąż nie traci – nie tylko moim zdaniem – na wartości, choć ja, niestety, nieuchronnie posuwam się w czasie.



           O tym, że muzyki naszej czas nie rusza i ona wciąż się podoba, przekonałem się niedawno, gdy trafiłem kilka dni temu na blog „Babskim Uchem” autorstwa Marty Ratajczak z Poznania – fanki i znawczyni jazzu. Na jej blogu ukazała się świeża recenzja płyty „Słowa...”.  Proszę przeczytać „Babskim Uchem”, a przekonacie się sami.
          Jeżeli ktoś z Drogich Czytelników i Przyjaciół tych „Codzienności” nie ma jeszcze w kolekcji moich płyt – to zachęcam... Płyta CD też już przechodzi do lamusa, więc może tym bardziej warto mieć na pamiątkę taką płytę, na której muzyka do lamusa wciąż się nie wybiera. Wystarczy kliknąć na podstronę „Tu do nabycia!!!” i zamówić, a wnet listonosz zadzwoni do drzwi z przesyłką. smiley
26 stycznia, 2014

Gender Iga i ja

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 11:36
         Pod ostatnim wpisem, który uczyniłem jeszcze w tamtym roku, odkryłem dzisiaj taki oto komentarz podpisany przez pana Piotra:
"To już nie Codzienności, ani nawet nie Tygodniości, czy Miesięczności. Może Kwartalności albo Roczności? Panie zmiłuj się i napisz coś. Ile można czekać?"
          Nie powiem, z jednej strony komentarz ten ucieszył mnie bardzo, ale z drugiej wpędził w konsternację. Rzeczą oczywistą jest - wzrokowo namacalną i materialnie sprawdzalną, że zaniedbania w prowadzeniu bloga mam i jako autor winny temu jestem niezaprzeczalnie. Chyba nie znam p.Piotra, ale już go lubię, bo choć statystyki mojej strony wciąż notują sporą ilość wejść dziennie, to jednak dopiero taka uwaga czytelnika budzi autora, któremu się często wydaje, że wspomniane wejścia są bardziej przypadkowe niż docelowe. Ma p.Piotr rację sugerując, że tytuł "Codzienności" może wskazywać na zamiar opisywania aktualności. I pewnie taki zamiar na początku tworzenia bloga rzeczywiście miałem. Nazwę "Codzienności" można jednak odczytać także, jako zakres tematów, którymi chcę się zajmować, czyli zwykłymi radościami i frasobliwościami spraw codziennych, choć zauważanymi od "święta". "Świętości", to chyba jednak nie byłaby dobra nazwa dla tego tu notatnika.
Tak, czy inaczej niech "Codzienności" w odświętnym cyklu, jako nazwa zostaną, a p.Piotra i innych zniecierpliwionych proszę o wybaczenie.
          Anim się spojrzał, a tu już po Świętach. Nowy Rok, jak fajerwerk zgasł i styczeń swego końca dochodzi. Czas pomyka z życzeniami, które sobie i światu dopiero co składaliśmy, lecz co to za życzenia, o co w nich chodziło... trudno spamiętać.
          Ledwie podzieliliśmy się opłatkiem, ledwie wybrzmiały ostatnie dźwięki kolęd, a już jak dzwon rozbrzmiewa wszędzie słowo - gender. Większość, jak mniemam, nie ma zielonego pojęcia o co chodzi, ale zawierzając tym, co to od wieków głoszą swą nieomylność podpierając się li tylko i wyłącznie wiarą, stają słowu "gender" przeciw.


fot. Aleksandra Marciniak
          A, że samemu słowu, czy dziedzinie naukowych dociekań trudno się sprzeciwić, wymyślono, że nie tyle brzydka jest nauka, co idea za nią stojąca.
I choć ideę tę najlepiej i najprościej określiła prof. Środa...


... to wychodzi na to, że nawet naukowe zachęcenie chłopa do sprzątania, to zwyczajna utopia, której kościół, ustami swych najwyższych dostojników w całej rozciągłości nie popiera 
          Ja się w tym wszystkim jakoś odnaleźć nie potrafię. Z jednaj strony zawsze sprzątałem, zmywałem i starałem się we wszystkich pracach domowych być użyteczny, a z drugiej strony trzęsie mnie do dzisiaj, gdy sobie przypomnę, jak w przedszkolu z braku koleżanek pani wychowawczyni kazała mi tańczyć z kolegą. Mówiła przy tym, że to nic strasznego, bo co to za różnica?



           Patrzę na tych przeciwników gender w sukienkach, którzy nigdy nie zaznali życia małżeńskiego, nigdy - przynajmniej teoretycznie - nie przyłożyli ojcowskiej ręki do wychowania potomstwa, jak z właściwą doświadczeniu i wiedzy mocą głoszą jakieś prawa, prawdy i recepty na chorobę zwaną życiem i szlag mnie trafia. Gdy zdarza mi się, czy zdarza się, któremuś z moich znajomych wygłosić jakiś pogląd na życie, pożycie i współżycie, to ja wiem, jaka wartość za tym stoi. Wiem kim ów znajomy jest i jakie ma życiowe doświadczenie. Nie zgaduję, czy jest on wierzącym katolikiem, mężem, kawalerem, panną z odzysku, praktykujący luteraninem, agnostykiem, buddystą, ateistą, czy rozwodnikiem i nałogowym pijakiem. Nie muszę. Wiem z jakich powodów go słucham, wiem jaką wagę mają jego słowa i wiem, czy to co mówi ma sens i jaką ma wagę. A co ja mam myśleć o facecie w koloratce, którego tytułują profesorem, a który z niepokojąco płomiennym wzrokiem tłumaczy, że seks to ruch tłoka w cylindrze, a seks ludzi niezorientowanych hetero,  to ruch tłoka w rurze wydechowej? Nie wiem. I nie próbując nawet zgadywać, jacy inni szatani w wykładach ks.Oko są czynni, powracam do normalności, takiej jaką wyznaję i rozumiem.
          Dzisiaj u nas padał śnieg, co dla mojej starszej wnuczki Igi było powodem do zabrania się do prac, które zwyczajowo wykonują chłopy. Jak na genderową pannę przystało ubrała ciepłe spodnie i...



...  w mig wszystko wokół domu zostało odśnieżone. Szatan nie baba!
          Mam nadzieję, że mi p. Piotr i wierni przyjaciele w lekturze Codzienności wybaczą, ale choć spóźnione, to jednak szczere, składam wszystkim noworoczne życzenia - Oby się w Nowym Roku dobrze działo!
18 grudnia, 2013

Olsztyn kocham i... Święta

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:07
          Olsztyn w moim życiu, podobnie jak Gdańsk, Jeziorak, czy Gdynia, odegrał bardzo ważną i szczególną rolę. Niezależnie od pory roku wciąż lubię to miasto odwiedzać. Lubię tam być. Lubię tam doświadczać uczucia miłości, bo niejeden wiersz mój kiedyś w Olsztynie powstał i niejedna piosenka. Jestem fanem Olsztyna.


fot. W. Chyliński
          Nie od razu spodobała mi się ta piosenka. Jak na zespół Czerwony Tulipan, a więc jak na Stefana Brzozowskiego, Krysię Świątecką i Ewę Cichocką wydawała mi się zbyt jasno „wyłożona”, zbyt prosto podana i zbyt oczywista. A jednak już przy kolejnych odsłuchaniach, przy słowach refrenu z wolna popadałem w miły trans. Choć od tamtej pory minęło sporo czasu, to za każdym razem, kiedy tylko przydarzy mi się podróżować do Olsztyna, widząc na horyzoncie miasto, zaczynam śpiewać: Olsztyn kocham – moją małą Amerykę...


 
           Kiedyś, w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, wysiadłem na dworcu w Olsztynie nie bardzo wiedząc, co i jak dalej ma być. Po niedługim czasie, otoczony ambitnymi, młodymi artystami czułem się w Olsztynie, jak w niebie, a dokładniej, to tak czułem się w klubie… „Niebo", który istniał przy olsztyńskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Dość przekornie klub siedzibę swą miał w piwnicy starego budynku przy ulicy Pieniężnego, w samym centrum miasta. Przeżyłem wtedy w Olsztynie cudowny czas. Spotkałem tam i zaprzyjaźniłem się z pięknymi ludźmi. Do dzisiaj, gdy chcę poprawić sobie humor, zaszywam się na chwilę w sobie i ożywiam wspomnienia z tamtych lat. Ożywa w nich Jacek Zwoźniak, który na moją prośbę z Wrocławia na czas jakiś, tak jak ja z Trójmiasta, zjechał na studia do Olsztyna, przypomina się gitarzysta Andrzej Swacyna z Kętrzyna, ożywa muzyk i kompozytor Zbyszek Rojek, poeta Jacek Karaszewski, poeta i pisarz Jurek Ignaciuk i wielu innych,  których już nigdy nie spotkam. Paru jednak znajomych w stolicy Warmii i Mazur jeszcze mi zostało. Prócz członków Czerwonego Tulipana, z którymi kilka dobrych lat przeżyłem na scenie, stara przyjaźń wciąż łączy mnie z cudnym człowiekiem i muzykiem Mateuszem Iwaszczyszynem i takimż samym Tadeuszem Prusińskim – dziennikarzem, autorem kilku książek, a obecnie asystentem prezydenta miasta.


fot. z arch. T. Prusińskiego
           Niedawno zadzwoniła do mnie Krysia Świątecka. Zapytała, czy w połowie grudnia mam czas, by wpaść do Olsztyna na premierę jej recitalu. Zdziwiłem się, bo zdążyłem zapomnieć, że Krystyna Świątecka kiedyś stanowiła samodzielną firmę, która w dziedzinie poezji śpiewanej odnosiła niezaprzeczalne sukcesy. Od lat głos Krysi kojarzył mi się wyłącznie z repertuarem zespołu Czerwony Tulipan, a tu, masz… – niespodzianka!
          Takiej okazji nie mogłem przegapić i jadąc w minioną sobotę do Olsztyna zastanawiałem się, że dziwnie będzie zobaczyć Krysię na scenie bez Ewy i Stefana...


fot. z sieci 
... ale w chwilę po minięciu Gietrzwałdu zacząłem sobie podśpiewywać: Olsztyn kocham – moją małą Amerykę… i wszystkie rozterki uleciały.
              Tadeusz Prusiński umówił się ze mną na parkingu przy ul. Pieniężnego. Tam miał na mnie czekać i stamtąd mieliśmy się wybrać na obiad. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu umówiony parking (na którym oczywiście zaparkowałem) znajdował się dokładnie w miejscu, w którym niegdyś stał budynek mojego wydziału. Tadeusz, wskazując na środek tego potwornie zaniedbanego, prywatnego parkingu, powiedział, że „Niebo" pod ziemią wciąż istnieje, tyle że wejście w diabły zasypali. No, cóż…– życie.
          Bardzo smaczny obiad zjedliśmy „U Artystów”, a potem gadaliśmy i gadaliśmy, aż od tego gadania i wspomnień zrobiło się gęsto. Na dworze było już ciemno, gdy skończyliśmy, a że do recitalu zostało mi jeszcze trochę czasu, postanowiłem zajechać pod akademik przy Żołnierskiej, gdzie działo się nie mniej, niż w „Niebie". Stanąłem przed akademikiem…


fot. W. Chyliński
 … i wzruszyłem się jak dziecko. Gapiłem się na rozświetlony budynek, liczyłem piętra i koniecznie chciałem w jednym z okien ujrzeć kogoś z przyjaciół. Nie zobaczyłem. W pokoju 806 A2 mieszkają pewnie dzisiaj studenci, którzy – przy naszej większej przed laty staranności – mogliby być dzisiaj naszymi wnukami. Może by i mogli.
          Potem pojechałem do Romka Trębskiego. Romek w 1977 był z poetą Jackiem Karaszewskim prawowitym mieszkańcem dwuosobowego pokoju 806 A2 w akademiku przy Żołnierskiej, w którym to pokoju mytj. Jacek Zwoźniak, Andrzej Swacyna i jamieszkaliśmy „na waleta”, znaczy sięwaletowaliśmy. W mieszkaniu Romka zastałem dawno niewidzianą Jolę Wiszowatą, która za moich czasów w Olsztynie była głównym aniołem w „Niebie", a dziś aniołuje w dziale zagranicznym „Gazety Wyborczej", w której pracuje od pierwszego dnia jej powstania. Patrzyłem na Jolcię i nie mogłem uwierzyć, bo Jolcia od lat się nie zmienia nic a nic – wciąż jest młoda. Nic a nic nie zmieniła się też Ewa Cichocka, która wpadła do Trębskich przed koncertem Krysi z dziwnym, ale smacznym zielonym napojem. Zapewne to jakiś cudowny eliksir młodości, którego oczywiście skosztowałem... i czekam.


fot. W.Chyliński
          – Nazywam się Krysia Świątecka i śpiewam piosenki… Tymi słowy Krysia rozpoczęła recital. Później ze sceny popłynęły pięknej urody piosenki, a czasem pieśni z nowego repertuaru artystki, której towarzyszył świetny zespół muzyków. Dla olsztynian ta odmiana i chwilowe odejście Krysi od zespołu Stefana Brzozowskiego nie było zaskoczeniem, bo już wcześniej Ewa Cichocka pokazywała się od czasu do czasu poza repertuarem Czerwonego Tulipana. Dla Krysi zbudowanie i wykonanie nowego recitalu było z pewnością  sentymentalnym powrotem do formy, w której z powodzeniem istniała przed laty, zanim powstał zbiór olsztyńskich gwiazd o nazwie Czerwony Tulipan. Jak się okazało, sobotni powrót był w pełni i wielce udany. Gdy już wybrzmiał ostatni bis i wśród zadowolonych i uśmiechniętych słuchaczy opuszczałem salę koncertową Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie coś sobie postanowiłem. Postanowiłem mianowicie, że prócz przepięknie zaśpiewanego kiedyś przez Krysię „Liryku na jesień” będzie miała Krysia do śpiewania więcej moich piosenek. Co postanowiłem, to i uczyniłem. Zaraz po powrocie do domu skontaktowałem się z poznańskim kompozytorem Ryszardem Nowakiem i przygotowaliśmy dla Krysi nową piosenkę – i myślę, że na tym się nie skończy.
 
          Wielkimi krokami zbliżają się Święta, więc wszystkim przyjaciołom i odwiedzającym moją internetową stronę „Codzienności” życzę niecodziennie miłych,  niezwykle pięknych i wesołych Świąt Bożego Narodzenia, które przyniosą każdemu z osobna i wszystkim razem spokój oraz worek prezentów.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY