24 marca, 2007

Skarpetki, wino i śpiew

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:55
          Jak to się dzieje, że skarpet po praniu za żadne skarby skompletować nie można? Gdy nadchodzi taki dzień jak dzisiaj, że z góry popranych skarpet należy wybrać skarpety do pary, nie mogą się nadziwić, że zawsze zostaje stosik tych, które do siebie nijak nie pasują. Krasnoludki? Moce tajemne? Nieznane działania logiki matematycznej, czy czysta metafizyka? Nie wiem. Te niedopasowane zazwyczaj odkładam do szuflady, a nuż po następnym praniu odnajdę ich drugie połowy. Najczęściej nie odnajduję i połowicznie zagubione czekają na zapomnienie.
          Tak się nie stało z dwoma piosenkami, które napisane jakiś czas temu zapodziały się, zapomniały i byłyby przepadły, gdyby nie niedawna moja rozmowa z Beatą Bartelik. Parę tygodni temu spotkaliśmy się z Beatą, jak dwie skarpety z tej samej pary, i przypomnieliśmy sobie dwie piosenki, które do moich tekstów skomponował Mariusz Ejsmont. Postanowiliśmy przywrócić je zyciu, i tak oto... w minionym tygodniu, w wielkiej tajemnicy, noca spotkalismy się w studio nagraniowym.



Prócz Beaty i mnie do studia został zaproszony...



Cezary Paciorek, jeden z najlepszych, nie tylko na Wybrzeżu, pianistów jazzowych i...



i Jacek Puchalski, znany i ceniony realizator dźwięku. Gdy się już Beata rozśpiewała, gdy poprawiliśmy, tu i ówdzie, słowa i dźwięki, przyszedł czas na...

beata-bartelik-2.jpg

pierwsze przymiarki.



A kiedy juz wszystko jako tako "grało" spróbowaliśmy zrobić pierwsze podejście do nagrania obu piosenek.

beata-1

          Gdy nad ranem wróciłem do domu w mojej głowie, w mojej poduszce i w moim śnie, wciąż tkwił głos Beaty. Teraz, po kilka razy dziennie przesłuchuję efekt naszej nocnej pracy. Obie piosenki warte sa dalszego zachodu i dlatego staram się wyłowić wszystkie błędy jakie tkwią w nagraniach. Wierzę, że obie nagrane piosenki są jak dobre wino i czas będzie im służył. Myślę, że jesienią będziemy mogli się nimi pochwalić. Dlaczego dopiero jesienią? Jak je usłyszycie, to zrozumiemiecie. Cierpliwości. Sadzę, że warto poczekać. A co ze skarpetkami? Nie pasują i już.
21 marca, 2007

Dwie piątki Jacka Zwoźniaka

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:51
          Dzisiaj Jacek Zwoźniak miałby piędziesiąt pięć lat i trzy dni. Gdyby nie ten cholerny wypadek, pewnie dopiero co wróciłbym z Wrocławia do domu, z Jacka urodzin. Takie dwie piątki warte są fety. A może Jacek zechciałby na swoje urodziny wpaść z Aliną do nas, do Gdyni. W dzień poszlibyśmy pod skarpę w Orłowie, a wieczorem usiedlibyśmy przy kominku, przy szklaneczce czegoś mokrego i mocnego. Popijając gwarzylibyśmy sobie o starych czasach. Jacek, jak zwykle podczas rozmowy, unosiłby głowę do góry i charakterystycznym ruchem ręki, wskazującym palcem, poprawiałby sobie okulary na nosie.
- A pamiętasz - pytałby - Jagałłę? Pamiętasz jak chciał się nam odstwić?
- Zaczekaj - przerwałbym mu - czy to ten, który na krzywy...?
- Ten, ten... Pamiętasz, nie mieliśmy grosza...
Ciekawe, czy Jacek, jak kiedyś, sięgałby i teraz przy każdym toaście po papierosa? A może  od dwóch lat byłby niepalący, bo razem ze mną palenie by rzucił? Ciekawe, czy po paru głębszych nadal uwielbiałby się "warcholić"?  Lubił to słowo, które zapożyczył od Gierka i za każdym razem, gdy nachodziła go ochota na wyjście poza konwencję, poza normę, czy poza zasady, mówił - Nadszedł czas warcholstwa... 
- A wiesz Aśka - zaczynałby, zwarając się do mojej żony  -  Waldek we Wrocławiu podrywał piękną Galińską i  jak on do tej Galińskiej przyjeżdżał, to...
          Asia oczywiście śmiałaby się z Jackowego gadania, bo od lat, gdy przychodziło do "warcholenia się", to zaczynało się od Galińskiej. - A jak graliśmy kiedyś w Warszawie, to ta Galińska...

z-jackiem-koncert.jpg

Na zdjęciu ten z gitarą to Jacek, a ten obok, to ja podczas koncertu w Warszawie, w roku 1977.
 
- Lepiej już zagraj - powiedziałaby mu Asia, a Jacek zrobiłby jej przyjemność i zacząłby od "Yesterday", by potem, nad stołem, między sałatkami warzywnymi i owocowymi, między chlebem i półmiskiem z zawijanymi zrazami, nad miseczką marynowanych grzybków i przy koszyku pieczonych jabłek przypomnieć "Ragazzę da Provincia", "Milicja, Wrocław i ja", "Szoruj babciu do kolejki", "Miastowych", czy "Córkę poety", za którą chciałem mu kiedyś nakłaść po gębie.
          Jacek potrafił w  sposób uroczy i tajemny łączyć lirykę z sowizdrzalską filozofią, melancholię z kpiną i troską z drwiną. Niby obojętny, a w istocie głęboko zaangażowany. Niby powierzchowny i bałaganiarz, a w rzeczy samej niezwykle zorganizowany i poukładany. Obdarzony wieloma talentami: komponował, muzykował, pisał, śpiewał i gawędził. Nie pamiętam koncertu, po którym by nie bisował.
          I oto... miałby 55 lat. Mnie by się pewnie przypomniało jak w Olsztynie, w 1978 roku, Jacka urodziny odbywały się w windzie.
A było tak. Były Jacka urodziny, nas dwóch i jedno pół litra z czerwoną kartką, bez widoków na przyszłość. Ani do tego siadać, ani gości zapraszać, ani zostawić w spokoju. I nagle, w prezencie, spadł nam z nieba pomysł. Do środkowej (były trzy) windy w naszym akademiku zataszczyliśmy korytarzową palmę, stolik i dwa krzesła. Stolik ustroiliśmy suknem prezydialnym i małym flakonem z gałązką paprotki, którą Jacek ode mnie otrzymał wraz z życzeniami. Gdy wszystko było gotowe zasiedliśmy do stołu zastawionego trzema kieliszkami i tą nieszczęsną półlitrówką. Ciasno było, a mimo to, co chwila do naszej windy ktoś wchodził i się mieścił. Bywało, że weszło dwóch, dwie lub dwoje, a nawet trzy, trzech lub troje. Oczywiście za każdym razem, gdy się ktoś decydował na podróż z nami w przestrzeni pionowej naszej egzystencji, były życzenia, był toast, było "Sto lat" i  było czułe, po kilku piętrach, pożegnanie. Gdy wsiadała następna osoba, lub grupa osób, wszystko zaczynało się od nowa. Nasza gorzałeczka szybko się skonczyła, ale na szczęście wieść o urodzinach i jeżdżącym "góra-dół" przyjęciu rozniosła się lotem błyskawicy. Nie minęło pół godziny i staliśmy się najlepiej zaopatrzoną w alkohol windą w Olsztynie, a nasza popularność rosła z minuty na minutę. Po godzinie do naszej windy ustawiały się kolejki gości z prezentami, a po dwóch godzinach do szybek w drzwiach windy, na poszczególnych pietrach, nie można się było już dopchać. Jacek całował się ze wszystkimi, rozdawał uśmiechy, przecierał okulary i oczy ze zdumienia, i kazał polewać, polewać, polewać... no to ja polewałem, a cała Wyższa Szkoła Pedagogiczna, w akademiku przy ulicy Żołnierskiej, śpiewała "Gaudeamus Igitur" na zmianę ze "Sto lat", i niewiedzieć czemu - "Żółty jesienny liść", oraz "Dziś do ciebie przyjść nie mogę".
          Nie pytajcie mnie kto posprzątał i jak się to skończyło. Nie pamietam. Jedno można podejrzewać. Może wtedy, na drugi dzień po tej szalonej impezie Jacek do piosenki "Dzień na kacu" dopisał trzecia zwrotkę? Nie wiem. 
Ptaszek idiota ci znów
W drewnianej głowie się telepie
Nie masz nadziei bo któż
Przekona cię że będzie lepiej
          Ech, miałby Jacek Zwoźniak swoje dwie piątki... Może mielibyśmy kabaret i sto nowych piosenek. Może mielibyśmy ocean  nowych, dobrych zdarzeń, które zawsze można by wspominać. Może siedzielibyśmy przy kominku, wspominali, śpiewali i popijali za zdrowie...gdyby nie ten cholerny wypadek pod Wrocławiem w 1989 roku. Ech... pech.



07 marca, 2007

Święto pod dobrą datą

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:12
          Dla mojej Mamy, pracownika oświaty, Dzień Kobiet zaczynał się co najmniej dwa tygodnie wcześniej. Gdy 8 marca rano do przedszkola przychodziły dzieci, przedszkole czekało już odswiętnie udekorowane i wszystko było zapięte na ostatni guzik. Szatnie i sale zmienione w ogrody z kartonu i bibuły, czarowały kolorami. Dzieci, odświetnie ubrane, powtarzały wyuczone wierszyki i kwestie ze scen teatralnych, które miały zostać odegrane po południu, gdy po odbiór swych pociech przyjdą rodzicielki. Wychowawczynie sprawdzały laurki, wcześniej wymalowane przez dzieci. Ustawiały w rządku na półce ulepione z masy papierowej barwne wazoniki, które były prezentami- niespodziankami, a także układały tulipany zakupione ze składek Komitetu Rodzicielskiego.



          W południe zjawiał się Komitet Rodzicielski w osobie pana przewodniczącego i wręczał personelowi przedszkola tulipany, także zakupione ze składek tegoż ciała społecznego. Komitet przez personel zapraszany był na poczęstunek, którego nie odmawiał, i uczestniczył w próbie generalnej przedstawienia dla rodziców.
          Po południu zjawiały się zaróźowione, a właściwie zatulipanione mamy przedszkolaków i wybuchała ogólna radość z powodu tak dobrej daty, jak 8 marca.
          W domu na Mamę czekałem ja, oczywiście z życzeniami i tulipanem, a wieczorem przychodził Tato i wręczał Mamie tulipany, które wyglądały często na trochę przechodzone. Mama udawała, że nie widzi, iż Tato jest "pod dobra datą" i też wygląda na trochę przechodzonego, bo przecież 8 marca to bardzo dobra data.

Wszystkim Paniom, które otaczają ten męski świat swoją miłością, czułością, mądrością i troską składam, nie tylko w imieniu Komitetu Rodzicielskiego, ale i swoim własnym życzenia wszelkiego spełnienia i radości z każdej chwili przeżytej w naszym Przedszkolu.

04 marca, 2007

Przyzwoitość jest nudna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:46
          Przyzwoitość to norma moralno-obyczajowa, która w sposób oczywisty powinna wieść nas ku szczęściu. Przyzwoitość, to składnik naszego sumienia, który w wątpliwych dla nas sytuacjach powinien nam podpowiadać rozwiązania. To sławne, " Jak nie wiesz jak się zachować, to zachowuj się przyzwoicie", właśnie z materii działania sumienia wynika. Być przyzwoitym, to nie koniecznie być dobrym, nie koniecznie mądrym, ale koniecznie... No właśnie?
          Z moich obserwacji wynika, że ludzie przyzwoici mają życie nudne i biedne, a jak się na głowie ma biedę i nudę, to trzeba być naprawdę nieprzyzwoitym człowiekiem, by się nie załamać. Gdy do biedy i nudy dołożymy smutek, to wyjdzie nam prawie pełen obraz życia człowieka przyzwoitego.
         Znam ludzi, którzy na życie mieli różne recepty, ale nigdy nie smarowali go maścią o nazwie "przyzwoitość". Większość z tych ludzi, to ludzie sukcesu. Jeden z nich powiedział mi nawet kiedyś
- Trzeba być niezłym skurwysynem, by zdobyć sobie opinię przyzwoitego człowieka.
I coś w tym jest... Pani X przeżyła chyba trzech, a może czterech mężów. U żadnego z nich na pogrzebie nie była, ponieważ ona ich żegnała, nie wtedy, gdy niedomagali fizycznie, lecz wtedy, gdy zaczynali niedomagać finansowo. Pani X żyła pełną piersią i z pełnym, choć nie do końca swoim portfelem. Podróżowała, balowała, zdradzała, omamiała, kłamała, oszukiwała i... miała się wspaniale. Jednego dnia w życiu nie przepracowała uczciwie, choć, by się okazać osobą nieprzyzwoitą, napracowała się solidnie. Do dziś Pani X jest pewna, że w swym życiu nie zrobiła niczego, za co można by jej nie lubić. Wręcz przciwnie, starała się jak mogła, lecz nieprzyzwoici ludzie...
          Gdy Pani X umrze pies z kulawą nogą na jej pogrzeb nie pójdzie, ale pamiętać o niej kilka osób będzie długo. Można rzec, że i po śmierci odniesie sukces, bo przyzwoity ksiądz wygłosi nad jej grobem przyzwoicie opłaconą, bardzo przyzwoitą mowę o jej przyzwoitym życiu. Skąd wiem, że tak będzie? A stąd, że jak chowano gangstera Nikosia i nie chciał za trumną iść proboszcz z parafii, to poszedł biskup z diecezji. Oczywiście przyzwoicie opłacony. Właściciel takiej zabawki:



z pewnością, w oczach wielu, zasługuje na więcej niż były właściciel takiej zabawki:



          Pewnie każdy na temat przyzwoitości ma swoje zdanie i jakich by formułek, praw, definicji i rad nie wygłaszać, oczywistym zawsze będzie, że jest coś takiego, jak przyzwoitość i należy być przyzwoitym, bo... lepiej być nudnym, smutnym i biednym, niż zastrzelonym gangsterem, czy do cna zakłamaną babą.
Powyższe nie zmienia jednak ogólnej tezy mego dzisiejszego "zapisku", że przyzwoitość jest nudna. I co poradzisz?
27 lutego, 2007

Jeszcze miesiąc i trochę...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:08
          Wtorek. Jutro koniec lutego. Jeszcze miesiąc i można będzie wypatrywać wiosny. Która to moja wiosna? Nie ważne. Ważne, że się myśli zazielenią, oczy zmodrzeją, włosy wysłonecznieją i ociepli się pogląd na życie . Ważne, że drzewo liściem się ucieszy, a liść wiatrem. Jeszcze miesiąc...
          Znam w Toruniu Wandę. Trudno powiedzieć o niej znajoma, trudno też powiedzieć o niej przyjaciółka, choć jest i znajomą, i przyjaciółką. Poznałem ją ...ścia lat temu piękną wiosną w Gdańsku. Niedługo potem, jak ją poznałem, przeprowadziłem się na kilka lat do Olsztyna, a ona do Torunia. Znajomość wygasła, aż kilka lat temu Wanda się odnalazła. Los chciał, że znowu była wiosna. Wanda ma mądrego męża Pawła i z Pawłem utalentowaną córkę Olę. Ma także działkę jak z obrazka, ze stawem po środku.



          Gdyśmy tam z Asią pierwszy raz pojechali, działka była ugorem, a jeziorko zamulonym zbiornikiem wodnym. W zeszłym roku, na wiosnę Wanda nam przysłała aktualne zdjęcie stawu. Oniemieliśmy na widok zmian. Jak to będzie wyglądać w tym roku? Pewnie jeszcze piękniej, bo Wanda jest czarodziejką, która zaczarowuje drzewa i krzewy, trawę i kwiaty, a jak się okazało jest też taką, toruńską świtezianką, choć już nie dziewicą.



          Ech... Piszę o czarodziejce Wandzie, bo mi się cni za wiosną, a Wanda, od początku naszej znajomości, z wiosną się kojarzy. Przy niej trawa się zieleni, krzew rozkwita, a "słońce przychodzi jak gość najlepszy i wiatr się umila na wietrzyk" No, jeszcze miesiąc i trochę...
14 lutego, 2007

Walentynkowy Legutek

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:34
           Najsympatyczniejszym świętem mojego dzieciństwa był Dzień Dziecka i  Wigilia. Gdy podrosłem Dzień Dziecka, siłą rzeczy odpadł, a Mikołaj, niestety, stracił wiarygodność. Święto "1 maja" było o tyle fajne, że nie trzeba było iść do szkoły, zaś "22 lipca" bardziej kojarzył mi się z "E.Wedel", niż z odzyskaniem kolejnej niepodległości. W sumie, w dorosłym życiu, prócz imienin, nie ma takiego święta, które w pełni i z radością mógłbym zaakceptować.
          Gdy nadeszła z zachodu, nowa,  prawie świecka tradycja Dzień św. Walentego - święto zakochanych, to patrzyłem na nią sceptycznie, lecz po czasie...
          Zwierzyłem sie jakis czas temu swojej najlepszej przyjaciółce, wspominanej niedawno Lucynie Legut, że mam od lat kłopot. - Polega on na  tym - mówiłem - że gdy brałem z żoną ślub, zaprzyjaźniony fotograf, który miał nam z tej uroczystości zrobić zdjęcia, upił się był przed wcześnie i mamy serię zdjęć, na których biorę ślub z księdzem, bo żony nie widać. Od lat zona, gdy chce mi dopiec mówi, ze my nie jesteśmy normalnym małżeństwem, bo co to za małżeństwo, które nie ma portretu ślubnego, ani nawet porządnych zdjęć ze ślubu. Powiedziawszy co powyżej nie wiedziałem, że doczekam dnia, który nadszedł dzisiaj - 14 lutego. Dzisiaj rano, w prezencie od Lucyny Legut otrzymaliśmy swój portret ślubny.

portret-slubny-asi-i-waldka-chylinskich-pedzla-lucyny-legut

          Kochani, dzięki takiej Przyjaciółce i innym przyjaciołom, dzięki mojej żonie, a także dzięki naszemu synkowi i takiej rodzinie jaką mam, i dzięki Wam wszystkim, którzy poświęcacie swój czas na towarzyszenie mi w tych moich blogowych zmaganiach, wiem, że miłość to najpiękniejsze uczucie, jakie człowiek może stworzyć i doznać. Miłość to najlepszy stan, jakim można obdarzyć drugiego człowieka, bo miłość nie rodzi agresji, nie jest swarliwa, kłótliwa i obrażalska. Prawdziwa miłość jest tym, co człowiek ma najlepszego. Szkoda czasu na nerwy i kłótnie, na dni szare i bure, na wieczory z poobryzanymi paznokciami i na poranki ze wzrokiem wbitym w  szczypiącą biel ściany. Szkoda czasu na bezowocna pustkę. Przestrzeń wokół siebie należy zapełniać dobrymi uczuciami, a dobre uczucia, to nic innego, jak zwyczajna, nasza powszednia, nasza ludzka, normalna miłość. Madrzę się nie z własnej przyczyny, a dlatego, ze te proste, wręcz banalne prawdy, uświadamiam sobie przy każdym spotkaniu Lucyny Legut, która kwitnie miłością do ludzi i do życia. Daj mi Boże bym choć w części był tak mądry i tak dobry jak moja kochana Przyjaciółka Lucha.

malarz-i-jego-dzielo-lucyna-legut.jpg

          Wiem, że kochana Lucyna Legut zagląda na te strony, więc zwrócę się publicznie i bezpośrednio do Niej - Kochana Lucho, kochamy Cię. Asia i Waldek
03 lutego, 2007

Telepatia na radiowych falach

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:59
          Dzieckiem będąc mieszkałem blisko siedziby Polskiego Radia w Gdańsku - ot, kilka domów dalej. Mama w pogodne dni wywoziła mnie w wózku do Parku Uphagena, który mieścił się obok przepięknej willi, dyrekcji radiowej, w której obecnie obżerają się biznesmeni, i vis a vis drugiej pięknej willi, w której mieściły się studia nadawcze.

park-uphagena-we-wrzeszczu-uphagenpark-przy-uphagenweg

          Z naszego domu ( poniżej czwarty z lewej ) do parku ( powyżej) było tyle co przejść w poprzek skrzyżowanie ulicy Grunwaldzkiej z ulicą Morską (dzisiaj Do Studzianki ) i Miszewskiego. Przed wojną to miejsce wyglądało tak:

rog-grunwaldzka-i-do-studzianki

...a mój dom przy Grunwaldzkiej 44 z przeciwległej perspektywy ( ten z wieżyczką po prawej ) wyglądał kiedyś tak

:

 Budynek radiowej dyrekcji, onegdaj Willa "Patschke", dawniej prezentowała się tak:

willa-patschke

a wczoraj wyglądała tak:



          Piszę o tym wszystkim z tego powodu, że miejsce to jest mi bliskie, i z tego, że wczoraj miałem przyjemność znowu je odwiedzić, odwiedzając jednocześnie Piotra Jagielskiego, którego poznałem także w dawnych czasach jako człowieka ze Studenckiej Agencji Radiowej. Piotr zajmował się w tym studenckim radio wszystkimi kabelkami, suwakami, gałkami, wzmacniaczami, głośnikami i tysiącem takich rzeczy, które czyniły głos studencki "prawie" wolnym. Dzisiaj Piotruś jest Głównym Inżynierem Radia Gdańsk i nadal uwalnia ludzki głos. Radio Gdańsk zajmuje obecnie tylko jedną z wcześniej posiadanych willi, do której dobudowało sobie nowoczesne budynki. Tam też pracują dawni SARowcy, których chętnie odwiedzam.



          Piotr zaprosił mnie chcąc pogadać o zbliżającej się 50 rocznicy powstania na Politechnice Gdańskiej Studenckiej Agencji Radiowej. Nosi się z pomysłem zorganizowania obchodów i byłem mu potrzebny do konsultacji. Gdy przyjechałem już czekał.

piotrus-jagielski-dyr-tech-radio-gdansk

          Po konsultacjach zaczęły się wspominki. Trudno by było inaczej, gdy się rozmawia o rocznicy. Wśród wielu wspominanych ludzi z tamtych czasów, co rusz przewijało się nazwisko Mariana Ślusarczyka. Dla mnie to postać szczególna. W 1975 r. jako młody pracownik Radia Gdańsk, na własną odpowiedzialność, bez pozwolenia zwierzchników, potajemnie zaprosił Elę Adamiak, zespół "Nasza Basia Kochana", Stasia Wawrykiewicza i mnie na nocne nagrania. To podczas tamtej sesji powstała do dzisiaj znana i grana w  wielu rozgłośniach piosenka Eli - "Jesienna zaduma", gdzie w chórkach słychać głosy nas wszystkich nielegalnie zgromadzonych w studio. Nikt by się może o tych nagraniach nie dowiedział, gdyby nie ktoś życzliwy. Zrobiła się "burza kadrowa" i postanowiono Mariana z pracy (tu trzeba dodać "ukochanej", bo SARowcy i wszyscy z SARem związani tak pracę w radio traktują) wywalić na zbity pysk. Na szczęście w dniu, w którym miano Marianowi wręczyć wypowiedzenie tak by... "Marian ze schodów spadł", przyszła z Warszawy wiadomość, że nagrania piosenek, które Marian zrobił, zwyciężyły w  wewnętrznym konkursie na najlepsze nagranie misięca. Marian się ostał, ale nie zaprzestał roboty spiskowej, bo jak tylko nadszedł sierpień 1980 roku to Marian założył w Radio Gdańsk "Solidarność" za co go 13 grudniu 1981r. internowali. Po całym zamieszaniu ktoś mi powiedział, że Marian osiadł w Stanach Zjednoczonych. Wczoraj, gdyśmy sobie różne takie historie przypominali, Marian przypomniał się nam także. Może by nie było w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że wieczorem, gdym sobie pracował przy komputerze, nagle i niespodziewanie zgłosił mi SKEYP rozmowę z Jersey City. Zgadnijcie kto zadzwonił?
27 stycznia, 2007

Dama z pawiem

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:45


          Wszystko zaczęło się od wywiadu córki premiera Buzka, która w audycji Tok-Szok na pytanie o ulubioną książkę z dzieciństwa odpowiedziała - Zaśmiewaliśmy się przy lekturze książki "Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości". Niestety nie pamiętam kto ją napisał.
          Do naszego sklepu przychodzą niezwykli ludzie. Pisałem już o pogodnej pani i o potomku hodowcy karpii. Bywa u nas kompozytor, który skomponował muzykę do oskarowego filmu, bywa znany aktor, bywają pisarze, malarze, kilku znanych dziennikarzy, jeden idol telewizyjno - muzyczny, bywają piosenkarze i piosenkarki, muzycy rockowi i jazzowi, a także jeden bas-baryton, jeden tenor i jeden raper, który kilka dni temu ofiarował mi pierwszą swoją płytę "N.R.H. - Radykalnie Anarchistyczna Poezja". Przyjdzie czas o wszystkich napiszę, bo warto.
          Widywałem ją odkąd Asia zabrała się za prowadzenie sklepu. Przychodziła po koperty, długopisy i takie tam. Byłaby pewnie do dzisiaj jedną z wielu anonimowych klientek, gdybym jej twarzy pewnego dnia, kilka lat temu, nie zobaczył na okładce "Wysokich Obcasów", dodatku do "Gazety Wyborczej". To z tej okładki dowiedziałem się, że autor książki "Piotrek zgubił..." i pani, która odwiedza nasz sklep tryskając dobrym humorem, to ta sama osoba - Lucyna Legut, dla przyjaciół - Lucha

lucyna_legut1.bmp

          Gdy Pani Lucyna zorientowała się, że w naszym sklepie jest już osobą rozpoznawalną, podarowała nam swoją, dopiero co wydaną, najnowszą książkę. Odwdzięczyłem się swoją, dopiero co wydaną, płytą. Z czasem, gdy Pani Legut uznała mnie za artystę, byliśmy obdarowywani każdą jej nową książką. W ostatniej pt."Jasiek chce być reżyserem, a Paluch Rogalska cyrkówką", znależliśmy nawet rozdział, którego bohaterem jest nasz sklep, Asia i ja.

lucyna_legut_z_asia.bmp

          Najwyższy Lucynę Legut kocha nadzwyczaj. Obdarował ją nie tylko urodą i inteligencją, ale też licznymi talentami. Całe swoje dorosłe życie spędziła na scenie teatru. Jako aktorka spełniała się także w filmach. Malowała i maluje, pisała i pisze. Ujmuje urokiem, energią i życzliwością. Jak zaklnie to tak, że chciałoby się, by klęła co rusz, jak rzuci dowcipem, to śmieją się nawet ściany. Ostanio wdała się w politykę, wspierając w wyborach Pawła Adamowicza na prezydenta Gdańska. Adamowicz wygrał, co jest dowodem na to, że Lucyna Legut przynosi szczęście i ma posłuch w społeczeństwie. Nam szczęście też przynosi. Jesteśmy chyba ostanim sklepem na Osiedlu, który od trzynastu lat nie zmienił ani branży, ani właściciela.
         Gdy patrzę na obraz Lucyny Legut "Dama z pawiem", który wisi u mnie w pokoju, to sobie myślę, że damą na obrazie jest właśnie ona, a pięknym pawiem jej życie.
         Za dwa miesiące, 27 marca w dzień teatru , Lucyna Legut skończy 81 lat i daj jej Boże, by paw jeszcze długo, długo rozpościerał pióra nad jej dziedziną.
24 stycznia, 2007

Panie Deblessem

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:15
          Od wczoraj mój samochód śpiewa "Niebieską piosenkę". Pisałem wcześniej o kłopotach związanych z nabyciem płyty "Gitarą i piórem 3". Wczoraj udałem się do MPiKu w Sopocie, który mieści się na Monciaku, tuż obok "pokręconego" domu i odebrałem zamówioną dwa tygodnie temu płytę.



          Panie Deblessem. To dobra płyta. Nie nudzi, nie męczy, a cieszy. Już dla samej "Niebieskiej piosenki", która mnie za gardło ściska za każdym razem, gdy ją słyszę, warto mieć tę płytę. Swoją drogą Grzegorz Tomczak to czarodziej. Na mnie jego czary działały zawsze, tak jak krakowskość Jana Kantego i "Pod Budą".
          Niby nic, takie zestawienie obok siebie piosenki "Szczególnie przytulnie" i "Niebieskiej piosenki", a to jakby w pięciu minutach prawie całe życie dwojga ludzi streścić. Gdy zaś w grę wchodzi Jacek Kleyff... otwieram trzeci wymiar wrażliwości. Są i słabostki, lecz cóż... nie ma kolców bez róż.
20 stycznia, 2007

Srebrnozłoty dzień

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:23
         Srebrzy się dzisiaj. Mokre, popielate powietrze liże ulice, drzewa i dachy. Przylepiam nos do szyby, zerkam w niebo, a tam sama srebrzystość. Do wieczora wszystko zszarzeje, ale ja już jestem gotowy na wieczór. Napaliłem w kominku i błyskami ognia ozłacam ściany. Siedzę wśród tych refleksów z gitarą i przypominam sobie stare piosenki. Tadeusz Buraczewski - gdyński satyryk zaprosił mnie do Gdańska na wspólny koncert, na którym ma też pojawić się rozśpiewany lekarz - Marek Prusakowski. Zapewne będzie to coś w rodzaju spotkania starych przyjaciół. Siedzę więc w domu i ćwiczę palce.
          Dawno nie grałem. Ostatni raz występowałem równo rok temu w Berlinie. Grałem tam w koncercie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dziwne, ale nie lubię występów. Nigdy za koncertami nie przepadałem. Uwielbiałem całą atmosferę wokół sceny, przepadałem za długimi, nocnymi spotkaniami po koncertach, cieszyłem się na wszystkie nowe znajomości, ale wyjście na scenę było dla mnie zawsze ciężkim przeżyciem. Teraz też tak będzie. Trema.
          Złocą się wspomnienia w srebrny dzień. Ech, przypomniałem sobie jak w 1983, a może 1984 roku siedziałem w krakowskich "Jaszczurach" z Wojtkiem Belonem i Jackiem Kleyffem. Było koło południa i obowiązywał do trzynastej godziny zakaz sprzedaży alkoholu. Popijaliśmy więc mocną herbatę z "prądem", gdy obok pojawił się nagle znajomy Wojtka i zapytał czy mamy ochotę odwiedzić hejnalistów na wieży Kościoła Mariackiego. Nie wiem jak jest teraz, ale w tamtym czasie to była niebywała okazja. Chęć wyraziliśmy, ale po trzynastej. O trzynastej trzydzieści pod drzwiczkami wiodącymi ku schodom wieży czekał na nas Pan Strażak. Zaopatrzeni w niezbędne akcesoria, schodek po schodku wdrapaliśmy się na szczyt. Na górze czekał na nas jeszcze drugi Pan Strażak. Gdyśmy się już przywitali, rozejrzeli i polali, zrobiło się miło. My Panom Strażakom coś tam o sobie mówiliśmy, a Panowie Strażacy w zamian też nam różne ciekawostki ze swojej służby opowiedzieli. Nie wiedzieć kiedy staliśmy się kamratami.

wojtek83.jpg

          I tak nadeszła godzina czternasta. Gdy jeden z Panów Strażaków otworzył okno i przyłożył trąbkę do ust, Wojtek stanął obok niego z butelką i lejąc do szklanki wypowiedział takie oto słowa - Jak Pan długo będzie grał, tak ja długo będę lał. I lał. Nalał prawie pełną szklankę. Hejnalista zamknął okno i wypił. Przy drugim oknie Wojtek swoje zaklęcie powtórzył i nalało się trzy czwarte. Przy trzecim już tylko połowa, a hejnał znacznie przyspieszył. Przy czwartym Pan Strażak już nie zagrał. Otworzył tylko okienko i pomachał zgromadzonym na dole wycieczkom, bo taką mieli z przewodnikami odwieczną umowę.

Jacek Kleyff.jpg

Gdyśmy schodzili z wieży Kleyff uśmiechając się pod nosem rzekł - No i patrzcie, nie trzeba Tatarzyna.
          Powoli mgłą zachodzi srebrny dzień. Srebrny jak ryby w wiadrze, które Radek (mój syn) latem złowił w kaszubskich jeziorach.



Srebro-złocą się teraz dni i wspomnienia.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY