30 maja, 2007

Bajkowy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:51

Lucyna Legut*, która w codziennym życiu i w tych "zapiskach" (zob. "Dama z Pawiem" - 27.01.07r., "Walentynkowy Legutek" - 14.02,07r., "Jajcarskie serdeczności" - 6.04.07r.)zachwyca mnie niezmiennie, tym razem przeszła samą siebie. Zatkało nas, gdy otrzymaliśmy, Asia i ja, od ukochanej Luchy kolejny (który to już?) prezent. Prezent, jak to się już raz zdarzyło, był nie tylko dla nas, ale i o nas. Dostaliśmy go chyba na "Dzień Dziecka". Kolejne "Legutkowe Cudeńko" czyni z nas postacie niezwykłe i malownicze, wręcz bajkowe. Nasza próżność, tak obdarowana, zawyła z zachwytu i oto przedstawiamy - "Tajemnice Żabianki"**. Dzisiejszego "Legutka" dedykujemy wszystkim, którzy chcą być, mimo wszystko, dziećmi.

Lucyna Legut

Tajemnice Żabianki

Tajemnice Żabianki są ogromne / Muszę spisać je szybko / Bo zapomnę / Jest Apteka z ziołami  / Piekarnia z bułkami / Babcia, która dziarga czapeczki / Przy czapeczkach wstążeczki / Babcia siedzi na murku / Zajada krem z rurką / Obok babci kwiaciarki zawiane / Bliżej mi nieznane / Jest złotnik / Można kupić u niego broszkę / Złoty ząb / Może nawet kilka plomb / Ale najważniejszy / Jest sklep papierniczy / Dla mnie tylko ten sklep się liczy

Króluje tam Pani Asia i Pan Waldek / Bajkowe postacie /Obawiam się, / Że żadnego bajkowego rymu / Dla nich nie znajdę.  / Przy Asi bajka o pięknej królewnie / Po prostu blednie

A przy Waldku - mężu Asi / Nawet barszcz czerwony blednie / I ze wstydu się kwasi / Nikt nie jest tak bajkowy / Aż do zawrotu głowy! / W sklepie jest ślicznie! / Jest kolorowo! / Na torebkach kwitną kwiaty / Pluszowy miś kiwa głową / Kredki barwnymi szpicami / Ruszają do ataku / Na sznurkach fruwają / Gromady papierowych ptaków / Długopisy plamią Asi paluszki / Przysiadaą… na oknie motyle I z bibułki muszki / Na zapleczu szumi drukarka / I sarka / Że się jej nie chce bez przerwy drukować /  Praca męczy, a ona / Chce młodość i urodę zachować / Przed sklepem żywe kwiaty / Pani Asia z kwiatami / Jest po imieniu, na Ty / Bo Asia od lat  / Jest jak cudny / Zaczarowany kwiat

Waldek ukradkiem stroi gitarę / Będzie grał piosenki nowe / Ale także te stare / Czasem w południe / Wpadnie do sklepu Lucha / Chodzi po sklepie Papierniczych bajek słucha / Tam nawet gumka do mazania / Ma o życiu swoje zdanie / A życie jest diablo ciekawe / Trzeba tylko uważnie się wsłuchać  / Nie lekceważyć spinaczy, /  Kopert i dziecinnych zabawek / Od nich dowiedzieć da się Jak Waldek kocha Asię / Kupił jej stół bardzo zabytkowy / Cztery krzesła I fotel niemal nowy / I wazę z chińskiej porcelany I kilka przedmiotów mi niezapoznanych / Kupił by jej nawet raj / Bo Asia jest naj! Naj! Naj! /Najbardziej kochana / Nawet z rana / Gdy człowiek dla człowieka jest wilkiem / Waldek jest wilkiem Tylko chwilkę / Zaraz się rozpromienia / Choćby spod stóp / Usuwała się ziemia / Siada z Asią w pojazd kosmiczny / Pędzą pojazdem do sklepu / A sklep jest śliczny / O tym już mówiłam / Na bajki początku / Powtórzyłam / By nie tracić wątku / Ja tu mówię i mówię I nie widać końca / A tu już dawno / Po zachodzie słońca / Sklep zamknięty / Noc za pasem... / Zajrzyjcie do sklepu Asi i Waldka / Czasem / Zobaczycie sami / Jak miło jest żyć z czarami

Kilka słów, cztery rysunki, a wzruszenie ogromne. "Legutki" mają zbawienną moc odmładzania nas w nas samych. Dobry Panie Boże, serdeczne dzięki Ci za Lucynę Legut.

Dla niewtajemniczonych:

* Lucyna Legut jest aktorką, malarką i pisarka. Ma 81 lat, znakomite poczucie humoru, urodę, zdrowie i komputer. Znajomość z Lucyną Legut to zaszczyt.

** Żabianka jest częścią Oliwy, dzielnicy Gdańska

24 maja, 2007

Płot

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:57
Był taki czas w moim zyciu, że wraz z żoną postanowiliśmy wybudować dom. To było bardzo dawno temu, a my ten dom (chociaż w nim od lat mieszkamy) wciąż budujemy. Pewnie tej budowy nigdy nie skończymy, bo jak już wszystko będzie wyglądało "jako tako", to przyjdzie czas na remont. Właściwie, to już ten czas przyszedł, choć budowa nieskończona. Wczoraj przeczytałem w gazecie, że według sondażu przeprowadzonego w Trójmieście, większość kobiet za uciułane pieniądze chciałaby pojechać na wakacje, a większość mężczyzn, za te same pieniądze chciałoby zrobić remont. Z tego wysnułem wniosek, że jesteśmy z Asia jeszcze normalni, bo Ona chce jechać, a ja budować i remontować. Dzisiaj Aśki mają imieniny ( Wszystkiego Najlepszego) i moja Aśka też. Na imieniny mojej żonie postanowiłem podarować płot i porządek w obejściu. Nasz dom (fragment), to ten z prawej. Zamówiłem brygadę i maszyny. Od poniedziałku roboty ruszyły. Myślę, że żona się ucieszy, jak roboty się skończą. Wtedy doceni moją determinację, moje poświęcenie i niezwykłość tego prezentu. Na razie, dość oszczędnie mówi, że się cieszy. Nie cieszy się tylko sąsiad, któremu od dawna przeszkadzamy samym faktem sąsiedztwa. To jednak osobna historia. Płot, na wszelki wypadek, stawiam solidny. Jest nadzieja, że brygada sprawi się szybko, Asia prezentem się ucieszy, sąsiadowi przestanie odbijać, lub zacznie odbijać się od płotu, a mnie starczy jeszcze środków, by żonie zafundować choć parę wymarzonych dni w górach. Jest nadzieja...
20 maja, 2007

Jeszcze się tyle stanie...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:24
Wczorajszy wieczór przyszło mi spędzić sentymentalnie w gronie ludzi, z którymi  onegdaj swój młodzieńczy czas przetwarzałem na doświadczenie. Okazja nadarzyła się taka, że studenckie radio SAR (Studencka Agencja Radiowa) obchodziło swoje pięćdziesięciolecie. A kogóż tam nie było...  Prócz Ojców Założycieli radia SAR i całej rzeszy tych "co pałęczkę przejęli", a także jednej znajomej, która nie poznawała nikogo, byli artyści, którzy dzięki SARowi, po raz pierwszy mogli kiedyś posłuchać samych siebie. Była więc Alicja Puchalska, był Stasiu Wawrykiewicz, który pięknie zaśpiewał o koniu, którego trzeba wstrzymywać, był Jarek Burakowski śpiewający o złoczyńcach, był Adam Drąg, który po wielu latach milczenia, powtórzył, że "rzeki to idące drogi", był Leszek Makowiecki z "Babsztylem", był  Sławek Wierzcholski z "Nocną Zmianą Bluesa", był Marek Prusakowski, który błagał żonę, tekstem Zembatego, by go nie opuszczała i był Grzgorz Marchowski, a także byłem ja - artysta skończony, jak ostatnio o sobie mówię, i był... Jacek Kleyff Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że Jacek, człowiek z Warszawy, człowiek legenda, leader sławnego "Salonu NiezaleĹźnych", a obecnie kapeli "Na Zdrowie", we wczesnych latach siedemdziesiątych nagrywał dla naszego Jubilata,czyli radia SAR. Dla mnie każdy koncert Jacka to wydarzenie. Pierwszy raz słuchałem Kleffa i "Salonu Niezależnych" w 1973 r., w prawie pustym (choć wszystkie bilety zostały sprzedane!) Teatrze Wybrzeże. Później spotykaliśmy się w różnych miastach, w różnych klubach, na różnych imprezach. Pamiętam tajny koncert Jacka we wrocławskim "Pałacyku". Władzy Jacek się nie podobał, więc zakazała mu występów, by szczezł i padł z głodu, ale koledzy z SZSP nie dopuścili by artysta zmarniał i Jacek nadal koncertował, tyle, że tajnie. Wieści o jego występach rozchodziły się pocztą pantoflową, ze skutkiem takim, że dostać się na nie nie było łatwo, takim cieszyły się powodzeniem. Mnie o tajnym koncercie w "Pałacyku", w którym akurat bawiłem z występami, poinformował sam szef od kultury w Zarządzie Głównym SZSP - Zbyszek Sawicki, który później awansował do jakiegoś Urzędu Planowania Rady Ministrów, gdzie założył "Solidarność", za co w stanie wojennym wyleciał z pracy na pysk, by osiąść nad Mamrami i pasać owce. Wniosek z tego taki, że mając Jacka Kleffa za artystę, a Zbyszka Sawickiego za władzę, Polska Ludowa ostać się nie mogła i się, jak widać, nie ostała, a Jacek już całkiem legalnie może śpiewać swoje piękne piosenki ze "Źródłem" na czele, którego wczoraj wysłuchałem z niezmiennym zachwytem. Organizatorzy, wśród których brylował Piotrek Jagielski, przygotowali dla wszystkich gości prezenty w postaci koszulek z logo SARu, płyt z archiwalnymi filmami i nagraniami, a także obfity poczęstunek. Cieszyłem się ogromnie tego wieczoru ze spotkania dawno nie widzianego Adama Drąga (ten z lewej), z którym zaśpiewaliśmy sobie, wspĂónie napisaną kiedyś piosenkę, że "jeszcze się tyle stanie, jeszcze się tyle zmieni", i z którym, wraz z Grzesiem Marchowskim (ten w środku), kazałem sobie zrobić zdjęcie adam-drag-grzegorz-marchowesk-waldek-chylonski-wiosna-2007 I byłoby już całkiem dobrze, gdyby nie to, ze do klubu "Kwadratowa" przyjechałem samochodem.
02 maja, 2007

A Stefan już pojechał...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:59
W grudniu nadziwić się nie mogłem, że wiosna, a teraz nadziwć się nie mogę, że zima. Chyba tak mam, że nadziwić się nie mogę. Przedwczoraj spotkałem się, na kolacji u znajomych, z przyjacielem Stefanem Karczmarewiczem - fanem harmonijki ustnej, a przy okazji warszawskim kardiologiem i nadziwić się nie mogłem dlaczego wcześniej nie zawracałem mu głowy swoimi bolączkami. To już jednak przeszłość. Stefan udzielał mi porad przez cały wieczór i wyszło, że skoro rzuciłem palenie, to czas znowu coś rzucić. Wszystko wskazuje na to, że powinienem rzucić alkohol. Zastanawiam się nad tym bardzo, bo co to za życie jak mi już, prócz żony, nie zostanie nic do rzucenia. Nadziwić się nie moge jak artysta, a przy okazji lekarz, może udzielać takich porad. Dobrze, że już pojechał. Niedawno, gdy wiosna ciepłym wiatrem zaczęła mierzwić mi włosy na głowie, zdziwiłem się bardzo na widok zdjęcia, które z Laponii przysłała, wizytująca ten kraj, zaprzyjaźniona, przemiła i urocza Jola Iwankiewicz. Ciepłe pozdrowienia z zimnym, acz urokliwym zdjęciem wprawiły w zdziwienie moje wiosenne uczucia. I do teraz nie wiem - czy mam przez całe lato tęsknić za zimą? Wszak całą zimę tęskniłem za latem. Co robić? Cholera wie, a Stefan już pojechał. Z Olsztyna donoszą, że u nich śnieg spadł 1 maja. Co o tym myśleć. Nawet nie wiem, a Stefana już nie ma. Miło zdziwił mnie rano mail z Australii. Okazuje się, że odnaleziona "Stara Znajoma" pamięta te same wydarzenia zupełnie inaczej niż ja. Teraz nie wiem czy mam lepszą pamięć, czy sklerozę? Szkoda, że Stefan już wyjechał. I by zdziwień końca nie było, to jeszcze, przed chwilą, zaskoczył mnie telefon. Dzwonił, odjazdowy jak zawsze, Maciek Zembaty, także wizytujący, z tym , że Trójmiasto. Dzwonił od Asi Małachowskiej, naszej wspólnej przyjaciółki, i powiedział mi, że..., po czym zobowiazał do dyskrecji. Czy dzisiaj to już wszystko, czy jeszcze coś mnie zdziwi? Nie wiem, a Stefan chyba już w domu. Szkoda, że pojechał.
29 kwietnia, 2007

Kontra i bas

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:08
          Rozdyskutowały się media na temat tragedii w domu Barbary Blidy. Była zamieszana w aferę, czy nie? Mieli dowody, czy to tylko pomówienie? Wszyscy wszystkim zadają pytania, a nikt jakoś nie wpadł na pomysł zastanowienia się nad prawdziwą przyczyną najścia, które zakończyło się śmiercią byłej minister. A odpowiedź jest prosta i podpowiada ją osoba czwartego funkcjonariusza, który stał przed domem z kamera. To miało być kolejne przedstawienie pod tytułem "Jak dzielny Ziobro z Wassermanem sprzątają Polskę". Z tego, co do tej pory wiadomo, za dowód służyła opowieść z cyklu "jedna baba drugiej babie" i nie chodziło o to, by cokolwiek znaleźć. Chodziło o to, by sfilmować wyjście z domu zaaresztowanej kobiety, której twarz ludzie skojarzą z III R.P.  Dla tej jednej sceny fatygowali się agenci z fotografem do domu Blidów. Po to był ten cały cyrk, by paru cyników mogło wmówić ludziom, że przewodzi im idea prawa i sprawiedliwości.
Panie Ziobro - warto było bawić się w producenta filmowego? Pozazdrościł Pan Rywinowi?
          A u mnie tydzień skończył się dość melodyjnie. Znowu popracowaliśmy w studio. Tym razem moimi gośćmi byli dwaj znakomici muzycy jazzowi: kontrabasista Piotr Lemańczyk

piotr-lemanczyk.jpg

i perkusista Tomek Sowiński

tomek-sowinski.jpg

Z obydwoma tymi muzykami, kilka lat temu, spotkałem się przy realizacji płyty "Słowa". Gdy teraz przyszło mi realizować nowy pomysł, bez zastanowienia zadzwoniłem do Tomka i Piotra. Już wiem, że dobrze zrobiłem. Zagrali pięknie. Życie po to się ma, by robić dobrze. Robota dobrze idzie gdy ma się porządek w głowie.
Gdyby "jakobini" z PISu najpierw posprzątali w swoich głowach, może także umieli by zagrać pięknie. Obawiam się jednak, ze to ludzie pozbawieni talentu i każdy ich "koncert" będzie kończył się klapą.
26 kwietnia, 2007

Upojenie podróżne

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:45
Taki oto dzisiaj dostałem mail:

"Siedzę w Barze
Gdzie na ścianie
Wisi podła kategoria
Gdzie za szybą umierają
Krajobrazy ludzie i zakąski
Siedzę w Barze
Gdzie dziewczyny
Są smutniejsze od wiosny I ode mnie.

Oddaję Ci do wykorzystania Twój wiersz. Oryginał pozostanie u mnie, bo podpisałeś: Ewuni Waldek. er"
Er, to dzisiaj przepiękna Pani, która kiedyś była fascynującą Panną Ewą. Jacek Zwoźniak, o którym tu często wspominam, tak był zafascynowany Panną ER, że  długo trudno mu było wytłumaczyć, iż ta dziołcha nie jemu pisana. Wierszyk, który mi Ewa Rachoń oddaje, to wierszyk napisany w tamtym czasie - czasie Jackowej do Ewy miłości.
          Dlaczego ten wiersz taki smutny? Otóż napisałem ten "poemat" w stanie podróżnego upojenia alkoholowego, gdzieś między Gdańskiem , a jakimś miastem w Polsce. Napisałem go na prośbę Ewy. Napisałem go od ręki, na przypadkowej kartce, między snem, a snem, w przypadkowym przedziale kolejowym, którym wraz z Ewą podróżowaliśmy ku przeznaczeniu.
Mnie Ewa również nie była pisana, stąd smutek mój i taki ogląd świata. Napisałem i... zapomniałem.
          Gdy mi jakiś czas temu Ewa opowiedziała tę historię - nie uwierzyłem. Ewa miała jednak kartkę z wierszem napisanym, dla Niej, moim pismem. Dzisiaj, gdy ten wiersz w mailu dostałem z powrotem, przyszło mi do głowy, że być może okaże się kiedyś, iż napisałem o wiele więcej niż myślę, że napisałem. Wszak był czas, że bardzo lubiłem podróżować.
25 kwietnia, 2007

PiS-nie, Popiski-tak

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:02
Bełkot "elit" PiSu w dniu dzisiejszym przekroczył granicę mojej tolerancji na traktowanie mnie jak idioty. Biedna Polska w takich rękach. Nie głosowałem w ostatnich wyborach. Zniesmaczony rządami SLD, oburzony na świństwo jakie uczynił prominentny członek PO Miodowicz porządnemu Cimoszewiczowi, postanowiłem nie iść na wybory. Teraz mocno żałuję i myślę, że takich jak ja jest dzisiaj wielu. Jeżeli LiD dotrwa do wyborów w tej, czy zbliżonej formie, więcej błędu zaniechania nie popełnię. By uciec od polityki, którą tu mało się do tej pory zajmowałem, napisałem III odcinek popiskowej powieści "Widłąg". Serdecznie zapraszam do lektury.
22 kwietnia, 2007

Zawiało zadupie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:11
Pięknie wczoraj zawiało...



i przywiało z Warszawy na falach "Trójki" takie oto zdanie dziennikarza jednej z warszawskich gazet, biorącego udział w porannej dyskusji o sytuacji w kraju - "Wyjechałem, pierwszy raz od dwóch lat, z Warszawy na prowincję i wróciłem o dwa lata starszy".
         Siedzi "znawca" problemów kraju w Stolicy, jak korniszon w puszce, jak zasuszony przed laty grzyb, i codziennie zabiera głos na temat: "Jak aktualnie zbawić Polskę", a Polska dla niego, to te 500 kilometrów kwadratowych, po których się codziennie porusza, i nic więcej. Reszta Polski to prowincja, a dosadniej - Zadupie, którego na dodatek on nie zna. Ilu mamy jeszcze takich ekspertów? Obawiam się, że w Stolicy są ich tłumy. Wystarczy popatrzeć na rząd... Jeżeli wyjazd poza Warszawę postarza o dwa lata, to znaczy, ze warszawiacy, dla własnego dobra, nie powinni nosa poza rogatki miasta wystawiać. Może by nie wpuszczać do Stolicy nikogo obcego, bo jeszcze starości z Zadupia nawiezie.
Dystans między Warszawa, a Zadupiem wytwarzają sami, tzw. "warszawiacy". Czynią to, z jednej strony po to, by zatrzeć w swojej pamięci czas i miejsce, z którego do Warszawy przybyli, a z drugiej strony zdają sobie doskonale sprawę, jakim są Zadupiem dla Europy i odreagowują, jak ten dziennikarz z III programu.P.R. Każdy ma takie zadupie, jaką ma dupę.
Kompleks Zadupia mamy wszyscy odkąd jesteśmy. Myślę, że już Mieszko I jadąc do Czech po Dobrawę, ‚załatwiał jednocześnie swój kompleks rządzenia Zadupiem, który mu się wytworzył na widok państwa Ottona I.
          Ja żyję z kompleksem Zadupia od czasu, gdy w roku 1980, usłyszałem to samo zdanie, mniej więcej w tym samym czasie, od dwóch wielkich "tekściarstwa" polskiego.
- Panie Waldku, jest Pan młody i dopiero pan zaczyna, ale jeżeli chce pan żyć z pisania tekstów, musi pan przeprowadzić się do Warszawy na stałe.
          Nie przeprowadziłem się. Nie uwierzyłem Jonaszowi Kofcie, ani Wojciechowi Młynarskiemu. No to i mam. Już nigdy się nie dowiem, czy wyjazd z Warszawy na Zadupie postarza, czy nie.
Z drugiej strony, ilekroć wracam z Warszawy, nie odczuwam, by czas się cofał. A szkoda, bo ponoć stary już jestem.
18 kwietnia, 2007

Wpadła wiosna jak pantera...nim zakwitły jabłonie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:50
          Przyszła dzisiaj jak pantera. Najpierw przez dwa dni robiło się ciepło, cieplej i jeszcze cieplej, a Ona czaiła się, skradała i wyczekiwała na swój czas, na swój moment i kiedy wczoraj było już prawie gorąco, a ja myślałem, ze to już, że teraz... okazało się , że nie. Za wcześnie. Dzisiaj, gdym sam był w sklepie... zaszumiało, zagwizdało i wpadła jak pantera...



          Ona - Wiosna. Wiosna ma na imię Asia, jest naszą przyjaciółką i oczywiście klientką sklepu mojej żony. Zachodzi często, przynosząc różne pory roku i różne pogody. Tym razem była wiosną. Asia jest właścicielką tysiąca pomysłów na życie i stada koni pod Gdańskiem. Ot, po prostu, rasowa kobieta, czyli Wiosna.
          Wpadł do nas też ciepło ubrany (po południu było już chłodno), wiosennie nastrojony - Janusz Hajdun. Janusz to chodząca legenda nie tylko gdańskiej kultury. Muzyk, który do Gdańska przywędrował w 1945 r. ze Lwowa. To gość, którego za młodu pochłaniały dwie pasje: szybownictwo i muzyka. Życie, na szczęście, oddał tej drugiej pasji. Najpierw, jako chłopię, zamieszkał z rodzicami w Gdyni i tam chodził do szkoły muzycznej. Średnią i Wyższą Szkołę Muzyczną kończył już w Gdańsku, gdzie wraz ze Zbigniewem Cybulskim, Bogumiłem Kobielą i Jackiem Federowiczem, jako muzyk tworzył sławny teatrzyk studencki "Bim-Bom". Po "Bim-Bomie" był teatrzyk rąk "Co to", a potem Cyrk Afanasjewa "Trala-Bomba". To właśnie w Cyrku powstała niezwykła piosenka, wielki szlagier "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Ponieważ "...świat nie jest taki zły..." Janusza kariera kwitła nieprzerwanie. Po doświadczeniach w teatrzykach studenckich naturalnym było to, że Jego zainteresowania pójdą w kierunku muzyki teatralnej i filmowej. Napisał muzykę do kilkudziesięciu przedstawień i do tyluż filmów. Komponował do takich dzieł jak: "Na wylot", "Tańczący Jastrząb", "Franz Kafka" czy najbardziej sławnego, pierwszego polskiego filmu nagrodzonego Oskarem, filmu "Tango" w reżyserii Zbigniewa Rybczyńskiego.



        Janusza poznałem w Żaku w latach siedemdziesiątych, był dla mnie postacią z pomnika. Sławny, owiany legendarnymi opowieściami z najlepszych lat klubu. Nie przyszło by mi wtedy do głowy, że kiedyś będziemy się spotykać w "Radio Gdańsk" - z okazji takiej i czy innej audycji - i że przegadamy potem niejedną chwilę w Asi sklepie, do którego Janusz lubi wpadać, choćby po czarne cienkopisy, które służą mu do ustawiania nutek w szeregu. Najczęściej gadamy o Zaiksie, bo to, jako żywo, obu nas, w tych kapitalistycznych czasach, interesuje, ale tym razem pogadaliśmy o kobitkach, czyli o wiośnie, bo obaj czekamy... "...i niech no tylko zakwitną jabłonie... " Niech no tylko...
15 kwietnia, 2007

Błoga i hojna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:26
"Błoga i hojna" to tytuł piosenki, nad którą pracowałem cały tydzień, by można było z Beatą, trzynastego w piątek, wejść do studia i nagrać nowe vocale. Tym razem Beata miała wolną rękę i robiła ze ścieżkami nagraniowymi co chciała, a pomagał jej w tym, tak jak i poprzednio, Jacek Puchalski. beata-bartelik-i-jacek-puchalski.jpg Posiedzieliśmy w studio do czasu, aż pojawił się Jacek Jakubowski, mąż Beaty Bartelik, a zarazem uznany szantmen i wzięty muzyk kapel folkowych. Jak widać poniżej zasłuchał się i zadumał. beata-bartelik-i-jacek-jakubowski.jpg Gdy wróciłem do domu i odtworzyłem "efekt" naszego zmagania się z materią piosenki, zrobiło mi się jakoś tak dobrze, błogo i hojnie. Stan ten nie opuścił mnie i w dniu następnym, albowiem zaproszony zostałem przez Michała Krukowskiego, na wieczorne otwarcie sezonu kajakowego, które odbyło się u niego w domu i trwało do późnych godzin nocnych. michal-krukowski-i-grzegorz-marchowski.jpg Nie mam z kajakarstwem nic wspólnego, ale miło było wznosić toasty pod piosenki wyśpiewywane przez Grzegorza Marchowskiego. Wiosłowaliśmy uparcie, aż ogarnęła nas błogość.  A dzisiaj... cóż , błogości zabrakło, za to hojnie rozbolała mnie głowa. Bywa i tak. Na szczęście jutro jest poniedziałek. PS Piosenka znajduje się w dziale "Piosenki-nagrania"
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY