31 grudnia, 2006

Wszystkiego co dobre i najlepsze

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 13:53
roze-dla-asi.jpg W 2007 roku życzę wszystkim odwiedzajacym moja stronę wszystkiego co dobre, lepsze i najlepsze. Byście w zdrowiu żyli szczęśliwi, pogodni i pewni jutra. Oby Wam się układało jak po sznurku i by Was wiosna, jako i mnie, cieszyła już w grudniu.
17 grudnia, 2006

Karp po polsku w szarym sosie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:29
          Dwa, a może trzy lata temu, do naszego sklepu często zaglądał starszy pan, który przynosił do odbicia na ksero swoje grafiki. Najczęściej były to rysunki przedstawiające gdańskie zabytki, czasami żaglowce, często portrety koni. Przy każdej wizycie ucinaliśmy sobie krótką pogawędkę na aktualne tematy. Miło się ze starszym panem rozmawiało, bo jego uprzejmość, erudycja i ład w wypowiadanych kwestiach czyniły z dialogu rodzaj sztuki, przyjemność. Kiedyś, przed świętami, ów pan, gdyśmy rozmawiali o świątecznych potrawach, powiedział mi, że karpia na każdym stole polska rodzina zawdzięcza jego pradziadowi, który zwał się Dziechem.  Czy Dziechem starszy pan nazywał Adolfa Gascha, który w Kaniowie faktycznie wyhodował niezwykłego karpia, czy coś się starszemu panu pomyliło, bo Gasch dożył tylko 75 lat, tego się pewnie już nie dowiem, gdyż starszego pana od dawna nie widuję. Coś w tym jednak musiało być, bo niby skąd nagle u poważnego człowieka taka opowieść.
          Karp do Europy - wynikało z opowieści - zawitał pod koniec XII wieku. Ponoć sprowadzili go krzyżowcy. Karp jest rybą azjatycką, ale i hodowlaną, stąd występuje w odmianie indochińskiej, daleko-wschodniej, środkowo-azjatyckiej i europejskiej. Jest rybą ciepłolubną, więc uwielbia miejsca nasłonecznione, porośnięte, i najbardziej takie z mulistym dnem. Żywi się właściwie wszystkim, od planktonu przez owady i ślimaki do nasion roślin. Można rzec, że żyje żywiąc się rzeczywistością. Może żyć do 40 lat osiągając w tym czasie 1 metr długości i wagę ponad 30 kilogramów. Ten nasz karp, którego według przepisów "sprawiamy, a następnie dokładnie myjemy...", odławiany jest po dwóch, trzech latach hodowli. Waży wówczas około 1,5 kilograma i ma najlepszy, ponoć królewski smak.
          Mimo, że karp w zamożniejszych domach, jako potrawa był znany od średniowiecza (pierwsze stawy hodowlane zakładali Cystersi), to dopiero w XIX wieku stał się powszechnie uznany jako główne danie na wigilijnym stole. - A wszystko to dzięki mojemu pradziadowi - kontynuował potomek Dziecha - który pod koniec XIX wieku w Kaniowie koło Białej Krakowskiej założył hodowlę i wyhodował karpia królewskiego, zwanego inaczej lustrzeniem. Kiedy go pierwszy raz pokazał w 1880 roku w Berlinie na wystawie rolniczej, publika ponoć wpadła w zachwyt. Taki to był piękny i duży karp. Przodkowi - kończył mój klient - karpie nie tylko przyniosły fortunę, ale i zdrowie, bo mój pradziad zmarł na trzy dni przed swoimi setnymi urodzinami.
          Starszy pan, czyli pan Garlicki, już nie przychodzi do naszego sklepu. Przed rokiem wpadł się pożegnać mówiąc, że przenosi się do Gdyni. Zostały po nim wspomnienia i opowieść o karpiu. A może o pradziadku? Nieważne, na jedno wychodzi.


fot. http://zpamietnikapiekarnika.blox.pl/2011/11/Karp-w-szarym-sosie.html
          Przepisów na karpia jest bez liku. Jest karp w galarecie, po żydowsku, na niebiesko, po węgiersku, czeski karp na ostro, karp w pomidorach, w pomarańczach, z pieczarkami, po tajsku, smażony, pieczony i zapiekany, karp w winie białym i czerwonym, saute i w cieście. Jest też: Karp po polsku w szarym sosie. U nas wszystko jest w szarym sosie, to w jakim sosie ma być karp Dziecha zwany królewskim?

Karp po polsku w szarym sosie - przepis

Składniki: 1 karp i włoszczyzna ( bez kapusty ). Najlepiej gotować w garnku do ryb z wkładem. Krew z ryby, 4 dkg. masła, 3 dkg. mąki, 3/4 l. wywaru z jarzyn, 1/8 l.wina czerwonego, 4-5 dkg. piernika, sok z cytryny, 2 dkg. cukru na karmel, 2 do 3 dkg. rodzynków, 2 do 3 dkg. migdałów. Po zabiciu ryby zebrać krew do naczynia, dodać 1/2 łyżki octu. Sprawioną rybę dobrze wymyć. Zagotować wywar z włoszczyzny. Włożyć rybę na wkład, a następnie do garnka i gotować w wywarze ok. 30 min. Wyjąć z wkładem, zsunąć na półmisek, położyć w ciepłym miejscu, skropić wywarem i przykryć. Wywar odparować do 3/4 litra.

Szary sos: Przyrządzić zasmażkę: masło rozgrzać, dodać zrumienioną mąkę, zmieszać, rozprowadzić wywarem i winem, dodać krew, zagotować. Piernik pokruszyć, zalać 1/4 l. wywaru, rozgotować, przetrzeć, włożyć do sosu. Dodać zrumieniony cukier (karmel) i sok z cytryny. Zagotować, włożyć opłukane rodzynki i sparzone, pokrojone w paseczki migdały. Rybę zagrzać w piekarniku, a następnie polać gorącym sosem. Sos szary można też zrobić bez krwi i bez piernika.
Smacznego.


12 grudnia, 2006

Nawalony Miś

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:35
          Dzisiaj sam spróbuję "wkleić" zdjęcie. To moje drugie podejście, ale dzięki Marcinowi może się uda. Ponieważ zbliża się czas prezentów "wkleję" dzisiaj zdjęcie, które zrobiłem w naszym sklepie Nawalonemu Misiowi. Chyba z miłości taki nawalony. Ładny?

nawalony-mis.jpg
 
Udało się! 
07 grudnia, 2006

Zdzira

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:28
          Wczoraj miałem szczęśliwy dzień. Ot, po prostu - dobry dzień. Dzień dobrych chwil i dobrych wiadomości. Dla takich dni biegam czasem tygodniami po ścieżce wokół codzienności klombu. Wyszła płyta. Czwartego grudnia wyszła płyta "Gitarą i Piórem 3 ". Płytę wydała radiowa "Trójka", a "skomponował" ją Janusz Deblessem. O tym, że na płycie znajdzie się piosenka, którą z Grzegorzem Marchowskim napisałem dla jego córki Magdy, a którą zaaranżował i nagrał Wacek Juszczyszyn z "Wolnej Grupy Bukowina" ( jest w na mojej stronie w Piosenkach - Nagraniach ) pt. "Szczególnie przytulnie", wiedziałem już od jakiegoś czasu. Wczoraj jednak, w internecie, naocznie przekonałem się jak płyta wygląda i kto tam, prócz Magdy, śpiewa. Uhmmm... Same znakomitości, a Magdy piosenka wśród nich... jako trzecia. Jakie to ważne miejsce na płycie uświadomił mi niedawno Andrzej Donarski z "MR. ZOOB", gdyśmy układali kolejność piosenek na jego płytę. Ponoć " pozycja trzecia", wśród przypadkowych słuchaczy, rozstrzyga o tym czy słuchać dalej czy nie. Nie mam pojęcia czy Janusz zna tę teorię, ale jeśli nawet przypadkowo " Szczególnie przytulnie" umieścił na pozycji "trzeciej", to świetnie, bo to miluchna piosenka i pozytywna, a jak wiadomo... "trójka" rozstrzyga... Czuję, że płyta będzie miała powodzenie. Oby.
          A wieczorem Biblioteka na Żabiance ( to dzielnica Gdańska ) zaprosiła mnie bym był kimś w rodzaju gospodarza na wieczorze autorskim poetki Bożeny Ptak. Nie mnie oceniać jak mi poszło, ale chyba wywiązałem się jakoś z tego zadania, bo do domu wróciłem cały. Bożena mnie nie zabiła.

ptak.jpg

          Bożena to poetka, tekściarka, nauczycielka, żona, no i matka. Z moich wiadomości wynika, że we wszystkich tych rolach czuje się znakomicie. Wczorajszy wieczór odbył się z okazji wydania Jej szóstego tomiku wierszy. Biblioteka zaprosiła mnie zapewne z tego powodu, żem z Biblioteką zaprzyjaźniony, ale też i dlatego, że z Bożeną także w przyjaźni żyję. Z Ptak Bożeną znamy się od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Boże, jak to brzmi - ubiegłego wieku. Spotkaliśmy się w gdańskim Kole Młodych ZLP. Mieliśmy wtedy po dwadzieścia kilka lat i pisaliśmy wiersze. Kiedyś w odpowiedzi na wiersz Bożeny napisałem piosenkę pt. "Odpowiedź poetce Bożenie Ptak", która zaczynała się od słów ... Bez wojny wódkę pijemy... . Potem przyszła wojna w płaszczu Stanu Wojennego i wszystko się pozmieniało, chociaż refren mojej piosenki cały czas był i jest aktualny - " A jednak nie przeminiemy tak sobie / Chociażby w naszych nekrologach puste słowo stało przy pustym słowie...". Potem żyliśmy biednie i bogato, nudno i atrakcyjnie, z przygodami i bez przygód i teraz... spotkaliśmy się wczoraj i okazało się, że mamy ponad pięćdziesiąt lat ( Bożena miała wczoraj urodziny ) i nadal piszemy wiersze. Książka Bożeny ma tytuł "Niebezpieczny azyl" i zawiera w sobie rewelacyjnie piękne wiersze. Gorąco ją wszystkim polecam cytując jeden z nich pt. "Fraszka urodzinowa": Zdzira / wygląda jakby z księżyca zdjęta /oczka w pończochach / pomięta sukienka / gały na obcych chłopów wybałusza / wrogowie szepczą / że to moja dusza Cała Bożena... na zdjęciach i ja cały... szczęśliwy. Obok Bożeny stoi Pani Beata - szefowa żabiańskiej Biblioteki.

ptak_fan.jpg
02 grudnia, 2006

Spróbuję

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:20
          Mam, jak już widać, aparat i spróbowałem "co nieco" zrozumieć z instrukcji dołączonej do niego. Teraz spróbuję nabytą wiedzę wykorzystać w praktyce. Jeżeli przy tym wpisie będzie zdjęcie, to będzie znaczyło, że moja pobieżna edukacja nie poszła na marne... ( tu miałem wstawić zdjęcie ) Niestety, po dziesiątej próbie umieszczenia zdjęcia w tych "Codziennościach", zdjęcie wysłałem do Pana Administratora, który je umieści gdzie trzeba i jak trzeba, a mnie wyśle kolejną instrukcję. U la la! Nie ma łatwo.

przyszedl_fryzjer_do_drzew.jpg

          A oto refleksja do zdjęcia: Mimo że grudzień, to wciąż u nas jesień. Przed naszym sklepem liście opadły z drzew wraz... gałęźmi.
27 listopada, 2006

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:11
Ela i KrzyÅ? Kowalkowscy Poznaliśmy się jadąc razem windą. Był rok 1982. Mieszkaliśmy w jednym bloku przy Rzeczpospolitej w Gdańsku. Mieliśmy po trzydzieści lat i dzieci, które dopiero co wylazły z wózków. Wszystko było przed nami i dla nas. Za nami była... młodość, ta szalona, nieodpowiedzialna i najpiękniejsza. Zbyt byliśmy zaganiani, by zauważać wtedy coś tak nieistotnego, jak upływ czasu. Mijały lata. Nasze dzieci poszły szkoły, a my w między czasie, raz, a dobrze, zmieniliśmy Polskę i wielokrotnie pracę. Krzysztof Kowalkowski, bo o nim tu mowa, mąż Elżbiety, ojciec udanych dzieci, a od jakiegoś czasu także dziadek, zaskoczył mnie w życiu dwa razy.
Przed laty, gdy w trakcie sąsiedzkiej, wieczornej pogawędki przy małym "co nieco", wyciągnął spory album na zdjęcia i z błyskiem w oku, pokazując mapki, zdjęcia, foldery, a nawet bilety z pociągów, autobusów i tramwajów wodnych, zabrał nas, tj Asię i mnie, na kilka godzin w podróż po Holandii, z której dopiero co z Elą wrócili. Oszołomiony zwiedziłem kraj, w którym nigdy nie byłem i wróciłem do domu pełen podziwu dla charakteru i osobowości sąsiada.
          Krzysztof - na co dzień szanowany i ceniony urzędnik, którego pasje kronikarskie traktowałem jako "nieszkodliwe zajęcia pozalekcyjne", zaskoczył mnie po raz wtóry - tym razem już nie na żarty. Zjawił się u nas któregoś dnia i podarował mi dopiero co wydaną książkę swojego autorstwa. Były to dzieje miejscowości Miłobądz, z którą rodzina Kowalkowskich jest historycznie związana.
MiÅ?obÄ?dz

          Z tejże książki dowiedziałem się, nie tylko o historii tego miłego miasteczka, ale także o tym, że mój "szalony" przewodnik opublikował wcześniej cztery książki o dziejach swojej rodziny i dodatkowo monografię parafii Rytel. Od tamtego czasu co i rusz czytam o nowych wydawniczych sukcesach mojego ulubionego dziejopisarza i kronikarza. Ma Krzysztof na swym koncie książek już siedem i na tym nie koniec.
          Żona naszego badacza historii Kociewia i okolic, w ostatnią sobotę zaprosiła nas na tradycyjne, jak kiedyś, "co nieco". By sąsiedzkie szczęście wypełniło się do końca byli także Ania i Andrzej Staszkiewiczowie. Siedzieliśmy w naszym "starym" bloku, w "starym" gronie przyjaciół, jak przed laty. Bawiliśmy się świetnie, tylko nie wiedzieć czemu z coraz większym trudem rozpoznawaliśmy się na starych zdjęciach. Na szczęście gospodarze wyjęli aparat cyfrowy i każdy mógł swój aktualny stan podziwiać na bieżąco, aż do chwili gdy stan uległ zatarciu... Nie, nie "co nieco" się nie wyczerpało. No, i był z nami kronikarz, a więc jest nadzieja, że przejdziemy do historii. Tym czasem polecam wszystkim, w których drzemie ciekawość kolei losu ziem tutejszych i bliskich, wszystkie spisane przez Krzysztofa dzieje tych miejsc. O ile wiem jego praca jest niemal pionierska na tym terenie i jak mi mówił - nie przez wszystkich rozumiana. Zdarzył się w jednej z gmin kociewskich wójt, który proszony o pomoc w w spisaniu historii jego gminy, odparował prostym - A na jaką cholerę mnie to.
Taka gmina.
19 listopada, 2006

Nie strącaj jeszcze z drzewa liści

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:39
          Wracaliśmy wczoraj z Asią z przemiłego przyjęcia u Możejków - sąsiadów i przyjaciół. Noc była ciepła i przytulna. Delikatny wiaterek szeleścił w resztkach liści na drzewach, a mnie przypomniała się jesień sprzed wielu, wielu lat, kiedy to w taką ciepłą, jesienną noc wymyślałem sobie wierszyk, taki - Liryk na jesień. Nie strącaj jeszcze z drzewa liści / W tych liściach najładniejsze dłonie / Popielą oczy przetykane / Jakby w gałęziach rozproszone...
          Rano, następnego dnia zaniosłem go Markowi Prusakowskiemu i nie minęło trzy dni jak powstała piosenka. Śpiewało ją później wiele osób, ale mnie najbardziej przypadło do gustu wykonanie piosenki przez kompozytora, czyli przez Marka. Ostatni raz miałem okazję słyszeć tę oryginalną wersję niecały miesiąc temu, gdy spotkanie przyjaciół sprzed lat, urządził w Kosakowie pod Gdynią Zbyszek Szukalski. Ta piosenka, jak i wiele innych, ma swoją historię. Najpierw w kabarecie "Jelita" śpiewał ją Marek ( dzisiaj lekarz i wzięty redaktor radiowych programów muzycznych ), później zaistniała w repertuarze Ani i Zbyszka Szukalskich, by następnie zagościć na stałe w śpiewnikach. Wiele razy słyszałem ją wielu miejscach. Raz nawet w pociągu. I może nie byłoby w tej sentymentalnej opowieści nic specjalnego, gdyby nie fakt, że po latach zespół "Czerwony Tulipan" tekst przysposobił od nowa. Stefan Brzozowski skomponował do wiersza swoją muzykę - także piękną. Oto ta wersja:

  

Daj korze mruczeć na brązowo / I niech dziuplami sennie ziewa / Może jej jesień przed północą / Przyniesie do snu trochę nieba...
NOWSZE WPISY