27 stycznia, 2007

Dama z pawiem

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:45


          Wszystko zaczęło się od wywiadu córki premiera Buzka, która w audycji Tok-Szok na pytanie o ulubioną książkę z dzieciństwa odpowiedziała - Zaśmiewaliśmy się przy lekturze książki "Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości". Niestety nie pamiętam kto ją napisał.
          Do naszego sklepu przychodzą niezwykli ludzie. Pisałem już o pogodnej pani i o potomku hodowcy karpii. Bywa u nas kompozytor, który skomponował muzykę do oskarowego filmu, bywa znany aktor, bywają pisarze, malarze, kilku znanych dziennikarzy, jeden idol telewizyjno - muzyczny, bywają piosenkarze i piosenkarki, muzycy rockowi i jazzowi, a także jeden bas-baryton, jeden tenor i jeden raper, który kilka dni temu ofiarował mi pierwszą swoją płytę "N.R.H. - Radykalnie Anarchistyczna Poezja". Przyjdzie czas o wszystkich napiszę, bo warto.
          Widywałem ją odkąd Asia zabrała się za prowadzenie sklepu. Przychodziła po koperty, długopisy i takie tam. Byłaby pewnie do dzisiaj jedną z wielu anonimowych klientek, gdybym jej twarzy pewnego dnia, kilka lat temu, nie zobaczył na okładce "Wysokich Obcasów", dodatku do "Gazety Wyborczej". To z tej okładki dowiedziałem się, że autor książki "Piotrek zgubił..." i pani, która odwiedza nasz sklep tryskając dobrym humorem, to ta sama osoba - Lucyna Legut, dla przyjaciół - Lucha

lucyna_legut1.bmp

          Gdy Pani Lucyna zorientowała się, że w naszym sklepie jest już osobą rozpoznawalną, podarowała nam swoją, dopiero co wydaną, najnowszą książkę. Odwdzięczyłem się swoją, dopiero co wydaną, płytą. Z czasem, gdy Pani Legut uznała mnie za artystę, byliśmy obdarowywani każdą jej nową książką. W ostatniej pt."Jasiek chce być reżyserem, a Paluch Rogalska cyrkówką", znależliśmy nawet rozdział, którego bohaterem jest nasz sklep, Asia i ja.

lucyna_legut_z_asia.bmp

          Najwyższy Lucynę Legut kocha nadzwyczaj. Obdarował ją nie tylko urodą i inteligencją, ale też licznymi talentami. Całe swoje dorosłe życie spędziła na scenie teatru. Jako aktorka spełniała się także w filmach. Malowała i maluje, pisała i pisze. Ujmuje urokiem, energią i życzliwością. Jak zaklnie to tak, że chciałoby się, by klęła co rusz, jak rzuci dowcipem, to śmieją się nawet ściany. Ostanio wdała się w politykę, wspierając w wyborach Pawła Adamowicza na prezydenta Gdańska. Adamowicz wygrał, co jest dowodem na to, że Lucyna Legut przynosi szczęście i ma posłuch w społeczeństwie. Nam szczęście też przynosi. Jesteśmy chyba ostanim sklepem na Osiedlu, który od trzynastu lat nie zmienił ani branży, ani właściciela.
         Gdy patrzę na obraz Lucyny Legut "Dama z pawiem", który wisi u mnie w pokoju, to sobie myślę, że damą na obrazie jest właśnie ona, a pięknym pawiem jej życie.
         Za dwa miesiące, 27 marca w dzień teatru , Lucyna Legut skończy 81 lat i daj jej Boże, by paw jeszcze długo, długo rozpościerał pióra nad jej dziedziną.
24 stycznia, 2007

Panie Deblessem

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:15
          Od wczoraj mój samochód śpiewa "Niebieską piosenkę". Pisałem wcześniej o kłopotach związanych z nabyciem płyty "Gitarą i piórem 3". Wczoraj udałem się do MPiKu w Sopocie, który mieści się na Monciaku, tuż obok "pokręconego" domu i odebrałem zamówioną dwa tygodnie temu płytę.



          Panie Deblessem. To dobra płyta. Nie nudzi, nie męczy, a cieszy. Już dla samej "Niebieskiej piosenki", która mnie za gardło ściska za każdym razem, gdy ją słyszę, warto mieć tę płytę. Swoją drogą Grzegorz Tomczak to czarodziej. Na mnie jego czary działały zawsze, tak jak krakowskość Jana Kantego i "Pod Budą".
          Niby nic, takie zestawienie obok siebie piosenki "Szczególnie przytulnie" i "Niebieskiej piosenki", a to jakby w pięciu minutach prawie całe życie dwojga ludzi streścić. Gdy zaś w grę wchodzi Jacek Kleyff... otwieram trzeci wymiar wrażliwości. Są i słabostki, lecz cóż... nie ma kolców bez róż.
20 stycznia, 2007

Srebrnozłoty dzień

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:23
         Srebrzy się dzisiaj. Mokre, popielate powietrze liże ulice, drzewa i dachy. Przylepiam nos do szyby, zerkam w niebo, a tam sama srebrzystość. Do wieczora wszystko zszarzeje, ale ja już jestem gotowy na wieczór. Napaliłem w kominku i błyskami ognia ozłacam ściany. Siedzę wśród tych refleksów z gitarą i przypominam sobie stare piosenki. Tadeusz Buraczewski - gdyński satyryk zaprosił mnie do Gdańska na wspólny koncert, na którym ma też pojawić się rozśpiewany lekarz - Marek Prusakowski. Zapewne będzie to coś w rodzaju spotkania starych przyjaciół. Siedzę więc w domu i ćwiczę palce.
          Dawno nie grałem. Ostatni raz występowałem równo rok temu w Berlinie. Grałem tam w koncercie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dziwne, ale nie lubię występów. Nigdy za koncertami nie przepadałem. Uwielbiałem całą atmosferę wokół sceny, przepadałem za długimi, nocnymi spotkaniami po koncertach, cieszyłem się na wszystkie nowe znajomości, ale wyjście na scenę było dla mnie zawsze ciężkim przeżyciem. Teraz też tak będzie. Trema.
          Złocą się wspomnienia w srebrny dzień. Ech, przypomniałem sobie jak w 1983, a może 1984 roku siedziałem w krakowskich "Jaszczurach" z Wojtkiem Belonem i Jackiem Kleyffem. Było koło południa i obowiązywał do trzynastej godziny zakaz sprzedaży alkoholu. Popijaliśmy więc mocną herbatę z "prądem", gdy obok pojawił się nagle znajomy Wojtka i zapytał czy mamy ochotę odwiedzić hejnalistów na wieży Kościoła Mariackiego. Nie wiem jak jest teraz, ale w tamtym czasie to była niebywała okazja. Chęć wyraziliśmy, ale po trzynastej. O trzynastej trzydzieści pod drzwiczkami wiodącymi ku schodom wieży czekał na nas Pan Strażak. Zaopatrzeni w niezbędne akcesoria, schodek po schodku wdrapaliśmy się na szczyt. Na górze czekał na nas jeszcze drugi Pan Strażak. Gdyśmy się już przywitali, rozejrzeli i polali, zrobiło się miło. My Panom Strażakom coś tam o sobie mówiliśmy, a Panowie Strażacy w zamian też nam różne ciekawostki ze swojej służby opowiedzieli. Nie wiedzieć kiedy staliśmy się kamratami.

wojtek83.jpg

          I tak nadeszła godzina czternasta. Gdy jeden z Panów Strażaków otworzył okno i przyłożył trąbkę do ust, Wojtek stanął obok niego z butelką i lejąc do szklanki wypowiedział takie oto słowa - Jak Pan długo będzie grał, tak ja długo będę lał. I lał. Nalał prawie pełną szklankę. Hejnalista zamknął okno i wypił. Przy drugim oknie Wojtek swoje zaklęcie powtórzył i nalało się trzy czwarte. Przy trzecim już tylko połowa, a hejnał znacznie przyspieszył. Przy czwartym Pan Strażak już nie zagrał. Otworzył tylko okienko i pomachał zgromadzonym na dole wycieczkom, bo taką mieli z przewodnikami odwieczną umowę.

Jacek Kleyff.jpg

Gdyśmy schodzili z wieży Kleyff uśmiechając się pod nosem rzekł - No i patrzcie, nie trzeba Tatarzyna.
          Powoli mgłą zachodzi srebrny dzień. Srebrny jak ryby w wiadrze, które Radek (mój syn) latem złowił w kaszubskich jeziorach.



Srebro-złocą się teraz dni i wspomnienia.
14 stycznia, 2007

Widoki

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:31
          Widoki to w życiu rzecz ważna. Bez widoków wszystko traci sens. Brak widoku, to jak brak nadziei. A nadzieja, choćby i beznadziejna pomaga trwać, wytrwać i przetrwać . Beznadziejne trwanie także wymaga widoków. Jeżeli widoki to nadzieja, a nadzieja swój sens jest w stanie zaznaczyć tylko w trwaniu, to znaczy, że należy trwać, by mieć widoki. Gdy się widoki skończą można przestać trwać.
By mieć widoki należy założyć, że istnieje przyszłość. Po tym założeniu automatycznie zaczynamy przynależeć do klubu optymistów, a więc nabywamy prawa do widoków. Prawo do widoków, to jednak nie to samo, co same widoki. Widoki należy sobie uzmysłowić, zaplanować, bądź na nie zapracować. Oczywiście trzecie rozwiązanie jest najbardziej bolesne, ale najpewniejsze.
          Z uzmysłowionymi widokami najlepiej udać się do kolektury Lotto. Z widokami zaplanowanymi należy się nosić - poprawiać sobie samopoczucie zostawiając jednocześnie miłe uczucie niedosytu. Wypracowane widoki, to najczęściej zwieńczenie uzmysłowienia i zaplanowania, choć bywa, że tyrasz bez widoków, a one jednak się pojawiają. Bywa też na odwrót ( to nawet częściej ), że tyrasz z widokami, a po robocie się ściemnia i nic nie widać. Zakładam jednak, ze widoki przynależą się każdemu, kto tylko założy istnienie czegoś tak nienamacalnego, jak następna chwila.
        Mój dom stoi na wzgórzu. Przy ładnej pogodzie widzę nie tylko panoramę Gdyni ale i półwysep helski. Gdy kupowaliśmy działkę mieliśmy widoki na dom. Gdy budowaliśmy dom mieliśmy widoki na wyprowadzenie się z ciasnej, blokowej klitki, a gdy już ten dom postawiliśmy, to okazało się, że mamy czasami widoki na Jastarnię.

Widok z okna-400.jpg

         Dzisiaj w Gdyni wiatr głowy urywa. Chmura goni chmurę i szarość deszczem zacina. Są widoki na brak widoków.
Z tego wszystkiego należy wysnuć wniosek taki, że nie należy tracić głowy z powodu braku widoków. Należy tylko założyć, że istnieje przyszłość.


07 stycznia, 2007

Wiersz otwarty do Tadeusza

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 16:16
tadziu-prusinski-pisarz.jpg

          Poruszył mnie dzisiaj swoim listem przyjaciel jeszcze z czasów studiów, dziennikarz i pisarz, Tadeusz Prusiński. List osobisty, więc nie przytoczę, ale odpowiem mu "listem otwartym", a właściwie "otwartym wierszem".  Może jeszcze komuś się przyda.

Przecież wiesz
Że w chwilę kończy się wszystko I słowo i wiersz
Wszystko jest kwestią czasu
Nieodwołalnie rozpływa się rzeka
W morzu nieskończonego biegu i falowania
A Ty masz czekać
Na brzegu
I ożywać przy każdej fali u stóp
Ty masz czekać cierpliwie na nieodwołalne
Odwołanie wody
Ty masz trwać w nadziei
Że może istnieje jeszcze inna rzeka
Inne morze

Trwaj i czekaj nagrody

Zatoka 7-01-07.jpg
03 stycznia, 2007

Na pogodne dni

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 01:35
         Są ludzie, są miejsca i są rzeczy, które w sposób niewytłumaczalny przynoszą szczęście. Z pewnością każdy ma kogoś takiego lub coś takiego, co przynajmniej w wyobraźni, a czasem w rzeczywistości rozpoczyna szczęśliwy ciąg zdarzeń, powoduje niespodziewaną zmianę na lepsze, albo zapowiada w najbliższej przyszłości dużą wygraną. Ja mocno wierzę, chyba nawet jestem pewny, że wokół mnie są ludzie, rzeczy i miejsca, które nie tylko zapowiadają, czy dają nadzieję, ale sprawiają, że bywam szczęśliwy. Na koniec 2006 roku, dzień przed Sylwestrem, odwiedziła nas Beata Bartelik z mężem Jackiem Jakubowskim. Ot, zadzwoniła, spytała czy jesteśmy w domu i powiedziała, ze wpadną i... wpadli. Historia znajomości z Beatą częściowo opisałem w "Kilku słowach o sobie", więc kto chce może przeczytać. Mimo, że mieszkamy od siebie niedaleko, spotykamy się rzadko. Trybiki obowiązków w maszynie naszej codzienności nie mają zbyt wielkiego luzu, stąd każda wizyta, czy spotkanie, to wydarzenie.

Beata Bartelik podczas koncertu.jpg

          Dla mnie Beata to nie tylko wspaniała kobieta o cudownym głosie. To nie tylko szczęściara, którą Najwyższy obdarzył urodą i wieloma talentami, ale także ktoś kto przynosi szczęście. Gdy ją spotkałem pierwszy raz i gdy mnie zauroczyła głosem powstała piosenka "Sen na pogodne dni" ( szukaj w nagraniach ), dzięki której przeżyłem później wiele pięknych dni. Potem szczęście Beata przynosiła Jackowi. Gdy się pobierali nie mieli nic. W dość krótkim czasie, wzajemnie się uszczęśliwiając, dorobili się dwóch synów, domu, stada zwierząt i sfory przyjaciół. Oboje są muzykami, oboje są pracowici i przedsiębiorczy. Patrzeć, podziwiać, zazdrościć i naśladować. Między innymi dzięki Beacie niektóre piosenki na płycie "Słowa" brzmią tak jak brzmią, a brzmienie to wzrusza nie tylko mnie. Gdy sobie tak siedziałem na przeciwko Beaty popijając z kubka herbatę, pomyślałem, że to nie może być przypadek. Beata - myślałem - przynosi szczęście, a jutro zaczyna się nowy rok z "siódemką" na końcu cyfr. Coś w tym musi być...



         Po wizycie położyłem się spać. Sen, który przyszedł był snem na pogodne dni, które przyjdą wraz ze styczniem, lutym, marcem...
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY