29 kwietnia, 2007

Kontra i bas

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 17:08
          Rozdyskutowały się media na temat tragedii w domu Barbary Blidy. Była zamieszana w aferę, czy nie? Mieli dowody, czy to tylko pomówienie? Wszyscy wszystkim zadają pytania, a nikt jakoś nie wpadł na pomysł zastanowienia się nad prawdziwą przyczyną najścia, które zakończyło się śmiercią byłej minister. A odpowiedź jest prosta i podpowiada ją osoba czwartego funkcjonariusza, który stał przed domem z kamera. To miało być kolejne przedstawienie pod tytułem "Jak dzielny Ziobro z Wassermanem sprzątają Polskę". Z tego, co do tej pory wiadomo, za dowód służyła opowieść z cyklu "jedna baba drugiej babie" i nie chodziło o to, by cokolwiek znaleźć. Chodziło o to, by sfilmować wyjście z domu zaaresztowanej kobiety, której twarz ludzie skojarzą z III R.P.  Dla tej jednej sceny fatygowali się agenci z fotografem do domu Blidów. Po to był ten cały cyrk, by paru cyników mogło wmówić ludziom, że przewodzi im idea prawa i sprawiedliwości.
Panie Ziobro - warto było bawić się w producenta filmowego? Pozazdrościł Pan Rywinowi?
          A u mnie tydzień skończył się dość melodyjnie. Znowu popracowaliśmy w studio. Tym razem moimi gośćmi byli dwaj znakomici muzycy jazzowi: kontrabasista Piotr Lemańczyk

piotr-lemanczyk.jpg

i perkusista Tomek Sowiński

tomek-sowinski.jpg

Z obydwoma tymi muzykami, kilka lat temu, spotkałem się przy realizacji płyty "Słowa". Gdy teraz przyszło mi realizować nowy pomysł, bez zastanowienia zadzwoniłem do Tomka i Piotra. Już wiem, że dobrze zrobiłem. Zagrali pięknie. Życie po to się ma, by robić dobrze. Robota dobrze idzie gdy ma się porządek w głowie.
Gdyby "jakobini" z PISu najpierw posprzątali w swoich głowach, może także umieli by zagrać pięknie. Obawiam się jednak, ze to ludzie pozbawieni talentu i każdy ich "koncert" będzie kończył się klapą.
26 kwietnia, 2007

Upojenie podróżne

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:45
Taki oto dzisiaj dostałem mail:

"Siedzę w Barze
Gdzie na ścianie
Wisi podła kategoria
Gdzie za szybą umierają
Krajobrazy ludzie i zakąski
Siedzę w Barze
Gdzie dziewczyny
Są smutniejsze od wiosny I ode mnie.

Oddaję Ci do wykorzystania Twój wiersz. Oryginał pozostanie u mnie, bo podpisałeś: Ewuni Waldek. er"
Er, to dzisiaj przepiękna Pani, która kiedyś była fascynującą Panną Ewą. Jacek Zwoźniak, o którym tu często wspominam, tak był zafascynowany Panną ER, że  długo trudno mu było wytłumaczyć, iż ta dziołcha nie jemu pisana. Wierszyk, który mi Ewa Rachoń oddaje, to wierszyk napisany w tamtym czasie - czasie Jackowej do Ewy miłości.
          Dlaczego ten wiersz taki smutny? Otóż napisałem ten "poemat" w stanie podróżnego upojenia alkoholowego, gdzieś między Gdańskiem , a jakimś miastem w Polsce. Napisałem go na prośbę Ewy. Napisałem go od ręki, na przypadkowej kartce, między snem, a snem, w przypadkowym przedziale kolejowym, którym wraz z Ewą podróżowaliśmy ku przeznaczeniu.
Mnie Ewa również nie była pisana, stąd smutek mój i taki ogląd świata. Napisałem i... zapomniałem.
          Gdy mi jakiś czas temu Ewa opowiedziała tę historię - nie uwierzyłem. Ewa miała jednak kartkę z wierszem napisanym, dla Niej, moim pismem. Dzisiaj, gdy ten wiersz w mailu dostałem z powrotem, przyszło mi do głowy, że być może okaże się kiedyś, iż napisałem o wiele więcej niż myślę, że napisałem. Wszak był czas, że bardzo lubiłem podróżować.
25 kwietnia, 2007

PiS-nie, Popiski-tak

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:02
Bełkot "elit" PiSu w dniu dzisiejszym przekroczył granicę mojej tolerancji na traktowanie mnie jak idioty. Biedna Polska w takich rękach. Nie głosowałem w ostatnich wyborach. Zniesmaczony rządami SLD, oburzony na świństwo jakie uczynił prominentny członek PO Miodowicz porządnemu Cimoszewiczowi, postanowiłem nie iść na wybory. Teraz mocno żałuję i myślę, że takich jak ja jest dzisiaj wielu. Jeżeli LiD dotrwa do wyborów w tej, czy zbliżonej formie, więcej błędu zaniechania nie popełnię. By uciec od polityki, którą tu mało się do tej pory zajmowałem, napisałem III odcinek popiskowej powieści "Widłąg". Serdecznie zapraszam do lektury.
22 kwietnia, 2007

Zawiało zadupie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 12:11
Pięknie wczoraj zawiało...



i przywiało z Warszawy na falach "Trójki" takie oto zdanie dziennikarza jednej z warszawskich gazet, biorącego udział w porannej dyskusji o sytuacji w kraju - "Wyjechałem, pierwszy raz od dwóch lat, z Warszawy na prowincję i wróciłem o dwa lata starszy".
         Siedzi "znawca" problemów kraju w Stolicy, jak korniszon w puszce, jak zasuszony przed laty grzyb, i codziennie zabiera głos na temat: "Jak aktualnie zbawić Polskę", a Polska dla niego, to te 500 kilometrów kwadratowych, po których się codziennie porusza, i nic więcej. Reszta Polski to prowincja, a dosadniej - Zadupie, którego na dodatek on nie zna. Ilu mamy jeszcze takich ekspertów? Obawiam się, że w Stolicy są ich tłumy. Wystarczy popatrzeć na rząd... Jeżeli wyjazd poza Warszawę postarza o dwa lata, to znaczy, ze warszawiacy, dla własnego dobra, nie powinni nosa poza rogatki miasta wystawiać. Może by nie wpuszczać do Stolicy nikogo obcego, bo jeszcze starości z Zadupia nawiezie.
Dystans między Warszawa, a Zadupiem wytwarzają sami, tzw. "warszawiacy". Czynią to, z jednej strony po to, by zatrzeć w swojej pamięci czas i miejsce, z którego do Warszawy przybyli, a z drugiej strony zdają sobie doskonale sprawę, jakim są Zadupiem dla Europy i odreagowują, jak ten dziennikarz z III programu.P.R. Każdy ma takie zadupie, jaką ma dupę.
Kompleks Zadupia mamy wszyscy odkąd jesteśmy. Myślę, że już Mieszko I jadąc do Czech po Dobrawę, ‚załatwiał jednocześnie swój kompleks rządzenia Zadupiem, który mu się wytworzył na widok państwa Ottona I.
          Ja żyję z kompleksem Zadupia od czasu, gdy w roku 1980, usłyszałem to samo zdanie, mniej więcej w tym samym czasie, od dwóch wielkich "tekściarstwa" polskiego.
- Panie Waldku, jest Pan młody i dopiero pan zaczyna, ale jeżeli chce pan żyć z pisania tekstów, musi pan przeprowadzić się do Warszawy na stałe.
          Nie przeprowadziłem się. Nie uwierzyłem Jonaszowi Kofcie, ani Wojciechowi Młynarskiemu. No to i mam. Już nigdy się nie dowiem, czy wyjazd z Warszawy na Zadupie postarza, czy nie.
Z drugiej strony, ilekroć wracam z Warszawy, nie odczuwam, by czas się cofał. A szkoda, bo ponoć stary już jestem.
18 kwietnia, 2007

Wpadła wiosna jak pantera...nim zakwitły jabłonie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:50
          Przyszła dzisiaj jak pantera. Najpierw przez dwa dni robiło się ciepło, cieplej i jeszcze cieplej, a Ona czaiła się, skradała i wyczekiwała na swój czas, na swój moment i kiedy wczoraj było już prawie gorąco, a ja myślałem, ze to już, że teraz... okazało się , że nie. Za wcześnie. Dzisiaj, gdym sam był w sklepie... zaszumiało, zagwizdało i wpadła jak pantera...



          Ona - Wiosna. Wiosna ma na imię Asia, jest naszą przyjaciółką i oczywiście klientką sklepu mojej żony. Zachodzi często, przynosząc różne pory roku i różne pogody. Tym razem była wiosną. Asia jest właścicielką tysiąca pomysłów na życie i stada koni pod Gdańskiem. Ot, po prostu, rasowa kobieta, czyli Wiosna.
          Wpadł do nas też ciepło ubrany (po południu było już chłodno), wiosennie nastrojony - Janusz Hajdun. Janusz to chodząca legenda nie tylko gdańskiej kultury. Muzyk, który do Gdańska przywędrował w 1945 r. ze Lwowa. To gość, którego za młodu pochłaniały dwie pasje: szybownictwo i muzyka. Życie, na szczęście, oddał tej drugiej pasji. Najpierw, jako chłopię, zamieszkał z rodzicami w Gdyni i tam chodził do szkoły muzycznej. Średnią i Wyższą Szkołę Muzyczną kończył już w Gdańsku, gdzie wraz ze Zbigniewem Cybulskim, Bogumiłem Kobielą i Jackiem Federowiczem, jako muzyk tworzył sławny teatrzyk studencki "Bim-Bom". Po "Bim-Bomie" był teatrzyk rąk "Co to", a potem Cyrk Afanasjewa "Trala-Bomba". To właśnie w Cyrku powstała niezwykła piosenka, wielki szlagier "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Ponieważ "...świat nie jest taki zły..." Janusza kariera kwitła nieprzerwanie. Po doświadczeniach w teatrzykach studenckich naturalnym było to, że Jego zainteresowania pójdą w kierunku muzyki teatralnej i filmowej. Napisał muzykę do kilkudziesięciu przedstawień i do tyluż filmów. Komponował do takich dzieł jak: "Na wylot", "Tańczący Jastrząb", "Franz Kafka" czy najbardziej sławnego, pierwszego polskiego filmu nagrodzonego Oskarem, filmu "Tango" w reżyserii Zbigniewa Rybczyńskiego.



        Janusza poznałem w Żaku w latach siedemdziesiątych, był dla mnie postacią z pomnika. Sławny, owiany legendarnymi opowieściami z najlepszych lat klubu. Nie przyszło by mi wtedy do głowy, że kiedyś będziemy się spotykać w "Radio Gdańsk" - z okazji takiej i czy innej audycji - i że przegadamy potem niejedną chwilę w Asi sklepie, do którego Janusz lubi wpadać, choćby po czarne cienkopisy, które służą mu do ustawiania nutek w szeregu. Najczęściej gadamy o Zaiksie, bo to, jako żywo, obu nas, w tych kapitalistycznych czasach, interesuje, ale tym razem pogadaliśmy o kobitkach, czyli o wiośnie, bo obaj czekamy... "...i niech no tylko zakwitną jabłonie... " Niech no tylko...
15 kwietnia, 2007

Błoga i hojna

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:26
"Błoga i hojna" to tytuł piosenki, nad którą pracowałem cały tydzień, by można było z Beatą, trzynastego w piątek, wejść do studia i nagrać nowe vocale. Tym razem Beata miała wolną rękę i robiła ze ścieżkami nagraniowymi co chciała, a pomagał jej w tym, tak jak i poprzednio, Jacek Puchalski. beata-bartelik-i-jacek-puchalski.jpg Posiedzieliśmy w studio do czasu, aż pojawił się Jacek Jakubowski, mąż Beaty Bartelik, a zarazem uznany szantmen i wzięty muzyk kapel folkowych. Jak widać poniżej zasłuchał się i zadumał. beata-bartelik-i-jacek-jakubowski.jpg Gdy wróciłem do domu i odtworzyłem "efekt" naszego zmagania się z materią piosenki, zrobiło mi się jakoś tak dobrze, błogo i hojnie. Stan ten nie opuścił mnie i w dniu następnym, albowiem zaproszony zostałem przez Michała Krukowskiego, na wieczorne otwarcie sezonu kajakowego, które odbyło się u niego w domu i trwało do późnych godzin nocnych. michal-krukowski-i-grzegorz-marchowski.jpg Nie mam z kajakarstwem nic wspólnego, ale miło było wznosić toasty pod piosenki wyśpiewywane przez Grzegorza Marchowskiego. Wiosłowaliśmy uparcie, aż ogarnęła nas błogość.  A dzisiaj... cóż , błogości zabrakło, za to hojnie rozbolała mnie głowa. Bywa i tak. Na szczęście jutro jest poniedziałek. PS Piosenka znajduje się w dziale "Piosenki-nagrania"
06 kwietnia, 2007

Jajcarskie serdecznoś›ci

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 20:16
By tradycji stał‚o się™ zado›ść najpierw kura się™ musi natrudzić‡...



a potem już wszyscy wszystkim mogą skł‚adać‡ życzenia z okazji Śšwiąt Wielkanocnych: Życzę™ i ja wszystkim wszystkiego, co najlepsze. Oby każdy z Was co rano budził się™ w dobrym humorze i by mu tak zostawał‚o codziennie, aż do wieczora. Niech się™ jajcarstwo pleni w narodzie, aż po czubek głowy. Niech nam wszystkim smakuje to, co sobie potrafimy z życia upichcić, a życie niech nam pichci tylko to, co nam smakuje. Powodzenia w Śšwięta i po Świę™tach.

ps1. Myślę™, że Lucyna Legut nie weźmie mi za zł‚e, że podzielę™ się ze wszystkimi rysunkiem jaki nam na te Śšwię™ta, wraz z życzeniami, kochana Lucha przesł‚ał‚a. Ucieszcie się™ nim wszyscy. Rysunek zatytuł‚owano: "Dama z jajkiem" i oto on:

NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY