28 lutego, 2008

Parcie na szkło

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:10
          Czasem z podziwem, czasem z obawą, a czasem z zażenowaniem oglądam programy, w których młodzi ludzie chcą za wszelką cenę zaistnieć w telewizji. Dla zdobycia sławy gotowi są zrobić niemal wszystko narażając swoją psychikę na koszmar niepotrzebnej porażki. W naszej zbiorowej jaźni liczy się dzisiaj tylko sukces, choćby za cenę śmieszności, zdrowia czy zdrowego rozsądku. Zdobyty szybko i błyskotliwie tym bardziej jest pożądany. Nie jest sukcesem zwyczajne i porządne życie. Sukcesem jest życie z niedźwiedziem pod szafą, w łóżku lub w wannie. Te wszystkie "Szanse na sukces", "Idole" i "Big Brothery" mamią, łudzą i oszukują podszeptując gawiedzi, że sława jest tuż za drzwiami, że wystarczy nacisnąć klamkę i już... A jak nie zaśpiewasz, nie zatańczysz, nie zagrasz Otella, Julii, czy nogi od stołu, to może udać ci się chociaż puścić bąka w mikrofon. Ważne byś zaistniał. 
         Zaistnieć przy takiej ilości stacji, wielości programów i pomysłów na coraz to nowe kreacje, jest prawie niemożliwe. Te wyjątki, które czasem błysną potwierdzają regułę. Obserwuję karierę Tomka Makowieckiego, który jest synem Leszka, mojego starego znajomego, lidera znanej kiedyś grupy "Babsztyl". Tomek wygrał "Szanse na sukces" i daleko zaszedł w "Idolu", ale w tych osiągnięciach niewiele, znając dom Makowieckich, było przypadku. To ciężka praca i dziedziczony talent sprawiły, że ostatnia płyta Tomka jest tak znakomita.
          W 1976 roku pierwszy raz w życiu uczestniczyłem w tzw. produkcji telewizyjnej. Młody redaktor Jacek Popiołek zaprosił mnie do budynku przy Woronicza w Warszawie bym swoim głosem i osobą zasilił program traktujący o piosence studenckiej. Prócz mnie pokazał się w tym szoł - jakby to dziś nazwano - Andrzej Sikorowski z grupą "Pod Budą", Marysia Wiernikowska (tak, tak..., ta od dzisiejszej "Telewizji Objazdowej"), "Wolna Grupa Bukowina" i jeszcze ktoś, ale już nie pamiętam kto. W tamtym czasie w Polsce były tylko dwa programy i pokazanie się w jednym z nich natychmiast było zauważane w tzw. szerokim środowisku. Tak  i  ja, po wyemitowaniu owego programu, popularność odczułem niemal od razu. Sok z tego owocu był wyjątkowo słodki i wyrażał się nie tylko poklepywaniem przez znajomych po plecach i bardziej niż dotąd iskrzącymi spojrzeniami koleżanek, ale też zadziwiająco łatwym  zaliczaniem wielu przedmiotów w trakcie kolejnej sesji. Namacalnie i osobiście poczułem moc jaką daje, choćby chwilowe, zaistnienie poza zwyczajnym obiegiem. Odniosłem sukces? Krótkotrwały, ryzykowny i złudny.
          Gdy w ubiegłym roku byliśmy w Zakopanem, zdarzyła się nam taka oto przygoda:

 zakopane-2007-204.bmp

Któregoś ciepłego i słonecznego dnia schodząc w grupie kilku osób w różnym wieku z Jaskini Mroźnej do Doliny Kościeliskiej usłyszeliśmy tuż za sobą groźne pomruki, które ja do tej pory słyszałem tylko w Zoo, przy wybiegach dla niedźwiedzi. Jak jeden mąż ruszyliśmy szybszym krokiem w dół i kiedy już prawie biegliśmy, któryś z młodszych na tej ścieżce krzyknął
- Stańcie, to może będziemy dzisiaj w TVN - 24.
To się nazywa mieć prawdziwe parcie na szkło.
24 lutego, 2008

Ktoś Ważny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 14:46
          Bywa, że przyłapuję się na posiadaniu mętliku w głowie. Co? Gdzie? Kiedy? Jak? O której? Dlaczego? Po co? Nie wiem, nie wiem, nie wiem! Zamieszanie w jakie wpędza mnie jakieś niespodziewane wydarzenie, nowy pomysł, czy myśl nagła o czymś istotnym, a zapomnianym, sprawia, że gubię się w przejrzystości poglądów, biegu spraw i kolei rzeczy.  Całkiem źle by ze mną było i pewnie zginąłbym w tym, życiowym labiryncie, gdyby nie Ktoś Ważny. Ktoś Ważny jest jak dobre, niedzielne, ciche i spokojne popołudnie. Ktoś Ważny jest jak chwila zastanowienia, w której można pozbierać i ułożyć w jakimś nowym porządku, wszystkie porozrzucane sprawy. Ten Ktoś jest tak Ważny, że od Niego zaczyna się cała moja hierarchia ważności.

asienka.bmp

Dzisiaj jest niedzielne popołudnie i... wszystko wiem. Najważniejsze to mieć Kogoś Ważnego, a reszta jest mniej ważna.
15 lutego, 2008

Jajko sadzone na drzewie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:16
          Mam, jak każdy w moim wieku, swoje przyzwyczajenia, czyli tzw. ulubione zajęcia, które wykonuję określonego dnia, o określonej porze i w określonym nastroju. Jednym z takich zajęć, które powtarzam w każdą sobotę, jest poranne smażenie jajecznicy. Mój sposób na jajecznicę jest prosty: masło wrzucam na rozgrzaną patelnię, potem cebulę pokrojoną w plastry złocę na roztopionym już maśle i wbijam dwa jajka.  Jajka lekko ścinam, a potem, mieszając z namaszczeniem i z wyczuciem, odrobinę solę i pieprzę. Jest taki moment, gdy wszystko jest akurat i nie czekając dłużej należy jajecznicę, jak ukochaną, czule i delikatnie, z patelenki przełożyć na talerz. Później odrobinka keczupu na złoto-żółty jajecznicy powab i... smacznego! Gdy trzeba jajka "posadzić", to przy patelni lepsza jest Asia. Moje "sadzone" najlepiej wychodzą na drzewach.

jajko-sadzone-na-drzewie.bmp

Jutro sobota, a więc...jajecznica. Huurrraaaaaaaaa!
12 lutego, 2008

Urodzinowe zrzędzenie na cześć Gdyni

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:56
          Przyjaciel powiedział mi wczoraj, że czuje się gdynianinem, choć nigdy w Gdyni nie mieszkał. Temu gdańszczaninowi podoba się Gdynia, a przede wszystkim porządek jaki w Gdyni panuje. Powiedział też, że szczerze mi, staremu gdańszczaninowi, Gdyni zazdrości, bo Gdańsk...
          Gdynia, do której od lat bardzo chcę się przyzwyczaić, obchodziła właśnie osiemdziesiąte drugie urodziny. Z tej okazji gdyńscy notable zapewne urządzili sobie fetę i złożyli stosowne życzenia mieszkańcom. Wśród pięknych słów, na tle, ponoć bogatej i sprawnie zarządzanej, gdyńskiej miejskości obsypali się odznaczeniami i komplementami, pod ogólnym hasłem - Jesteśmy Najlepsi. 
Gdybym był nadal gdańszczaninem, być może bym uwierzył, ale moja Gdynia, ta na skraju Parku Krajobrazowego wygląda o niebo gorzej niż ulica Świętojańska, Starowiejska czy Skwer Kościuszki. Teren, o którym piszę, leży tuż za domami ulicy Grodnieńskiej, na tyłach apartamentowca przy ul. Kowieńskiej, i przy terenie dzikich działek, które powstały obok legalnych ogródków działkowych. Na tych dzikich działkach królują gdyńscy bezdomni z dzikimi psami, które przypominają owczarki kaukaskie.  Psy są groźne i niebezpieczne, o czym sam się przekonałem. Troska Urzędu Miasta Gdyni sprowadza się do ustawiania tablic i straszenia karami . O nawierzchniach ulic Lidzkiej, Grodnieńskiej czy Orańskiej, które łączą się z ulicą Wielkopolską - aortą tej części gdyńskich ulic, o czystości i bezpieczeństwie nikt nie pamięta. 
          Ludzi można pouczać i można ich straszyć. Ludziom można kazać i można od nich wymagać, ale trzeba też pamiętać o ludziach, między kolejnymi akcjami na pokaz. Chociaż pewnie nikt z urzędników Pana Prezydenta nie zerknie w moją stronę, to i tak powiem - Panie Prezydencie Szczurek, niech Pan spojrzy, to też jest Gdynia:

zakaz.bmp widok-na-ul-oranska.bmp jezdnie-miedzy-orlowem-a-bernardowqem.bmp przy-grodnienskiej.bmp orlowski-pies.bmp

Wszystkiego Najlepszego - życzy stary zrzęda.
10 lutego, 2008

Wtopieni w tło

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:38
          Wiosenna pogoda pewnie wielu ludzi skłoniła do spacerów. Nasze psy też wyciągnęły nas dzisiaj do lasu. To chyba globalne ocieplenie sprawiło, że początek lutego zamienił się w początek wiosny. Nie dziwota więc, że spacer dzisiaj mógł być przyjemnością. I był.
"Cóż jest piękniejsze niż droga w lesie/Gdy słońce świeci i wóz się toczy/Co nam następny zakręt przyniesie/ Czym się nacieszą zdziwione oczy/ 
Właśnie tekst tej piosenki Mirka Hrynkiewicza przyszedł mi do głowy, gdy taki oto obrazek sobie ustrzeliłem:

droga-w-lesie-2008-gdynia

A gdy się Dora wtopiła w tło:

dora-na-spacerze.bmp

I gdy po Dorze w tło zaczął wtapiać się  Hipek, a może było na odwrót, i to nie Hipek ale tło zaczęło wtapiać się w Hipka...

hipek.bmp

...zacząłem się zastanawiać nad tym, jak to jest z tym wtapianiem się.
          Sądzi się dość powszechnie, że proces "wtapiania" się w tło jest odruchem ludzi nieśmiałych, którzy nie chcą się wyróżniać. Poniekąd słusznie myśli się, że to cecha ludzi, którzy za życiową mądrość przyjęli wiarę, iż przetrwanie, bez względu na osobiste wartości, które oni chętnie podporządkują wartościom "tła",  jest ważniejsze, niż rozwijanie pawiego ogona w każdej życiowej sytuacji.  Tło jest także najlepszą kryjówką dla złoczyńców, którzy mogą się w nim dość skutecznie rozmyć, ukryć i odpocząć przed następną złą czynnością. Dla żołnierzy tło jest koniecznością. Świetnie wszyscy pamiętamy te mundurowe jaskrawości, te "...amaranty zapięte pod szyją, ach Boże mój, jak ci nasi ułani..." i co z tego wyszło.
Dla artystów tło jest zagrożeniem ponieważ perspektywa wtopienia się w nie powoduje, że przyszłość jawi się jak koszmar zżerający ego i początek końca kariery. Upadek, klęska, klapa, brrr...
          Tło jednak najważniejsze jest dla polityków. Nikt, tak jak oni, nie potrafi w tło wtopić się i z tego tła wychynąć, gdy moment sprzyja. Nikt, tak jak oni, nie potrafi  zmienić tła, gdy moment nie sprzyja i nikt, tak jak oni, nie umie tła rozpalić, spalić i stlić do cna, gdy zdaje się być już niepotrzebne. Mistrzem w tym politycznym partactwie (partacze, to dawniej rzemieślnicy) jest Jacek Kurski, którego karierę obserwuję od dawna. Pierwszy raz spotkałem go w 1990 roku, gdy przyszedł na spotkanie z Jackiem Kaczmarskim, który był moim gościem w Nadmorskim Centrum Kultury. Przyszedł z bratem Jarosławem, którego sobie niezwykle cenię. Przyszedł... i pamiętam go z tego, że choć młodszy, to tak się krzykliwie ( była tego wieczoru w Ratuszu Staromiejskim elita władz Solidarności i śmietanka gdańskiego środowiska artystycznego) spoufalał, że trudno go było nie zapamiętać. 
Kurski potrafi wychynąć z każdego tła, choćby to była ściana jarzeniówek i wtopić się w każde tło, choćby było lita skałą. Od biedy można by to uznać za zaletę, gdyby nie fakt, że nie przestrzega reguł i zasad, kpi z przyzwoitości. Tupeciarz, któremu tak naprawdę chodzi tylko o to, by się liczyć na salonach.  Pokojowa rzeczywistość nie leży w kręgu jego zainteresowań. 
Dopóki będziemy wybierać takich polityków, to tylko przyroda w sposób naturalny z tła wyłaniać będzie prawdziwe skarby. Jak te, które dzisiaj wyrosły w moim ogrodzie:

przebisniegi.bmp
08 lutego, 2008

Bracia Marchowscy i zapach pomarańczy

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:14
          Gdy poznałem Bartka miałem piętnaście lat i właśnie przeprowadziłem się z Wrzeszcza na Przymorze. Bartek mieszkał  tam już jakiś czas.  Zaprzyjaźniliśmy się ponieważ obaj zafascynowani byliśmy balladami Tadeusza Woźniaka. Bartek prócz płyt barda posiadał też małą, czarną gitarę, która miała tylko trzy górne progi. Miał też starszego brata Grzesia, studenta,  właściciela pełnowartościowej "enerdowskiej" gitary, grającego na niej znakomicie.  System był taki: Grzesiek pokazywał Bartkowi jakiś chwyt, Bartek ćwiczył zapamiętale, a gdy już miał wyćwiczone, przychodził do mnie i z miną wirtuoza pokazywał, gdzie i jakie palce położyć na strunach, by w C-dur dobrze brzmiało. Niestety, byliśmy ograniczeni do tych trzech progów, więc wiele nauczyć się nie mogliśmy. Do dzisiaj staram się grać tak, by dolnymi partiami gryfa nie kłopotać się za bardzo.
          W czerwcu 1973r., w jeden z ciepłych, letnich weekendów, mieliśmy z Bartkiem pojechać nad jeziora kaszubskie. Miało być wino, miały być kobiety i miał być śpiew. Miało być wesoło. Wypadło jednak tak, że w tamten piątek miałem ogłoszenie wyników matur i nie pojechałem. Radość ze zdanej matury prysła w poniedziałek, gdy przyszła wiadomość, że Bartek nie żyje. Trudno to było pojąć. Bartek miał dobre życie, dziewiętnaście lat, świetną rodzinę i powodzenie u dziewczyn. Grał już na gitarze i na dodatek  dobrze śpiewał, miał fantastyczny głos. Cóż można by chcieć jeszcze? W tamtych czasach taki utalentowany młodziak mógł liczyć na wiele. Niestety, odszedł i do dzisiaj nikt z bliskich Bartkowi nie rozumie dlaczego. Mnie po Bartku, prócz wspomnień, została znajomość z jego bratem, z którym także się w tzw. międzyczasie zaprzyjaźniłem.

nowe-zdjecia-056.jpg

          Grzegorz Marchowski jest śpiewającym inżynierem, z którym napisałem wiele piosenek. On z tymi piosenkami jeździł po studenckich festiwalach turystycznych i zdarzało się nie raz, że przywoził mi nagrody. Raz to był kocherek, raz śpiwór, a raz jakiś śpiewnik. Wracając zawsze powtarzał mi to samo - było świetnie. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak to smakuje, to koniecznie na przełomie lipca i sierpnia musicie wybrać się do "Bazy pod Ponurą Małpą" w Szklarskiej Porębie. Tylko tam zachował się jeszcze imprezowy klimat z wczesnych lat siedemdziesiątych.
          Potem z Grzesiem spotykaliśmy się rzadziej. Grzegorz, obarczony liczną rodziną, przez długie lata nie miał głowy do piosenek, aż tu nagle, kilka lat temu Grześ poszedł w... pieśń. Rozśpiewał się i przekomponował na nowo. Nie przeszkadzają mu lata, ani siwiejące włosy. Jak kiedyś zawsze ma przy sobie gitarę i jak kiedyś nie trzeba go długo prosić o piosenkę.

nowe-zdjecia-036.jpg

          Dlaczego o nim dzisiaj piszę? Ano dlatego, że Grzesiowi  syn Dominik zrobił piękną stronę w internecie i warto bym zachęcił Was do kliknięcia na: www.bop.eps.gda.pl/grzegorz_marchowski/  lub  www.marchowski.art.pl . Pod tym drugim adresem Grzegorz prowadzi blog muzyczny. Zamiast się uzewnętrzniać tekstem, swą rzeczywistość i nastrój wyraża piosenką. Zobaczcie, to bardzo fajne.
          Kiedy byłem całkiem mały, to zapach pomarańczy kojarzył mi się ze świętami Bożego Narodzenia, a gdy trochę podrosłem skojarzenie objęło balladę Tadeusza Woźniaka i braci Marchowskich. Teraz, kiedy cytrusy w wielkim wyborze są do kupienia przez cały rok, zapach pomarańczy kojarzy się już tylko ze spożywczym sklepikiem na rogu. Szkoda.
Szkoda? Eee... Moja wyobraźnia ma węch i dzięki temu wspomnienia wciąż pachną mi pomarańczami.
05 lutego, 2008

Autoportret w kolorze refleksji

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:34
Niby tyle się dzieje, a gdy przez chwilę zawiesić myśl, wstrzymać ruch, lub tylko pozwolić błysnąć refleksji, to może się okazać, że tak naprawdę nie dzieje się nic. To ja sam, w swojej głowie, wzniecam z byle czego kurz dziejowych wydarzeń, gdy tymczasem moją drogę cichutko porasta mech. Dobrze, że tę pospolitą codzienność można chociaż pomalować, nim do życiorysu dołożą nowy akapit i wymienią zdjęcie.  autoportret w lustrze u Maciejewskich Jak dobrze, że sa kolory.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY