24 kwietnia, 2008

Kapitalny Socjalizm albo Socjal Kapitalistyczny

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:18
          Sprawa irytuje mnie już od jakiegoś czasu i pewnie zapomniałbym o niej, bo mnie bezpośrednio nie dotyczy, gdyby nie "Gazeta Wyborcza", która znowu podjęła ten temat. "Nowelizacja ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, która weszła w życie 31 lipca 2007 r., miała oznaczać rewolucję dla ok. 800 tys. rodzin mieszkających w spółdzielniach. Nowe przepisy dały im możliwość przekształcenia mieszkania w pełną własność za symboliczną kwotę. Spółdzielca, który zajmuje mieszkanie lokatorskie i spłacił koszty jego budowy, może się stać właścicielem po dopłaceniu nominalnej kwoty umorzonego przez państwo kredytu (w praktyce to często kilkaset złotych)."

blok-fot-w-chylinski.bmp

          Wyobraźmy sobie teraz dwie rodziny, mieszkające w identycznych mieszkaniach, w bloku, który widać powyżej. Jedna rodzina to Państwo A., a druga Państwo B. Pan A. i Pan B. są w jednakowym wieku, mają po dwoje dzieci, sympatyczne żony i obaj pracują od ćwierćwiecza w Stoczni Gdańskiej jako mechanicy urządzeń okrętowych. Można rzec, iż są socjologicznie bliźniaczo podobni.  Różni ich tylko jedno - podejście do życia.
          Rodzina A., odkąd doczekała się mieszkania, na które ciułali jeszcze rodzice Pana A., skrupulatnie odkładała każdy grosik i oszczędzała na czym się dało. Pan A. brał nadgodziny, w urlopy szukał dodatkowego zajęcia i cieszył się, gdy żona wraz z rosnącymi dziećmi pomagała mu przy każdym remoncie ich rodzinnego gniazdka. Po wielu latach Pan A. nie tylko odchował i wykształcił dzieci, ale wspierając się kredytem, wykupił na własność swoje mieszkanie, by tym dzieciakom po sobie prócz nazwiska coś jeszcze zostawić. Chciał im dać dobry przykład, że gdy się pracuje i oszczędza, to się ma, nie tylko dla siebie. 
          Pan B. natomiast robił tyle, co kazali, zarabiał tyle, co dali, a jak mu coś z pensji zostało, wydawał na przyjemności. Żona Pana B., kobieta zacna i ładna, swoją pensję w jakiejś mierze również dokładała do gospodarstwa domowego, lecz większość pieniędzy wydawała na stroje i kosmetyki. O wykupie mieszkania nie myśleli. Po co? Przecież mają mieszkanie.
          A potem? Potem, to nogi śmierdzą - zwykł mawiać o przyszłości Pan B. Może i w skrytości zazdrościł Panu A. pracowitości i zaradności. Może i z podziwem patrzył na lepszy Pana A samochód, ale co tam... Mieszkania mieli identyczne - przynajmniej metrażowo - choć możliwości trochę inne. Tak było.
          Teraz, dzięki ustawie, o której dzisiaj wspomniała "Gazeta", Pan B., za psi grosz, jest takim samym właścicielem mieszkania jak Pan A. Dzięki takim ludziom, jak Jarosław Kaczyński i ta cała PiS-zgraja, Pan A. został frajerem z długami w banku i idiotą w oczach swoich dzieci, a Pan B. mówi coś o sprawiedliwości dziejowej. Pan B. ma pełen album zdjęć z cudownych urlopów, a Pan A. pełną recept książeczkę zdrowia. Zdrowia, które, tak jak i apetyt na życie, w takiej sprawiedliwości, stracił.
          A to, że wreszcie mamy kapitalny socjalizm, który każdy kapitał położy na plecach, to już inna sprawa i niech się o to martwią tacy frajerzy jak Pan A.
19 kwietnia, 2008

Wiatr od staroci i pytania bez odpowiedzi

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:15
          Od dawna obiecywałem sobie zrobienie porządku w kartonach, w których jak na śmietniku, leżą, bez ładu i składu, rodzinne fotografie. Obiecywałem i... zawsze coś innego było ważniejsze, albo górę nad rodzinną historią brało rodzinne lenistwo. Tak było aż do wczoraj. Wczoraj, między czasem przeznaczonym na pisanie nowych tekstów dla  zespołu "Mr. Zoob", a tłumaczeniem się gdyńskiej Straży Miejskiej, którą dość regularnie przysyła mi "mentalnie sprawny inaczej" sąsiad, bym wyjaśniał skąd się biorą jego obsesje, postanowiłem zabrać się także za wspomniane kartony ze zdjęciami.
Pisząc te słowa ledwie poradziłem sobie z jedną paczką zdjęć, a już pytań zrodziło się więcej, niż pewnie znajdę na nie odpowiedzi. Niestety, czas na niektóre pytania minął. Jakże nie mogę odżałować chwil,  gdy mój ojciec chciał pogadać o zamierzchłych dziejach rodziny, ja prawie nigdy nie miałem czasu. Zostały mi jakieś strzępy historyjek, jakieś anegdoty, jakieś mgliste zdania o tej, czy tamtej ciotce, jakaś niejasna fabuła o babci Weronice i to wszystko. Jak szkoda. Wśród zdjęć znalazłem kilka związanych z Gdańskiem okresu wojny.
Wiem, że mój dziadek Leon, po napaści hitlerowskiej, ostrzeżony przez niemieckiego sąsiada, uciekł przed aresztowaniem, a może i śmiercią z Nakła nad Notecią do Gdańska. Tu pracował w Zakładach Naprawy Taboru Kolejowego na Przeróbce, która po niemiecku nazywała się Troyl, a gdańszczanie na nią mówili Trojan. Na zdjęciu mój dziadek, już wtedy łysy, w białej koszuli zajada zupę. Czy mieszkał w barkach, które widać z tyłu, czy tylko je budował? Czy był to obóz? Jaki? Mój dziadek był ślusarzem. Skąd więc ta biała koszula? Czy to niedzielny posiłek?

dziadek-w-gdansku-w-czasie-wojny. archiwum Waldemara Chylińskiegobmp

          Na Trojanie mojego dziadka odwiedzał, jako młode chłopie, mój ojciec. Ze zdjęć, które zamieszczam niżej wynika, że mieliśmy w Gdańsku rodzinę, a dziadek wielu kolegów. Skąd ta rodzina? Skąd ci koledzy?

kuzyni-i-koledzy-dziadka-gdansk-1942r. archiwum Waldemara Chylińskiego

          Wiadomość o rodzinie odczytałem na dedykacji, która jest zapisana na odwrocie zdjęcia. Wynika z niej, że kuzyn, który kiepsko radził sobie z pisaniem po polsku, podarował fotografię w dniu, w którym poznał obdarowanego. Czy zatem fotografia była własnością dziadka, czy może mojego ojca, który 12 września 1942 roku odwiedził swojego starego?

dedykacja-kuzyna

          Co ciekawe, z pieczątki wynika, że zdjęcie zrobiono, a może tylko wywołano, w Bromberg, a więc w Bydgoszczy. Czy kuzyn był gdańszczaninem, czy tak jak dziadek, przyjezdnym? A ciekawe kim był dla naszej rodziny konduktor na promie pływającym przez Motławę. Czy może to ten sam Anton Niegorski, Niezgorski, Niegórski, Niezgórski, czy jak mu tam? A może to inny kuzyn, który dziadkowi pomógł znaleźć pracę?

prom-przez-motlawe-rok-1942 A kim jest facet z akordeonem na burcie jakiegoś statku, który stoi w gdańskiej Stoczni, na murach której widać faszystowską swastykę. gdanski-przyjaciel-rodziny-1942

          Z dedykacji wynika, że to Polak, przyjaciel. Tyle, że nie wiem kogo? Dziadka, co pewniejsze, czy może mojego ojca, który od dzieciaka marzył o morzu?

dedykacja-gdanskiego-przyjaciela-naszej-rodziny

          Jeżeli ta dedykacja jest dla dziadka, po którym nic się nie zachowało, to skąd zdjęcie w albumie ojca? Zbieżność dat obu dedykacji, czy to przypadek? Itd...itp...itd...
          Jeszcze niedawno przesłałbym te zdjęcia do mojego ulubionego czasopisma "30 Dni", które gdańskimi sprawami zajmuje się z dużym znawstwem, ale po pierwszych nieudanych próbach nawiązania z tym periodykiem kontaktu (Ci co czytali moje "Codzienności" dawniej, wiedzą o czym piszę), zrezygnowałem. Może ktoś z moich czytelników i przyjaciół ma możliwości i wiedzę, by choć na kilka z tych pytań odpowiedzieć. Dodam, że mój ojciec, dziadek i pradziadek dobrze znali się z gdańskim kolejarzem i działaczem polonijnym Panem Kledzikiem. Ja, będąc chłopcem, też go poznałem. Wziął mnie na ręce, podniósł do góry, wycałował i powiedział - Jakże się cieszę, że czwarte pokolenie Chylińskich poznałem. Był ten Pan Kledzik ponoć uczniem kolejarskim mojego pradziadka. Może tu jest trop do odpowiedzi na zagadki? Zapyta ktoś - A co, samemu nie łaska popytać, pogrzebać, pochodzić? Odpowiadam - łaska, tylko gdzie schować odziedziczone lenistwo ?
16 kwietnia, 2008

Jak rzucić palenie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:30
          Pewna znajoma Ewa, gdy dowiedziała się, że skutecznie poradziłem sobie z nałogiem palenia, zadała mi sakramentalne pytanie  - Jak to się robi?
Oto, co jej odpisałem: Rzucenie palenia okazało się bardzo prostą i łatwą sprawą. Po trzydziestu latach zaciągania się dymem, przez dwa lata postanawialiśmy z Asią, że razem  rzucimy palenie. Aśka odstawiła papierosy pierwsza. Wróciła jednak do palenia po trzech miesiącach z teorią, że nie da się rzucić palenia, gdy obok wciąż ktoś pali.  Obwiniłem siebie o całe nikotynowe zło świata i począłem mordować się z myślą, jak skutecznie złu temu zaradzić. Myślałem o tym dobre pół roku, coraz bardziej przyzwyczajając się do myśli, że jednak muszę to zrobić, muszę w cholerę rzucić to palenie. Nawet schowałem sobie "na zaś" dodatek do Gazety Wyborczej pt. "Jak rzucić palenie" i... paliłem dalej w najlepsze.

chylinski

          Któregoś dnia pikałem sobie po kanałach TV. Gdy na jednym z nich ktoś mówił o szkodliwości palenia, szybko zmieniłem program, Zaraz jednak zrobiło mi się wstyd, że uciekam od tematu i problemu. Kilka kanałów dalej trafiłem na reportaż z Londynu, który pokazywał nałogowego palacza, sympatycznego Anglika wiezionego na salę operacyjną. Narrator tłumaczył, że gość ma coś z płucami i zaraz go obejrzy sławny profesor. Jadący na operację, żartujący z pielęgniarkami, czterdziestolatek wydawał się być pełen ufności i spokoju.  Gdy usnął pod narkozą, rozkroili mu plecy i wtedy wszedł na salę sławny profesor. Bezceremonialnie wyjął krwawo-czarny ochłap, płuco, pokazał je do kamery i beznamiętnie poinformował widzów, że w tym przypadku rak wygrał, a pacjent nie pożyje dłużej niż dwa miesiące.
          Zgasiłem papierosa, który przestał mi smakować i powiedziałem sobie - to był ostatni.  Następnego dnia rano o wszystkim zapomniałem i jak zawsze przy kawie zapaliłem. Przy trzecim zaciągnięciu się dymem zobaczyłem uśmiechniętą twarz tamtego londyńczyka, transportowanego na operację i zgasiłem peta. I to był mój ostatni papieros.
          W trzy dni później, gdy poczułem, że zaraz zacznę chodzić po ścianach, przypomniałem sobie o broszurce z Gazety. Radzili by wybrać jeden z przedstawionych sposobów rzucania palenia i zalecali wytrwałość. Wybrałem ten z kalendarzem. Tak jak radzili powiesiłem kalendarz na ścianie i od razu skreśliłem trzy dni, choć ten trzeci wcale jeszcze nie upłynął. Przez chwilę było lepiej, lecz zaraz potem znowu poczułem ścianę na plecach. Dojrzałem wtedy w broszurze reklamę gumy (to, co piszę nie jest reklamą) "Nicorette". Rzuciłem się pędem do Apteki, nabyłem paczkę nadziei i... udało się. Ból jestestwa potęgowany brakiem nikotyny słabł. Wystarczyło, że żułem pięć, sześć gum dziennie i zapominałem o paleniu. Wspomnienie dymka wracało, ale już nie było tak dotkliwe i bezwarunkowe.
         Po dziesięciu miesiącach spokojnego żucia gumy zorientowałem się, że mam nowy nałóg - żucie. Prosta kalkulacja przekonała mnie szybko, że ten nałóg jest lepszy - zdrowszy i tańszy.
Później, w drodze na koncert do Berlina, zorientowałem się, że nie mam przy sobie "Nicorette". By opanować popłoch i uspokoić ewentualne nerwy, w przydrożnym kiosku kupiłem zwykłą gumę do żucia. Moja radość nie miała końca, bo okazało się, że żucie zwykłej gumy daje mi ten sam efekt, co żucie "Nicorette". Zrobiło się jeszcze taniej i jeszcze zdrowiej. Od tamtej pory żułem już tylko zwykłą gumę, aż któregoś dnia rozbolał mnie ząb i... nałóg żucia rozwiał się jak dym.
          Ponoć suma nałogów musi być stała ( "...pero, pero, bilans musi wyjść na zero..."), to od jakiegoś czasu szukam w sobie innych nałogów i nic poza lenistwem znaleźć nie mogę, bo przecież ta wesoła wódeczka, pita raz na jakiś czas, to co to za nałóg?
          I to tyle. Zachęcam do porzucenia nałogu. To łatwe i proste, choć długie. Najważniejsze jednak, Droga Ewo, to mieć w sobie Moc.
Waldek.
PS. Aśka pali do dziś. Jak ją proszę by palenie rzuciła, to pali głupa, choć przyznać musi, że teoria o tym, że jak ktoś obok pali to się rzucić nie da, wzięła w łeb.


07 kwietnia, 2008

Pamiętając o Andrzeju

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 21:03
          Osiem lat temu, 5 kwietnia , nadeszła fatalna wiadomość - Andrzej nie żyje. Poznałem Andrzeja w Olsztynie, gdy przyjechał na studia. Razem waletowaliśmy w akademiku przy ul. Żołnierskiej, w pokoju 806 gnieżdżąc się wraz z Jackiem Karaszewskim - młodym poetę, Romkiem Trębskim - aktorem studenckiego teatru i Jackiem Zwoźniakiem - satyrykiem, autorem sławnej "Ragazzy". Andrzej grał na gitarze i prawie każdego wieczoru od jego grania na całym piętrze robiło się pięknie. Wkrótce towarzyszył mi ze swoją gitarą wszędzie.

od-lewej-zbyszek-rojek-waldek-chylinski-i-andrzej-swacyna-otwarta-proba-w-olsztynie-1978r

          W tym blogu wspominałem Andrzeja już niejednokrotnie (na fot. pierwszy z prawej) i pewnie nie raz jeszcze wspominał, bo prawdziwych przyjaciół się nie zapomina. W piątek pomyślałem, że powinienem Andrzeja odwiedzić. W sobotę rano wsiadłem w samochód i pojechałem do Kętrzyna, a właściwie do Karolewa koło Kętrzyna, gdzie Andrzej mieszkał i gdzie został pochowany. Jadąc na Mazury wstąpiłem do Olsztyna,  czekał tam na mnie Romek Trębski i Tadzio Prusiński - dziennikarz, autor kilku książek i człowiek, który do naszej paczki także należał. Po południu byliśmy już na cmentarzu w Karolewie. Było nas tam, przyjaciół Andrzeja, więcej. Zapaliliśmy świeczkę, zadumaliśmy się nad przemijaniem i nad tym wszystkim skąd my, dokąd i po co.

grob-andrzeja-swacyny-w-karolewie.bmp

          A potem przysiadłem na chwilę i zagrałem Andrzejowi te piosenki, którymi przez lata spinaliśmy naszą przyjaźń. "... Chciał jeszcze coś powiedzieć, chciał jeszcze wytłumaczyć, w życiu o prawdę mu szło..."

piosenki-dla-andrzeja.bmp

          Wieczorem, w domu Andrzeja i Ewy Swacynów, do późnych godzin wspominaliśmy tamten czas, dobry czas, który Andrzej zapisał sobą w naszej pamięci...

ewa-swacyna-i-waldek-chylinski-ketrzyn.bmp

          Z pięciu, z 806, zostało nas tylko dwóch, Roman i ja. Świetnie tamten czas opisał kiedyś w "Gazecie Olsztyńskiej" Tadeusz Prusiński, który był z nami wtedy i jak widać na poniższym zdjęciu (pierwszy z prawej), był z nami i teraz.

od-lewej-wchylinski-ewa-swaqcyna-rtrebski-i-tadeusz-prusinski

          I chyba wszyscy byliśmy pewni, że przez cały czas był z nami Andrzej. Gdy w niedzielę wracałem do domu, zatrzymałem się na chwilę w Małdytach, w miejscu, w którym Kanał Elbląski łączy się z jeziorem Duckim, zwanym też Rudą Wodą. Przystanąłem na mostku, spojrzałem w dal i zdało mi się, że widzę żaglówkę mojego ojca i...

kanal-elblaski-a-dali-ruda-woda

... ale to już inna historia.
04 kwietnia, 2008

Andro-Pauza w Naszej Klasie

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:32
           Andropauza (gr. andros = mężczyzna, człowiek; gr. pausis, łac. pausa = przerwa) - w ujęciu biopsychospołecznym definiowana jako okres w życiu mężczyzny (najczęściej po 50 r.ż.), zapowiadający zbliżające się wejście w okres starości - cytuję za Wikipedią. Prócz dolegliwości bólowych, okres ten charakteryzuje się również zwiększoną drażliwością, oraz obniżeniem nastroju i zadowolenia z życia. No, bo jak tu być zadowolonym, gdy odnajdujesz swoje gładkie, choć trochę pogięte zdjęcie sprzed dwudziestu czterech lat, a później, przy goleniu w lustrze widzisz jakiegoś, mocno wygniecionego gościa.

moja-studniowka-w-conradinum-1973r

          Po odkryciu w "Naszej Klasie" naszej Klasy, utknąłem w poszukiwaniach kolegów, w wymianie listów, maili, uprzejmości i pozdrowień. Z rosnącym zaskoczeniem i zadowoleniem patrzyłem jak przybywa mi znajomych, nawet takich, którzy są Festiwalem Filmów Dokumentalnych. Odwiedziłem też forum naszej szkoły, gdzie koledzy z różnych roczników wspominali stare lata  i nauczycieli, czasem skrzykiwali się na akcję pomagania szkole, a czasem dawali upust swoim frustracjom, obwiniając szkołę za swoje nieudane życie.
          Nieopatrznie przystąpiłem do dyskusji o Ginterze Grassie, który naszą szkołę wielokrotnie opisywał. Dyskusja szybko przerodziła się w pyskówkę o tym, czy Grass to geniusz, czy zbrodniarz wojenny!? Tak, tak niektórzy z dyskutantów nazywali noblistę, który uczył się w tych samych murach co my, dorzucając jeszcze pod jego adresem złowieszcze wyzwisko - faszysta. Autor o nieprzeciętnym dorobku i życiorysie, człowiek, który pisząc i dyskutując więcej zrobił dla dzisiejszej, spokojnej i zjednoczonej Europy, niż stu polityków, doczekał się, że właśnie takim mianem określają go ludzie, którzy uczyli się w tym samym co on, sławnym "Conradinum", do którego sławy, jak mało kto, Grass się przyczynił.

conradinum-pocztowka.bmp

          Przedwczoraj Grass ostatecznie wygrał proces ze swoim biografem Michaelem Jurgsem, który oskarżył pisarza o dobrowolne zapisanie się do SS. Argument, że jako kompletnie zindoktrynowany przez nazistów czternastolatek, dziecko przecież jeszcze, które, jak całe pokolenie mu podobnych młodzików, nie kierowało się rozumem i doświadczeniem, i nie miało żadnego wpływu na to, do jakich wojsk przydzielą, moim kolegom-oskarżycielom nie przemawiał do głowy. Grass przez lata ukrywał fakt krótkotrwałej służby w formacjach SS, bo i z czego tu być dumnym, ale za to z wielkim hukiem w końcu rozliczył się z tego, przecież niezawinionego, grzechu. Grzechu? 
          Koledzy z forum, jako najlepsi w Europie chrześcijanie, rozgrzeszenia nie dali. Jeszcze inni, przyznając Grassowi wielkość pisarską, odmawiają mu bycia autorytetem moralnym. To, że moralność ma różne imiona, to już mniejsza o to. Chodzi im bowiem o fakt, że pouczał innych, a sam był, wiedział i nie powiedział. Namawiał nazistów w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych do rozliczenia się  z przeszłością, a sam się nie rozliczył. Pytanie tylko, kogo namawiał? Czy on namawiał  smarkaczy z Hitlerjugend, czy ważne fisze, które po wojnie w Niemczech robiły kariery, a w czasie wojny wspierały nazistów, bądź nazistami były. "Jak mocny trzeba mieć moralny kręgosłup, jak twardo trzeba stąpać po ziemi, jak bezwarunkowo dążyć do prawdy, żeby publicznie, dla naszego pożytku, rozważyć ten rozdział swojej biografii? To oznacza, że to nie tylko wielki pisarz, ale też wielki człowiek. Właśnie w ten sposób buduje się autorytet moralny" - napisał na forum Maciej Sobieszczański.
          Przekonywali i inni, lecz do tych kilku zapiekłych "anty" nic nie trafiało. Faszysta i już! Ktoś nawet porównał Grassa do Leni Riefenstahl, nie widząc absurdu tego porównania. Czym innym jest bowiem świadome oddanie swojego talentu na usługi Hitlerowi  i apoteozowanie reżimu, a czym innym w tym reżimie, nie do końca świadomie, jako nieopierzony młodzian uczestniczyć i przetrwać, by potem pisać (i to z jakim skutkiem) przeciw temu, co było.

ginter-grass.bmp

          Ech, biedny Grass... Czy "przy obieraniu cebuli" pomyślał choć przez moment, że jego osobą będą leczyć swoją andropauzę różni sfrustrowani, młodsi koledzy z jego szkoły? Ostatnia książka Grassa dla samego Grassa z pewnością była lekiem, ale czy Grass będzie lekiem dla zapiekłych? Jutro rano wsiadam w samochód i jadę na Mazury. Może choć trochę się wygładzę.
Ech, życie, ty moja poezjo śpiewana.
01 kwietnia, 2008

Oklaski, ach oklaski...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:15
          Tak, jak obiecałem, sprawozdaję z drugiej części wieczoru jaki wraz z Asią przeżyliśmy w starym Gdańsku 28 marca tego roku. Po wyjściu z restauracji "Turbot", w której odbywała się promocja najnowszej książki Krzysztofa Kowalkowskiego, udaliśmy sie do pobliskiego "Teatru Wybrzeże", gdzie Prezydent Paweł Adamowicz -

pawel-adamowicz.bmp

honorował laureatów nagrody Splendor Gedanensis.  Za rok 2007  Splendor trafił do prof. Marka Podhajskiego, teoretyka muzyki, który opracował dzieło opisujące prawie wszystkich polskich kompozytorów. Prawie, bo jak powiedział dziękując za wyróżnienie, zebranie ponad tysiąca nazwisk, to jeszcze nie koniec. W historii Polski kompozytorów jest znacznie więcej, niż czterech, znanych światu. Tu profesor powołując się na badania wymienił Chopina, Pendereckiego, Szymanowskiego i... Paderewskiego. Powiedział, że to my sami jesteśmy winni temu, że poza tymi czterema nazwiskami tak mało słyszy się w świecie o Kilarze, czy Góreckim. Muszę przyznać, że pięknie wywiedziona mowa Profesora trafiła mi do serca i do przekonania, ale nie boję się, bo wiem, że mając takich, jak Profesor, badaczy, stan wiedzy świata o naszej muzyce poważnej już wkrótce się zmieni.
         Nagrodzony Splendorem, za powieść "Ostatnia Wieczerza" został także Paweł Huelle, którego mam za kolegę i wstyd się przyznać, że tej książki dotąd nie czytałem. Wierzę jednak, że taki fachman jak Paweł poniżej pewnego,  poziomu nie schodzi i ta nagroda tylko to potwierdza.

maria-janion.bmp

          Trzecią i najważniejszą laureatką w czasie gdańskiej gali rozdania Splendorów została prof. Maria Janion, historyk literatury i idei za cykl esejów pt. "Niesamowita Słowiańszczyzna".  Profesor profesorów, Maria Janion jest osobą nie do przecenienia w środowisku naukowym Uniwersytetu Gdańskiego. Przy tym nazwisku ręce zawsze same składają się do oklasków. Tak było i tym razem, klaskaliśmy głośno, choć Pani Profesor nie było, bo przybyć nie mogła. Podziękowania złożyła na telebimie. Nagrodę w Jej imieniu odebrała inna sława gdańskiej nauki - prof. Józef Bachórz.
Kultura, szczególnie ta wysoka, bez wsparcia i poparcia z pewnością mocno by okulała, wiec dbanie o sponsorów, głaskanie ich , chuchanie, dmuchanie i nagradzanie jest absolutnie na miejscu. Nic też dziwnego, że miasto tytuł Mecenasa Kultury Gdańska przyznało i w tym roku. Mecenasem okazał się biznesmen Andrzej Stelmasiewicz. A potem tych co klaskali, czyli nas, poinformowano, że zamiast tradycyjnego bankietu, w tym roku posłuchamy sobie muzyki. I nastąpiła dobrze znana od niepamiętnych czasów, a kultywowana szczególnie za PRLu tzw. "Część Artystyczna". W "Części" jako pierwsze wystąpiły Trebunie Tutki i zagrali fantastycznie.

trebunie-tutki.bmp

          Nie było już tak fajnie jak do Trebuniów dołączył Voo voo  i zaczęli grać razem program, czy jak to się dzisiaj mówi - projekt pt. Tischner.

voo-voo-i-trebunie-tutki.bmp

Szczerze mówiąc nudziłem się. Tekst, który na widownię nie docierał, muzyka, w której nabałaganiono ile wlezie, marne solówki i jakaś taka atmosfera, w której podtatusiali muzycy robią za dziecięcą "Arkę Noego", to mnie zupełnie do tego projektu nie przekonało. Dopiero trzeba było bisu, by zespół Voo voo pokazał swoje prawdziwe zęby i klasę.
          Gdy po koncercie zastanawiałem się, o co właściwie chodzi w tym projekcie "Tischner", Asieńka szybko skróciła mój tok myślowy - Jak to o co? O pieniądze. Zmarł Tischner, no to wykombinowali: ksiądz, Tatry, chrześcijaństwo, misja, nauka kościoła. Parę cytatów, trochę muzyki, sprawdzeni górale i bilet do Chicago. Ot projekt. Nawet niegłupi, choć nie nowy. Przypomnij sobie niedawny rok Mickiewicza...
          Po wyjściu z Teatru wpadliśmy wprost na piękny, nocny Gdańsk i Antka Pawlaka, poetę zacnego, a publicystę znakomitego, który teraz wspomaga gdański Urząd Miejski, będąc jego rzecznikiem. Garść wspomnień i kilka zdań o czasach właśnie przeżywanych, miło nastroiło nas, już i tak dobrze nastawionych, na powrót zatłoczonym traktem do domu. Och, dobrze jest klaskać... 
W nocy obudziłem się klaszcząc, ale co mi się śniło? Nie powiem.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY