30 sierpnia, 2008

Staruszek wciąż się dobrze trzyma

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:50
          Nie, nie, nie będzie to opowieść o dziadku, którego złośliwy tramwajarz przyciął w drzwiach, ani rzecz o nestorze, który zapisał spadek rodzinie. Dzisiejsze moje kilka zdań dotyczyć będzie instytucji, która nie raz ratowała mi życie. Będzie o Stowarzyszeniu Autorów ZAiKS. W tym roku mija okrągła, dziewięćdziesiąta rocznica powstania tej, ze wszech miar szacownej, instytucji. Stowarzyszenie Autorów ZAiKS pierwotnie było Związkiem Autorów i Kompozytorów Scenicznych, powstałym w marcu 1918 roku. Był to jeden z pierwszych, nie tylko w Polsce, związków założonych przez artystów. Gdy powstawał o swoim związku nie marzyli jeszcze ani literaci, ani dziennikarze, ani plastycy, ani aktorzy. ZAiKS zawiązał się w celu ochrony praw autorskich. Od początku miał - i ma nadal - pilnować pieniędzy twórców, które się im należą za pracę, jaką jest stworzenie i eksploatowanie dzieła. A wynagrodzenie to należy się tak, jak każdemu innemu, kto coś wytwarza, ku korzyści innych. Myślę, że nie ma i nie było w Polsce wielkiego nazwiska w dziedzinie kultury, którego właściciel nie byłby członkiem Zaiksu, od czasu gdy tenże ZAiKS powstał . Tuwim, Słonimski, Lechoń, Brzechwa, Jurandot, Szczypiorski, Szymborska...
          Należałem i należę do wielu związków artystycznych, lecz tak naprawdę, odkąd w Polsce nastał kapitalizm, liczy się (dosłownie i w przenośni) tylko ZAiKS. Na zapisanie się do Stowarzyszenia Autorów w 1979r namówił mnie (a jakże by inaczej) Jacek Zwoźniak. By dostać się do szacownego grona członków, prócz jako takiego dorobku, należało mieć także dwóch członków Zaiksu - wprowadzających. Za mnie ręczyli Wojciech Młynarski i Maciej Zembaty. Z przyjęciem, dzięki Bogu i Poręczycielom, nie miałem najmniejszych kłopotów. Pod koniec lipca bieżącego roku, otrzymałem zaproszenie na otwarcie wystawy pt. "ZAiKS i jego twórcy". Wernisaż odbył się 7 sierpnia w... Krzywym Domku w Sopocie. Dlaczego w Sopocie, a nie w Warszawie, w pięknym "Domu pod Królami" na Hipotecznej.

 zaiks.jpg

          To proste. ZAiKS dla swoich członków prowadzi Domy Pracy Twórczej. Ma też taki w Sopocie, naprzeciw Grand Hotelu. Można więc było się spodziewać, że na otwarcie wystawy przyjdzie spora grupa kolegów po fachu. Jeżeli wziąć pod uwagę jeszcze do tego szczyt sezonu, to powodzenie wystawy u kuracjuszy murowane. Nie od rzeczy będzie też wspomnieć o wyjątkowo przychylnej aurze, którą artystom oferuje Sopot. Wraz z Asią na Zaiksowski wernisaż pojechaliśmy ochoczo, spodziewając się spotkać tam, nie tylko z historią, ale też ze znajomymi. Nadzieja nas nie zawiodła. Prócz tego, że uśmialiśmy się z pokazanych na wystawie próśb ( "Przygotować na poniedziałek wypłatę. Stop. Dziesięć tysięcy. Stop. Agnieszka Osiecka") i podań o pożyczkę lub zapomogę, to jeszcze spotkaliśmy pierwszorzędnego wykonawcę tekstów Andrzeja Waligórskiego, starego znajomego, z którym niejeden wspólny koncert zagrałem - Olka Grotowskiego.

zaiks-olek-grotowski-i-waldemar-chylinski-25082008

          Spotkaliśmy też zaprzyjaźnionego z nami od lat poetę, pisarza, scenarzystę i dziennikarza, dzisiaj wiceprezydenta Sopotu, a kiedyś mojego kolegę z pracy - Wojtka Fułka. Ucieszyliśmy się ze spotkania Pawła Kasperczyka, dzięki któremu mam dzisiejsze zdjęcia. Paweł pisał kiedyś dla zespołu "Babsztyl", a teraz jest właścicielem i dyrektorem "Radia EL" w Elblągu. Nie widziałem go "wieki" więc radość ze spotkania była podwójna. Widzieliśmy się z żoną, niestety chorego, Janusza Hajduna, któremu również tą drogą życzymy zdrówka, jak również z kompozytorem i akompaniatorem Eli Adamiak i Andrzeja Poniedzielskiego, a niegdyś muzykiem "Wałów Jagielońskich" - Andrzejem Pawlukiewiczem, zwanym "Małym". Jak zawsze miło było uścisnąć się z Marianem Zacharewiczem, kiedyś mężem i kompozytorem piosenek Ireny Jarockiej, a teraz prezesem radia "Eska Nord", który ten wernisaż doprowadził do skutku Odświeżyliśmy także znajomość z Jerzym Skoczylasem z kabaretu Elita, z którym poznaliśmy się w 1981 roku, podczas wspólnych występów z kabaretem Jacka Zwoźniaka, we Wrocławiu.

zaiks-obchody-90-lecia-w-sopocie-sierpien-2008r

          Jak do tego dodam, że bufet był obfity wyjdzie mi, że wieczór był udany. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nad nami podczas tego spotkania nie wisiał spór, jaki ZAiKS wiedzie z Ministerstwem Finansów o podatek VAT. Nie jestem fachowcem od finansów i zabieranie głosu w tej materii jest dla mnie dość kłopotliwe. Państwo żyje z podatków i konieczność ich płacenia jest dla mnie oczywista. Nie rozumiem jednak dlaczego państwo domaga się podatków od instytucji, która nie działa po to, by osiągnąć zysk. Co roku dostaję rozliczenie z Zaiksu i tam, za każdym razem, jest wymieniona kwota, jaką Związek w formie podatku od mego dochodu przelewa do państwowej kasy. Sam Związek z pieniędzy, które otrzymuje z naszych składek i procentów, robi taki użytek, że funduje nagrody i stypendia, oraz utrzymuje wspomniane już dzisiaj Domy Pracy Twórczej. Korzystam z nich i wiem, że istnieją nie po to, by nabijać komuś kabzę. Nie ma w Zaiksie miejsca na inny dochód niż ten, który pozwala mu pokryć koszty istnienia Związku. Jako członek Zaiksu, czyli w pewnym sensie współwłaściciel tego Stowarzyszenia, nie posiadam dzięki niemu żadnych akcji i żadnych innych aktywów, które czyniłyby mnie kapitalistą. Od moich dochodów, które przechodzą przez ZAiKS, płacę podatki, a więc próba opodatkowania Stowarzyszenia, które wspiera kulturę i jej ludzi, wygląda na podwójne (mnie i innych twórców) opodatkowanie, czyli - na zwyczajne naciągactwo i szukanie pieniędzy tam, gdzie ich nie ma. A może szanowny fiskus pochyliłby się nad wielkimi, państwowymi zakładami, do których dopłaca, także z tych podatków, które mu ZAiKS w moim imieniu i z mojego konta przekazuje. Między innymi - z tych podatków, które płacę ze swoich skromnych dochodów, jakie otrzymuję od dziewięćdziesięcioletniego staruszka. Niech staruszek ZAiKS żyje 200 lat! Na przekór złemu fiskusowi.
26 sierpnia, 2008

Dobre życie to sztuka, a dobra sztuka to...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 23:02
          Wśród wielu definicji życia, które chodzą mi po głowie, definicja, że dobre życie to sztuka, a dobra sztuka to życie podoba mi się zdecydowanie najbardziej. Dobre życie to sztuka realizowania marzeń, a dobra sztuka to sposób realizowania życia. Proste. Choć nie wszystkie moje marzenia się spełniają, a plany realizują, to od czasu do czasu, udaje mi się wyjść z zamierzeń i dojść do celu. Dzięki temu moje samopoczucie jakoś się wciąż trzyma.
          Tym razem do celu dopłynąłem, a właściwie dopłynęliśmy... 10 czerwca w moich "Codziennościach", we wpisie "Była sobie zgrana paczka" napisałem: "Biesiadowaliśmy, wspominając naszą młodość, do białego rana i postanowiliśmy się już nie zaniedbywać, tak jak do tej pory. Poczyniliśmy plany i tylko patrzeć, jak nas szkwały po Jezioraku przegonią z Iławy do Siemian. I tylko patrzeć, jak los, który znowu nas połączył, zawiedzie naszą łódkę do cichej i szczęśliwej zatoki Widłąg". Napisałem i... prawie zapomniałem Tymczasem dziesięć dni temu coś mnie tknęło i po telefonach do Zbyszka Banaszkiewicza i Mirka Szumiłowskiego, zapadła decyzja, by nasz czerwcowy plan zrealizować. Wyczarterowaliśmy pod Iławą, na trzy dni, zgrabny jachcik i...

jeziorak-sierpien-2008-r-nasz-yacht.jpg

... w ubiegły piątek, w południe ruszyliśmy do Iławy. Po południu byliśmy już na wodzie.

jeziorak-sierpien-2008-r-025.jpg

          Mając po ...naście lat nie jeden raz, we trzech, z Mirkiem i Zbyszkiem, żeglowaliśmy po Jezioraku, dopływając do niego rzekami i kanałami z Gdańska. Cóż to były za czasy... Cóż to były za rejsy... Cóż to były za przeżycia...

mirek-na-dziobie-pajaka-1972r

          Prócz urody jeziora pociągała nas także uroda dwóch łodzianek, Basi i Niny Hauke, które tam, naprzeciwko wejścia do zatoki Widłąg, spędzały co roku wakacje. Gdy teraz dobijaliśmy do ich polany wzruszeniu nie było końca. Na tej polanie niejedna miłość i niejedna przyjaźń miały swój początek, więc miejsce jest dla nas czymś nadzwyczaj ważnym. Nic dziwnego, że każdy z nas "przewijał" w głowie film z przeszłości. Każdy ma takie miejsca na świecie, które na mapie życia są rozpoznawalnymi i wymiernymi punktami jego wrażliwości. Jeziorak, Widłąg, polana Basi i Niny... to nasze miejsca.

cypel-basi-i-niny

          Pod wieczór na wodzie zapanowała piękna flauta, więc zrzuciliśmy żagle i na silniku skierowaliśmy się do celu naszej podróży - magicznej zatoki Widłąg.

wejscie-do-zatoki-widlag

          Zatrzymaliśmy się w miejscu, które prawie czterdzieści lat temu nazywaliśmy Polaną Słoneczną. Niestety, polany już nie ma. Z trudem odnaleźliśmy, wśród trzcin, podejście do brzegu, ale dzięki wyobraźni znowu był rok 1972. Wtedy byliśmy tu razem ostatni raz. Gdy nadeszła noc przyszła pora na nocne Polaków rozmowy...

nocne-rozmowy

          Nad ranem noc uraczyła nas burzą, ulewą i piorunami. Gdy się zbudziłem od razu przypomniał mi się bohater mojej powieści, który nad brzegiem Widłągu, dokładnie tam, gdzie ja teraz spałem, czcił boga Perkuna, tego od burz, gromów i błyskawic. Teraz ja po cichu zacząłem się modlić przez sen, by Perkun w swej dobroci zesłał nam rano dobrą pogodę. Wysłuchał, bo tak się stało. Obiad ze smakiem jedliśmy już w Siemianach, przemiłej wiosce, położonej naprzeciw wysp, które od średniowiecza do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku należały do rodziny Preussów, o ile dobrze zapamiętałem to nazwisko. Jako trzynastolatek spędziłem na wyspie cały miesiąc, na obozie żeglarskim i pamiętam, że rodzina ta jeszcze wtedy tam mieszkała. Pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie rodzinny, maleńki cmentarz, który znajdował się na tej wyspie. Na zdjęciu poniżej, zrobionym w zeszłą sobotę w Siemianach, widać z lewej strony jedną z trzech wysp Preussów.

widok-z-siemian-na-wyspy.jpg

Popołudnie spędziliśmy ganiając się ze szkwałami...

ganiajac-sie-ze-szkwalami.jpg

...by pod wieczór, naprzeciw odnogi Jezioraka - Jeziora Płaskiego, znaleźć w szuwarach spokojny "port" na drugi nocleg i dalsze rozmowy o życiu. Naszym życiu...

jeziorak-sierpien-2008-r-spokojny-port.jpg

          Zbyszek po ukończeniu Conradinum studiował elektronikę na Politechnice Gdańskiej. Dzisiaj ma własną firmę, która zajmuje się automatyką. Zbyszek, to jeden z najsympatyczniejszych ludzi, jakich znam. Ze swoim znakomitym poczuciem humoru i kapitalną autoironią jest osobą w towarzystwie niezastąpioną. Mirek też skończył Politechnikę, ale po linii i na bazie kontynuował to, co rozpoczął w Conradinum. Został inżynierem od maszyn okrętowych. Potem ukończył jeszcze studia podyplomowe, by znać się też na kadłubach statków, a że chłop jest zdolny, pracowity i uparty, to postudiował sobie jeszcze w USA i dzisiaj jest ważnym Panem w ważnej firmie. W 1972 roku Zbyszek Mirkowi zrobił na łódce o nazwie "Pająk", na Jezioraku takie oto zdjęcie...

mirek-na-rufie-1972r.jpg

          Już wtedy było wiadomo, że chłop ma nieliche zacięcie. W tle widać cypel i pola wsi Szałkowo. Dzisiaj to miejsce ledwo można rozpoznać. Po tych starych fotografiach widać, jaką zdjęcia mają niezwykłą moc przywracania przeszłości i przenoszenia nas w czasie . Dlatego dla mnie ważne było, by, prócz wrażeń, wspomnień i satysfakcji mieć z tego rejsu też dużo zdjęć. I mam. Wszak za rok, za dwa...

zywiec-na-jezioraku

          Gdy płynęliśmy do Szałkowa, skąd wypożyczyliśmy naszą "Kogę", Zbyszek oglądał świat przez lunetę i chyba nie wszystko mu się podobało. Nic dziwnego, rejs się kończył...

zbyszek-patrzy-przez-lunete.jpg

          Szkoda było się żegnać z Jeziorakiem, ale na każdego z nas czekała w domu niezła Sztuka, więc co było robić. Jeszcze jeden rzut oka na Jeziorak

jeziorak.jpg

...i w drogę. Bo dobra sztuka to życie.
16 sierpnia, 2008

Papryka z Polakami

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:07
          Kiedyś, w połowie lat siedemdziesiątych, bardzo zakręciła mi w głowie. Przyjechała z Torunia, by na Politechnice Gdańskiej studiować elektronikę. Sprawiła wtedy, iż kilka piosenek wyszło mi spod pióra tak, że "wypisz wymaluj" - Ona.
...A kiedy znowu zjawisz się tutaj/ W czarnej wełnianej sukni z kwiatami/ Taka wesoła że całkiem smutna/ A taka smutna że nie do wiary...
          Odnalazła się w moim życiu ponownie, kilka lat temu, przypadkowo, dzięki internetowi. Moje zakręcenie wróciło z falą wspomnień i przerodziło się w ciepłą, sentymentalną i bardzo serdeczną przyjaźń. Wanda wyszła za Polaka Pawła i urodziła córkę. Oleńka ma dzisiaj dwadzieścia cztery lata i bardzo przypomina tamtą Toruniankę sprzed lat. Cała trójka wpadła do nas w czwartek, na kilka dni z wizytą przyjaźni.

.przekąska-z-Polakami.jpg

          Asieńka na tę okazję przygotowała kilka dań. Dań, które, prócz tego, że na ogół bywają smaczne, są dla nas, także z innych powodów, ważne. Jednym z takich dań jest: "Papryka nadziewana mięsem". Niby nic, a za każdym razem, gdy pojawia się na stole, budzi wspomnienia. Radek miał zaledwie kilka miesięcy. Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu na Zaspie, a w sklepach nie było prawie nic. Idąc po zakupy, prócz portmonetki, Asia nosiła też duszę na ramieniu, ze strachu o to, czy uda się coś kupić do jedzenia. Któregoś dnia, gdy pieniędzy mieliśmy mniej więcej tyle, ile było towaru w pobliskim sklepie, udało się Asieńce zdobyć (wtedy się zdobywało, nie kupowało) "kostkę" mielonego i paprykę. Nie bardzo wierzyłem, że z tego zestawu coś dobrego może wyjść, a jednak... Do dzisiaj pamiętam cudowny smak tamtego obiadu. Pamiętam też, że patrząc na Asię z podziwem, zrozumiałem powiedzenie o drodze do serca i uczuciach zaklętych w potrawach. I oto teraz, gdy na stole pojawiła się papryka...

papryka-nadziewana.jpg

...moje wspomnienia ożyły. Naprzeciw mnie siedziała piękna Torunianka z rodziną Polaków, obok moja kochana Asia, a przede mną stało danie, które sprawiło, że uwierzyłem w to, iż w Polsce, nawet w złych czasach, może być dobrze i bardzo smacznie. Wszystko zależy od nas.
...Są chwile nie do zapomnienia/ Nie będą nigdy powtarzane/ Skończone jak ostatni seans/ Choćby nad ranem...
Skończone...? A skądże. Przecież zawsze można sobie sprawić paprykę i powiedzieć wspomnieniom - Smacznego.
12 sierpnia, 2008

Sukces po polsku

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 22:36
          Od jakiegoś czasu krążyły plotki o rozwiązaniu największej, wojennej, morskiej i na dodatek polskiej tajemnicy. Co rusz gdzieś w prasie, lub na jakimś forum w internecie, ktoś ogłaszał, że wie, że jest pewien, że tylko moment i już... ujawni gdzie leży wrak podwodnego, bohaterskiego okrętu "Orzeł".

orp-orzel-submarine-1939r.jpg

          Dzisiaj powrócił z rejsu statek, którego załoga, ledwie kilka dni temu, zapowiadała odnalezienie wraku na dnie Morza Północnego. Powrócili z niczym. Szkoda, ale to się zdarza i nie ma się co martwić. Może kiedyś... Wszystko byłoby w porządku, gdybym, czytając i słuchając o nieudanej wyprawie, nie natrafił na takie jej tłumaczenie: - Właściwie to odnieśliśmy sukces, bo już wiemy, że tam, gdzie szukaliśmy, to go, tj. "Orła", nie ma.
          Dzisiaj Szanowny Pan Prezydent z buńczuczną miną poleciał wspierać Gruzję w walce z Rosją. Przed odlotem nie zapomniał powiedzieć, że Rosja właśnie pokazała swoją, prawdziwą twarz. Jeszcze na dobre Pan Prezydent nie odleciał z Okęcia, jak agencje doniosły, że Rosja przerywa działania wojenne. No i proszę, Rosja boi się naszego Pana Prezydenta. Wystarczy, że Pan Prezydent nakrzyczał i powiedział co widzi, a już wojny, którą Pan Prezydent w Gruzji się spodziewał znaleźć, nie ma i... my mamy sukces Sukces po polsku. Strach pomyśleć co Pan Prezydent powie, gdy wyląduje w Warszawie, już po całej eskapadzie, bo diabli wiedzą co mu Rosjanie mogą pokazać, gdy będzie wracał do Polski. Nie daj Boże d... Wtedy mielibyśmy porażkę. Oczywiście nie polską porażkę, tylko porażkę całej Europy. Ech..., ten nasz Pan Prezydent, to prawdziwy sukces, super sukces po polsku, bo Pan Prezydent jest tam, gdzie nigdy nie powinien być, i niestety, aż do wyborów tam będzie. Prawdziwy orzeł! No i nie trzeba go szukać.
06 sierpnia, 2008

Ryba - Sen...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 15:37
          Na kasecie były trzy "ryby". Tak się wtedy nazywało nagrany zapis linii melodycznej, jaki kompozytor dawał tekściarzowi, gdy obaj postanowili napisać piosenkę. Był rok 1985, mieszkałem w maleńkim mieszkaniu na gdańskim Przymorzu. Było lato, a ja nie miałem słuchawek, by w ciszy i spokoju posłuchać tego, co mi przyniósł Kazimierz Lewandowski. Ponieważ za Kaziem snuło się już wcześniej kilka znakomitych opowieści, nie bacząc na hałas, dochodzący z pętli tramwajowej, zabrałem się bez zwłoki za odsłuchiwanie taśmy na jakimś terkoczącym magnetofonie. Jak dziś pamiętam, że po usłyszeniu drugiej "ryby" powiedziałem do Asi - O cholera, to jest to! Pamiętam też, że pisząc tekst miałem z tyłu głowy tylko jedną myśl: "Nie spieprz tego". Starałem się tak pisać, by nie przykryć tekstem świetnej muzyki. Tekst miał ją wspierać i w żaden sposób nie przeszkadzać. Tak powstała piosenka "Sen na pogodne dni".

beata21.jpg

          Piosenka została napisana specjalnie dla Beaty Bartelik, z którą wiązaliśmy duże nadzieje. Niektórzy wiedzą, że piosenka w swoim czasie zrobiła trochę zamieszania na rynku i na tyle się utrwaliła w pamięci, że do dziś można ją usłyszeć w radio. Radek, mój syn, powiedział mi, że często grają "Sen..." także w dyskotekach. Ponoć jest znaną "przytulanką". Nagrywaliśmy ją w studio "Trójki", przy Myśliwieckiej. Zagrali z nami najlepsi muzycy, jacy byli wtedy w Warszawie, ale prawdziwy szlif tej piosence nadał dopiero Tomek Szukalski, gdy jako ostatni, jakby od niechcenia, nagrał swój saksofon. To dźwięk Tomkowej blachy stał się najbardziej rozpoznawalnym elementem tej piosenki. Co mistrz, to mistrz.
          Po latach od powstania, do "Snu..." dobrał się Tomek Kopeć, założyciel "Pomaton-EMI", i po pewnym czasie przedstawił mi nagranie tej piosenki w wykonaniu jakiejś wschodzącej gwiazdki. Cover, choć dla mnie był całkiem dobry, chyba nikomu w wytwórni nie przypadł jednak do gustu, bo gwiazdka została gwiazdką bez 'Snu..." Już dzisiaj nie pamiętam, ani kto był tą gwiazdką (taka to była gwiazda), ani tamtego nagrania. Potem zgłosiła się do mnie skośnooka manager, nie znanej mi kanadyjskiej piosenkarki i namówiła na zgodę, by to właśnie jej podopieczna nagrała "Sen..." nowocześnie i po swojemu, czyli po angielsku. Gdy skośnooka negocjowała warunki, nie omieszkała dodać, że po nagraniu i wydaniu płyty, będę bogatym człowiekiem. Zapomniała dodać, że bogatym, ale tylko duchowo. Piosenka została przez Sandrę Volodoff nagrana i nawet mogła się podobać, choć przestrzeń muzyczną, jaką miał pierwowzór, gdzieś zagubiono. Zagubiono też moje pieniądze, o które ZAiKS procesuje się chyba do dzisiaj.          
           Dwa lata temu powiedział mi ktoś, że "Sen na pogodne dni" jest utworem dość powszechnie granym, jako "pierwsza piosenka", na weselach. Zrozumiałem, że coś takiego jak "pierwsza piosenka", to utwór, który ma otwierać Parze Młodej nową drogę życia i razem z nią przez życie dalej iść, jako jedno z najpiękniejszych wspomnień, tego jedynego dnia, dnia ślubu. To świetna idea - pomyślałem i sprawdziłem w internecie. Faktycznie; Na stronach firm organizujących wesela, "Sen..." znajdował się zawsze w pierwszej dziesiątce propozycji na tzw."pierwszą piosenkę". Gdy na wielu forach dyskusyjnych znalazłem ( często błagalne) zapytania o to, gdzie można tę piosenkę znaleźć, nie myśląc o mojej niańce-ZAiKS, postanowiłem "Sen..." umieścić w "Codziennościach". A co mi tam... I zaczęło się. "Sen...", masowo kopiowany, ma swoje, amatorsko robione teledyski na "Wrzucie", "YouTube" i gdzie tam jeszcze. O "Śnie..." się pamięta, bo ponoć znowu jest na jakichś listach przebojów. "Sen.." polecany jest nawet jako lek. Oto jeden z przykładów, jaki znalazłem wczoraj w internecie: Forum - Forumowisko.pl > Styl życia > Miłość, przyjaźń i znajomości Pan M Witam wszystkich Forumowiczów. Mam 29 lat. Przeżywam z żoną pierwszy poważny kryzys małżeński. Po poważnej rozmowie z zoną dowiedziałem się od niej, że nie wie, co do mnie czuje. Nie powiedziała mi, że jestem jej obojętny ale mówiła, że coś w niej pekło, wypaliło się. Wiem dlaczego tak się stało, przede wszystkim po ślubie przestałem się starać, prawić komplementy, byłem mniej czuły itd. ...... Teraz chciałbym to wszystko zmienić, odbudować to wszystko, tylko pytanie czy nie jest za późno ? Czy może jeszcze wrócić uczucie mojej żony do mnie ? Żona twierdzi, że jeżeli nie wróci "to co było kiedyś" to raczej powinniśmy się rozejść. Jedno jest pewne ja kocham Ją bardzo, zrozumiałem to trochę za późno, teraz chcę wszystko naprawić, tylko pytanie jakie mam szanse ??? ......... proszę o opinię na ten temat głównie Pań ...... i odpowiedź: Monika W ...dzisiaj mi facet puścił piosenkę Beata Bartelik- 'Sen na pogodne dni' kurde ryczeć mi się chciało, jestem taka szczęśliwa i wiem, że mnie kocha... a słowa nie powiedział. Może jej to włącz? pocałuj i popatrz w oczy? Kochasz ją nie będziesz musiał udawać, sama zobaczy...
          I tak piosenka "Sen...", jak ryba płynie przez życie, migotając co rusz łuską w słońcu, wśród fal losu, tuż pod samą powierzchnią tegoż życia. Och, jak mi się napisało... "Sen na pogodne dni" w 1987r., jako pierwszy, wydał "Tonpres". Po prawie dwudziestoletniej przerwie, w 2005 r., na składance 'Piękni 30 letni" i to w dodatku na pierwszym miejscu, "Sen..." wydał też Universal Music Polska i Radio PIN. Teraz dowiedziałem się, że dwóch innych wydawców także umieściło naszą rybkę na swoich hitowych, składankach płytowych: pierwsza, to: "Klub 80.pl"

klub-80-plimages-2.jpg

a druga nosi tytuł: "Po polsku miłość

 po-polsku-o-milosci.jpg

          Wszystkich nowości o piosence ''Sen na pogodne dni" dowiedziałem się od Beaty Bartelik, jej odtwórczyni, z którą, przy szklaneczce whisky, spędziliśmy uroczy piątkowy wieczór. Wieści o nowych wydaniach 'Snu.." bardzo mnie ucieszyły, ale ponieważ nikt mnie o nic nie pytał i o nic nie prosił, to nie będę reklamował wydawców i nic więcej o tych płytach nie napiszę. Mam tylko cichą nadzieję, że moja niańka-ZAiKS jakoś nad tym panuje i moja rybka okaże się znowu rybką złotą.
04 sierpnia, 2008

Narodowe cnoty

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 18:22
          Przeczytałem dzisiaj, że podczas obchodów 64 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, niektórzy "obchodowicze", wyznawcy jedynej prawdy objawionej przez PiS, buczeli i pluli na prof. Bartoszewskiego i prof. Niesiołowskiego, bohaterów walki o niepodległość Polski. Oklaskiwali zaś tych, którzy mącąc narodową wodę, łowią ludzki plankton, by żywić nim swoje idee i przekonania. Strażnicy narodowych cnót są przekonani o tym, że wszyscy bogacący się to złodzieje, a ludzie samodzielnie myślący i aktywni, to agenci i szkodnicy, którzy przeszkadzają w ich słusznej walce o sprawiedliwość społeczną. Skąd my to znamy?
          Nie ma chyba, poza Rosjanami, drugiego takiego narodu jak Polacy, którzy z zawiści i zazdrości czynią cnotę, a niektórzy nawet sens istnienia. Na szczęście nie wszyscy. Rosjanie zachwycili się Putinem, gdy ten, dla przykładu, wsadził do "tiurmy" najbogatszego z nich, który mu podskakiwał. Inni, którzy też "skorzystali" na budowie kapitalizmu, mają się dobrze. Ale tylko wtedy, gdy nie podskakują.
          Ostatnio widziałem wywiad z tzw. przeciętnym Rosjaninem, który skarżył się na "nowych Ruskich" popijając piwko - Jak to może być, że on ma, a ja nie mam? A u nas?
          W Polsce każdy myśli, że tylko jego poglądy są słuszne, a bogactwo usprawiedliwione i wytłumaczalne. Cudze...w żadnym wypadku. W Polsce tylko własna bieda jest niedopuszczalna i niesprawiedliwa. Cudza..., oczywiście jak najbardziej. Na pytanie dlaczego on ma, a ja nie, jedynych słusznych odpowiedzi udzielają u nas Ziobro z Macierewiczem. Lech Kaczyński - Prezydent, wczorajszym przemówieniem podczas obchodów w Warszawie, jasno dał do zrozumienia, która część społeczeństwa jest dla niego zdrową tkanką narodu. Wolno mu było nad grobami oceniać aktualną sytuację i dzielić naród na dobry i zły, choć powinien być prezydentem wszystkich.
          Gdy Michnik, który reprezentuje tylko siebie i swoje myśli, kilka dni temu, nad grobem Geremka parę słów prawdy powiedział o tym, jak się u nas traktuje autorytety, od razu odsądzono go od czci i wiary. Znaleźli się i tacy "prawdziwi" Polacy, którzy krzyczeli, że jątrzy (nie ominął ten wrzask nawet moich "Codzienności"), nazywając redaktora Gazety cmentarną hieną. Jak więc ci obrońcy jedynie słusznych wartości w Polsce, po wczorajszym przemówieniu, nazwaliby Prezydenta, gdyby nie nazywał się Kaczyński? Strach pomyśleć. Czytając dzisiaj o pluciu na cmentarzu i wskazywaniu winnych, pomyślałem, że dla naszego Prezydenta najlepszym krajem do rządzenia byłaby Rosja. Na czele "starych" Ruskich, z możliwościami i przywilejami godnymi cara, czułby się nasz Kaczyński jak prawdziwy stwórca sprawiedliwego świata. Szkoda, że nie byłby tam pierwszy. Tego pierwszego wciąż jeszcze nie pochowali.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY