30 września, 2008

Zapłakane Zakopane

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 00:08
          To jakiś zły czas, teraz. Jesień mokra i zimna. Mój samochód po serwisie zdaje się był w gorszej kondycji niż przed. Notowania na giełdzie lecą na łeb na szyję. PiS wciąż chce z Polską iść do łóżka, ale nie chce płacić uczciwych, chrześcijańskich alimentów  Telewizja, przepraszam za wyrażenie - publiczna, ignoruje jubileusz nadania Wałęsie nagrody Nobla. Rosjanie bezczelnie i bezkarnie olewają resztę świata, a na dodatek autostrada z Krakowa do Katowic jest w permanentnym remoncie. Za stanie na niej w godzinnych korkach należy zapłacić złotych 13 - i co z tego, że grzejąc bez sensu silnik mogę sobie właściciela gównianej drogi nazwać złodziejem, oszustem lub bandytą. Autostrada A1 jest lepsza, tańsza, ale za to krótsza.
          Z urlopu wróciłem szybciej niż planowałem, bo lało przez dwa tygodnie i choćbym nie wiem jak świat zaklinał, znikąd dobrych wiadomości. Ale od początku. Rok temu, o tej samej porze, wybraliśmy się z Asią do Zakopanego. Ja za górami nie przepadałem, lecz czego to człowiek nie zrobi dla zdrowia i ukochanej. Ubiegłoroczna pogoda rozpieszczała takich jak my, więc po kilku wypadach w góry zacząłem swoje poglądy o urodzie terenu garbatego zmieniać. Nic dziwnego, że tamta piękna jesień w naturalny sposób kazała mi w tym roku urlop zaplanować tak samo.
          "Nic dwa razy się nie zdarza..." napisała kiedyś noblistka Wisława i widziała co pisze. Już droga w góry była niepowtarzalna. Zamiast przez Śrem, jak w tamtym roku, skąd ród mej żony się wywodzi, pojechaliśmy przez Warszawę, gdzie postanowiłem zrobić przegląd samochodu. W autoryzowanym Service przez dwanaście godzin stukali, pukali, a gdy oddali samochód, to okazało się, że to, co było do naprawy pozostało nienaprawione, za to naprawiono mi to, co do naprawy nie było. Efekt był taki, że tuż za Jankami z tylnego koła zaczęło się dymić i musieliśmy zjechać z "gierkówki", by naprawić to, co było naprawione. Dzisiaj myślę, że to był znak, ale ja chyba nijak takich znaków czytać nie umiem.
          W ciepły wrześniowy dzień uparcie przemierzałem Polskę wzdłuż  by móc oczy swe nasycić potęgą tatrzańskich skał. Pogoda skończyła się wraz z minięciem znaku z napisem Zakopane. Modne jest porównywanie Zakopanego do Sopotu. Oba miasta oficjalnie się przyjaźnią. Raz w roku organizowana jest nawet specjalna wyprawa pociągiem górali do Sopotu. Po co? Nie wiem, bo Sopotu do Zakopanego w żaden sposób porównać nie można. Sopot, w przeciwieństwie do Zakopanego, jest porządnym, czystym i zadbanym miasteczkiem, które nie wiedzieć czemu chce mieć coś wspólnego z jednym wielkim i zapuszczonym targowiskiem wszelkiej tandety, jakim jest Zakopane. I pomyśleć, że kłopoty prezydenta Karnowskiego zaczęły się przez to, że nie zezwalał na zasłanianie reklamami sopockiej architektury. W Zakopanem też się chyba na to nie zgodzili, a powinni, i dzięki temu możemy podziwiać taką góralską dziedzinę:

zakopane-2008-reklama-na-scianach.jpg

          Ponieważ gór widać nie było, to gapiłem się na "perłę" Tatr. Zakopane wraz z okolicą zamieszkuje 65 tysięcy ludzi. Mieszkańcy ci utrzymują się głównie z turystów, którzy rok w rok zostawiają tu około trzech miliardów złotych. 25 mieszkańców Zakopanego zadeklarowało w ubiegłym roku dochody powyżej miliona złotych. Ledwie zajechałem, a już przyszło mi wysupłać dutki na spory podatek kuracyjny, więc zupełnie nie mogłem uwierzyć, że po prawie dwudziestu latach panowania w Polsce prywatnej przedsiębiorczości, samorządności, kapitalizmu, wolności i wolnego rynku droga pod Gubałówką wygląda tak...

zakopane-2008-droga-pod-gubalowke.jpg

...a to, co mogłoby być jakimś chodnikiem, leży obok, tyle że trochę niżej...

zakopane-2008-chodnik-pod-gubalowka.jpg

W tej sytuacji wiadomość, że likwidują zimę wcale mnie nie zaskoczyła...

zakopane-2008-likwidacja.jpg

... i nawet byłem skłonny podziwiać przyłączenie się burmistrza i samorządu do rządowej akcji budowania tysiąca boisk dla dzieci. Przygotowując się do "Euro 2012" pracowici górale w Zakopanem już od dawna mają swoje boisko "Orlika" :

zakopane-2008-euro-2012-orlik-boisko.jpg

Choć porządek w całym mieście jest mniej więcej taki...

zakopane-2008-zadbane-i-czyste.jpg

... i taki...

zakopane-2008-fajrant.jpg

... to gdy przyjdzie się pokazać w telewizji miasto przybiera pozę światowca.

zakopane-2008-tour-de-pologne-1.jpg

Tak było przy okazji wyścigu "Tour de Pologne".

zakopane-2008-tour-de-pologne-2.jpg

Przez prawie dwa tygodnie tylko raz udało mi się zobaczyć góry. Akurat niebo zarządziło chwilową przerwę w laniu wody i sypaniu śniegu. Przez chwilę zrobiło się miło...

zakopane-2008-gory.jpg

... po czym humor nam znowu siadł, bo zaczęło lać. I nawet przyjazd i towarzystwo uroczej Pani Szymborskiej, która, jak rok wcześniej (choć nic dwa razy się nie zdarza) znowu w Halamie z nami sąsiadowała, nie był w stanie zatrzymać nas przed powrotem. Z przyjemnością wróciliśmy do domu, mijając po drodze zadbany, ładny i porządny Sopot.
10 września, 2008

Miejsce

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:30
          Zazwyczaj bardzo osobiście odbieram i rejestruję miejsca, w których bywam, a gdy je przyswoję - a raczej oswoję - stają się cząstką mojego życia i mojej historii, którą traktuję szalenie zaborczo. Jest jednak takie jedno miejsce, które darzę ogromnym sentymentem, z którym jestem związany od trzydziestu lat, a nie jest to mój, lecz mojej żony najważniejszy punkt na mapie świata. W tym miejscu spędziła swoje dzieciństwo, tu się wychowała, tu pierwszy raz poparzyła sobie palce gorącym żelazkiem i tu świat przekonywał ją, że nie jest taki zły. Jest to jej miejsce, a ja w nim jestem tylko przypadkiem. Tak miejsce to wyglądało przed stu laty.

plazowa-w-gdyni-poczatek-xxw.jpg

          Pewnie każdemu ta pocztówka podpowie, że jest to najbardziej uroczy zakątek Orłowa - Promenada Królowej Marysieńki, a za nią molo i sławny orłowski klif. To tu czekałem na Asię, gdy umawialiśmy się na randki i to tu ją odprowadzałem, by żegnając umówić się znowu. To tu zajechałem pewnego wrześniowego dnia w czarnym garniturze, by zabrać Asię do kościoła i złożyć jej przysięgę małżeńską. Tak wyglądało to miejsce dzisiaj rano...

promenada-krolowej-marysienki.jpg

          Nic też dziwnego, że byłem mocno poruszony, gdy przeczytałem w gazecie artykuł o odbudowie "Białego Dworu" - domu, a właściwie pensjonatu, który powstał przed wojną, naprzeciw Promenady Królowej Marysieńki, i który za Polski Ludowej popadł w kompletną ruinę. "Biały Dwór" stał niemal po sąsiedzku domu Asi i dla nas jest o tyle ważny, że mieszkał w nim, aż do swojej śmierci w 1985r., sławny malarz-marynista Antoni Suchanek. Otóż marynista ten przyjaźnił się z rodziną mojej żony i bywał częstym gościem. Pamiątką po znajomości z mistrzem jest portret Asi, pędzla pana Antoniego.

portret-asi-pedzla-antoniego-suchanka.jpg

Portret ten wisi teraz w naszym domu i przypomina o malarzu, który kochał morze. Gdy więc czytając o odbudowie pensjonatu...

bialy-dwor-w-budowie.jpg

...nie natknąłem się na wspomnienie o najważniejszym jego mieszkańcu, przyszła mi chęć zwrócenia autorowi uwagi na ten feler. Chęć była tym większa, że autorem był nasz dawny, dobry znajomy, a obecnie sławny i ceniony gdynianin - Sławek Kitowski, który zażarcie walcząc o pamięć Gdyni jest też wiceprzewodniczącym Towarzystwa Przyjaciół Orłowa. O Sławku żródła mówią tak: "Urodzony w 1953 roku w Gdyni, grafik, plakacista, fotograf, wydawca siedmiu albumów o historii Gdyni - portowego miasta zbudowanego w latach 20. XX wieku. Twórca oprawy graficznej międzynarodowego turnieju tenisowego Idea Prokom Open w Sopocie. Jako plakacista wystawiał w Polsce, Czechosłowacji, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Portugalii, Rosji i Wielkiej Brytanii. Autor portretu "Człowiek Roku 1989 - Lech Wałęsa" dla "El Periodico" w Barcelonie w 1989, nagrodzony ex equo I nagrodą. Projekt opublikowano jako plakat wystawy międzynarodowej w 10. rocznicę "Solidarności" w Gdańsku w 1990 i okładkę kalendarza 1991 - w pierwszym roku prezydentury Lecha Wałęsy. Mieszka i tworzy we własnym wydawnictwie Alter Ego w Gdyni." A ja go poznałem tak: Był rok 1986. W Teatrze Muzycznym w Gdyni odbyła się premiera musicalu "My Fair Lady", na którą zaprosiła nas, tj. Asię i mnie, Nina Terentiew. W rewanżu, następnego dnia, zaprosiliśmy Ninę i Tomka Raczka, którego poznaliśmy jakiś czas wcześniej, do Orłowa na śniadanie. Była słoneczna, ciepła, październikowa pogoda, więc sporo czasu spędziliśmy tego dnia na tarasie.

od-lewej-wchylinski-n-terentiew-i-t-raczek

          W pewnej chwili do furtki zadzwonił miły człowiek, który przedstawił się jako współpracownik Jerzego Gruzy i zapytał czy może zrobić kilka zdjęć. Pytającym był właśnie Sławek Kitowski. Później spotykaliśmy się ze Sławkiem w Bałtyckiej Agencji Artystycznej "BART", przy okazji pracy nad różnymi imprezami. Gdy teraz napisałem o zapomnianym Suchanku, to okazało się, że Sławek, tak jak i my, zachował w pamięci naszą znajomość. Po kilku mailach doszliśmy do wniosku, że mistrza najlepiej byłoby uhonorować poprzez nadanie imienia miejscu, które najczęściej odwiedzał. Tym miejscem jest rondo, które wieńczy ulicę Przebendowskich.
          Pragnąc omówić sprawę i odnowić znajomość, postanowiliśmy się spotkać. Ostatnia sobota była dla nas najlepszym czasem.

wieczor-ze-iza-i-slawkiem-kitowskimi.jpg

Przy kieliszeczku "czegoś dobrego" wspominaliśmy dobre, młode lata, choć patrząc na Sławka i Izę, zdało mi się, że ich lata wciąż są dobre i młode. My na ten wieczór przygotowaliśmy niespodziankę. Niedawno Asia odnalazła kieliszek. Kieliszek, który jakimś cudem zachował się od czasu premiery "My Fair Lady".

pamiatkowy-kieliszek.jpg

Okazało się, że pomysł, by sukces musicalu uczcić toastem ze specjalnie na tę okazję nadrukowanych kieliszków, jak i cały projekt gadżetowo-plastyczny tamtej imprezy, był autorstwa Sławka. Bardzo się Sławek kieliszkiem wzruszył. Rzecz znalazła swoje miejsce i swego autora.
          Wszyscy jesteśmy gdzieś umiejscowieni i bez swoich, rozpoznawalnych miejsc tracimy orientację. I mistrz i "szara mysz" musi mieć swój plac do życia i swoją przestrzeń. Rzecz w tym, że dopiero zagospodarowanie tego miejsca i tej przestrzeni mówi, czyś mistrzem jest, czy myszą.

PS. Trochę mnie tutaj nie będzie. Do zobaczenia.
07 września, 2008

Och Lucha...

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 08:56
         O Lucynie Legut w moich "Codziennościach" pisałem już nie raz i pewnie nie raz jeszcze o tej niezwykłej postaci przyjdzie mi pisać. Wtajemniczonym przypomnę, a reszcie odkryję, że Lucyna Legut (dla przyjaciół - Lucha), to sławna na Wybrzeżu aktorka, pisarka i malarka. A że ma 82 lata, to przy jej temperamencie, poczuciu humoru, talencie i siłach twórczych, jest wiadomością mało istotną. Przyjaźnimy się z Luchą od lat i oboje z Asią poczytujemy to sobie za zaszczyt. Lucha nadzwyczaj lubi Asię i dzięki temu ja też bywam dostrzegany. Dzięki tej przyjaźni mamy w domu nasz portret ślubny pędzla Legut i kilka innych obrazów, a także sporą kolekcję powieści z dedykacjami od autorki. Mamy też coś, czego nie da się ani opisać, ani opowiedzieć. Dzięki znajomości z Lucyną Legut mamy czasem wrażenie, że żyjemy w zaczarowanym świecie. Patrzymy, wraz z Asią, na siebie z obrazu, czytamy o sobie w powieści, a na dodatek, za każdym razem, gdy Lucha wpadnie do nas, to nasza rzeczywistość rozmywa się, a w jej miejsce wstępuje nierealnie piękny świat Luchy.

ksiazki-lucyny-legut.jpg

          Otrzymaliśmy od Lucyny Legut kolejny prezent. Jak zwykle jest to coś niezwykłego. Dostaliśmy maszynopis, najnowszej książki z serii "Piotrków", która to seria zaczęła się znaną powieścią "Piotrek zgubił dziadka oko, a Jasiek chce dożyć spokojnej starości" . Najnowsza książka nosi tytuł "Wariacje Paluch-Rogalskiej" i traktuje między innymi o nas. To, że Paluch-Rogalska jest Lucyną Legut, to oczywiste, ale to, że my już po raz wtóry, jak w serialu, towarzyszymy przygodom głównego bohatera, to to jest sprawka nie z tego świata:
"Gdy ja wpatrywałem się w panią Joasię, pan Waldek zaczął się strasznie cieszyć, że widzi Paluch-Rogalską i od razu chwycił za aparat fotograficzny i bez przerwy pstrykał zdjęcia. Nic nie mówiłem, ale zdziwiłem się, bo przecież gdyby Paluch-Rogalska była młodą, piękną dziewczyną to co innego? Ale po co było tracić klisze fotograficzne na Paluch-Rogalską? Za chwilę okazało się po co: otóż pan Waldek kupił sobie taki aparat, którym można robić i tysiące zdjęć, i potem podłączyć ten aparat do telewizora, czy komputera i na komputerze wydrukować te zdjęcia. Tak podobno robią dziennikarze, którzy jeżdżą po świecie i potem szybko wysyłają komputerem do swojej gazety i zaraz można to przedrukować. Pan Waldek nawet nam pokazał zdjęcia Paluch-Rogalskiej, które miał już w aparacie, i Paluch-Rogalska mało nie zwariowała z zachwytu..."
          No, to mam za swoje, choć to nie koniec, ale reszta jest strzeżona prawem autorskim, więc mnie, staremu członkowi ZAiKS, tym bardziej tego prawa łamać nie wolno. Jedyne co jeszcze mogę pokazać, to ilustrację do tego rozdziału, własnoręcznie wykonaną przez dobrodziejkę Luchę, na której wszystkich nas widać...

ilustracja-autorstwa-lucyny-legut.jpg

... i oczywiście ostatnie zdjęcie, jakie zrobiłem kochanej Lucynie Legut trzy dni temu.

lucyna-legut.jpg

I powiedzcie sami: - Jak nie kochać takiej dziewczyny - Legut Lucyny? Oooch, Lucha...!
04 września, 2008

Dziewczyna jak... femina

Codzienności - Waldemar Chyliński @ 19:52
Namówił mnie przyjaciel, który lideruje zespołowi rockowemu o ubeckiej nazwie Mr.Zoob - Andrzej Donarski, do zbierania sił przed nowym wyzwaniem artystycznym. Podesłał mi kilka kompozycji, a ja zacząłem się biedzić nad sensem słów, równo układanych w wersy, tak by pasowały do Andrzejkowych zawijasów melodycznych. Kiedy już udało mi się dopasować do muzyki pierwszy zestaw zdań, Andrzej osobiście pojawił się w moim domu i rozpoczął dyskusję nad ideą tego, co napisałem. a-donarski-mr-zoob.jpg A napisałem tekst straszny i bulwersujący. Napisałem tekst o feministkach, a właściwie o facetach postawionych wobec tego problemu. Wyraziłem pogląd samczy, że nas, chłopów, nie interesują zawiłości równouprawnienia, a tylko to, co widzimy pierwej patrząc na kobietę. Nas najbardziej pochłania uroda kobiecego ciała. Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli przytoczę jedną ze zwrotek określającą męskie oczekiwania: Wprost do nieba proszę zabierz mnie Lukier cukier chcę poczuć twych ust Na pościeli z dreszczy ułóż wdzięk Tak bym poczuł twój talent i biust. Słów refrenu nie podam, bo jednak jakąś tajemnicę zachować muszę, ale wspomnę, że odnosi się on do aktorskiej części natury kobiecej. Nasze spotkanie odbyło się w drugiej połowie sierpnia, a ja do teraz nie wiem, czy fakt, że na ten wieczór Andrzej zaprosił piękną Agnieszkę Babicz, aktorkę Teatru Muzycznego w Gdyni i członkinię kabaretu "Koń Polski" z Koszalina, a na dodatek świeżą laureatkę pierwszego miejsca w plebiscycie trójmiejskich gazet na najpopularniejszą aktorkę sezonu w "Teatrze Na Plaży" w Orłowie, to wyraz poparcia dla mojego tekstu, czy może próba dania mi do zrozumienia, że się mylę. babicz-agnieszka.jpg Patrzę sobie czasem na zdjęcie Agnieszki z tamtego wieczoru, które amatorsko, sponatnicznie i osobiście wykonałem nim Bachus zauroczył mnie bez reszty i nie wiem - jestem za, czy przeciw feminizmowi. A może tak, jak Wałęsa - jestem za, a nawet przeciw. Najgorsze jednak jest to, że nie pamiętam za czym był w końcu Andrzej.
NOWSZE WPISYSTARSZE WPISY